12 razy albo zmywaj kible

Wrzucam do archiwum wywiad z Oleksandrem Szeweluchinem, obrońcą Górnika Zabrze. Bardzo fajny i inteligentny facet w odróżnieniu do kolegów z zespołu, którzy siedzieli przy stoliku obok i głośno ryczeli ze śmiechu bez powodu.

Podobno nazywają pana Ivan Drago?

Jeszcze na Ukrainie żartowali ze mnie, że jestem podobny do Dolpha Lundgrena, (amerykański aktor, który grał Ivana Drago, w filmie Rocky – red.). Koledzy ze szkółki powiedzieli młodym, że jestem bratem Lundgrena, a dzieciaki biegały za mną, żeby dostać autograf. Stąd ten Ivan Drago, radziecki żołnierz.

Pan też miał epizod w wojsku?

Ale krótki, w jednostce sportowej. Kiedy chłopak na Ukrainie kończy 16 lat, to przychodzi wezwanie do wojska. Jest to forma kontroli obywateli. Przychodzisz, masz badania i decydują o twojej przydatności w skali pięciopunktowej, gdzie pięć to w pełni zdrowy, a jeden inwalida. Skończyłem 16 lat i poszedłem na dwa tygodnie, potem miałem przysięgę. Wszystko oczywiście odbywało się pod kontrolą Dynama, bo wtedy miałem już profesjonalny kontrakt.

Słyszałem, że sporo czasu spędza pan na siłowni?

Oczywiście, lubię to. Poza tym od dziecka podciągałem się na drążku. Stara zasada radzieckiej armii mówi, że jeśli podciągniesz się 12 razy w butach, sprzęcie, to masz szacunek, jeśli nie, to masz problemy i będziesz czyścił korytarze i toalety. Dla mnie i to nie stanowiłoby problemu. Po dwóch tygodniach wróciłem jednak do szkółki Dynama.

Być częścią Dynama to marzenie każdego chłopaka z Kijowa i okolic?

Wiadomo. Mój ojciec pamiętał jeszcze mecze ekipy Łobanowskiego z lat 70-tych, gdy klub sięgał po europejskie puchary (Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar Europy w 1975 roku). On sam grał w piłkę, choć jedynie w amatorskich ligach. Zawiózł mnie na pierwszy trening, na Salutną na Niwkach w Kijowie, gdzie jest szkółka Dynama. Zaczynałem wtedy na lewej pomocy.

Prawie jak Walery Łobanowski.

Z nim pierwsze spotkanie miałem jako junior. Zapraszali wtedy kilku wyróżniających się zawodników na treningi z pierwszym zespołem. Gdy po raz pierwszy przyjechałem na trening, siedzieliśmy w szatni i wtedy wszedł Łobanowski. Na początku nic nie mówił, jedynie patrzył. A ja poczułem, że leci ze mnie strużka potu.

Strach?

Nie, to było jakieś oddziaływanie energetyczne, które ten człowiek miał. Czuło się ogromny szacunek jakim jest darzony. Nie tylko był świetnym trenerem, ale i znakomitym człowiekiem, który miał doskonały kontakt z ludźmi. I miał taką moc, że w dawnych czasach mógł wszystko załatwić dla swoich piłkarzy. Jeśli któryś potrzebował samochodu albo mieszkania, to dzwonił do sekretarza partii i nagle się znajdowały. Sporo czasu spędzał na rozmowach z piłkarzami.

Z panem też?

Nie, nigdy z nim nie rozmawiałem. Mieliśmy jedynie treningi z pierwszym zespołem.

Dlaczego nie dał pan rady zadebiutować w oficjalnym meczu?

To była najlepsza drużyna Dynama od kiedy pamiętam, konkurencja była ogromna. Przecież na środku obrony grali u nas między innymi Waszczuk czy Hołowko. Wiosną 2002 roku, trenowałem sporo z pierwszym zespołem. Potem zmarł Łobanowski. Pamiętam pogrzeb. Wszyscy płakali. Ja też. Może też dlatego, że razem z nim umarła moja szansa. Łobanowski stwarzał możliwości młodym piłkarzom. Po jego śmierci przyszedł Oleksiej Michailczenko, który stawiał na piłkarzy doświadczonych bał się zaryzykować. Większość młodych pożegnała się z zespołem. Ja poszedłem do Krywbasa.

