Zmieniliśmy zasady gry

Dlaczego?! Każdy z nich do końca życia musiał zadawać sobie to pytanie. Padało wiele odpowiedzi. Może nawet któraś była trafna. Przez całe życie udzielali wywiadów i wiedzieli, że dziennikarze prędzej czy później zawsze muszą zadać to pytanie: dlaczego Węgrzy nie zostali mistrzami świata w 1954 roku?

Ze Złotej Jedenastki zostało już tylko dwóch zawodników. Bramkarz Gyula Grosics przebywa w szpitalu na Węgrzech, w znacznie lepszej formie jest prawy obrońca Jenö Buzanszky. Dwa tygodnie temu z okazji 54. rocznicy powstania węgierskiego przyjechał do Warszawy i udzielił wywiadu „Magazynowi Sportowemu”. W kadrze zagrał 49 razy. Przegrał tylko trzy mecze. W tym ten najważniejszy: finał z Niemcami.

Winni dziennikarze
Na pytanie „dlaczego?” jako pierwsi odpowiedzieli węgierscy kibice. – Po powrocie do kraju zastaliśmy rewolucję – mówi nam Buzanszky. – Kibice wywracali tramwaje, wybijali szyby w sklepach. Byli przekonani, że sprzedaliśmy mecz. Nie mogli zrozumieć, że to nie wchodziło w grę. Jak możesz sprzedać mistrzostwo świata? To absurd! Ale ludzie pytali: „Jak to możliwe, że ten sam zespół wygrał 8:3 z Niemcami, by w drugim spotkaniu przegrać 2:3?”.

Po kraju kursowały więc plotki o tym, że każdy z zawodników dostał za mecz mercedesa. Buzanszky miał najwięcej szczęścia. Jako jedyny z kadry nie był zawodnikiem z Budapesztu, nie musiał przemykać się po ciemnych uliczkach stolicy. Zresztą kadra początkowo tam nie zawitała. Na wszelki wypadek, by nie prowokować tłumów. Reprezentanci wysiedli z pociągu w Györ i udali się autokarem do miejscowości Tata. Tam czekał na nich towarzysz Matyas Rakosi. Pogratulował wspaniałej walki, zawodnicy zjedli w milczeniu kolację i pod osłoną nocy zostali odwiezieni do domów.

Rewolucja jednak nie cichła. Pod ostrzałem znalazła się prasa. Zwolniono redaktora naczelnego „Nepsportu” (węgierski dziennik sportowy) i jednego z członków kolegium redakcyjnego. Drugi solidarnie zrezygnował. Dostało się dziennikarzom „Szabad Ifjusag”, którzy wcześniej codziennie poświęcali dwie strony na relacje z mundialu.

„Uważano, że radio oraz prasa podnieciły tłumy i wytworzyły taki nastrój, który po porażce na mistrzostwach świata przerodził się w niemożliwy do pogodzenia z politycznym systemem publiczny szał” – pisał Robert Zslot w książce „Piłkarze, sportowcy”.

Jeszcze przez długi czas Puskasa wyszydzano na wszystkich stadionach, syna trenera Sebesa pobito w szkole, zaś Grosics został zatrzymany jako szpieg.

– Ja miałem więcej szczęścia, bo pochodzę z małego miasta. Dostało mi się trochę, trochę prychali, trochę zaczepiali, marudzili. Ale generalnie miałem spokój – mówi Buzanszky.

– Z czasem wszystko się uspokoiło. Potem przez 18 meczów znów wygrywaliśmy, więc powoli nastroje się uspokoiły… – dodaje prawy obrońca Złotej Jedenastki.

Fakty mówią same za siebie
Po pierwsze: Tak naprawdę niemiecka drużyna nie była tą samą. W stosunku do meczu numer 1, Niemcy wymienili aż pięciu zawodników, m.in. bramkarza. Kwiatkowskiego zastąpił Turek.

Po drugie: Niemcy mieli szpiega. Urodzony w Rumunii Jupp Posipal doskonale mówił po węgiersku, o czym piłkarze Sebesa nie wiedzieli. Niemcy znali wszystkie ich plany.

Po trzecie: Herberger zastosował manewr taktyczny: Horst Eckel, teoretycznie prawy obrońca, w czasie meczu zajmował się głównie wyłączeniem z gry Nandora Hidekutiego, tajnej broni Sebesa.

