Archive for Listopad, 2013

Obraniak – zrobić po ludzku

Sprawa Obraniaka to jeden z najważniejszych sprawdzianów Nawałki. Sytuacja piłkarza nie jest taka oczywista, jak wielu się wydaje. Znowu wszystko przedstawione jest zbyt jednoznacznie, że aż przez chwilę sądziłem, że to kolejna manipulacja związkowych szych. Może to szukanie spisku, ale ułożyłem sobie taki logiczny ciąg:

Ludo mówi, że zapraszał selekcjonera „na mecz z Nantes, który jest za kilka dni”. Powołania piłkarzy z klubów zagranicznych miały miejsce 30.10 a mecz z Nantes był 10.11. To nie jest kilka dni. Tym bardziej, że w międzyczasie Bordeaux grało z Nice, więc dlaczego nie zaprosił go na tamten mecz? Może dlatego, że był wyjazdowy, a może dlatego, że było po meczu.

Jeden z dziennikarzy, który ma dobry kontakt z władzami PZPN zapewnił mnie, że w tej sprawie oni nie kłamią. Jestem nawet skłonny przytaknąć, ale po akcji z Orange, gdzie przypiekano na ruszcie Lewandowskiego na podstawie płynącego ze związku jednostronnego przekazu, wychodzę z założenia, że wierzyć ślepo PZPN to jak ulokować pieniądze w Amber Gold. Są pewne rzeczy, których się nie robi.
Tamta sprawa nauczyła nas, tego co już wiedzieliśmy, choć łudziliśmy się, że to nieprawda – dla tłumu ważny jest pierwszy przekaz. Gazety prostowały sprawę, telewizja również, ale było za późno. Tak jak pierwsze wrażenie może określić obraz człowieka na lata. Nie ma czasu na wgłębianie się w temat. Żyjemy w społeczeństwie twittera. Ludzie czytają do 140 znaków.
Teraz podobna sprawa dzieje się w przypadku Obraniaka. W świat idzie przekaz – Nawałka go powołał, a ten odmówił. To, że selekcjoner nie zdradza pełnych okoliczności, pokazuje, że rozgrywa sytuację dla swoich celów. Szkoda, jestem naprawdę rozczarowany, miał to być taki dżentelmen, obyty i kulturalny. Albo nie jest i wziął udział w jakiejś tandetnej gierce (a musi zdawać sobie sprawę, że piłkarze nie zniosą zbyt długo figuranta), albo nie pomyślał, żeby o tych okolicznościach powiedzieć.
A są takie, że Obraniak, który w kadrze nie zagościł przez kilka miesięcy, spodziewał się dziecka. I chciał być przy porodzie. I ja go doskonale rozumiem. Niektórzy nie, bo uważają, że są rzeczy ważniejsze niż być przy porodzie.
Gdyby był pełnoprawnym członkiem kadry, działałoby to na jego niekorzyść. Bo mógł być na sytuację przygotowany. Ale nim nie był. Czy każdy piłkarz ma planować poród poza terminem FIFA, bo może pan selekcjoner zechce go powołać? A może nie zechce?
To, że Boruc czy Glik przyjechali na kadrę mają bliski termin porodu nie przekonuje mnie. Obaj byli mocnymi punktami drużyny, obaj grali ważne jak diabli mecze o punkty. A tu był sprawdzian, przegląd wojsk. Jak się potem okazało, jakieś piłkarskie popłuczyny. Ok, ważne, bo oficjalne. Ale są rzeczy ważniejsze. A poza tym trudno porównać mecze towarzyskie z eliminacjami Mistrzostw Świata czy tym bardziej mistrzostwami Europy.
Oczywiście, że Obraniak ponosi tu część winy, Słusznie zauważył Zbigniew Boniek, że najpierw piłkarzowi nie pasował selekcjoner, a potem cały PZPN i jego polityka. Z drugiej strony wygląda na to, że nie pasowała mu po prostu atmosfera, która się wokół niego wytworzyła. Poprzednie władze związku wraz z selekcjonerem Smudą zdecydowanie za daleko zaszły ze sprawami naturalizacji. I właśnie Obraniak jako symbol sprawy „farbowanych lisów” dostał w tej kwestii najbardziej. Dano mu do zrozumienia, że jest niechciany.
Przypomnijmy zresztą, że w tej kadrze od jakiegoś czasu jest problemem. Mam jednak wrażenie, że konfliktu szukają inni. Najpierw był to Kuba Błaszczykowski, który ostro publicznie skrytykował Obraniaka za mecz z Czarnogórą. Kuba jednak jest profesjonalny jak diabli i za chwilę zrozumiał błąd, zaczął wspierać Obraniaka i publicznie ciepło się o nim wypowiadać. Ale przyszedł cichy konflikt Ludo z Lewandowskim. Jeden mówił, że nie ma dziesiątki, drugi że napastnik miał okazje, ale wyszło jak zwykle.
Gdy się skończyło, przyszedł poważniejszy, z Fornalikiem. Selekcjoner potraktował go w sposób jaki nie traktuje się kluczowych piłkarzy. Posadził na ławkę w dwóch meczach z rzędu dając do zrozumienia, że jest tylko rezerwowym. W momencie gdy potrzebował najbardziej okazania zaufania. Fornalik nie sprawdził się jako psycholog, a teraz jego błąd powiela Nawałka. Mam nadzieję, że to pomyłka, a nie działanie z premedytacją.
Nie mam wątpliwości, że Nawałka powinien pojechać wcześniej do Obraniaka, pogadać z nim, ponegocjować, stworzyć dobry klimat dla powrotu piłkarza do kadry.. Ktoś powie, że to głaskanie primadonny. Nie zgodzę się. Raczej od dłuższego czasu stwarzano wrogą atmosferę dla tego piłkarza. A jest jeszcze aspekt sportowy. Do pewnego momentu był to nasz kluczowy zawodnik. To właśnie on zaliczał asysty w najistotniejszych momentach tych eliminacji. Z Czarnogórą i Anglią. Potem go nie było i okazało się, że nikt nie umie dobrze wrzucić piłki w pole karne. I przegraliśmy te eliminacje. Nie dlatego, że nie było Obraniaka, ale po części zabrakło jego stałych fragmentów. Rzuty wolne i rożne Obraniaka to jedna z największych wartości w tej na pół śmiesznej a na pół smutnej kadrze. A gdyby jeszcze czasem ktoś potrafił wykorzystać go jako piłkarza, byłby podwójny pożytek. Bo Ludo potrafi rozegrać, posłać świetną piłkę. Tyle, że zwalnia grę. Kręci kółka, idzie zbyt często w poprzek zamiast szybko atakować, wymienia leniwie piłkę z najbliższym kolegą, zamiast przyspieszyć. Irytuje to. Ale trudno go tak odstrzelić. Ktoś powie: „A po co on, niech nie gra!”. A no pewnie, że niech nie gra. Kto jeszcze ma nie grać – Lewandowski ogórek? Glik patałach? Piszczek bo nie przykłada się z tyłu?
To może wystawmy Śląsk Wrocław i będzie po sprawie.
Dobrych Piłkarzy po prostu się nie odstawia od tak sobie. Może więc Ludo być jako konkurencją dla Klicha na ósemkę? A może jeszcze pod jakieś inne eksperymentalne ustawienie, np. z dwoma środkowymi? Kto wie, Włosi pewnie by sobie z tym poradzili, oni wymyślają takie rzeczy.
Warto znaleźć rozwiązanie z tej sytuacji, nie przekreślać piłkarza, bo po pierwsze, wymaga tego ludzki odruch, a po drugie, może być przydatny. Tak po prostu.
Tym bardziej, że zawodnik w wywiadzie dla Polsat Sport stwierdził, że chce grać dla Polski. Więc o co chodzi?

Reklamy

3 Komentarze

Martin i jego coś

Miałem nadzieję, że będzie on kandydatem na selekcjonera reprezentacji Polski. Że choć podejmą z nim rozmowy. Ale oczywiście było to jedynie myślenie życzeniowe. Martin O’Neill, uczeń Briana Clougha, poprowadzi Irlandię w meczu z Polską. Sięgam więc po archiwalny tekst, który pisałem, gdy trener obejmował Sunderland. Właściwie był już po 8 meczach, zespół miał 16 punktów i był, znowu, objawieniem Premier League. Wybrano go najlepszym trenerem ligi w grudniu 2011.

Martin i jego coś

Przed laty mówiono, że jest naturalnym następcą Alex Fergusona w Manchesterze United. Tyle tylko, że lata mijają, Sir Alex nie chce przejść na emeryturę. Na horyzoncie pojawiają się jego kolejni następcy, a Martin O’Neill, być może najlepszy menedżer na Wyspach, czyni właśnie cuda w prowincjonalnym Sunderlandzie i czeka na swoją wielką szansę.

Są trenerzy, którym nie jest dane pracować w najbardziej medialnych klubach świata, choć tych ze szczytu często przewyższają wiedzą, intelektem i przede wszystkim skutecznością. Dlatego tworzą swój własny szczyt. Gdy Martin O’Neill obejmował drużynę Sunderlandu w grudniu, wyglądało na to, że będzie broniła się przed spadkiem. Dziś zespół zajmuje 10. miejsce w tabeli Premier League, co całkowicie spełnia oczekiwania zarządu i lokalnej społeczności. Co odważniejsi zaczynają snuć mocarstwowe plany.

Zabójcza pasja
O’Neill lubi siadać na salach sądowych i słuchać. Najbardziej fascynują go seryjni zabójcy. Stara się zrozumieć psychikę człowieka. Chce by inni podzielali tę pasję. Zawodników Leicester zabrał na wycieczkę do domu Petera Sutcliffe’a, „Rozpruwacza z Yorkshire”, którego proces śledził na żywo w 1981 roku. Uznał wycieczkę na tyle interesującą, że następnym razem wybrał się tam ze swoją ciężarną żoną.
– Byłam już w tylu miejscach zbrodni z Martinem, że mam wrażenie iż któregoś dnia sama zostanę zamordowana w jednym z tych miejsc – zażartowała Geraldine O’Neill. Jej mąż jest ponoć fanem zespołu Kasabian, ale podobno tylko dlatego, że wzięli nazwę od nazwiska Lindy, członkini „Rodziny Charlesa Mansona”.
Nadmierna inteligencja jest błogosławieństwem trenera, ale bywała też przekleństwem piłkarza. Biograf znanego piłkarza, a później trenera Briana Clougha, Duncan Hamilton, przyznał że jego bohater był wręcz przerażony niezwykłą inteligencją
swojego podopiecznego z Nottingham Forest. Czasem zadawał mu pytanie i nie nadążał za odpowiedzią. Była zbyt złożona, „jakby słowa wypowiadał James Joyce”. Clough w końcu powiedział mu: „Jesteś zbyt inteligentny na piłkarza” i zesłał do rezerw, używając przy tym mało wyszukanych zwrotów. Cztery miesiące później wpadł na trening rezerw i zdziwił się gdy zobaczył piłkarza. – Jeszcze tu jesteś? OK, wracaj do pierwszego zespołu – powiedział.
Stosunki O’Neilla z Cloughem były trudne. Wzajemne uwielbienie szybko przeradzało się w zadawanie trudnych do zrozumienia dla drugiej strony ciosów.

Mistrz i Martin
O’Neill pytany czy jest podobny do Clougha, odpowiedział: „Gdy ja myślałem, że miałem znakomity dzień, on myślał odwrotnie”. Podawał przykład meczu Forest z Ipswich, gdy zagrał fantastyczne, zdobył dwie bramki i gdy spodziewał się pochwały, został zmieniony i brutalnie potraktowany słowami: „Byłeś nachalny!”. Potem O’Neill nie wystąpił w finale Pucharu Europy w 1979 roku, mimo że wrócił po kontuzji do zdrowia. Długo nie mógł tego zrozumieć. Na szczęście dla niego Forest wygrali też tytuł najlepszej drużyny Europy rok później. Wtedy był już podstawowym zawodnikiem. Mówiono wówczas, że myśli w imieniu zespołu. Cloughowi przeszkadzało wybujałe ego O’Neilla, który według niego „nie mógł przyjąć do wiadomości, że nie jest połączeniem Stanleya Matthewsa i Toma Finneya”. Słynny menedżer tłumaczył w swojej autobiografii, że trzymał O’Neilla na dystans z dwóch powodów: „Po pierwsze nie byłem na jego poziomie, a po drugie nie chciałem czuć, że ściska mnie za gardło za każdym razem gdy nie znajdował się w składzie. Musiał zrozumieć, że to ja jestem panem przedstawienia. Dopiero w menedżerce znalazł ujście dla swojej inteligencji”. O’Neill choć przyjął od Clougha kilka brutalnych uderzeń przyznał z kolei, że „każdy dzień spędzony z nim był fantastyczną lekcją trenerki”.

Cud na prowincji
Faktycznie Clough docenił O’Neilla, gdy ten stworzył w Leicester przyzwoity zespół. Przyznał wówczas w wywiadzie, że „trzeba być geniuszem, żeby dokonać takich rzeczy”. O’Neill i jego asystent John Robertson najpierw awansowali do Premier League, bez trudu przez kilka lat utrzymywał się w niej. Dwukrotnie wywalczył Puchar Ligi, raz był w finale, dwukrotnie awansował do Pucharu UEFA. Sukcesy często porównywano do wyników Nottingham Forest, zaś parę trenerów do legendarnego duetu Clough – Taylor. Był to najlepszy okres w historii prowincjonalnego klubu. Gdy dyrektor sportowy Chelsea Ken Bates stwierdził, że styl Leicester to „kopnij i biegnij”, O’Neill nazwał go „piłkarskim kretynem”.
Clough napisał: „O’Neill i Robertson zdziałali cuda na Filbert Street, dzięki temu że kupowali za małe pieniądze niezłych graczy, gdy inni wydawali fortuny na przeciętniaków, i świetnej motywacji. Chodzą słuchy, że nauczyli się tego ode mnie, ale ja nic o tym nie wiem”
O’Neill po awansie z Leicester wyciągnął stertę listów. Na bok odłożył te od klubów, które nie chciały go zatrudnić – Bradford, Stockport, Chesterfield oraz York. Zostawił te, które otrzymał na początku swojej pracy od fanów. Wyniki nie wyglądały dobrze, więc listy zawierały głównie przekleństwa i groźby. Złapał za telefon i zaczął dzwonić, do każdego po kolei. Z tym samym pytaniem: „I co teraz pan o mnie myśli?”
Z Leicester O’Neill poszedł do zdruzgotanego Celticu. „The Bhoys” byli właśnie po sezonie w którym przegrali mistrzostwo Szkocji z Rangersami różnicą 21 punktów. W pierwszym sezonie pod wodzą O’Neilla wyprzedzili na mecie swoich odwiecznych rywali o 15 punktów, a w kolejnym o 18. Doprowadził on drużynę do finału pucharu UEFA, gdzie przegrała dopiero z FC Porto prowadzonym przez Jose Mourinho. Aston Villę przejął gdy była na 16. miejscu. W kolejnych sezonach zajmował 11. i dwukrotnie 6. lokatę.
Zrezygnował po konflikcie z właścicielem klubu, który wybrał wariant oszczędnościowy i nie podzielał entuzjazmu menedżera z Irlandii Północnej na temat możliwości drużyny.

Przeznaczenie
Teraz, po szesnastomiesięcznej przerwie wrócił do zawodu. Znowu został menedżerem prowincjonalnego klubu, tym razem Sunderlandu. Zarząd zaproponował mu tę pracę wiedząc, że O’Neill jako młody chłopak kibicował „Czarnym Kotom”, więc nie odmówi. On sam przyznał, że w końcu musiało to nastąpić, że ten klub był jego przeznaczeniem.
To był strzał w dziesiątkę. Właściwie nie zmienił wiele. Zachował nawet system 4–4–1–1, który stosował też jego poprzednik Steve Bruce. Irlandczyk zaczął od wizyty w zespole rezerw. Tam znalazł lewoskrzydłowego Jamesa McCleana. Potem cofnął nieco obronę i nastawił zespół bardziej na kontratak w myśl zasady – najpierw wynik, potem piękna gra. O’Neill wiedział, że od porażek do zwycięstw, w tym wypadku, droga nie jest daleka. Pod wodzą Bruce’a Sunderland przegrał 7 z 14 meczów, wszystkie różnicą jednej bramki. Do kilku zmian zmusiły go kontuzje podstawowych graczy. Najważniejsze jednak były indywidualne rozmowy z piłkarzami, które sprawiły że podrzędni kopacze uwierzyli w siebie i stali się lokalnymi bohaterami. Jeden z zawodników stwierdził anonimowo w rozmowie z „Guardianem”, że „O’Neill ma w sobie coś specjalnego. Nie wiadomo co to jest, ale on to ma”.
To coś to połączenie osobowości, inteligencji i znajomości tematu. Irlandczyk znowu udowodnił, że futbol to prosta gra.

Dodaj komentarz

Minuta ciszy

Nikt w PZPN nie pomyślał o hołdzie dla Gerarda Cieślika. Był sobie i go nie ma. Mecz międzypaństwowy ze Słowacją? Był okazją, żeby przypomnieć ludziom, że grał ktoś taki w naszej kadrze. Uwagę na tę wpadkę zwrócił Tomek Zimoch z Polskiego Radia. Zaraz ktoś powie, że dla uhonorowania Cieślika szykują specjalnego, jakąś niespodziankę. Tak, tak, jasne – łykajcie głupcy potrawę z kitu.

Przypadek ten pokazuje, jak ulotna jest ludzka pamięć. Kiedy wygrywaliśmy z Rosją, kibice skandowali: „Kiedy Gerard jest w humorze, nawet sputnik nie pomoże”. Dwoma golami w meczu z ZSRR zrobił dla Polski więcej niż większość działaczy piłkarskich razem wziętych. Był bogiem. Najbardziej skromnym z Bogów, który miał jednak swoje ciche marzenia. Szkoda, że po śmierci nie został należycie uhonorowany. Taki kraj.

Zresztą Cieślik w ostatnich latach miał ciężko. Jego dobry znajomy opowiadał mi, że nie był szczególnie doceniony przez swój własny klub. Przynajmniej tak odczuwał. Owszem, zapraszali go na mecze, ale cóż to jest, zaprosić byłą gwiazdę, zrobić sobie z nią zdjęcie. Gdzieś umieszczą, do czegoś się przyda. Wiem jednak, że w ostatnich latach życia wiodło mu się naprawdę źle. Nie wystarczało na lekarstwa dla niego i żony. Raczej nie mógł liczyć na wsparcie ze strony działaczy klubu. Woleli zatrudnić kolejnego podwórkowego kopacza.

Liczył po cichu na to, że nazwą stadion Ruchu jego imieniem. – To było jego marzeniem i to go podtrzymywało przy życiu – powiedział mi jego stary przyjaciel. To był prosty facet, który zażyczył sobie, żeby pochowano go w dresie reprezentacji Polski.

Przypomniało mi to ostatnie lata Kazimierza Górskiego. Mówiono nim : „Kochał ludzi ale pieniądze miał w d…”. Potem nie miał ani pieniędzy ani ludzi. Bo ci ze związku byli zbyt zajęci, a ci z ulicy nie mieli pojęcia, że ktoś taki nie ma za co żyć. Dopiero znany dziennikarz Paweł Zarzeczny napisał książkę o nim, z której dochód pozwolił Górskiemu przeżyć godnie ostatnie lata (szacunek dla wydawnictwa).

