Archive for Luty, 2014

Lisy farbowane na zielono

Dziś kawałek historyczny o naszych przeciwnikach grupowych, Irlandczykach. O wielkiej rewolucji w irlandzkiej piłce. Napisałem go na EURO 2012, ale w większości pozostaje aktualny.

Giovanni Trapattoni był początkowo krytykowany za styl. Tak jak Jack Charlton ćwierć wieku przed nim. Dla Włocha najważniejsze jest nie stracić bramki. Taki sam był priorytet Anglika. Po raz pierwszy zaskoczył Europę w 1988 roku, gdy jego drużynę zaledwie kilka minut dzieliło od półfinału mistrzostw Europy.
– Cześć John, słyszałem że twoja babcia była z Irlandii. Może chciałbyś zagrać dla Republiki – rzucił dość bezpośrednio Jack Charlton, nowy selekcjoner kadry.
– W sumie niezły pomysł – odpowiedział John Aldridge. Było to w szatni, chwilę po meczu Oxfordu.
– Ale zaraz, zdaje się że mama Raya pochodzi z Dublina – przypomniał sobie Aldridge. – Ray, chodź tu na chwilę! Czy to prawda, że twoja matka jest z Dublina? – zapytał szkockiego pomocnika Charlton.
– Ojciec z Donegal – odparł Houghton.
– To może chciałbyś zagrać w reprezentacji Irlandii – zagadnął selekcjoner, który był zachwycony tym pomysłem, bo Houghton właśnie rozegrał znakomite spotkanie i asystował przy bramce Aldridge’a.
– Pewnie, z wielką przyjemnością – odpowiedział pomocnik Oxfordu.
W ten sposób reprezentacja Irlandii zyskała jednego dnia dwie wielkie gwiazdy.

Kompromis

20 tysięcy fanów z Irlandii jechało ze swojego kraju, głównie kamperami, aż do Stuttgartu, żeby przeżywać z drużyną historyczne dla nich mistrzostwa Europy. Irlandia po raz pierwszy w historii zakwalifikowała się do dużego turnieju.
Wielka rewolucja zaczęła się w 1986 roku. Władze federacji zwolniły Eoina Handa i ogłosiły konkurs na jego miejsce. Faworytem był Bob Paisley, który nieco ponad dwa lata wcześniej został emerytem. Rozstał się z Liverpoolem, z którym trzykrotnie sięgnął po tytuł najlepszej klubowej drużyny Europy. W pierwszej rundzie zdobył 9 z 18 głosów. Po trzy mieli Johnny Giles, Charlton i trener młodzieżówki Liam Tuohy.
Paisley wzbudzał jednak sporo kontrowersji. W drugiej turze jeden z delegatów wycofał swoje poparcie dla niego, pozostali głosowali na Charltona.
– Wzięli faceta, którego nikt nie chciał. Był to kompromis między działaczami. A więc w pierwszej rundzie Paisley dostał 9 głosów a Charlton 3, a mimo to wybrali Jacka. To się nazywa irlandzka logika – śmieje się Eamon Dunphy, dziennikarz, były reprezentant Irlandii, a w późniejszych latach wielki krytyk Charltona.
– Oczywiście dobrze byłoby grać u Paisley’a. Znałem go z Liverpoolu, pasował mi jego futbol, ale czas pokazał, że był to dobry wybór, bo Charlton odniósł wielki sukces – mówi „PS” Ronnie Whelan, pomocnik tamtej drużyny, który teraz przyjechał do Polski jako ekspert telewizji RTE.
Irlandia nigdy wcześniej nie zdołała zakwalifikować się do dużego turnieju. Najbliżej była w eliminacjach do mistrzostw świata w 1982 roku. Przegrała różnicą bramek z Francją. Nastąpił wielki kryzys. Eliminacje do kolejnego mundialu były już katastrofą. Ludzie powoli odwracali się od kadry, na jej mecze przychodziło ledwie po kilkanaście tysięcy osób.

Szkocki akcent

Nowy selekcjoner, mistrz świata z 1966 roku, uznał, że samymi Irlandczykami świata nie zawojuje, dlatego zdecydował się powołać pierwszą w historii drużynę „farbowanych lisów”.
Oczywiście już wcześniej byli zawodnicy mający jedynie korzenie irlandzkie – Steve Heighway, Mark Lawrenson czy Tony Cascarino, którego matka specjalnie zmieniła obywatelstwo, żeby syn mógł zagrać w kadrze. Ale to Charlton i jego asystent Maurice Setters zaczęli działać na masową skalę. Jeździli do kolejnych zawodników, w których żyłach płynęła choć odrobina irlandzkiej krwi i zadawali to samo pytanie: „Czy chcesz grać dla Republiki?”
Dla Irlandczyków sprawa była zupełnie naturalna. W latach powojennych wciąż był to kraj rolniczy, do Anglii emigrowały w celach zarobkowych tłumy ludzi z Zielonej Wyspy, w tym dziadkowie i rodzice późniejszych reprezentantów.
– Oczywiście, że była grupa niezadowolonych w prasie i wśród kibiców na temat „Plastic Paddys” (tak nazywa się ironicznie członków diaspory irlandzkiej niezwiązanych z Irlandią), ale spodziewaliśmy się tego. Niektórzy mówili, żebym poczekał z decyzją, ale chciałem grać dla Irlandii. Większość mojej drużyny pochodziła z tego kraju. Gdy tylko włożyłem zieloną koszulkę, poczułem się jakbym był u siebie – mówi „PS” Tony Galvin, lewoskrzydłowy „Armii Jacka”.
– Może gdyby byli to słabi zawodnicy, byłby problem. Ale przyszli do nas piłkarze takiego kalibru, jak choćby Aldridge, Houghton czy w późniejszym okresie Andy Townsend, więc nikt nie widział w tym problemu – uważa Whelan.
Eliminacje zaczęli źle, ale z czasem się rozkręcili. Tyle, że było już za późno. Choć wygrali trzy ostatnie spotkania, ich awans zależał od grających w Sofii Szkotów, którzy w tym czasie nie walczyli już o nic. Bułgarom wystarczał remis i taki wynik utrzymywał się do 86. minuty. Wtedy bramkę strzelił debiutant, Gary Mackay. – Dla nas był to mecz o nic, ale nie chcieliśmy narobić wstydu. Mi nie była potrzebna żadna specjalna motywacja. To był mój debiut, w dodatku wszedłem na zmianę, więc nie miałem nic do stracenia – mówi nam Mackay. – Na Bułgarach ciążyła straszna presja. Stadion w Sofii milczał przez całe spotkanie. To było niesamowicie dziwne. Po meczu rywale nie podziękowali nam, po prostu zeszli. Ja udzielałem wywiadu w telewizji, ale gdy bułgarska stacja przestała nadawać, po prostu odłączyli nam prąd.
Mackay w reprezentacji Szkocji wystąpił zaledwie cztery razy, jednak na zawsze pozostał bohaterem Irlandii.
– Na lotnisku w Glasgow czekał już na mnie bramkarz Irlandii Packie Bonner z butelką szampana. Dostałem mnóstwo kartek z życzeniami i podziękowaniami od irlandzkich fanów. Do dziś mnie rozpoznają. Trzy lata później na mojej uroczystej kolacji przemawiał Jackie Charlton – mówi szkocki pomocnik.
– Grałem ze Szkotami i znałem ich. Tak naprawdę wiedziałem, że nie odpuszczą, ale mimo to wątpiliśmy w ich wygraną. Komentowałem ten mecz dla telewizji i nie dowierzałem w to co się stało – mówi „PS” Kevin Moran, środkowy obrońca irlandzkiej drużyny.

Najważniejszy mecz w życiu
Irlandia na turniej jechała w roli chłopca do bicia. Choć nie przegrała dziesięciu meczów przed EURO ’88, w Dublinie pokonała prowadzoną przez Wojciecha Łazarka Polskę 3:1. – Czuliśmy, że możemy coś zwojować, ale większość ludzi w Irlandii myślała inaczej – uważa Whelan.
Pierwszy mecz w grupie był niezwykły nie tylko dlatego, że Irlandczycy debiutowali w rozgrywkach. Musieli zmierzyć się z „The auld enemy” (Odwieczny wróg), Anglią. Po raz ostatni Irlandczycy odnieśli zwycięstwo w tej konfrontacji w 1949 roku na Goodison Park.
– Anglicy mieli fantastyczną drużynę. Beardsley, Barnes… Wiedzieliśmy przeciwko komu gramy – dodaje pomocnik Liverpoolu. Na stadionie w Stuttgarcie bramkę na 1:0 zdobył Houghton, a potem Irlandczycy fantastycznie się bronili. Mecz życia rozegrał Pat „Packie” Bonner, bramkarz Celticu Glasgow. Dzięki niemu piłkarze Charltona dowieźli wygraną do końca.
– Anglia miała znakomity skład. Byliśmy bardzo podekscytowani. Ja grałem na Johna Barnesa, który był wielką gwiazdą, był w fantastycznej formie. I wygraliśmy! Zaraz po meczu do szatni wpadła cała grupa irlandzkich polityków, ważnych osobistości. Wszyscy płakali – opowiada „PS” Chris Morris, lewy obrońca ekipy.
– To było niewiarygodne. Najlepsze uczucie, jakiego doświadczyłem w futbolu. Było to trudne do uwierzenia, że zrobiliśmy coś historycznego. Nigdy też nie czułem się tak zmęczony – wspomina Galvin.
– Dwa lata później dotarliśmy do ćwierćfinału mistrzostw świata, ale wygrana z Anglią zawsze będzie dla mnie najważniejszym osiągnięciem w karierze – zapewnia nas Aldridge, napastnik drużyny Charltona.
Reprezentacja stała się kultową, pisano na jej temat poematy i piosenki. Najbardziej znaną stała się „Joxer goes to Stuttgart” Christy Moore’a o kibicu, który jedzie kamperem do Stuttgartu.