Pewnie spore rozczarowanie, bo Dynamo to był pana klub?

Na meczach Ligi Mistrzów mój trener stawiał mnie między ławkami rezerwowych i podawałem piłki. Przyjeżdżały do nas wielkie kluby. Widziałem z bliska ten wielki futbol, Bernarda Lamę, George’a Weaha, Jeana Pierre Papina. Mieszkałem wtedy w starej bazie szkoleniowej. Z okien było widać nową bazę. Obie dzieliły tylko dwa boiska treningowe. Czasem chodziliśmy do nowej bazy na basen i odnowę. To był lepszy świat. Patrzyłeś na nią z okien i chciałeś tam się znaleźć na stałe. Ten widok był motywacją, magnesem. Mi jednak się nie powiodło.

Dlaczego?

Przede wszystkim byli lepsi. Ale może też dlatego, że byłem młody i nieśmiały. Dziś czasy się zmieniły, trenerzy bardziej dbają o młodych piłkarzy, pomagają im. Wtedy byłeś zostawiony samemu sobie. Choć komunizm padł, to były tak naprawdę jeszcze radzieckie czasy, panowała diedowszczyna (fala). Teraz jest inaczej. Wtedy młodzi nosili torby i usługiwali starszy. Skakaliśmy po piwo. Jak pojechałem do Krywbasa, to starzy, którzy mieli po dwieście meczów w lidze mówili: „Młody, masz kasę, idź po piwo”. „A jak ja mam iść, skoro jesteśmy na zamkniętym zgrupowaniu?”. „Chcesz mieć szacunek, to musisz sobie poradzić”. Więc sobie radziłem, ale reszta z zakupów była dla mnie.

Grał pan za to na treningach przeciw Szewczence i Rebrowowi?

Tak. Szewczenko był znakomity na większej przestrzeni, Rebrow na małej. Gdy stawał na przeciwko ciebie, czułeś jego mistrzowską klasę. Zresztą on mieszka w Kozyniu, a więc tam skąd ja pochodzę. Chodzi nawet na mecze Kristalu, miejscowej drużyny.

Kozyń nazywany jest Beverly Hills Ukrainy?

Mieszka tam sporo znanych osób. Podobno bracia Kliczko, właśnie Siergiej Rebrow, dom miał Łobanowski, a dziś jego córka prowadzi restaurację Dym Dynama, gdzie nawet oferowano pracę mojej mamie, która jest kucharką. Wielu polityków. Gdy byłem dzieckiem, to była zwykła mała wieś, na polach pasły się krowy i świnie. My mieszkaliśmy w małym bloku, mieliśmy garaż i kawałek terenu, gdzie mama hodowała kurczaki, a ojciec nutrie. Oprócz tego Kozyń to jeziora, przyroda. To taki rezerwat. Potem, po zmianie systemu, ludzie dostali ziemię od państwa, zaczęli sprzedawać, ceny poszły w górę. Do nas zaczęli się sprowadzać bogaci ludzie, a z ulic zniknęły dzikie świnie.

Jest Pan zadowolony ze swojej kariery?

Raczej tak. Z kilkoma klubami wywalczyłem awans do najwyższej ligi, w niej też pograłem, ostatnio w Sewastopolu, choć skończyło się źle. Zagrałem 19 meczów ligowych a potem złapałem kartki i za chwilę przyplątała się kontuzja. W końcówce nie grałem. Dodatkowo zespół spadł. W ostatniej kolejce Illicziwiec Mariupol przegrywał z Dynamem 0:2. Wygrał 3:2 i utrzymał się naszym kosztem. Mieliśmy straszne poczucie niesprawiedliwości

Spotkał pan tam Mariusza Lewandowskiego.