Zawsze mieliśmy problem z pamięcią historyczną w naszym futbolu. Kiedyś byłem w Leeds na meczu drugoligowego wówczas United. Klub zatrudniał tzw. ambasadorów, byłych zawodników którzy nie zawsze poradzili sobie w życiu. Choćby Allana Clarke’a. „Sniffer” (czyli „Speracz” lub „Wąchacz”), niegdyś świetny napastnik, musiał dorobić. A więc opowiadał różnym biznesmenom jak to strzelił bardzo ważną bramkę w 1973. A w sklepiku klubowym można było te bramki kupić na płycie DVD. I ludzie kupowali. „Sniffer” jakoś żył. Wielu dorabia, bo życie jednych zrujnował alkohol i hazard, a inni po prostu nie poradzili sobie. Tak jak Cieślik, który żył godnie i uczciwie, ale skromnie. Trudno oczekiwać żyłki biznesmena od każdego prostego chłopaka z robotniczej rodziny. Żyli na wysokim poziomie (a ci ze skłonnościami do zabawy nawet jeszcze wyższym, bo przecież połowę drinków w swoim życiu każdy celebryta wypija za darmo), czas zarabiania się skończył a stare przyzwyczajenia nie.

Było to w w czasach, o których Hubert Kostka mówił: „Zarabialiśmy za dużo, żeby siedzieć w domu i za mało, żeby odłożyć”.

Oczywiście każdy, gdzieś tam musi się martwić sam o siebie, każdy jest kowalem własnego losu. Nie ma co narzekać, że nowi piłkarze zarabiają więcej od starych bo to są banały.

Zresztą, wszystko można tłumaczyć, odwracać kota ogonem, ale żeby zapomnieć o minucie ciszy dla jednego z największych piłkarzy w historii kraju? Dziwne, bo przecież departament od spraw symbolicznych, czy jak kto woli public relations jest zazwyczaj najbardziej „zarobiony” w związku.

PS. Panowie z PZPN, poprawcie się. Jest jeszcze mecz z Irlandią.