Anglicy w swoich Union Jackach nastawili się na wygraną
Aż do momentu, gdy Ray Houghton dostał piłkę i umieścił w siatce ją
Co stało się dalej to historia, która przyniosła szczęścia łzy
Dla wielu ludzi ten dzień będzie najważniejszym w życiu ich

Witał ich milion ludzi

Potem był remis ze Związkiem Radzieckim. Do dziś starsi fani uważają, że to najlepszy mecz w historii Irlandii, zapamiętany również ze względu na cudowną bramkę z woleja Whelana. – Mieliśmy niedosyt, większość meczu byliśmy lepsi. To na pewno był jeden a najlepszych meczów Irlandii, w których grałem – stwierdza Moran.
Było to zupełnie inne spotkanie niż dotychczasowe. Irlandczycy grali piłką, stwarzali sporo sytuacji. – Jack od początku chciał grać długą piłką. Bardzo bał się straty w środku pola. Zwłaszcza, że drużyny z Europy Wschodniej miały zazwyczaj bardzo kreatywnych zawodników w środku. Wiedział, że musi ich ominąć. Jako obrońcy mieliśmy przykaz: zero ryzyka – mówi Chris Morris.
Taktykę Charltona nazwano „Put’em on the pressure”, czyli „Poddajcie ich presji”. To powiedzenie zrobiło taką furorę, że tak zatytułowano nagraną przez U2 oficjalną piosenkę Irlandii na mundial we Włoszech.
– Eoin Hand, poprzednik Charltona, lubił grę po ziemi. Jack miał inny pomysł na wygrywanie. Długie piłki za bocznych obrońców. Ważne było, żeby gdy tylko rywal ma piłkę, naciskać go i szybko ją odzyskiwać. Wygrać piłkę bliżej ich terenu i robić wrzutki w pole karne z bliższej odległości – mówi Whelan. – To był prymitywny futbol, takie Division 2 – uważa Dunphy.
Taka gra oznaczała, że z drużyną narodową musiał się rozstać Liam Brady, być może najlepszy piłkarz w historii Irlandii, mający na koncie występy w Juventusie, Sampdorii i Interze. Brady pod koniec eliminacji i tak dostał czerwoną kartkę, więc w dwóch pierwszych meczach by nie zagrał, ale jak się okazało potem, nie pojechał też na mundial do Włoch. – To była wielka strata. Liam i Jack mieli inne podejście do futbolu. Myślę, że Jack go szanował, ale chciał grać po swojemu – mówi Galvin.
– Jack nie chciał Liama, bo uważał że ten grał zbyt ryzykownie. To było szaleństwo, bo Brady był wtedy jednym z najlepszych piłkarzy Europy – uważa Dunphy.
W tym szaleństwie była jednak metoda, bo Irlandczycy nie tylko weszli do mistrzostw, ale też zaprezentowali się naprawdę dobrze i zdobyli sympatię całego świata.
Ze Związkiem Radzieckim nie zdołali wygrać, stracili bramkę 15 minut przed końcem.
Potem, w meczu z Holandią, Irlandczycy znowu grali dobrze, choć głównie w defensywie, ale w 82. minucie wyeliminował ich Wim Kieft. – Byliśmy przekonani, że będziemy musieli co najmniej zremisować. Anglia oczywiście rozczarowała, gdyby wygrała z ZSRR, mogliśmy awansować nawet przegrywając z Holandią. To było największe rozczarowanie w mojej karierze. Broniliśmy się znakomicie, ale tak naprawdę Holandia miała najlepszą drużynę na świecie. Prawda jest taka, że powinniśmy wygrać ze Związkiem Radzieckim – mówi Galvin.
– Bramka Kiefta była dziwna, w dodatku strzelona ze spalonego. Wtedy to było spore rozczarowanie. Przyjechaliśmy do Niemiec jako zupełnie niedoceniona drużyna, a niewiele zabrakło, żebyśmy weszli do półfinału. Wynagrodziło nam to niewiarygodne przyjęcie w Dublinie – mówi Aldridge.
– Właśnie wtedy, kiedy wróciliśmy do Dublina po turnieju, zorientowaliśmy się jak wielki sukces odnieśliśmy. Na ulicach witało nas milion Irlandczyków – wspomina Whelan.

Dziedzictwo
To był dobry czas dla irlandzkiego sportu. Zaczęło się od kolarzy. W 1987 roku Stephen Roche wygrał Tour de France, rok później Sean Kelly zajął pierwsze miejsce w Vuelta Espana. Najważniejszy był jednak sukces piłkarzy. Najpierw wygrana z Anglią, dwa lata później awans do ćwierćfinału mistrzostw świata i w 1994 roku awans do drugiej rundy. W Irlandii do dziś te sukcesy wiąże się ze wzrostem gospodarczym z lat 90-tych i narodzinami celtyckiego Tygrysa. Cathal Dervan, znany irlandzki dziennikarz sportowy, napisał że „sukces drużyny piłkarskiej dał nam poczucie dumy narodowej i pomógł zasiać ziarno ekonomicznego odrodzenia”.
Co do wpływu Charltona na futbol w Irlandii nie ma wątpliwości nawet jego wielki przeciwnik, Eamon Dunphy: – Dziedzictwo Charltona jest ogromne. Dziś na ulicach jest znacznie więcej dzieci grających w piłkę. Wcześniej tak nie było. Dzięki drużynie Charltona piłka stała się naszym sportem.

Comments (1)

Gdzie Zieliński? Nie chcę chamskiego futbolu

Nie podobają mi się powołania Nawałki. Nie, to coś więcej. Jestem nimi bardzo rozczarowany.
W ogóle nie jestem fanem tego selekcjonera. Ok, to dobry trener ligowy, to tyle. Może zbyt wcześnie na takie ostre oceny, ale już widzę, co się święci. Oczywiście czasem masz nadzieję, że przyjdzie nowa miotła i zmieni się na lepsze, ale nie ma nic gorszego niż szybko przekonać się, że następca jest słabszy od poprzednika. To musi być bolesne. Do końca kadencji zostaje czas nieokreślony, a kolejny etap wyczekiwania zabija możliwości piłkarzy i drużyny. Jest czasem zmarnowanym. Obwinia się zazwyczaj wykonawców nie widząc, że problem leży głębiej, na przykład w nieodpowiednim ich wykorzystaniu.
Chcę się mylić. Zawsze gdy czuję, że coś jest nie tak, chcę się mylić. Tu też. Mam wrażenie, że selekcjoner nie wsłuchuje się w wołania piłkarzy, nie rozmawia z nimi albo stwarza pozory i ich nie słucha. Wie lepiej. Bill Shankly powiedział, że dobry trener dostosowuje taktykę do możliwości drużyny, nawet jeśli ta taktyka jemu samemu nie odpowiada. Nawałka nie rozumie tego i nie zrozumie.
Powiecie, że za wcześnie na takie wnioski (znowu to podkreślam, trochę sam jestem zdziwiony), ale już widzę, że selekcjoner w ogóle nie uczy się na błędach poprzednika. Chce popełnić te same, ale na własne konto. Tak jakby wierzył, że problem leży w mentalności a nie sposobie gry. I że on to naprawi, bo zna język, którym mówią piłkarze.
Oczywiście nie wiemy jakim ustawieniem chce grać Nawałka, ale jego powołania i doświadczenie ostatnich meczów pokazuje, że wierzy on w tradycyjny i mało odkrywczy styl gry, który był dobry 5-6 lat temu, a teraz zawadza tej drużynie i jest dla niej ciężarem.
O Waldemarze Fornaliku podczas jego kadencji pisaliśmy w „PS” wiele. O tym jakie naszym zdaniem popełniał błędy. On sam nigdy się z nami nie zgodził, poza samą końcówką kadencji gdy zagrał forsowaną przez nas formacją 4-1-4-1. Był to trochę wypadek przy pracy, ale o tym przekonaliśmy się później. Po prostu kompletnie nie szło i w drugiej połowie meczu z Danią wstawił na boisko młodego Piotra Zielińskiego. Nagle okazało się, że Polska potrafi grać. I to na wysokim europejskim poziomie.
Zieliński, za nim Mateusz Klich, świetna ósemka, z prawej strony Kuba Błaszczykowski a z lewej będący w optymalnej formie Waldemar Sobota. I z przodu Robert Lewandowski. Nagle przestała działać niewidzialna blokada.
Nagle fantastycznie grał Kuba Błaszczykowski. Zawsze szarpał, próbował, wbijał się między obrońców, ale zawsze był strasznie nieskuteczny. Nawet jeśli strzelił albo asystował to zespół, moim zdaniem, bardziej tracił na jego występach niż zyskiwał. Już to opisywałem wcześniej. Nasza gra stawała się przewidywalna, zbyt przewidywalna, inni piłkarze stali i patrzyli się na tańce Kuby.
I nagle teraz, na te 45 minut, wszystko się zmieniło.
Gazety następnego dnia urządziły konkurs na to kto był najlepszym zawodnikiem meczu – Kuba czy Waldek Sobota. Moim zdaniem to był mecz Kuby. Tak jak mnie zawsze irytował, tego dnia byłem jego występem oczarowany.
Ale kluczem tak naprawdę było wejście młodego Piotra Zielińskiego. W tym jednym momencie Błaszczykowski zobaczył, że ma kilku partnerów do gry. Że najzwyczajniej w świecie ma do kogo podać. Bo piłkarze lubią grać z piłkarzami. Muszą wiedzieć, że partner ich podświadomie rozumie.
Wcześniej zbyt często zdarzało się, że zawodnicy uprawiali tzw. Wishful thinking. Przykład – zagrywasz do kolegi i idziesz do przodu stwarzając okazję do kolejnego podania. Co z tego, skoro twój partner nie myśli wystarczająco szybko i najzwyczajniej w świecie nie ma umiejętności, żeby zrealizować twój plan.
Teraz z Danią zaczęło się to zazębiać. Nie, to było coś więcej. Coś znacznie więcej. Patrzyłem jak majtek na statku Kolumba, który po miesiącach beznadziejnej żeglugi zobaczył na horyzoncie lądowego ptaka. Pamiętam, że moim kolegom na trybunie prasowej świeciły się oczy. Ależ pięknie było tam być tego dnia. Obserwować narodziny zespołu.
W najważniejszym momencie, a więc z Ukrainą, Fornalik zrezygnował z tego planu i wrócił do starego 4-2-3-1, z dwoma silnymi ale mniej kreatywnymi piłkarzami w środku. Jakby sądząc, że walka rozegra się właśnie w środku. Mógł tak myśleć, bo przecież właśnie w ten sposób przegraliśmy w Warszawie – Ukraińcy mieli silne skrzydła a ich środkowi pomocnicy zdominowali naszych i to w sposób brutalny (szkoda mi biednego Łukasika. To dobry piłkarz, ale tego dnia nie miał szansy, został rzucony na pożarcie i mam wrażenie, wciąż nie może się otrząsnąć).
Moim zdaniem na tym polegał podstawowy błąd selekcjonera. Zbyt wielką wagę przykładał do gry rywala. Nie potrafił wyważyć proporcji. Bardziej interesowały go silne strony rywali niż nasze. W ten sposób paraliżował nieco zespół. A szkoda, bo to naprawdę dobry trener. Najlepszy, jakiego mieliśmy w lidze, mimo upływu czasu wciąż tak uważam.
W gazecie porównałem go do naukowca cierpiącego na śmiertelną chorobę, który przypadkowo odkrywa lek i ma możliwość przedłużenia swojego życia. Nie ma jednak gwarancji. W ostateczności boi się użyć leku ponownie, stawia na sprawdzoną kurację i umiera. Nigdy nie dowiemy się czy eksperymentalny lek mógł go uratować, ale zawsze będziemy o tym myśleć.
Dlatego też jako następcę chcieliśmy z kilkoma kolegami z „PS” selekcjonera zachodniego, nie polskiego. Takiego, który nie boi się eksperymentów. Nie obarczonego tym prostym myśleniem wywodzącym się z kraju, gdzie propaguje się grę bezmyślną, prymitywną, zabijającą kreatywność. Destrukcja, podanie do boku na 2 metry i kontra. Taki chamski futbol.
Nawałka moim zdaniem jest również zakładnikiem tego typu myślenia. Tak naprawdę, choć jego Górnik podawał więcej niż inni, to nigdy nie wymyślił nic odkrywczego, a wyniki wynikały z tego, że miał pełną kontrolę nad zespołem przez dłuższy okres. A i tak nie były to wyniki porywające tłum.
Cały ten mój wywód zmierza do tego, że brakuje mi w tym zespole kreatywnych piłkarzy operujących na małej przestrzeni. Są co prawda Obraniak i Klich, ale brakuje klasycznej szybkiej dziesiątki, właśnie Zielińskiego. To, że nie gra w Serie A, jest w tej chwili sprawą zupełnie drugorzędną. Po pierwszym meczu w roli selekcjonera Leo Beenhakker wypowiedział pamiętne: „Kadra to nie dyskoteka, do której się wchodzi i wychodzi”. Słowa te padły na konferencji prasowej w Odense. Odpowiadał na pytanie, moje zresztą, o sens powoływania do kadry rezerwowego Dudka.
Bramkarza, który zawalił mecz z Danią, szybko odstrzelił, ale miał ten komfort, że mógł postawić na Kowalewskiego a potem Boruca. Nawałka nie ma takiego komfortu.
Zieliński zadomowił się w tej kadrze i powinien w niej zostać. Wnosił wiele, zbyt wiele, żeby z niego rezygnować. Tak długo szukaliśmy dziesiątki do kadry. A gdy ją znaleźliśmy, wyrzucamy nagle do śmietnika i szukamy dalej. W momencie gdy Zieliński nie tylko wszedł na poziom reprezentacyjny, ale zyskał zaufanie kolegów i stał się pełnoprawnym członkiem drużyny. Niemal każdy jego występ był dobry, zawsze był kluczowym zawodnikiem. Może spotkania z Lichtensteinem czy San Marino nie są do końca reprezentatywne, ale faktem jest, że to on był kluczem do wygrywania ze słabeuszami. Nie inni. Moim zdaniem jest to dowód na pewne ograniczenie Nawałki. Gorsze jest to, że wróci do Zielińskiego po tym jak używając metody prób i błędów, straci zbyt wiele czasu.
Jesteśmy w tej chwili w fazie budowania drużyny i to, że Zieliński nie gra w swoim zespole, ponownie podkreślę, nie ma aż takiego znaczenia. Ważne kim jest, co potrafi. Można dość optymistycznie przyjąć, że za pół roku będzie grał, wtedy będziemy mieli stratę kilku miesięcy jeśli chodzi o ponowne wprowadzanie go do zespołu.
Miałem też cichą nadzieję, że selekcjoner wykorzysta odrodzenie Rafala Wolskiego i powoła również jego. Jeszcze zanim pojawili się Zieliński i Klich (ponownie), miałem nadzieję, że w ustawieniu 4-1-4-1 to właśnie Wolski będzie „dychą”.
Zobaczcie: Klich, Obraniak, Zieliński i Wolski. Czterech kreatywnych piłkarzy, którym nie przeszkadza piłka. Potem dojdzie Furman, mam nadzieję że Wszołek, w którego zawsze wierzę, a przecież z przodu jest Milik, Lewandowski, coraz lepszy będzie Teodorczyk. Ten zespół ma możliwości, żeby grać na równym poziomie z dobrymi europejskimi ekipami. Ale ten, który trzyma broń nie może się bać pociągnąć za spust. Musi rozpoznać jej możliwości.
Nawałka stawia jednak na zgrane karty.
Oczywiście tu musze się lekko asekurować nie należy niczego przesądzać, ale nie widzę tego w jasnych barwach. Nawałka nie szuka tylko powiela. To kopista, taki średniowieczny mnich, który przepisuje cudze dzieła. Nie ma wizji i głowy do poszukiwań. Nie pisze dzieł tylko je czyta. Wygląda na to, że wczesny Nawałka to zdaje się kopia środkowego Fornalika.

Ps. Tym którzy uważają, że przesadzam i jestem w swojej ocenie zbyt radykalny, odpowiem tyle że jestem wielkim fanem talentów Piotra Zielińskiego i Rafała Wolskiego. Brakowało nam takich piłkarzy i gdy się pojawili, trzeba (nie można ale trzeba – tak, to obowiązek) z nich korzystać. Kompletnie nie znam ich jako ludzi za to uwielbiam ich jako piłkarzy. Nie jesteśmy Niemcami, którzy mogą powiedzieć – jak nie Goetze to Oezil albo Muller, jak nie Reus czy Kross to Draxler, zawsze coś się wymyśli. My nie mamy aż takiego komfortu, żeby przebierać jak w jabłkach i odrzucać te dobre. Ci dwaj zawodnicy to nasza przyszłość.
Wychodzę więc z założenia, że piłkarze twórczy, tak samo jak trenerzy poszukiwacze, mogą zmienić oblicze futbolu. I tak jest w każdej dziedzinie życia.

moje konto na twitterze @M_Wawrzynowski

Comments (5)

Derby rządzą się…

Stary tekst, z grudnia 2008 roku. Pociąg, autobus, 5 kilometrów z buta i dzwonek do drzwi sołtysa. A potem mecz.
Powstał z okazji El Classico. To był grudzień 2008 roku. Zbliżał się mecz Barcelony z Realem. Najlepszy d lat. To był czas, gdy Barcelona nagle stała się najlepszą drużyną naszych czasów. Oczywiście był to dłuższy proces, ale można było odnieść wrażenie, że wyszło tak z dnia na dzień. Wynikało to z tego, że 21–letni wówczas Leo Messi osiągnął nieprawdopodobną formę i wyrósł ponad resztę świata. Ale kogo, poza miliardem ludz na całym świecie, obchodzą ich gigantyczne długi, wielkie pensje i piękne bramki? Ludzie mają swoje problemy.


Tak, tak, wszyscy wiemy że derby rządzą się swoimi prawami. Gdy jednak mecz derbowy gra Juventus Poraż, prawa nabierają jednak wyjątkowego znaczenia. Na mecz z Drzewiarzem Rzepedź gotowa jest cała wieś. W okolicy porównywalnych jest niewiele spotkań, takich jak choćby Leśnika Baligród z Cosmosem Nowotaniec. Będzie się działo. W Porażu zawsze „się dzieje”.


Juve z Poraża

– Kiedyś sędzia nas skręcił w derbach z Niebieszczanami, to kibice złapali go i przytopili w kanałku – opowiada Wiesław Otta, były zawodnik Juventusu Poraż. Kanałek to ważna część boiska piłkarskiego. Miejscowi wiedzą, po których kępach stąpać. Przyjezdni czasem wpadną w błoto.
– Jest dosyć głęboko, jednego trzeba było wyciągać za chabety. Prawie już po nim było. Kwiczał ze strachu – śmieją się porażanie.
O Starej Damie z Poraża krążą legendy. Rywale opowiadają przedziwne historie, miejscowi im zaprzeczają.
– Było ponoć tak… Piłkarze z Poraża napisali list do Juventusu, tego prawdziwego. A w nim, że są fanami Bońka i tak dalej, i poprosili o trochę gadżetów. Dwa tygodnie później na stacji w Zagórzu czekała przesyłka. Wielkie pudło, a w środku cały komplet strojów. Najnowsze, oryginalne, z napisem „Ariston”! Szok w całym Porażu. To się działo. Najpierw konsternacja i wielka narada. W sobotę było wielkie świętowanie. A w niedzielę piłkarze założyli idealnie wyprasowane koszulki, spodenki i oczywiście lakierki, jak to w niedzielę. I wszyscy do kościoła, a potem w taksówki i na mecz. Jeden piłkarz na jedną taksówkę. Nie będą przecież jeździli w nowych koszulkach autobusem, bo by się napis „Ariston” pogniótł. I zbankrutowali na tych taksówkach – opowiada Jerzy Nachman, dziennikarz z Rzeszowa.
To tylko jedna z anegdot, którymi sąsiedzi od lat gnębią mieszkańców Poraża. Najczęściej przypominają dowcip lokalnej telewizji, jeszcze z lat 70-tych. Rozpoczynał się mniej więcej tak: „Opóźniony pociąg z Paryża do Poraża wjedzie zgodnie z rozkładem na tor pierwszy przy peronie pierwszym”.
W rzeczywistości do Poraża nie dojeżdża pociąg. Trzeba wysiąść w Zagórzu. Tu przyjeżdża po mnie dostawczym samochodem Sylwek Mach, prezes Juventusu. Ma 23 lata i chciałby, żeby jego „Juve” odzyskał dawny blask. Robi co może, żeby już nikt nie śmał się z Poraża. Ale to nie jest proste. W latach 60-tych jeden z mieszkańców sąsiedniej wsi, który dostał się do pracy w gazecie w Rzeszowie wpadł na pomysł, by na ostatniej stronie raz w tygodniu drukować „Kronikę z Poraża”. I zaczęło się. Poraż stał się „Wąchockiem Bieszczad”, później nawet „Wąchockiem południa”.
Nawet w Krakowie można usłyszeć kawały o Porażu. – Dlaczego w Porażu nikt nie ogląda meczów w telewizji? Bo sołtys kupił zasłony. – A dlaczego w Porażu nie odbył się pochód dziewic? Jedna zachorowała, a druga powiedziała, że sama nie pójdzie.
Sąsiedzi starają się wyśmiewać Poraż przy każdej okazji z zemsty, bo porażanie zawsze byli postrachem okolicy. Kto przyjeżdżał tu na mecz, mógł wrócić do domu z widłami w plecach. Zwłaszcza po meczach piłkarskich. A jak przyjeżdżali ci z Niebieszczan czy Tarnawy, to już zawsze musiało się skończyć fatalnie. Mówi się nawet, że drogę z Tarnawy do Poraża pokonuje się w godzinę, ale z powrotem już w dwadzieścia minut. Biegiem. I lepiej nie oglądać się za siebie, bo każda sekunda opóźnienia może skończyć się tragicznie.
Remix Niebieszczany i LKS Tarnawa grają teraz wyżej, ale mecze, jak dzisiejszy z Drzewiarzem Rzepedź, to też miejscowe klasyki. Z Rzepedzi do Poraża jest 20 kilometrów. W Rzepedzi jest wielki tartak, w którym pracowali kiedyś ludzie ze wszystkich okolicznych wiosek. Z Poraża również.
W klubie, postanowili ugościć mnie po swojsku – na stół postawili skrzynkę taniego wina. Do tego kawałek kiełbasy, przysmażanej na benzynie. Właściwie nic nadzwyczajnego. W Bieszczadach wiele osób spożywa tzw. prytę z kiełbasą. Porządni ludzie i mniej porządni. To tu chleb powszedni. Dyplomatycznie się wymiguję, przynajmniej od wina, tak, żeby nie urazić gospodarzy: – Piję piwo, wolę nie mieszać… – mówię. Nie uraziłem. Chłopaki się cieszą, będzie więcej na mecz.
Drzewiarz od początku rusza do natarcia. I nawet „Młody” nie może nic zrobić. „Młody” czyli 17-letni Damian Mielech to największy talent z Poraża. Miejscowi uważają, że mógłby grać wyżej. Szczyt marzeń w Porażu to czwartoligowa Stal Sanok. Tu na nikim nie robi wrażenia, że byłeś na meczu Realu czy Barcelony. To raczej tylko ciekawostka. Ale każdy kto grał w Sanoku ma zapewnioną pozycję w środowisku.
„Młody” zrywa się w końcu do ataku i strzela obok słupka. Ale za chwilę Drzewiarz kontruje. Dwa szybkie uderzenia i goście prowadzą 3:0. Próby ataków Juve nie przynoszą efektów. Piłkarze z Rzepedzia wybijają piłkę w stronę kanałku. Prezes Mach biegnie, żeby ją jak najszybciej wyciągnąć, ale jest już po meczu.
Wszystko jest uczciwe, to już nie te czasy, co kiedyś, kiedy mecze się kupowało, sprzedawało, ustawiało. Miejscowi z rozrzewnieniem wspominają, jak umówili się z konkurencją i spuścili Tarnawę czy Niebieszczany.
Przegrana z Drzewiarzem będzie też tylko ujmą na honorze. Martwić się o utrzymanie nie trzeba, bo z klasy C nie ma już gdzie spaść.


W oparach grochówki

Śląsk od Zagłębia oddziela rzeka Brynica. Stadion CKS-u leży już właściwie po śląskiej stronie. – Jest na osiedlu, które jest ostatnim śląskim przyczółkiem. Wsiądziesz w autobus numer 42. Tu ludzie ludzie mówią po polsku, przejedziesz jeden przystanek i już nic nie rozumiesz. Gwarą gadają – wprowadza mnie w miejscowe klimaty Palermo, kibic CKS Czeladź.
Między strefą polskiego i strefą gwary jest las, niemy świadek bitew Czeladzi ze Siemianowicami Śląskimi, Zagłębia ze Śląskiem, prawdziwych Polaków z tymi, jak zapewniają Zagłębiacy, nieprawdziwymi. Dzisiaj mecz wewnątrzpolski. CKS gra z Górnikiem Piaski, osiedlem na obrzeżach miasta. Chociaż mieszkańcy Piasków nie czują właściwie specjalnej więzi z resztą Czeladzi. Niektórzy lokalni separatyści, utrzymują, że są z Sosnowca.
Piaski wybudowano w XIX wieku jako sypialnię górników. Teraz jest biednie, bo kopalnia Saturn – główny żywiciel miejscowych rodzin, od 2004 roku jest w stanie likwidacji. Między Piaskami a Czeladzią jest potężne pole, na którym jeszcze niewyrosły bloki. Pole, które właśnie sprawia, że Piaskom bliżej jakby do Sosnowca niż Czeladzi.
– Na Piaskach do tej pory są miejsca, głównie puby, gdzie w łeb dostaniesz, jeśli jesteś z Czeladzi – ostrzega mnie pasażerka autobusu, którą pytałem o drogę na stadion. Sytuacja podobno się stabilizuje. Ale… – Ostatnio byliśmy na imprezie w Piaskach, domówce. Miejscowi się dowiedzieli, że chłopaki z Czeladzi przyjechali, wdarli się na krzywy ryj i zrobiła się jatka. Policja nas eskortowała – opowiada nam Adrian, pracownik działu reklamy w miejscowej gazecie.
Przed meczem, w Pucharze Polski, jest godnie, gra orkiestra górnicza, są cheerleaderki, jest grochówka.
– Jak jest senator Szaleniec, to zawsze jest grochówka – mówi „Chemik”. Zbigniew Szaleniec to senator z Czeladzi. Wraz z burmistrzem i panią wiceburmistrz, postanowili zrobić sobie małą kampanię wyborczą. Derby to idealna okazja, więcej ludzi może zgromadzić tylko lokalny festyn z przyzwoitą gwiazdą. A na to trzeba by już wydać ze 20 tysięcy złotych. Szaleniec i burmistrz na piłce się nie znają, nie to co pani wiceburmistrz. Jest z Piasków i dlatego w tym roku CKS Czeladź dostała mniejsza dotację z Urzędu.
Podczas meczu jest spokojnie. – Piasków nikt nie szanuje, już nie mają kibiców – utrzymują ci z Czeladzi. Ci z Piasków mieli mocną grupę, ale bardziej interesują ich teraz mecze Zagłębia.
– Coraz mniej mają kibiców, to nie chcą wsi robić. Same dziadki i menele – mówi „Chemik”.
– Ich kibice są w upadłości, syndyk już tam podobno wszedł – szydzi „Palermo” i chłopaki mają dobry ubaw.
Fani Czeladzi w zeszłym sezonie pokazali tym z Piasków, co o nich fanach. Założyli kurze szalik Górnika i wpuścili na sektor gości.
– No i był Kurnik, a nie Górnik – śmieją się. Goście w rewanżu wywiesili flagę z napisem „Czeladź farmers”. – Że niby wieśniakami jesteśmy. A Czeladź ma prawa miejskie od XIII wieku – irytuje się Palermo.
Na trybunach rządzi Czeladź, na boisku niewielką przewagę mają Piaski. I w końcu strzelają na 1:0, dosyć szczęśliwie. Teraz Czeladź rusza do natarcia, ale Michał Rokita dzisiaj gra mecz życia.
– Graliśmy swoje, jak zawsze – bagatelizuje bramkarz Piasków. Nie oszukujmy się, takiego meczu jak ten nigdy wcześniej nie zagrał i już nigdy nie zagra. Człowiek, który pokonał Czeladź wpisał się w historię klubu. Bo dla Piasków każda wygrana z Czeladzią ma wymiar historyczny.
Piaski to młody klub. Kiedyś tu była poważna piłka, ale władze lokalne w 1976 roku zlikwidowały założonego w 1922 Górnika i połączyły go z CKS-em. Później przyszedł wielki kryzys, działacze zaczęli znikać z kasą i padła Czeladź. Zostały tylko grupy juniorskie.
W 2000 roku klub z Piasków został reaktywowany. – Jesteśmy trochę w cieniu Czeladzi, oni mają bazę, tradycję, grupy młodzieżowe. Mieli do czego wrócić. My zaczęliśmy wszystko od zera, najpierw stworzyliśmy drużynę, później grupy młodzieżowe, dzisiaj mamy już pierwszych wychowanków w drużynie. Teraz staramy się przyciągnąć ludzi. Nie od razu Rzym zbudowano – mówi Marcin Paul, trener drużyny z Piasków. Na potwierdzenie jego słów, kilka dni później Piaski pokonują Czeladź w lidze 4:1.