Dobrze go wspominam, nie tylko jako świetnego piłkarza, ale też człowieka, który pomógł wprowadzić kilka zmian. Sewastopol to był taki amatorski klub. Nie było pralni, więc każdy składał sprzęt i w domu prał. Było boisko pod miastem i dwie małe szatnie z ograniczonym dostępem ciepłej wody. Ludzie z boiska nie schodzili ale zbiegali, bo każdy chciał zdążyć pod ciepłą wodę. Kto się nie wyrobił i nie chciał myć się w zimnej, wracał brudny do domu. Za moim czasów powoli zaczęło się to zmieniać, również dzięki Mariuszowi, który starał się wprowadzić nieco profesjonalizmu, jako że grał w Szachtarze i widział wielką piłkę z bliska. Załatwił choćby zamianę sprzętu na taki najwyższej jakości.

Sprzęt nie gra.

Łobanowski mówił zawsze, żeby nigdy nie zaniedbać żadnego szczegółu, zwłaszcza w piłce nożnej, bo wszystko może decydować.

Dlaczego przyjechał pan z Sewastopola do Polski?

Chciałem zostać w Sewastopolu, ale chciałem też dostać podwyżkę. Nic wielkiego, mówię o paru tysiącach dolarów. W Dynamie zawodnicy co roku awansują pod względem finansowym, myślałem, że tak będzie i w Sewastopolu. Zarząd nie chciał się na to zgodzić.

Przecież spadliście, a pan chciał podwyżki.

Tak, bo przykładowo nowi zawodnicy mogli liczyć na więcej, a my nie. Mówiono nam, że jeśli będzie awans, to sytuacja się poprawi, ale na awans się nie zanosiło, więc nie chciałem czekać.

Górnik już wcześniej chciał pana kupić.

Na zgrupowaniu w Turcji graliśmy z Górnikiem, ale była to drużyna Młodej Ekstraklasy, o ile się orientuję. Strzeliłem wtedy bramkę, dobrze grałem. Trener Nawałka widział ten mecz, nie wiem czy na żywo czy na płycie, ale podobno chciał mnie wtedy wziąć. Zimą, gdy już byłem bez kontraktu, temat wrócił. Menedżer z Ukrainy zaproponował mi przejście do Polski, więc skorzystałem.

Nie był to jednak łatwy wybór?

Trener powiedział, żebym przyjechał na testy, poznać się bliżej. Szybko dostałem propozycję kontraktu, ale nie byłem przekonany, bo chciałem zostać w Sewastopolu, kupić tam mieszkanie. To przepiękne miejsce, położone nad morzem. Stara zabudowa, baza Floty Czarnomorskiej, gdzie czuć stary klimat, historyczny.

A w Zabrzu zamiast morza kominy…

Na początku żona była w szoku, gdy zobaczyła te kominy, szare budynki, ludzi którzy chodzą z węglem.

A miał być zachód.

Ale podoba mi się tu. Lubię małe miasta, gdzie mogę zaplanować czas. Na przykład w Kijowie musisz planować z wielogodzinnym wyprzedzeniem.

Przyjście do polskiej ligi to nie jest obecnie awans dla Ukraińca.

Dla mnie wyjazd za granicę to nowe doświadczenie, poznanie nowego stylu. W polskiej lidze gra się sporo po ziemi, bardziej techniczną piłkę. Na Ukrainie gra się bardziej siłowo, szybciej bez piłki, na obiegnięcie rywala, jest więcej długich, górnych piłek. A w Górniku czasem w całym meczu nie robię żadnych długich podań.

A poziom?

Wiadomo, że na Ukrainie jest kilka mocnych drużyn, Szachtar, Dnipro, Metalist, Dynamo. Pozostałe drużyny są na podobnym poziomie jak polskie…

A lidera ligi polskiej, warszawską Legię, do kogo by pan porównał?

Obecnie do Dynama, które ma kryzys.

O co walczy Górnik w tym sezonie?

Wiadomo, że łatwiej jest wyjść na wyższy poziom niż się na nim utrzymać. My na razie weszliśmy, więc teraz spróbujemy się utrzymać.

Advertisements

1 komentarz »

  1. wojtasek said

    Świetny wywiad, facet dobrze mówi, widać, że zna realia i twardo stąpa po ziemi.

RSS feed for comments on this post · TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: