Archive for Maj, 2015

Facet w białym płaszczu to ja

tekst pochodzi z magazynu „PS”, z 2010 roku. Był jednym w serii artykułów o piłkarzach Górnika Zabrze, którzy 40 lat wcześniej doszli do finału Pucharu Zdobywców Pucharów.

Traunreut to małe miasto w Górnej Bawarii, ale właściwie nie sposób się tu nudzić. Trzeba by naprawdę mocno tego chcieć. A Rainer Kuchta nie chce, nie znosi siedzieć przed telewizorem. Chyba że jest mecz jego ulubionego Bayernu i akurat nie ogląda go na żywo na Allianz Arenie. Właśnie kończy się sezon zimowy, więc na razie odłoży w kąt narty. Niedaleko domu ma pokaźną górę. Patrzy, jaka jest pogoda, i jedzie z żoną Anną na narty. Częściej jednak wybierają się 110 kilometrów na południe, do Austrii.

– Tej zimy byliśmy na nartach 25 razy. Cały Tyrol, Austria, włoskie Alpy – cieszy się. Zaczęło się jeszcze w czasach gry w Górniku.

– Jeździłem do Szczyrku, gdzie mieliśmy wczasy górnicze. A tu, w Niemczech, któregoś dnia kolega mówi, że załatwi mi supernarty. I przyniósł takie z „wystawek”. Tak mówi się o rzeczach, które Niemcy wystawiają jako niepotrzebne przed dom – śmieje się Kuchta.

Sam mówi, że ludzie patrzą na niego jak na szaleńca.

– Bo ja mam 67 lat, ale niedawno w Kitzbühel zjechałem z najtrudniejszej trasy, tej, na której rozgrywano mistrzostwa świata. A kiedy Adam Małysz wygrał jakiś turniej, to znalazłem taką górkę i wyskoczyłem z niej z krzykiem „Małyyyyyysz”. Jak wyrżnąłem w śnieg, to trudno opowiedzieć. Ale świadkiem jest termos, który miałem w plecaku. Teraz jest jajowaty. I tak skończyła się moja przygoda ze skokami – żartuje.

W najbliższych dniach przesiądzie się na rower. Latem pokonuje 30 kilometrów dziennie. A jak przyjdą mrozy i skończy się sezon rowerowy, założy łyżwy i pojedzie na zamarznięte jezioro Chiemsee.

Kuchta grał w dwóch pierwszych meczach z Romą. W trzecim, decydującym w Strasburgu nie wystąpił. Podobnie w finale z Manchesterem City.

– Przed trzecim meczem na pobyt w swoim ośrodku zaprosił nas Adidas. Gierka treningowa, ścisłe krycie, ja dostałem Włodka Lubańskiego. Widzę to jak dziś. Włodek ucieka ze skrzydła, schodzi do środka, ja za nim i nagle krrrr, strzelił mięsień. Miałem nadzieję, że na finał się wykuruję, ale nie przeszło. A na filmie z meczu z Romą widać, jak po losowaniu taki facet w jasnym płaszczu wyskakuje w górę. To właśnie jestem ja – odkrywa.

W Górniku słynął z atomowego uderzenia.

– Ja miałem sakramenckiego kopa, ale nie miałem techniki. Więc Ernest Pohl po treningu zostawał i mówił: „Rainer, nie kop w cała piłka, tylko w ćwiartka”. I wtedy zacząłem strzelać bramy. W Szczecinie, jak wiatr zawiał, to trafiłem zza połowy boiska – wspomina z dumą.

Jest wychowankiem GKS Gliwice, gdy kończył wiek juniora, w tym klubie zaczynał grać Włodzimierz Lubański. Później spotkali się w Górniku.

Wcześniej była służba wojskowa w Śląsku Wrocław. – Do Legii szli najlepsi, a do Śląska odpady. To i ja się załapałem – puszcza oko. A kiedy odbębnił wojsko, chętnych nie brakowało. – Pogoń Szczecin, Motor Lublin, Sosnowiec… Jak przyjechali działacze z Sosnowca i otworzyli teczkę, to mnie aż głowa zabolała. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu pieniędzy. Ale w rodzinie ojciec, wujkowie, wszyscy byli za Górnikiem. No to poszedłem do Zabrza. Ojciec pracował w hucie. Zaraz wzięli go do rady zakładowej i dostaliśmy domek jednorodzinny – mówi.

Pod koniec gry w Górniku, już po meczach z Romą, ojciec Kuchty, Wilhelm, zmarł podczas meczu na zawał.

– Ale to nie był ten mecz z Legią, w którym strzeliłem dwa samobóje, jak powszechnie się mówi. To było 1 lipca 1970 roku, graliśmy z Sosnowcem w finale Pucharu Polski. Wygraliśmy 2:0 u siebie i byliśmy blisko w rewanżu. Oni strzelili bramkę, zrobiło się nerwowo, Jarosik ucieka, wszedłem mu wślizgiem, dostaję piłką w twarz i tracę przytomność – relacjonuje z takim ożywieniem, jakby ten mecz był wczoraj.

– Za jakiś czas doszedłem do siebie, wchodzimy do szatni i lekarz mówi, że ojciec w szpitalu. Powiedziałem: „Jedziemy do Gliwic”, bo byłem przekonany, że coś w robocie mu się stało. Ojciec powinien być wtedy w pracy, na drugą zmianę. Doktor na to: „Ojciec jest w Zabrzu”. Okazało się, że zamienił się z kimś, by przyjść na mecz.

Szybko pojechał do szpitala.

– Jestem Kuchta, chcę zobaczyć ojca – poprosił kobietę w izbie przyjęć.
– Pan nie zobaczy ojca – odpowiedziała stanowczo. Rainer mocno się zdenerwował. Wypalił: „A wie pani z kim pani rozmawia?”. Recepcjonistka była jednak nieugięta. Oznajmiła spokojnie: „Ojciec leży w kostnicy”.
– To było właśnie wtedy, gdy ja w twarz dostałem… A 12 dni później matka mi zmarła – wspomina te smutne dni.

Wkrótce też pożegnał się z Górnikiem.
– To było chyba za trenera Brzeżańczyka. Robiłem urodziny w domu i patrzę – dwie znajome twarze pod oknem się kręcą. A to piłkarze Polonii Bytom. „Co wy tu robicie?” – pytam.

„Ty nie wiesz nic? Jesteś teraz naszym zawodnikiem” – odpowiadają.

W poniedziałek poszedłem do klubu na trening. Brzeżańczyk mówi, że to odbyło się poza nim. Ściągnęli w moje miejsce Anczoka. Spore rozczarowanie. Jakiś czas później Anczok złamał kość śródstopia i chcieli mnie z powrotem, ale odmówiłem – opowiada.

Wyjechał do Francji do III ligi (Roubaix), ale to był niewypał. Sam mówi, że nagle jakby zapomniał gry w piłkę. Wrócił do Polski, do Knurowa. Trochę grał, trochę trenował lokalne drużyny.

W 1988 roku wyjechał do Niemiec, chociaż jak sam zapewnia, nie planował tego. – Siedzimy tu w tej Bawarii z żoną i wszędzie mamy daleko – uśmiecha się.

Gdy rozmawiamy w kawiarni w Traunreut, co chwila wita się z sąsiadami: „Gruss Gott”. Jest dumny z Bawarii, w której mieszka, może nawet tak samo jak z Górnego Śląska.

– Mamy taką zasadę, że w domu mówimy po polsku, a wśród ludzi po niemiecku. Bo czasem zapominam niemieckich słów, więc trzeba stale ćwiczyć język. A po polsku wciąż czytam internet. Nie bardzo się znam na nowoczesnej technologii, ale wiem, jakie są adresy stron Górnika. Dużo jeżdżę do Polski, w ostatnim roku byłem 4 razy. I zawsze pierwsze kroki kieruję na stadion Górnika – zapewnia Kuchta. – Zobaczę, co się dzieje, przywitam się z moim klubem, a później jadę dalej.

Reklamy

Dodaj komentarz

Człowiek, który kazał wyjaśnić zagadkę UFO

Artykuł o Piotrku Stokowcu, opublikowany w „Przeglądzie Sportowym” 2.11.2012 (przed ligowym meczem Polonii z Koroną. Polonia była wtedy rewelacją rozgrywek, ale za chwilę się rozpadła i do tej pory nie może podnieść). Piotrka zawsze bardzo lubiłem, co zresztą w tekście widać. Myślę też, że ma szansę zostać naprawdę dobrym trenerem. Mimo to są tam fragmenty, na które się obraził i przez rok nie odbierał telefonów.

Na studiach mówili na niego Zibi. Po latach ten prawdziwy Boniek nie poznał się na trenerskim talencie Piotra Stokowca. Dziś prowadzona przez niego Polonia Warszawa zadziwia. Nie tylko wynikami, ale przede wszystkim stylem gry.

Dziennikarz: – Kibice dali ci popalić.
Piotr Stokowiec: – 10 tysięcy ludzi na Legii Warszawa krzyczało na mnie „Rudy ch…”, więc nie będę przejmował się jakimiś wieśniakami.

Sytuacja miała miejsce w sierpniu 2005 roku po meczu Korony Kielce z Polonią Warszawa. Piotr Stokowiec pochodzi z Kielc.
W ostatnią niedzielę w studiu Canal Plus Zbigniew Boniek, nowy prezes PZPN, wypowiedział się pozytywnie o pracy Piotra Stokowca w Polonii Warszawa. To już postęp. Pięć lat temu, gdy Sylwester Cacek zaproponował, by Stokowiec został asystentem Michała Probierza, Boniek, wówczas współudziałowiec klubu, zapytał: „A kto to w ogóle jest? Czy on grał gdzieś w piłkę?”. Cacek i Boniek poróżnili się. Wtedy wygrał Zibi. Dziś wychodzi na to, że rację miał biznesmen z Piaseczna.

Piotr Stokowiec ze swoją wizją rozjaśnił naszą ligę, dodał jej świeżości. Na każde spotkanie zespołu z Warszawy na stadion przy Konwiktorskiej przychodzi dziś ponad 5 tysięcy ludzi. W poprzednim sezonie tyle mogły przyciągnąć jedynie Legia Warszawa i Lech Poznań. Przez lata różni specjaliści od PR próbowali zachęcić fanów do Czarnych Koszul. Ci, którzy przychodzili jednorazowo, nie mieli powodów, by wracać. Józef Wojciechowski próbował metody „na aferę”. Również okazała się nieskuteczna. Efekt przyniosła dopiero praca debiutanta. Metoda Piotra Stokowca: „grajmy futbol szybki, ofensywny i bezkompromisowy” to nowy trend w polskiej piłce. Na razie nie wiadomo, czy trwały.

– W końcu da się patrzeć na Polonię Warszawa. Wcześniej nie byłem w stanie. To była taka prostacka gra. A dziś drużyna szokuje pozytywnie. Ta ekipa sklecona metodą chałupniczą gra totalnie. W końcu widać, że sprawia im to radość – ożywia się Rudolf Kapera, wykładowca Stokowca z warszawskiej AWF.

Pralka cały czas chodziła
Jakieś sto metrów za bramą główną Akademii Wychowania Fizycznego należy skręcić w prawo i za chwilę dojdziemy do akademika. Na jednym piętrze mieszkało kilku z nich. W jednym pokoju Leszek Ojrzyński, dziś pierwszy trener Korony, z Marcinem Gawronem, asystentem. Kilka pokojów dalej mieszkał Maciej Skorża, a po przeciwległej stronie kończący studia Mariusz Krzysztoszek ze Skarżyska-Kamiennej i młodszy od niego student drugiego roku Piotr Stokowiec, przez kolegów zwany Zibim albo po prostu Bońkiem.
– Lubił porządek. Pralka cały czas chodziła – mówi Krzysztoszek. – I jeszcze wałówka. Gdy Piotrek wracał z Kielc, nikt nie chodził głodny.

Zawsze był dobrze zaopatrzony. Świętej pamięci mama Danuta pracowała w kuchni w kieleckich zakładach wyrobów metalowych znanych z produkcji motocykla SHL. Ojciec Marian był kierowcą. Znajomi z Kielc zapamiętali, że w domu panował swojski klimat. Sto metrów od ulicy Witosa na kieleckiej Dąbrowie, gdzie mieszkali, znajduje się boisko Orląt. Grał tam również Atest, w którym Stokowiec zaczynał kopać piłkę. Potem kluby się połączyły.

Dziś asystentem trenera w Orlętach jest Marcin, młodszy brat. Starszy, Sławek, nie funkcjonuje w futbolu.
– Jako junior Piotrek był takim moim asystentem. Świetnie grał, ale też bardzo angażował się w życie drużyny. Siatki pomógł założyć, sprzęt rozstawić, a jak trochę zabalowałem, dawałem mu jeździć moim maluchem. A że był najmłodszy, to i po butelkę musiał czasem skoczyć. Złoty chłopak – mówi Bolek, czyli Jacek Zawierucha, w przeszłości zawodnik m.in. Jagiellonii Białystok, jeden z pierwszych trenerów Piotra Stokowca.

Przez drabinę do gabinetu
W dawnych czasach na stadion przy ulicy warszawskiej przychodziła ledwie garstka fanów. Rudowłosy pomocnik wyróżniał się pracowitością. W drużynie juniorów był napastnikiem, a w seniorach grał w obronie. W końcu trafił do Korony Kielce, gdzie zagrał jeden mecz. Z Błękitnymi Kielce Korona przegrała 1:2. Stokowiec miał przykryć miejscowego wyjadacza Wiesława Szwajewskiego. Nie wyszło. Napastnik rywali strzelił dwa gole. Potem przyszły wyniki egzaminów na AWF. Dostał się.

Rozpoczęcie dziennych studiów oznaczało porzucenie marzeń o karierze piłkarskiej, ale Piotr Stokowiec właściwie od lat wiedział, co jest jego przeznaczeniem. Przecież nawet w ósmej klasie w wypracowaniu szkolnym na temat: „Kim chcę zostać”, napisał, że trenerem piłkarskim.

Szefowie Korony Kielce wcale nie zamierzali jednak łatwo pozbywać się zawodnika. – Nie chcieli go puścić, ale wiedzieliśmy, gdzie trzymają karty zawodnicze, więc zrobiliśmy tak, że ja zagadałem prezesa Artura Jagodzińskiego na dole, a Piotrek wszedł po drabinie przez balkon do jego gabinetu, wziął kartę i postawił pieczątkę, że klub go zwalnia. Prezes był wściekły – śmieje się Jacek Zawierucha. Ostatecznie został do AZS AWF wypożyczony. Na zapłatę w postaci sprzętu piłkarskiego Korona musiała poczekać kilka lat.

W drużynie AWF szybko stał się jednym z najważniejszych piłkarzy. – Zazwyczaj przychodzili do nas studenci, którzy zaczynali dopiero wiek seniora, więc potrzebowali czasu, żeby się dostosować. Piotrek od razu wszedł do składu i szybko stał się pierwszoplanową postacią – mówi Tomasz Danielik, były trener drużyny, a dziś wykładowca na uczelni.

Przełomowy okazał się mecz z drużyną z Piaseczna.
– Obserwowaliśmy ich i wiedzieliśmy, że trzeba trzymać się z daleka od lewego obrońcy, bo jest bardzo dobry w odbiorze. Ale podczas meczu z nami grał cały czas do przodu, kilka razy naprawdę narobił nam problemów i podjęliśmy decyzję, że chcemy mieć tego zawodnika – mówi Grzegorz Bakalarczyk, ówczesny trener Piaseczna.

W tamtym spotkaniu Piotr Stokowiec toczył świetne pojedynki z Igorem Gołaszewskim, byłym średniodystansowcem, wtedy postrachem okolicy. W bramce AWF stał Leszek Ojrzyński, a w środku obrony wystąpował Marcin Gawron. To był jeden z ich ostatnich wspólnych występów.

Ofiara czystki
W podwarszawskim mieście tworzył się wtedy poważny klub. Właściciel Dominetu, wówczas sieci sklepów ze sprzętem RTV i AGD, wykupił kartę Piotra Stokowca z Kielc, a AWF-owi dorzucił się do obozu. Od tej pory drogi piłkarza i Sylwestra Cacka, biznesmena, który wkrótce stał się milionerem i ważnym graczem na polskiej arenie futbolowej, będą się krzyżować. Epizod w Piasecznie okaże się kluczowy dla jego kariery.
Stokowiec grał profesjonalnie w Piasecznie i jednocześnie studiował dziennie. – Nie pamiętam podobnego przypadku. Pogodzenie tego jest prawie niemożliwe. To też pokazuje, jak bardzo jest pracowity – mówi Danielik.

– To był piłkarz grający na 110 procent, niezwykle emocjonalny. Grał całym sobą. Miał to swoje poletko i to była dla niego świętość. Grał niezwykle agresywnie, ale trudno było go sprowokować – mówi Bakalarczyk, na którego treningach Stokowiec oparł później swoją pracę magisterską.

W sezonie 1995/96 trójka biznesmenów Marek Wielgus, Sylwester Cacek i Janusz Romanowski doprowadziła do fuzji Piaseczna z Polonią Warszawa i Piotr tokowiec po raz pierwszy został piłkarzem warszawskiego klubu. Starzy działacze, jak Jerzy Piekarzewski i Marek Ruszkiewicz, nie byli z tego zadowoleni. Chcieli, żeby grali wychowankowie, m.in. bracia Michał i Marcin Żewłakowowie. Grupa piaseczyńska stawiała na swoich. Gdy Cacek wycofał się z Polonii, miejsce w niej stracił też Piotr Stokowiec. – Można powiedzieć, że zaczęto robić czystkę i pozbywano się zawodników, którzy przyszli z nami z Piaseczna. Piotrek był ofiarą – wspomina Bakalarczyk, który stawiał na Stokowca, ale jego następca, Stefan Majewski, podziękował mu właściwie bez wyjaśnień.

Paweł Janas mentorem
Do Polonii trafił po raz drugi. Kibice zapamiętali go jako jednego z najostrzej grających piłkarzy. Sam określa siebie jako „zawodnik typu agresja 10″. Koledzy mówią, że był też pierwszym „jajcarzem” w zespole.
Dziennikarz „Faktu”: – Możemy porozmawiać?
Stokowiec: – Nie rozmawiam z wami.
Dziennikarz: – Ale dlaczego, coś się stało?
Stokowiec: – Tak. Nie rozmawiam, dopóki nie wyjaśnicie zagadki UFO ze strony ósmej.
Na koniec pograł jeszcze w norweskim Notodden. To był jego drugi wyjazd zagraniczny. Kariery na Zachodzie nie zrobił. Ani Akademisk Boldklub z Kopenhagi, ani tym bardziej ekipa z norweskiej prowincji nikogo nie rzuca na kolana. W tym drugim zresztą był jedynie rezerwowym. Przyjechał w momencie, gdy zespół walczył o awans, i trener uznał, że zwycięskiego składu się nie zmienia. Pozostały mu wspomnienia niezwykłych widoków i przyjacielskie relacje z grupą Norwegów. W ubiegłym roku do Warszawy w odwiedziny przyjechała niemal cała drużyna.