Dodaj komentarz

Nowe rozdanie, stare błędy

wrażenia po meczu ze Słowacją – na szybko

Było dokładnie odwrotnie niż zapowiadał Adam Nawałka. Selekcjoner mówił, że będzie chciał wykorzystać kreatywnych graczy, zasypać podaniami Roberta Lewandowskiego, a w swoim debiucie ze Słowacją (0:2) postawił na starą taktykę – z dwoma mało kreatywnymi defensywnymi pomocnikami. Wiemy, że pewniakiem jest Grzegorz Krychowiak, dlatego grający obok niego zawodnik powinien bardziej tworzyć niż przeszkadzać. Szlak przetarł Waldemar Fornalik, który zastosował ustawienie z jednym defensywnym i jednym klasycznym środkowym (Mateusz Klich) i to bardzo przyzwoicie i przyszłościowo wyglądało. Ale żarło, żarło i zdechło.
Wiadomo, Klicha nie było, ale można było próbować innych rozwiązań z ustawieniem. Tyle, że selekcjoner nie wziął pod uwagę alternatywy dla Mierzejewskiego jako numeru 10. Możemy mu to wybaczyć, bo Piotr Zieliński był bardziej potrzebny młodzieżówce.
Nie mówię, że Mierzejewski nie powinien grać (zawsze byłem zwolennikiem talentu tego piłkarza), ale gdybyśmy mieli dziesiątkę, można by spróbować tego piłkarza głębiej. Potrafi fajnie przyspieszać grę dobrym zagraniem z głębi. Bardzo dobrze mu to wychodziło w dawnych czasach.
Wyglądało to więc tak, że cała nasza gra była oparta na jakiś próbach indywidualnego przedzierania się przez defensywę Słowaków. Próbach niestety żałosnych. W trakcie całego meczu nie stworzyliśmy trzech naprawdę dobrych, ładnych zespołowych sytuacji.
Czuję, że szybko trzeba będzie dogadać się z Ludovikiem Obraniakiem. Nie przeprosić – bo trochę racji ma Zbigniew Boniek – że Obraniakowi nie pasował Fornalik, a jak odszedł Fornalik, ludzie z PZPN. Powinno się po prostu porozmawiać. Takiego zawodnika nie warto się pozbywać. Mieliśmy problem choćby ze stałymi fragmentami gry. Mierzejewski jest tu znacznie słabszy od Obraniaka.
Mając do dyspozycji Klicha, Obraniaka, Mierzejewskiego i Zielińskiego, selekcjoner miałby możliwość żonglerki.
A umiejętność tworzenia akcji to od lat problem Polaków. Znowu szkoda było Roberta Lewandowskiego, który miotał się gdzieś tam bez szans na powodzenie. Jeśli kolejny selekcjoner zmarnuje potencjał tego piłkarza, będzie to niewybaczalny grzech. Ma już 25 lat i dwóch poprzednich selekcjonerów nie wiedziało jak go wykorzystać. Za ileś lat będziemy opowiadali jak to Lewandowski był kopią Krzysztofa Warzychy. A to nie prawda. Po prostu trzeba znać instrukcję obsługi.
Słabo wypadł Waldemar Sobota. Przydałby się zmiennik taki jak Sławek Peszko. Może nie jest to klasa światowa, ale nie jesteśmy żadną potęgą. Zawodnika który ma przyzwoity dorobek w 2. Bundeslidze (9 meczów, 3 gole, 3 asysty), nie można lekceważyć.
Dowiedzieliśmy się też, że choć Kamil Glik nie jest obrońcą wybitnym, to lepszego nie mamy. Wierzę w to, że Artur Jędrzejczyk może grać na środku obrony, ale u boku kogoś lepszego, choćby takiego z doświadczeniem w Serie A.
Te wszystkie ruchy nie przyniosą żadnego zbawienia, ale poprawią trochę sytuację. Nie ma dziś zawodnika, który zbawi kadrę, chodzi rczej o małe zmiany, które sporo wniosą.
Nie ma co robić z tego meczu jakiegoś dramatu. Pierwsze mecze to eksperymenty. To zgrupowanie wyglądało nieźle. Adam Nawałka starał się wprowadzić dyscyplinę swoimi zasadami (nikt nie je dopóki selekcjoner nie powie „smacznego” – jak donosili Ofensywni), ale też poprawić atmosferę, choćby na ścianie wspinaczkowej. To już coś, czego brakowało zbyt mechanicznemu poprzednikowi. Musi jeszcze minąć trochę czasu zanim nasz selekcjoner odsieje zawodników na poziomie ligowym od tych, którzy mogą grać w piłce zagranicznej.
PS. Swoją drogą całkiem nieźle na tle zespołu zagrał Rafał Kosznik.