Pasem w sędziego

Po latach stosunki Naprzodu Lipiny ze Śląskiem Świętochłowice znowu są w miarę poprawne. W przeszłości różnie bywało, niedawno nawet szło na noże.
„W tej krainie obcy ginie!” – gdyby ktoś miał wątpliwości kibice Naprzodu Lipiny witają go takim napisem na ścianie. Lipiny to przedmieście Świętochłowic, ostatni bastion śląskości. Kibice z Czeladzi nazywają tutejszych „patologami”. Piłkarzy z warszawskiego AWF-u, którzy przyjechali kiedyś na turniej do Chorzowa, przywitała tu grupa 3 młodocianych dresiarzy wymachujących w biały dzień na ulicy nożami i nunchaku.
Kibice z Lipin cieszą się złą sławą. Właściwie najgorszą jaką można sobie wyobrazić. – Kiedyś, gdy Naprzód grał jeszcze w II lidze na meczach było po kilka tysięcy ludzi. Połowa to policjanci – opowiada Andrzej Gowarzewski, historyk, autor encyklopedii piłkarskich. Do Lipin sprowadzano więźniów, którzy mieli pracować karnie w kopalniach, w najtrudniejszych warunkach. Mieszali się z miejscowymi. Czego by nie powiedzieć, to byli ludzie z charakterem.
Lipiny wielokrotnie były blisko awansu do ekstraklasy, ale na drodze zawsze stawały władze Polski Ludowej. Naprzód Lipiny w I lidze? Nigdy.
– W Lipinach nie było dworca, dróg, hoteli, dlatego robili co mogli, żeby nas nie dopuścić. Prowadziliśmy 4:1 do przerwy i na koniec remisowaliśmy 5:5, takie mecze były. Zawsze jakiegoś karnego przeciw nam dali w ostatniej minucie – mówi Reinhard Piontek, wieloletni działacz i legenda Naprzodu.
– Można Lipin nie lubić, mówić, że tu brudno i niebezpiecznie, ale to generalnie miejsce z duszą, jedno z niewielu takich starych miejsc z klimatem, jakie zostały jeszcze na Śląsku – mówi dziennikarz miejscowego „Dziennika Zachodniego” Łukasz Respondek.
Gdzie te czasy, gdy mecze Naprzodu ze Śląskiem gromadziły tłumy? Na świętochłowickim kolosie, mogącym pomieścić 26 tysięcy kibiców, tysiąc osób wygląda jak kropla w morzu. Niemal każdy trzyma w ręku słonecznik. To samo na ławce rezerwowych. Trener, lekarz, piłkarze – wszyscy gryzą słonecznik. Nie wiedzą dlaczego.
– Kiedyś mecze Naprzodu to było święto. Przychodziło po 7 czy nawet 8 tysięcy osób. Trybuny były napchane, ludzie na płotach siedzieli, na drzewach. Ale tak jak kiedyś, to chyba już nigdy nie będzie – mówi Piontek.
A wszystko skończyło się w 1961 roku. Miejscowi do dzisiaj opowiadają, jak na meczu z Garbarnią Kraków, o wejście do I ligi, sędziemu ucho urwało.
– Ale to nie do końca było tak – prostuje działacz Naprzodu Grzegorz Gabor. – Jakiś menel z wojska wrócił, nawalił się i przyszedł na mecz. Sędzia kręcił, więc zdjął pasek i śmignął… Ucho właściwie uciął a nie urwał.
– Szykował się odpust lipiński, a wtedy całe Lipiny bawią się przez tydzień. I finał przypadł na niedzielę. Przyszło kilku pijanych, zrobiła się awantura – to wersja Piontka.
Starsi kibice mówią o największej awanturze, jaką tu widziano. Do akcji wkroczyło ZOMO, kilkadziesiąt osób aresztowano, krewki żołnierz odpowiedział przed sądem wojskowym i swoje też odsiedział. PZPN wydał wyrok – czas skończyć z Naprzodem Lipiny.
– Od tej pory nic nie było już nigdy takie same. Zaczął się upadek zespołu, z którego do dzisiaj się nie podnieśliśmy. I chyba już nie podniesiemy – prorokuje Piontek.
Śląsk miał więcej szczęścia niż Naprzód, nigdy nie przeszkadzał władzom. Dlatego grał przez 2 sezony w I lidze. Dzisiaj oba kluby są w klasie A. Lipiny bronią się przed spadkiem.
Miejscowi mówią, że to niesprawiedliwość dziejowa.
– Naprzód został założony w marcu 1920 roku, jako zgromadzenie Ślązaków – Polaków. Śląsk powstał miesiąc wcześniej. W tym samym celu. Tak walczyliśmy z Niemcami, którzy chcieli zawłaszczyć Śląsk – mówi pan Józef, starszy kibic Śląska. Wielkie śląskie kluby powstawały później. Ruch Chorzów dopiero w kwietniu 1920 roku, a Górnik Zabrze w 1948.
Dzisiaj kibice w Świętochłowicach i Lipinach są podzieleni na kibiców właśnie Ruchu i Górnika. Miejscowym kibicują rodziny piłkarzy, sąsiedzi. Na trybunach jest spokojnie.
– W końcu jest normalnie. Jak trenerem u nich był Antek Jojko, to jakieś podchody robili. Były im potrzebne trzy punkty do awansu i zaczęli mnie wzywać na jakieś rady, posiedzenia, żebym się przyznał, że grał u nas piłkarz na lewo. Tak kombinowali, ale żem się nie ugiął – opowiada Piontek.
Po 20 minutach jest 3:0 dla Śląska, ale piłkarze z Naprzodu nie poddają się i doprowadzają do wyrównania. Jednak końcówka znowu należy do Śląska, który wygrywa 4:3. Radość nieopisana.
Piłkarze Naprzodu gratulują rywalom wygranej.
– Drobne uszczypliwości, to wszystko, co ich teraz może najwyżej spotkać – śmieje się piłkarz Naprzodu Marcin Fruehmark.


Butelką w głowie sędziego

„85 lat już mamy, wy komunistyczne chamy!” – taki transparent kibice Tura Bielsk wywiesili na stadionie Cresovii Siemiatycze, która powstała w 1947 roku. W rewanżu kibice z Siemiatycz zaśpiewali w rytm przeboju Mieczysława Fogga: „Ta ostatnia niedziela, więcej się nie spotkamy”. To była niedziela 1 czerwca, przedostatnia kolejka poprzedniego sezonu.
Jeśli w Siemiatyczach na mecz przyjdzie 200 osób, to już można mówić o wydarzeniu. Ale gdy przyjeżdża Tur, piłką interesuje się całe miasto, nawet starsze kobiety. Nawet jeśli władze klubu kombinują jak mogą, żeby o meczu ludzie się nie dowiedzieli – bo po co komu dodatkowe zabezpieczenia…
W ostatnich latach Cresovia jest znacznie lepsza. Teraz również. Przewaga Siemiatycz na boisku nie podlegała dyskusji. Cresovia prowadziła już 3:0, ale w 90. minucie Szmurło strzelił honorowego gola. Miał szczęście, bo fani z Bielska (jest ich ponad 100) wybaczą porażkę z Cresovią, ale tylko honorową, po ostrej walce.
– Wszyscy piłkarze wiedzą, że jak tylko trochę odpuszczą na boisku w meczu z Siemiatyczami, to na mieście nie mają się co pokazywać. Ale nie było jeszcze takiej sytuacji, bo naszych nie trzeba motywować na Cresovię – uważa Maciej, 22-letni kibic z Bielska.
W tym sezonie oba kluby nie grały ze sobą. Po reorganizacji rozgrywek Cresovia znalazła się w nowej III lidze, Tur w nowej IV.
– Za rok znów zagramy razem, bo dla Cresovii 3. liga to za wysoko – przewiduje Maciej.
Futbolowa wojna między tymi klubami zaczęła się w sezonie 1995/96, kiedy czterech kiboli z Siemiatycz przyjechało na mecz do Bielska.
– W końcówce dostaliśmy karnego w prezencie i nie wytrzymali, najpierw tylko krzyczeli, ale w końcu któryś rzucił butelką w sędziego. Nasi kibice stanęli w obronie arbitra, zaczęła się jatka. Jeden z nich wylądował w szpitalu. Sprawa była poważna, przebywał tam chyba kilka tygodni – twierdzi Maciej.
Na następny mecz kibice z Siemiatycz przyjechali z transparentem „Pamiętamy”. I pamiętają, do dzisiaj.
Dajcie człowieka, znajdzie się paragraf. W Bielsku Podlaskim zbudowano ścieżki rowerowe, w ogóle rower to popularny tu środek transportu. Kibice Cresovii zaczęli krzyczeć „Do Pekinu, do Pekinu”.
Na początku wszyscy zastanawiali się o co chodzi z tym Pekinem. Dopiero oni nam musieli wyjaśnić – śmieje się Krzysztof Grodzki, dziennikarz z lokalnej gazety.
Fani Tura odśpiewali triumfalnie: „Siemiatycze, miasto bycze, cztery domy, dwie ulice”. – Niech wiedzą, kto rządzi – cieszy się Maciej.
W Siemiatyczach mieszka 15 tysięcy ludzi, zaledwie 10 tysięcy mniej niż w Bielsku. Ale to wystarczy. Władze Siemiatycz chwalą się najniższym bezrobociem w regionie.
– W tym jednak nie ma ich zasługi. Po prostu bardzo duża grupa ludzi z Siemiatycz pracuje w Belgii. Nie wiadomo dlaczego, po prostu tam pracują. Z Siemiatycz nawet dwa razy w tygodniu odjeżdżają autobusy do Belgii – mówi Grodzki. Z kolei Bielsk Podlaski jest znany z tego, że są tu kościoły kilku wyznań, w tym sporo starych cerkwi. Rywale jeszcze tego nie wykorzystali.
Ostatnio do Siemiatycz chciał odejść syn prezesa Tura Karol Jakubowski. Kibice zablokowali transfer. Tak przynajmniej uważają. Na forach pojawiły się wpisy, że Jakubowski ma chyba coś nie tak z głową.
– To byłby wstyd dla naszego klubu. Co on sobie myślał? – zastanawia się Maciej.
Kiedyś Bielsk Podlaski rywalizował z Hajnówką, mecze zamieniały się w krwawe jatki. Ale teraz wszyscy są przeciw Siemiatyczom.
– To kibice Legii Warszawa, jedyni na Podlasiu – wyjaśnia powód Maciej. A zasada jest prosta – na Podlasiu kibicuje się Jagiellonii, albo nie kibicuje się w ogóle.

Mieszkanie za gola
Nowego stadionu zazdroszczą kibicom Startu ci z Chełma. I wszyscy inni w okolicy. – Ten obiekt to duma Krasnegostawu, zbudowali go za pieniądze z Unii Europejskiej – mówi Henryk Sieńko, dziennikarz z lokalnego serwisu internetowego.
W końcu coś trafiło się Startowi, bo przez lata zespół był w cieniu rywali z Chełma. Chełm to miasto, które ukochali lokalni przywódcy partyjni. To miasto symboliczne, w którym uchwalono manifest PKWN. W końcu Chełm wygrał w 1975 roku z Krasnymstawem walkę o miano stolicy województwa. Inna sprawa, że gdyby liczący wtedy 15 tysięcy mieszkańców Krasnystaw został stolicą województwa, byłoby to sporym nadużyciem. Ale miejscowi uważają, że to chełmski spisek i Chełmowi nie wybaczą.
– Start to drużyna wyjątkowa, założona jako pierwsza w Polsce po wojnie. Jeszcze w 1944 roku wygraliśmy 6:1 z reprezentacją Armii Czerwonej i następnego dnia powstał klub. Ludzie tu mają poczucie tej wyjątkowości. I pretensje o to, że Chełm był trochę jak Legia Warszawa, zabierał wszystkich najlepszych do wojska, nie potrafił uszanować historii – mówi Sieńko.
Ale to było jeszcze w czasach, gdy grała Granica Chełm, klub wojskowy. Wtedy rywalizował z Granicą Dorohusk i z Hrubieszowem. Dorohusk dopadł kryzys i zespoły długo się nie spotkają, z kolei Hrubieszów, z którego pochodzą Tomasz Kiełbowicz i Dawid Nowak, jest właściwie klubem upadającym i nic go nie uratuje. Na spotkanie z Roztoczem Szczebrzeszyn zawodnicy z Hrubieszowa nie byli w stanie uzbierać 11 graczy. Teraz największe klasyki to mecze Chełma ze Startem Krasnystaw, Spartą Rejowiec i Włodawianką. Z Rejowcem Fabrycznym Chełm już wygrał 4:2, na początku sezonu. Odegrał się za dwa sezony, kiedy w ostatniej chwili tracił awans do wyższej ligi po porażkach włąśnie z Rejowcem. Teraz trzeba ograć Start.
Grzegorz Gardziński, znany w okolicy weterynarz, prezes Chełmianki, przez laty wierny szalikowiec zaciera ręce – 1100 sprzedanych biletów, to przyzwoity zastrzyk finansowy dla klubu.
– Dla nas te mecze są bardzo prestiżowe, ale zdecydowanie bardziej dla naszych rywali. Każdy chciałby pokonać Chełm. To wielki zaszczyt – zapewnia Gardziński.
Motywacja też musi być szczególna. Niedaleko od dworca autobusowego w Krasnymstawie mieszka Tadeusz Zieleńczuk, weteran Startu. – Kiedyś obiecali mu mieszkanie, jeśli strzeli dwie bramki Chełmiance. Strzelił, w tym mieszkaniu mieszka do dziś – mówi jeden z miejscowych kibiców. Zaczynają się spierać czy to nie bylo przypadkiem w meczu ze Stalą Kraśnik, ale opcja Chełmianki wygrywa.
Kibice Startu przez lata szczycili się tym, że żaden piłkarz z Chełma nie grał w ich zespole. 3 lata temu, na chwilę pojawił się grający trener Sławomir Świadysz. Ale to trwało krótko i zostało uznane za wypadek przy pracy. Świadysz wrócił do Chełma. W meczu ze Startem zasiada na ławce rezerwowych.
Piłkarze z Krasnegostawu grali w Chełmie często, ale tylko pod wojskowym przymusem. Ostatnio Chełmianka chciała kupić piłkarza z Krasnegostawu. Działacze negocjowali telefonicznie, ale opór był mocny. W końcu udało się ustalić cenę i prezes Chełma przyjechał do Krasnegostawu podpisać umowę. Działacze Startu nie stawili się. – Dla niektórych to jeszcze trocę wstyd zasiąść przy jednym stole z człowiekiem z Chełma, podać mu rękę – mówi działacz Chełmianki. Oczywiście anonimowo, żeby nie podsycać niechęci.
Kibice z Chełma zaczynają ostry zorganizowany doping. Kiedyś i w Krasnymstawie tak dopingowano, ale w latach 60 klub kibica zlikwidowano. – A wszystko przez sędziego Wielguszaka. Oszukał zespół i kibice gonili go aż do dworca PKP. Można powiedzieć, że ledwo uszedł z życiem, bo tłum był żądny krwi – opowiada Sieńko. Dzisiaj młodzież z Krasnegostawu próbuje nawiązać do tych tradycji, ale to potrwa. Kibice wspominają też, że to oni a nie Chełm grali w III lidze. W Chełmie nazywają to wypadkiem przy pracy i śmieją się z Krasnegostawu, który w III lidze przegrywał po 0:10 albo i wyżej. Ale to były dawne czasy.
Dzisiaj na boisku w Chełmie, gospodarze mają wyraźną przewagę. Już w pierwszej połowie Krzysztof Fajman, najlepszy strzelec Chełmianki uderza dwa razy i zapewnia drużynie wygraną. Kilka tygodni później Chełmianka pokonuje jeszcze Włodawiankę 2:0. Trzy wygrane klasyki, czego więcej można chcieć?

Serby na Szewców
– Łaskarzewa nie lubię i tak już zostanie – przesądza sprawę napastnik Zrywu Sobolew Piotr Piorun, który gra tu od trzech lat. Wcześniej kopał piłkę w klubach z Warszawy i o Sobolewie słyszał niewiele. Ale poznał dziewczynę stąd, ożenił się i przeprowadził. – A wtedy automatycznie przestajesz lubić Łaskarzew – śmieje się.
Ale to nie jest wcale śmieszna historia. Sobolew nigdy nie wybaczy Łaskarzewowi świństwa sprzed lat, gdy piłkarze tamtejszego Promnika odpuścili mecz drużynie z Węgrowa, żeby tylko spuścić z ligi sąsiadów zza miedzy.
– Zrobili to celowo, ale nawet gdyby wtedy Promnik wygrał, nie wpłynęłoby to na stosunki między sąsiadami. Sobolew Łaskarzewa nie polubi nigdy ≠ przyznaje Jan Tywonek, prezes Zrywu.
W Łaskarzewie tłumaczą, że przegrali wtedy, bo po prostu byli słabsi i przypominają sytuację sprzed lat, gdy to Sobolew spuścił ich z ligi, chociaż nie musiał tego robić. W Sobolewie pamiętają tę sytuację i zapewniają, że to też był rewanż, za jakiś wcześniejszy niecny postępek Łaskarzewa. I tak dalej, i tak dalej…
– Ci z Łaskarzewa zawsze mieli się za lepszych. To szewcy, w latach 90-tych zarabiali kupę kasy. Dzieci na osiemnastki dostawały mercedesy – ujawnia powody niechęci pan Krzyszof, starszy kibic z Sobolewa, który jeszcze pamięta jak po wygranym meczu wyjazdowym musiał uciekać przez pola. Trudno zapomnieć taki 12-kilometrowy bieg. Pan Krzysztof popija opowieści sobolewskim specjałem, który ma ponad 60 procent i jest idealny do schabowego z kapustą. Sobolewski specjał znają wszyscy „Serbowie”, jak nazywają ich rywale. Nie wiedzą dlaczego. Miejscowy specjalista od historii tłumaczy, że tutejszy teren był kiedyś został podarowany serbskim szlachcicom przez polskiego króla Jana Sobieskiego.
No więc „Serbowie” z Sobolewa mówią, że ci z Łaskarzewa chodzą z nosami zdecydowanie za wysoko uniesionymi, uważają się za wielkich miastowych, a Sobolew za wieś.
W dawnych czasach Łaskarzew był najbogatszą gminą w okolicy. Miejscowym zazdrościł i Sobolew i Garwolin. Szewcy robili fortuny. A po otwarciu granicy był już totalny szał. Na stadionie X-lecia buty z Łaskarzewa szły na pniu. W Łaskarzewie wspominają, jak w 1986 roku, zaraz po mistrzostwach świata w Meksyku, przyjechał tu na dwa treningi Antoni Piechniczek. Taka kasa tu była! Później Łaskarzew przegrał rywalizację z Chińczykami, ale do dzisiaj na głównej ulicy pozostały ślady świetności – w co drugim domu coś się produkuje: sznurówki, zelówki, podeszwy, zwęża cholewki, wymienia klamry.
W tym roku Sobolew z Łaskarzewem nie grał. Czekają. I mają szansę się doczekać, bo Zryw jest bliski spadku do okręgówki. Wtedy znowu zagraliby w jednej grupie – Promnik, Zryw i dopełniająca magiczny trójkąt, Wilga Garwolin. Tak jak w poprzednim sezonie, kiedy Zryw pokonał Promnika 4:1.
– Na ten mecz czekaliśmy wszyscy z utęsknieniem. Wielu kibiców z drżeniem serca myślało o nadchodzących derbach, bo wyniki meczów sparingowych nie napawały optymizmem… – ostrzegał autor na stronie internetowej Promnika. Miał powody do obaw, bo w Łaskarzewie trwa przebudowa. Starzy działacze powoli stają się niewydolni i władze chcą przejąć młodzi. Trenerem został Bogumił Sobieska, najlepszy zawodnik w historii klubu, który grał w Radomiaku i był nawet bliski ekstraklasy, ale plany pokrzyżowała mu kontuzja. Wierzy, że kibice obejrzą niedługo triumf jego drużyny w meczu ze Zrywem.
– I pewnie znowu będzie awantura, bo tam jest zawsze gorąco. Nie ma meczu między nami, żeby nie było ostrej zadymy – mówi Marcińczak, który w Zrywie gra 20 lat i niejedno widział.
Sobolew wypomina Łaskarzewowi, że kibice Promnika spalili kiedyś stadion rywala. – Były jakieś drobne zamieszki i ktoś podpalił krzesełko, ale to chyba nie powód, by zaraz mówić o spalonym stadionie? – pyta retorycznie pan Edward.
Z kolei ci ze Zrywu ponoć donieśli, że w Łaskarzewie nielegalnie na meczach alkohol sprzedają. – Nic takiego nigdy nie miało miejsca, proszę im nie wierzyć – zapewnia prezes Zrywu Tywonek. Na zarzuty o ustawianie sędziów nie odpowiada, bo uważa, że są niepoważne. Jego brat Zbigniew przeszedł kiedyś do Promnika, ale mu wybaczono. To były lata 70-te, gdy Promnik budował w okolicy futbolową potęgę i z gry w piłkę można się tam było utrzymać na dobrym poziomie.
– Ja miałem trzy oferty z Łaskarzewa, ale ich nie przyjąłem. Nie wszystko można kupić – uważa Marcińczak.
W Łaskarzewie mówią, że niedawno jeden piłkarz ze Zrywu chciał przejść do Promnika. Interweniowali miejscowi przestępcy, którzy zagrozili zawodnikowi poważnymi konsekwencjami. I jeszcze jedno – że ich czołowy zawodnik Tomasz „Babilon” Zackiewicz został zmuszony do gry w Sobolewie. Ma tam dziewczynę i jako piłkarz Łaskarzewa nie mógłby do niej przyjeżdżać. A tak jest jakoś tolerowany.
W drugą stronę też to działa. Bramkarz Zrywu Grzegorz Tomala mieszka w Łaskarzewie. Sam zapewnia, że wszystko jest w porządku, ale w Sobolewie zauważyli, że wieczorami jakoś nie wychodzi na ulice.

Wszyscy wyjechali do Anglii
Lokalna legenda mówi, że gdy Huragan Basznia Dolna gra z Orkanem Załuże, nigdy nie świeci słońce. W Huraganie zarejestrowanych jest 50 zawodników. W Orkanie 46. Na tegoroczne derby trudno było zebrać dwie jedenastki.
– Czekaliśmy na nich, bo prosili. Wiedzieliśmy, że mieli problemy. W końcu uzbierali 11 i przyjechali – mówi Łukasz Mazurkiewicz, prezes klubu. Ma 25 lat i marzenia, by zbudować porządny klub w Baszni Dolnej. To miejscowość, w której kiedyś kwitło życie. Miejscowy PGR i kopalnia siarki dawały zatrudnienie lokalnej społeczności. Dzisiaj jest bieda, szczytem marzeń jest polonez, na podwórzach króluje disco polo, przez cały rok czeka się na pożegnanie lata organizowane przez klub. W tym roku udało się uzbierać kilka tysięcy złotych na festynie.
Łukasz Mazurkiewicz pokazuje kilkadziesiąt podań o dofinansowanie. Są już pierwsze odpowiedzi na tak. Przydałoby się więcej kasy i nawet władze powiatowego Lubaczowa są gotowe dać więcej, ale najlepiej, gdyby Basznia Dolna stworzyła jeden wspólny klub z Załużem. A do tego nikt nie dopuści.
Z Baszni do Załuża idzie się 20 minut polną ścieżką, która niejedno pamięta. – Ostatnio jedna dziewczyna od nas szła, zapytali ją skąd jest. Powiedziała, że z Załuża i dostała po głowie – opowiada Jan Załuski. Z Załuża ruszyła odsiecz, polała się krew. Później nadciągnęły posiłki z Baszni, znowu było ostro. Na drugą kolejkę rundy jesiennej zapowiadano wielką bitwę w Baszni Dolnej. Przyjechała policja, straż pożarna, miejscowi zebrali się w odpowiedniej sile.
Miejscowe legendy o rywalizacji miast sprowadzają się do opowieści o latających sztachetach. Ale tym razem z Załuża nie przyjechał nikt poza piłkarzami. Po 20 minutach przegrywali 0:3 i chcieli zejść z boiska.
– Poprosiliśmy ich, żeby dograli. Nie strzelaliśmy więcej bramek, trochę odpuściliśmy – śmieje się Łukasz Mazurkiewicz. Zaznacza, że Huragan jeszcze nigdy nie przegrał z Orkanem. I pewnie długo nie przegra.
– W Załużu ciężko o pracę, prawie wszyscy zdolni do gry wyjechali do Anglii. Tam można zarobić i później żyć na poziomie. Kiedyś jeszcze na derby wracali, dzisiaj nawet jak są tego dnia w domu, to nie chcą grać. Jak trafi się kontuzja, to kto chłopaka z powrotem do pracy przyjmie? – mówi ze zrozumieniem prezes Załuski, który niedawno sam wrócił zza granicy i założył warsztat samochodowy. Jeśli któregoś dnia znów nie uzbiera jedenastu, więcej derbów z Basznią Dolną nie będzie.

Comments (4)

Liga wróciła, a wraz z nią objawy choroby

W normalnych okolicznościach należałoby spodziewać się procesu. Nawet jeśli nie o zamordowanie, to przynajmniej o zniesławienie futbolu. Dotyczy to większości drużyn, które grały w pierwszej wiosennej kolejce, również Legii Warszawa, której gra przypominała piłowanie drewna w tartaku. Zardzewiałą piłką.
Pierwsza wiosenna kolejka i zaskakująca obserwacja. Otóż ledwie dwie bramki w pierwszych 6 spotkaniach były wynikiem kreatywności, podania, dryblingu. Poza tym mieliśmy wrzutkę albo wolny bezpośredni albo jakąś żenującą pomyłkę jak w przypadku Witkowskiego (właściwie jedną żenującą i jedną poważną). Znowu wygląda na to, że najciekawsze w naszej piłce będą pojedynki trenerów.
Nie jest jednak tak, że mówimy o tej kolejce albo o poprzedniej albo o najbliższej. Takiej piłki w polskiej lidze będzie z każdym miesiącem więcej i więcej. Policzcie ilu kreatywnych jest piłkarzy w polskiej lidze. Gdy spytaliśmy trenera Ruchu Jana Kociana o polskich piłkarzy na tyle dobrych by mogli zaistnieć za granicą, zastanawiał się długo po czym powiedział Marco Paixao i zaczął się śmiać.
Ilu mamy ludzi w lidze, którzy nie boją się piłki? Którzy są w stanie wziąć odpowiedzialność za losy meczu. Którzy, jak to się mówi, robią różnice?
Brak myślących, technicznych piłkarzy, którzy potrafią dokładnie zagrać, mają podniesioną głowę, potrafią grać jeden na jednego i nie boją się tej broni użyć to straszna choroba naszego futbolu.
Szkoda, że nie ma w naszym kraju bardziej ożywionej debaty na temat poszukiwania lekarstwa na tę chorobę.
Ostatnio czytałem tekst naszego zastępcy naczelnego, Przemka Rudzkiego i z każdym wersem coraz szerzej otwierałem oczy. Pod koniec były otwarte tak szeroko, że gdyby ktoś zrobił mi zdjęcie, mogłoby ono trafić na nowe wydanie Mechanicznej Pomarańczy Anthony’ego Burgessa.
Otóż okazało się, że nasze dyskusje dotyczące reformy skautingu i szkolenia to jedynie strzały z kapiszona, a PZPN jest fajny, bo pracują tam mili ludzie, zaś sekretarzowi Sawickiemu można by powierzyć dziecko.
Otóż ja znałem jednego fajnego kloszarda, a Sawickiemu nie powierzyłbym nawet psa. I nie dlatego, żeby się nad nim znęcał. Wprost przeciwnie. Sawicki byłby dla psa miły, sympatyczny, bawił się z nim, rzucał mu patyk i piłkę. Tyle, że pies zdechłby z głodu. Co oczywiście PZPN przedstawiłby jako swój sukces.
Miałem w ogóle zignorować już tematy związane z PZPN bo to walenie głową w mur. I zająć się czymś bardziej pożytecznym, na przykład czytaniem książki. Ale sytuacja zmusza do zabrania głosu więc zabieram. I obiecuję już was tym zbyt często nie zanudzać. Pisać o czymś innym.

Dyskusja o reformie szkolenia nie jest strzałem z kapiszona, jest najważniejszym tematem jaki należy poruszać w kontekście całej naszej piłki. Powinien mieć świadomość tego każdy kto ogląda naszą ligę i naszą kadrę. Każdy kto widział żałosne męczarnie polskich zespołów w pucharach.
W tych sześciu meczach kolejki mieliśmy nie więcej niż 10 akcji, które byłyby warte powtórki. Tak jest co kolejkę. Gra naszej kadry powoduje ból zębów. Najlepszy moment za kadencji Fornalika nastąpił w drugiej połowie meczu z Danią, gdy nagle na boisku pojawiło się w ofensywie 5 ludzi poszukujących nowych rozwiązań. To i obserwacja trendów w światowym futbolu powinny dać jasną odpowiedź na to, w którym kierunku powinna iść piłka.
Gdy ostatnio obserwowałem dyskusję Bońka z kilkoma dziennikarzami o tym dlaczego frekwencja w Ekstraklasie jest taka niska, zastanawiałem się kiedy padnie najważniejszy argument – bo nasze kluby grają słabo i brzydko. Ale nie padł.
Wyobraźcie sobie, że właściciel stadniny sadza przeciętnego dżokeja na kulawego konia i zastanawia się, dlaczego nie może wygrać wyścigu. Może stajnia brudna. A może koniuszy zaspał. A może to, a może tamto.
Dzisiejszy obraz polskiej piłki to efekt lat zaniedbań w systemach szkolenia i skautingu. Najpierw należy wybrać odpowiednich ludzi, a potem przyjąć jakiś klucz.
Podawaliśmy wielokrotnie na naszych łamach przykłady Belgii. Tam przedstawiciele federacji potrafili przekonać kluby, że należy grac jednym, najbardziej uniwersalnym i ofensywnym systemem (4-3-3) i że należy stawiać w szkoleniu na myślenie, kombinację, spryt i technikę. Można to osiągnąć różnym systemem nagród.
Oczywiście nie ma jednego doskonałego systemu. Belgowie są o tyle ważni, że w swoim szkoleniu postawili właśnie na te elementy, które za ileś lat miały przynieść zawodników dobrych technicznie i uniwersalnych. Tak jak mówił Steve Jobs: „Gracze A chcą lubią pracować tylko z innymi graczami A, co oznacza, że nie wolno tolerować graczy B”.
Od siebie dodam, że jeśli gracze A wchodzą w środowisko, w którym dowodzą albo kluczowe funkcje pełnią gracze C, to cały projekt jest skazany na niepowodzenie, a to jest w naszym futbolu pewien standard. Dlatego większość bramek pada po tym, że ktoś wrzuci, ktoś się przepchnie, ktoś się wywróci i piłka wpadnie.
To nie wina PZPN, tylko systemu. PZPN może go zmienić, ale tego nie robi. Jedynym wyjściem jest rozwiązanie całościowe. Właśnie jak w Belgii, albo jak w Niemczech. Niemcy mieli niezwykle żyzną glebę, ale nie było takiej sytuacji, żeby w tym samym czasie mieli 4 piłkarzy mających w ciągu roku 45-55 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej (Goetze, Reus, Muller, Oezil). Tam gracze A wyparli graczy B, wypchnęli ich tam gdzie jest ich miejsce, do słabych klubów z końca tabeli albo drugiej ligi.
W PZPN zwykli mówić, że jesteśmy śmieszni, skoro chcemy żeby Polska była tak jak Hiszpania. Bo przecież Hiszpania ma… i tu wstawcie sobie 20 różnych cech, które mają Hiszpanie i Hiszpania typu słońce przez ponad 300 dni w roku, tradycję, wielkie kluby i tak dalej.
Polska nie ma. Ale Hiszpania przez lata nie miała też regularnie wielkiej piłki, co najwyżej dużą ze zrywami. To co ją zmieniło to właśni system. Konkretnie holenderski system zaszczepiony na katalońskiej ziemi. My też na pewno mamy jakąś ziemię, na której można by posiać. Skoro mieli ją Belgowie, Szwajcarzy, Austriacy. Co więcej, nawet Luksemburg postawił kilka lat temu na szkolenie. Gdy odwiedziłem tam Wiesława Chodakowskiego w ramach wywiadów do książki „Wielki Widzew” (ok. 4 lat temu), mówił, że wkrótce przyjdą efekty reform. I w ciągu ostatnich 3 lat Luksemburg awansował w rankingu lig europejskich UEFA z 51 na 44 pozycję.
W Polsce tego nie ma i nie będzie, bo nie ma wielkiej, średniej ani nawet małej wizji tylko grupa chętnych do stołków. Tak długo jak ludzie będą wierzyli w to, że dyskusja o systemie to strzał z kapiszona, tak długo będziemy w tym tkwili. I oglądali ten siermiężny ligowy futbol, tę łupankę, tę Legię z Koroną. I skażemy na to również nasze dzieci, jeśli zamiast zafundować im porządną edukację, powierzymy je Sawickiemu.