To była końcówka kariery. Może niezbyt imponującej, gdyby patrzeć z zewnątrz, ale jak na człowieka, który porzucił ją i zaczynał od nowa na czwartym roku studiów, naprawdę robiącej wrażenie. Stokowiec w rozmowie z „PS” mówił, że jak na swoje możliwości zdobył mistrzostwo świata (ponad 100 meczów w lidze).
Kończył jako grający trener Wigier Suwałki. Stamtąd trafił do Widzewa.

– Piotrek to był nasz pierwszy wybór. Tworzył od podstaw grupy młodzieżowe, bo wcześniej w klubie nikogo to nie interesowało. Chcieliśmy, żeby był też asystentem Michała Probierza, ale ten nie chciał o tym słyszeć. Nie było jakiejś osobistej niechęci, po prostu Probierz nie chciał nikogo narzuconego z góry – mówi Bakalarczyk.

Stokowiec dostał szansę od jego następcy, a swojego kolegi jeszcze z czasów Piaseczna, Marka Zuba – trenera z „grupy Lenczyka”. Dzięki współpracy z nim, a także Waldemarem Fornalikiem lepiej poznał szkołę doktora Wielkoszyńskiego, która powoli opanowuje polski futbol. Ale sam przyznaje, że jego mentorem jest Paweł Janas, który z tej szkoły się nie wywodzi. To właśnie Paweł Janas zabrał go do Polonii Warszawa.

Pierwszy epizod szkoleniowy z seniorską drużyną Polonia Warszawa był kontrowersyjny. Piotr Stokowiec prowadził zespół tylko w jednym meczu, ale podjął kilka zaskakujących decyzji. Zabrał opaskę kapitańską Adrianowi Mierzejewskiemu i odsunął od drużyny Ebiego Smolarka. Za tę drugą mocno go krytykowano, zarzucano służalczość wobec prezesa. Stokowiec do dziś twierdzi, że była to jego suwerenna decyzja i ma w tej sprawie czyste sumienie.

– To zbiegło się w czasie, ale to nie była żadna służalczość, tylko pokaz odwagi. Piotrek pokazał, że nie interesują go zawodnicy, którzy na pierwszym miejscu stawiają pieniądze – broni swojego byłego podopiecznego Rudolf Kapera.

„Odwaga” to słowo klucz. Wymagało jej wstawienie na boisko debiutanta Pawła Wszołka. Piotr Stokowiec musiał się z tego tłumaczyć. Wyjaśnienie miał krótkie: „To przyszły reprezentant kraju”.

Śladami Marcelo Bielsy
Miał rację. Dziś Wszołek jest motorem napędowym nowej Polonii Warszawa. Tworzy znakomity ofensywny kwartet z Łukaszem Teodorczykiem, Wladimerem Dwaliszwilim i Tomaszem Brzyskim, który w wieku 30 lat przeżywa wiosnę swojej kariery. Ta grupa to dziś zabójcza broń ekstraklasy.

Bezpieczeństwo zapewnia grupa doświadczonych obrońców kierowana przez ligowego wyjadacza Marcina Baszczyńskiego, a wszystko łączą nieco niedoceniani defensywni pomocnicy Łukasz Piątek oraz Adam Pazio. Stokowiec nie bał się postawić na żółtodzioba kosztem starego wygi Dimitrije Injaca. Dzięki tym, czasem niezrozumiałym dla ludzi decyzjom, stał się synonimem odważnego szkoleniowca. Może zapracuje na miano polskiego Marcelo Bielsy? To właśnie ten szkoleniowiec jest jego trenerskim idolem. Swoje do edukacji dołożyły też wyjazdy do klubów z niższych lig angielskich – Yeovil Town, Derby czy Reading. To tam zobaczył, jak ostra może być rywalizacja na treningach.

Może ta ofensywna to tylko kolejny sezonowy zryw, a może jakiś trwały trend w polskim futbolu? Z punktu widzenia naszej piłki taki szkoleniowiec był potrzebny.
Jacek Zawierucha, były trener z Kielc: – Szkoda tylko, że nie pracuje u nas. Ale wierzę, że Piotrek kiedyś tu wróci i jeszcze poprowadzi Koronę.

Dodaj komentarz