Minuta ciszy

Nikt w PZPN nie pomyślał o hołdzie dla Gerarda Cieślika. Był sobie i go nie ma. Mecz międzypaństwowy ze Słowacją? Był okazją, żeby przypomnieć ludziom, że grał ktoś taki w naszej kadrze. Uwagę na tę wpadkę zwrócił Tomek Zimoch z Polskiego Radia. Zaraz ktoś powie, że dla uhonorowania Cieślika szykują specjalnego, jakąś niespodziankę. Tak, tak, jasne – łykajcie głupcy potrawę z kitu.

Przypadek ten pokazuje, jak ulotna jest ludzka pamięć. Kiedy wygrywaliśmy z Rosją, kibice skandowali: „Kiedy Gerard jest w humorze, nawet sputnik nie pomoże”. Dwoma golami w meczu z ZSRR zrobił dla Polski więcej niż większość działaczy piłkarskich razem wziętych. Był bogiem. Najbardziej skromnym z Bogów, który miał jednak swoje ciche marzenia. Szkoda, że po śmierci nie został należycie uhonorowany. Taki kraj.

Zresztą Cieślik w ostatnich latach miał ciężko. Jego dobry znajomy opowiadał mi, że nie był szczególnie doceniony przez swój własny klub. Przynajmniej tak odczuwał. Owszem, zapraszali go na mecze, ale cóż to jest, zaprosić byłą gwiazdę, zrobić sobie z nią zdjęcie. Gdzieś umieszczą, do czegoś się przyda. Wiem jednak, że w ostatnich latach życia wiodło mu się naprawdę źle. Nie wystarczało na lekarstwa dla niego i żony. Raczej nie mógł liczyć na wsparcie ze strony działaczy klubu. Woleli zatrudnić kolejnego podwórkowego kopacza.

Liczył po cichu na to, że nazwą stadion Ruchu jego imieniem. – To było jego marzeniem i to go podtrzymywało przy życiu – powiedział mi jego stary przyjaciel. To był prosty facet, który zażyczył sobie, żeby pochowano go w dresie reprezentacji Polski.

Przypomniało mi to ostatnie lata Kazimierza Górskiego. Mówiono nim : „Kochał ludzi ale pieniądze miał w d…”. Potem nie miał ani pieniędzy ani ludzi. Bo ci ze związku byli zbyt zajęci, a ci z ulicy nie mieli pojęcia, że ktoś taki nie ma za co żyć. Dopiero znany dziennikarz Paweł Zarzeczny napisał książkę o nim, z której dochód pozwolił Górskiemu przeżyć godnie ostatnie lata (szacunek dla wydawnictwa).

Zawsze mieliśmy problem z pamięcią historyczną w naszym futbolu. Kiedyś byłem w Leeds na meczu drugoligowego wówczas United. Klub zatrudniał tzw. ambasadorów, byłych zawodników którzy nie zawsze poradzili sobie w życiu. Choćby Allana Clarke’a. „Sniffer” (czyli „Speracz” lub „Wąchacz”), niegdyś świetny napastnik, musiał dorobić. A więc opowiadał różnym biznesmenom jak to strzelił bardzo ważną bramkę w 1973. A w sklepiku klubowym można było te bramki kupić na płycie DVD. I ludzie kupowali. „Sniffer” jakoś żył. Wielu dorabia, bo życie jednych zrujnował alkohol i hazard, a inni po prostu nie poradzili sobie. Tak jak Cieślik, który żył godnie i uczciwie, ale skromnie. Trudno oczekiwać żyłki biznesmena od każdego prostego chłopaka z robotniczej rodziny. Żyli na wysokim poziomie (a ci ze skłonnościami do zabawy nawet jeszcze wyższym, bo przecież połowę drinków w swoim życiu każdy celebryta wypija za darmo), czas zarabiania się skończył a stare przyzwyczajenia nie.

Było to w w czasach, o których Hubert Kostka mówił: „Zarabialiśmy za dużo, żeby siedzieć w domu i za mało, żeby odłożyć”.

Oczywiście każdy, gdzieś tam musi się martwić sam o siebie, każdy jest kowalem własnego losu. Nie ma co narzekać, że nowi piłkarze zarabiają więcej od starych bo to są banały.

Zresztą, wszystko można tłumaczyć, odwracać kota ogonem, ale żeby zapomnieć o minucie ciszy dla jednego z największych piłkarzy w historii kraju? Dziwne, bo przecież departament od spraw symbolicznych, czy jak kto woli public relations jest zazwyczaj najbardziej „zarobiony” w związku.

PS. Panowie z PZPN, poprawcie się. Jest jeszcze mecz z Irlandią.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: