Archive for Luty, 2015

Norman Davies: „Podejrzewaliśmy Niemców”

Donny Davies z gazety „Manchester Guardian” początkowo miał nie lecieć do Belgradu. W ostatniej chwili zmienił zdanie. Nie chciał przegapić meczu fenomenalnych „Busby Babes” (Dzieci Busby’ego), które wchodziły na europejskie salony. 5 lutego 1958 roku, po ciężkim meczu, zremisowanym w Belgradzie z Crveną Zvezdą 3:3, piłkarze United awansowali do półfinału Pucharu Mistrzów. Następnego dnia, działacze i dziennikarze wylecieli z Belgradu we wczesnych godzinach porannych. Po drodze samolot miał międzylądowanie w Monachium, dla uzupełnienia paliwa, i rozbił się podczas ponownego startu. 66-letni dziennikarz był najstarszą ofiarą tego najtragiczniejszego wydarzenia w historii angielskiego futbolu.

Gdy cała Anglia opłakiwała gwiazdy futbolu, wy w rodzinie przeżywaliście własną tragedię. Pamięta pan dzień katastrofy?
Norman Davies: W moim przypadku wszystko rozgrywało się następnego dnia, bo przebywałem wtedy we Francji. Miałem 18 lat, studiowałem w Grenoble. 50 lat po tych wydarzeniach zadzwonił do mnie Anthony, mój kolega z uniwersytetu. Powiedział, że pamięta ten dzień ze szczegółami. Zaczęliśmy wspominać… Wychodziliśmy wtedy z zajęć i zobaczyliśmy miejscową gazetę. Na okładce było zdjęcie mojego stryja przed samolotem. Przypuszczam, że zrobiono je na chwilę przed wejściem na pokład… Był to ogromny cios, stryj był dla mnie bardzo ważną osobą. Niedawno byłem w Smoleńsku i te wspomnienia wróciły – emocje, nerwy, pojawiło się pytanie: „Dlaczego tak wolno to wszystko się wyjaśnia?”.

Pilot samolotu, który rozbił się pod Monachium, został uniewinniony dopiero w 1970 roku…
Właśnie.

W waszym przypadku również grano emocjami?
Angielski temperament jest zupełnie inny, choć były pewne podobieństwa. Zdarzenie miało miejsce za granicą, śledztwo było w rękach Niemców, a proszę pamiętać, że było to zaledwie kilkanaście lat po wojnie. Były więc różne podejrzenia, że Niemcy ukrywają prawdę…

Proszę opowiedzieć o Donnym Daviesie.
Stryj był znacznie starszy od mojego ojca. Przed I wojną światową występował w amatorskiej piłkarskiej reprezentacji Anglii i nawet grał w Krakowie. Był to tour Anglików po imperium austro-węgierskim (1914 rok – przyp. red.). Grali w Wiedniu, w Pradze, w Budapeszcie i właśnie w Krakowie. Tak głosi rodzinny przekaz. Dostał ofertę z Boltonu Wanderers, ale odrzucił ją, bo dla niego wstydem było granie za pieniądze. W końcu jednak uległ i przyjął ofertę Port Vale. Ojciec opowiadał mi, że był to dla niego poważny problem. Oczywiście wtedy nie były to duże pieniądze, raczej grano dla przyjemności. Podczas I wojny światowej stryj był lotnikiem, został strącony nad Francją i trafił do obozu jenieckiego. Po powrocie do domu w 1918 roku leżał w szpitalu. Potem grał też w krykieta w I lidze.

Aż w końcu został dziennikarzem sportowym.
Był dyrektorem szkoły i jednocześnie pracował dla dziennika „Manchester Guardian” oraz pisał korespondencje dla BBC. Zdarzało mi się siedzieć obok niego w boksie dla komentatorów i podziwiać interwencje Niemca Berta Trautmanna czy Franka Swifta (bramkarz reprezentacji Anglii, a później dziennikarz „News of the World”, również zginął w katastrofie w Monachium – przyp. red.), którego zapamiętałem z tego, że miał gigantyczne dłonie.

Stryj miał na pana duży wpływ?
Gdy byłem małych chłopcem, tłumaczył mi, co to znaczy być fair, co to jest honor sportowca. Dziś te wartości wydają się bez znaczenia…

Pan również próbował swoich sił w futbolu?
Nie na wysokim poziomie. Gdy miałem cztery lata, złamałem prawą nogę. Efekt był taki, że lewa noga bardzo się wzmocniła i stałem się zawodnikiem lewonożnym. Byłem raczej mniejszy od kolegów, z którymi grałem. Dopiero z czasem urosłem. Moim największym wyczynem było zdobycie pięciu bramek w meczu w turnieju college’ów. Rozegranym na terenie, na którym dziś stoi meczet, do którego chodzi mój sąsiad Pakistańczyk. Potem grałem jeszcze dla reprezentacji uniwersytetu w Oxfordzie, ale to były nieporównywalne czasy. Byliśmy amatorami, ale nieraz grywaliśmy mecze towarzyskie z profesjonalnymi drużynami. Oczywiście przegrywaliśmy, lecz nie były to porażki kompromitujące. Dziś, przy zmianie poziomu wytrenowania, jaka nastąpiła od tego czasu, nie mielibyśmy szansy wytrzymać tempa gry .

Na jakiej pozycji pan grał?

Na środku, nieco z tyłu, z numerem 6.

A więc jak Duncan Edwards…
O jego fenomenie dowiedziałem się więcej w lutym 1958 roku. Edwards przeżył katastrofę (zmarł 21 lutego, a więc 15 dni po katastrofie – przyp. red.), leżał przez jakiś czas w szpitalu, zaś gazety były pełne opisów jego osiągnięć.

Odrodzenie „Dzieci Busby’ego” to jedna z najbardziej romantycznych historii w futbolu.
Zgadza się, ale proszę nie zapominać, że ja jestem z Boltonu. Dla nas, kibiców Boltonu, Manchester United zawsze był tym wielkim, bogatym klubem. A więc raczej kibicowałem tym, którzy grali przeciw United.

W 1966 roku był pan w Polsce i przegapił finał mistrzostw świata, w którym Anglia pokonała Niemcy.
Ja nigdy nie kibicowałem Anglii. Dla mnie to kompromitacja, że Wielka Brytania nie ma narodowej drużyny piłkarskiej. Anglicy to zaledwie jedna czwarta narodu w tym państwie. Zresztą wolę rugby, kibicuję Walii, niedawno byłem nawet na meczu z Nową Zelandią, niestety przegranym. Jest tam fantastyczna atmosfera, warto pójść na rugby choćby po to, by usłyszeć 80 tysięcy śpiewających fanów. Jest zresztą takie powiedzenie: „Piłka nożna to sport dżentelmenów grany przez barbarzyńców, zaś rugby to sport dla barbarzyńców grany przez dżentelmenów”. W rugby nie ma chuliganów, nikt nie pluje na sędziego. Ta gra wydaje się fizycznie prymitywna, ale to w niej znacznie lepiej zachowany jest etos sportu.

Pański syn grał jednak w piłkę…
Christian, młodszy syn, był bardzo obiecującym zawodnikiem. Gdy miał 14 – 15 lat różni skauci z wielkich klubów przyjeżdżali go obserwować. Baliśmy się, że… zostanie zaproszony na testy. On jednak wolał rugby, ale złamał sobie nogę w kolanie i jego kariera sportowa się skończyła. Ale wciąż interesuje się rugby, dla niego to raj utracony.

W Polsce chodził pan na mecze?
Chodziłem trochę na Wisłę, ale żona mi powiedziała, że Cracovia jest klubem inteligencji i uniwersytetów, zaś Wisła milicji…

Tak wyszło, kluby nie miały wpływu na to, do którego resortu je przydzielano.
Tak, ale wtedy tej subtelności nie rozumiałem i przeniosłem się na Cracovię.

Norman Davies, rocznik 1939, brytyjski historyk walijskiego pochodzenia, członek Polskiej Akademii Umiejętności i Akademii Brytyjskiej, autor wielu książek o historii Polski („Boże igrzysko”, „Serce Europy”, „Powstanie 44″), doktoryzował się na Uniwersytecie Jagiellońskim. W Polsce pomieszkuje w Krakowie, gdzie poznał żonę, Marię

Dodaj komentarz