2 Komentarze

Legia – przepis na nieszczęście

Piłka nożna to przede wszystkim piłka nożna. Banał? Tak i nie. Protestuję przeciw popularnemu ostatnio powiedzeniu, że piłka nożna to biznes. Piłka to sport dla zwykłych ludzi, a nie dla dziennikarzy zajmujących się finansami. A zwykli ludzie nie rozliczają z efektywności w zakresie finansów, ale z wyników.
Kiedy kilka tygodni temu napisałem tu o porażce polityki Legii Warszawa Bogusława Leśnodorskiego, spotkało się to z głosami pełnymi oburzenia. Że jak to, że jest świetny marketing, że sprzedaje wejściówki na loże silver, gold, że tym przecież powinien zajmować się prezes.
W rzeczywistości w liczącej ponad 2,5 miliona mieszkańców aglomeracji pełnej największych firm jakie działają na terenie tego kraju, ściągnięcie kibiców biznesowych to chyba minimum przyzwoitości. Zresztą tym zajmuje się, lub powinien zajmować, jakiś konkretny dział. Na przykład „dział sprzedaży dla klienta strategicznego coś tam, coś tam”. A prezes jest od wszystkiego.
Jakże wygodne jest wyłączenie prezesa od odpowiedzialności za wyniki, za transfery. Wątpliwe, żeby w zachodnich mediach jakikolwiek poważny dziennikarz zaryzykował takie stwierdzenie. Przykładowo kandydaci na prezesów Realu idą do wyborów z obietnicami transferowymi. Nikt nie mówi: „Zarobimy miliony”. Bo po co komu miliony, co przyjdzie mi ze sprzedaży 10 dodatkowych miejsc w loży silver i 15 w loży gold, jeśli zespół przegrywa. W krajach piłkarskiego trzeciego świata można ludziom wciskać każdą ciemnotę. Zresztą używający takich argumentów nie biorą pod uwagę zależności między wynikami a sprzedażą karnetów i biletów. Poza tym dobry zespół i popyt na miejscówki na trybunach to też możliwość podnoszenia cen.
4 mecze, 0 punktów, 0 bramek strzelonych. Po żenujących meczach w eliminacjach Ligi Mistrzów zespół przegrywa wszystko jak leci w Lidze Europy. Oczywiście wiem, że kolejna porażka Legii to mieszanka pecha (nawet stanowi on znaczną część przepisu na nieszczęście), błędów personalnych, braków w umiejętnościach i tych większych – w zarządzaniu.
Niestety tak. Prezes jest od tego, żeby wyznaczać strategię, również w zakresie sportu. Nie od tego, żeby mówić który zawodnik się nadaje, od oceniania go pod względem techniki i innych umiejętności czysto piłkarskich, ale od tego, żeby zatrudnić pracowników, którym będzie mógł zaufać i z którymi będzie mógł opracować strategię rozwoju.
A tymczasem zespół jest po prostu słaby. Powiedzenie, że „stawiamy na akademię” jest zupełnie oczywiste. „Będziemy dalej głaskać kurę znoszącą złote jajka, tyle że mocniej”. Dlatego jestem przekonany, że Legia za kilka lat będzie europejskim graczem, ale właśnie dzięki tej akademii, a nie dzięki kierunkowi wyznaczonemu przez nowego prezesa.
Obrońcy tej polityki zapomnieli, co powtarzam, że tak naprawdę sukces finansowy w dalszej perspektywie uzależniony jest od sukcesu sportowego. Kto dziś chce przyjść na Legię?
14 tysięcy ludzi na meczu europejskiego pucharu to wynik znacznie poniżej granicy przyzwoitości. To znaczy, że najlepszy i być może najpopularniejszy klub w tym kraju nie potrafi zapełnić połowy trybun.
Na pewno jakiś mądrala zaraz znajdzie kilka innych powodów. Kiedyś pokłóciłem się podczas wywiadu z Robertem Maaskantem, ówczesnym trenerem Wisły.
Zapytałem:
Na 24-tysięcznym stadionie macie 16 tysięcy ludzi w meczu z Ruchem, nieco ponad 12 w Lidze Europy z Odense, tyle samo z Bełchatowem… Czyżby oczekiwania fanów co do spektaklu były odmienne w stosunku do tego, co im oferujecie?
Ależ to mało inteligentne pytanie!
Niby dlaczego?
Czy sądzi pan, że nie ma żadnych innych powodów?
Z chęcią je poznam.
Po pierwsze pieniądze. Kibice na pewno wydali spore sumy na nasze mecze w Lidze Mistrzów. Po drugie wakacje. Ludzie zabrali rodziny na urlopy, mają mniej pieniędzy do wydania. Po trzecie zaczęły się szkoły, a to znaczy, że dzieci i część młodzieży nie przyjdzie na nasz mecz w Lidze Europy, który gramy o 21.05, nie ma dobrego transportu publicznego, to też ma swoje znaczenie. Z Bełchatowem graliśmy w poniedziałek wieczorem, z Ruchem w niedzielę po południu…
No cóż…
To są moje odpowiedzi. Pańskie pytanie zawierało tezę, że ludzie są znudzeni naszą grą, a ja uważam, że powody są znacznie głębsze.

Dziś chciałbym zadać równie mało inteligentne pytanie, zmienić jedynie nazwę zespołu i uaktualnić liczby. Głównym składnikiem wspomnianego przepisu na nieszczęście jest zła polityka personalna. To pierwszy klocek, który uruchamia domino. Na końcu upada też klocek z napisem „marketing”.

Dodaj komentarz