moje konto na twitterze. @M_Wawrzynowski

Dodaj komentarz

Mielcarski a taktyka

„Rowe zabrał ich na boisko. Sam ustawił się w odległości 10 jardów od linii bocznej. Przekazał instrukcję trenerowi Cecilowi Poytonowi, który stał obok ze stoperem gotowym do użycia. Potem poprosił Rona Burgessa, kapitana Spursów, by wyrzucił do niego piłkę z autu. Rowe z miejsca kopnął ją do skrzydłowego Lesa Medleya.
– Ile to trwało? – zapytał trener.
– 2 sekundy – odparł Poyton.
Burgess został poproszony o powtórkę. Wrzucił z autu, ale tym razem Rowe przytrzymał piłkę i po chwili oddał ją do Medleya.
– A teraz?
– 4 sekundy.
Potem Burgess wyrzucił po raz trzeci. Teraz Rowe zareagował tak jak robi to większość piłkarzy. Przytrzymał piłkę, przerzucił z lewej nogi na prawą, potem z prawej na lewą a potem podał do Medleya.
– 8 sekund – krzyknął Poyton.

To jedna z moich ulubionych boiskowych historii pochodzących z książki „Sir Alf” Leo McKinstry’ego.
Rewolucja taktyczna Arthura Rowe była niezwykle ważna dla angielskiej piłki. Może najważniejsza przez kilka lat, aż do czasu gdy Anglicy w 1953 roku nie zobaczyli drużyny węgierskiej, która była taktycznie wielokrotnie bardziej zaawansowana. To był zespół grający w stylu, który dziś nazwalibyśmy tiki-taką. Tyle że jakieś 60 lat temu.
Piszę dziś o tym, bo z pewnym zażenowaniem przeczytałem wyznania Grzegorza Mielcarskiego.
Otóż uważa on, że taktyka to zbędne gadanie. Nie dziwi mnie to, bo czytałem już różne rzeczy. Że gole są przereklamowane a nawet wygrane. Mielcarskiego lubię bo mówi zazwyczaj z sensem. Ale też często zdarza mu się odpłynąć. Tak jak wtedy gdy twierdził, że najważniejsza w polskiej piłce jest poprawa wizerunku (ktoś się jednak zasugerował, Boniek i Biszof wizerunek już poprawili ale jeśli chodzi o piłkę, jesteśmy tak samo słabi jak byliśmy albo i słabsi). A teraz gdy mówi, że ważna jest mentalność a nie taktyka.
Tu taki cytat:
„Bobby Robson nigdy nie zwracał wielkiej uwagi na rywali, bo wierzył w drużynę Porto. Owszem, miał kilka opracowanych wariantów wyprowadzania ataków, a także defensywnych, ale fundament tego, co potem działo się na boisku, stanowiły serca jedenastu ludzi. Mieliśmy kilku artystów w zespole, ale większość stanowili ci, którzy gotowi byli grać z rozbitymi głowami, zerwanymi więzadłami i pękniętymi szczękami. Rozmowa o taktyce jest fajna, kiedy masz w zespole Xaviego i Messiego.”
Nie chodzi tylko o ten cytat. Cały felieton utrzymany jest w duchu – mentalność ponad wszystko. I takie gadki,m że Berg musi nauczyć legionistów mentalności a nie taktyki.
Drogi panie Grzegorzu, być może Robson uznał, że po prostu nie będzie tłumaczył taktyki facetowi, który uważa, że nie jest ona istotna? Pewne jest, że gdyby żył, pogniewałby się na ten felieton, na to że robi pan z niego taktycznego ignoranta.
Otóż Bobby Robson zasłynął jako szkoleniowiec Ipswich Town, który był rewolucyjnym taktycznie zespołem w Anglii. Gra po ziemi, sztuczka z fałszywym cofającym się Marinerem to były zmiany taktyczne na która reszta Anglii nie była gotowa.
W Portugalii mając do dyspozycji najlepszych krajowych zawodników pewnie mógł bardziej zaufać ich umiejętnościom. Czasem uruchomisz silnik i maszyna gra, bo taktyki drużyna uczy się miesiącami powtarzając coraz to nowe zagrania. Ale też jest tak, że zawodnicy z zachodu są wychowywani w innej kulturze piłkarskiej, gdzie taktykę podaje się w bardziej przyswajalny sposób (są różne szkoły, Holendrzy uczą jej w późniejszych latach jak najdłużej utrzymując formę zabawy, Włosi ćwiczą taktyczne schematy jeszcze w łonie matki).
Historia futbolu pokazuje, że ludzie którzy taktycznie przewyższali innych, wygrywali. Rinus Michels znany był z tego, że zanudzał swoich piłkarzy taktyką. Oczywiście były to inne czasy i zupełnie nowatorski futbol.
W swojej książce „Team Building” Michels wspomina taktycznych gigantów, którzy za pomocą zmian ustawienia (mając do tego wykonawców), zmieniali bieg historii: Zagallo, Herrera, Ramsey (uczeń Rowe’a), sam autor książki (gdyby się nie wymienił byłaby to najbardziej fałszywa skromność w historii futbolu), Franz Beckenbauer (system 5-3-2), Johan Cruyff (3-4-3) i w końcu Louis Van Gaal, największy wróg Cruyffa, który rozwinął system 3-4-3
Nowe ustawienia to jedno, ale są tez różne mało istotne pozornie sztuczki taktyczne. Przykładowo Frank Rijkaard zaproponował kiedyś w szatni Ajaksu, by robić blokady (zasłony) przy stałych fragmentach gry. Spodobało mu się to w relacjach z NBA. I zespół zdobył z tego sporo bramek. Mówił o tym Van Gaal w książce poświęconej jego filozofii treningu.
Czy Carlo Ancelotti uważał, że taktyka to sprawa drugorzędna gdy cofnął w okolice 30 metra od własnej bramki Andreę Pirlo i ustawił przed nim dwóch twardych środkowych pomocników? Najlepiej to wyszło po latach, w drużynie Cesare Prandelliego podczas EURO 2012.
Ustawienia, oczywiście w wykonaniu dobrych zawodników, wygrywały mecze czy całe turnieje. Bitwy i wojny. Historię futbolu tworzy „wyłączanie kluczowych zawodników z gry”. Czyż Jose Mourinho nie wygrał pucharu Hiszpanii z Barceloną stosując fenomenalnej taktyki, z podwajaniem kluczowych piłkarzy, z wyprowadzaniem szybkiego ataku a prędkością na pograniczu szaleństwa?
Czy mieli mentalność? No pewnie że mieli. Na najwyższym poziomie każdy ma mentalność i przygotowanie fizyczne.
Taktyka to powolne wtłaczanie swoim zawodnikom pewnych określonych reguł czy analizowanie rywala. Zresztą czy komuś, poza Grzegorzem Mielcarskim, trzeba tłumaczyć rolę taktyki w Piłce Nożnej? Może to kolejny problem polskiego futbolu? Może jest w nim zbyt wielu ludzi myślących jak sympatyczny pan Grzegorz. Sądzących, że prymitywny kloc jest podstawą klubu piłkarskiego. Powiedzenie, że taktyka jest sprawą drugorzędną (takiego dosłownego cytatu tam nie ma) jest kompletnym niezrozumieniem współczesnego futbolu i mam nadzieję że to jakiś tajemniczy wirus zaatakował komputer pana Grzegorza i sam wpisał mu taki cytat. A jeśli nie, to chyba ktoś tu się cofnął w rozwoju o 40 lat…
Czasami lepiej milczeć niż mówić. W tym przypadku milczenie nie jest dobrym rozwiązaniem, bo oznaczałoby zostawienie pustej przestrzeni w gazecie (i to „PS”), więc sugeruję więcej poczytać.

Jeśli ktoś ma ochotę się pospierać, zapraszam w komentarzach (poważne uwagi) i na twittera (do 140 znaków)
@M_Wawrzynowski

Dodaj komentarz