Po czwarte: sędzia nie uznał bramki Puskasa w końcówce, która mogła doprowadzić do dogrywki. – Nigdy wcześniej ani nigdy później nie zdarzyła się sytuacja, żeby ten sam arbiter (William Ling) prowadził mecz grupowy i finałowy między tymi samymi drużynami – mówi Buzanszky. – Podczas pierwszego spotkania z Niemcami Puskas został trzykrotnie kopnięty, pewnie umyślnie, wskutek czego nie mógł grać w ćwierćfinale z Brazylią i półfinale z Urugwajem. A to oznaczało więcej biegania dla nas wszystkich – opowiada węgierski obrońca.

– W 10. minucie było 2:0, mieliśmy kilka doskonałych sytuacji… – wspomina. – Ale wygrywa ten, który strzeli więcej bramek, poza tymi golami, które nie zostaną uznane przez sędziów. To właśnie sędzia był głównym winowajcą. Przy drugim golu dla Niemców nasz bramkarz był odciągnięty za szyję. Potem Puskas strzelił bramkę, sędzia główny miał ją uznać, ale liniowy widział spalonego. Wtedy strzeliliśmy raz jeszcze w słupek. Gdybyśmy wyrównali, mecz zostałby powtórzony, siły byłyby równe, dawałoby nam to wielką przewagę.

– Proszę nie zapominać, że do tego spotkania podeszliśmy bardzo zmęczeni. W półfinale graliśmy mecz z Urugwajem. To był mecz mojego życia, nigdy nie zagrałem już tak dobrze – kontynuuje Buzanszky. – Ulewny deszcz, nasiąknięte boisko, każde podanie musiało być idealne. Urugwaj bronił tytułu mistrza świata, my przystępowaliśmy jako zespół, który właśnie pokonał wicemistrza, Brazylię. Fantastyczne starcie. Niestety przez dogrywkę spóźniliśmy się na pociąg i musieliśmy wracać taksówkami. W łóżkach byliśmy między 5 a 6 nad ranem. Niemcy zaś byli po łatwej wygranej z Austrią 6:1. Nie przemęczyli się za bardzo, a ich morale zostało bardzo podbudowane – analizuje dziś Buzanszky.

Tajemnice szatni w Bernie

Jest jeszcze ostatnia teoria: doping. Już w 1954 roku Ferenc Puskas stwierdził, że w szatni Niemców znajdowały się fiolki po dziwnych zastrzykach. W 2004 roku niemiecka telewizja opublikowała film dokumentalny, w którym głos zabrał Walter Bronnimann, gospodarz obiektu w Bernie. Przez 50 lat nikomu nie mówił o swoim znalezisku. Teraz potwierdził słowa Puskasa.

Franz Loogen, lekarz niemieckiej drużyny, przyznał wtedy, że dawał zastrzyki, ale… tylko z witaminy C. – Nie dawało to wymiernego efektu, ale piłkarze byli przekonani, że zwiększa ich wytrzymałość – stwierdził Loogen w wywiadzie sześć lat temu.

Franz Beckenbauer zaapelował wówczas o to, by nie szargać świętości, zaś Horst Eckel (ten sam, który krył w finale Hidegkutiego) stwierdził, że Niemcy nawet nie znali słowa „doping” i nazwał oskarżenia skandalicznymi.

Kilkanaście dni temu pojawiły się nowe teorie. Erik Eggers z Uniwersytetu Humboldta w Berlinie stwierdził, że istnieją poważne przesłanki ku temu, by stwierdzić, iż piłkarze niemieccy przed finałem zostali naszpikowani metaamfetaminą, a nie witaminą C. Ten sam środek stosowano w niemieckiej armii podczas II wojny światowej – wstrzykiwano go pilotom samolotów i czołgistom. Po mistrzostwach świata w 1954 roku wielu z niemieckich piłkarzy leczyło się w klinice. Osiem lat po finale Richard Hermann (urodzony w Katowicach) zmarł na marskość wątroby, co już wtedy budziło sporo kontrowersji. Faktem jest, że Hermann grał tylko w starciu grupowym z Węgrami.

– W tamtych czasach rzeczywiście nikt nie znał takiego słowa jak „doping”. Faktem jest, że potem we wrześniu sześciu albo siedmiu rywali trafiło do szpitala, ale z takiej perspektywy trudno to oceniać. Teraz jesteśmy zaprzyjaźnieni z poszczególnymi piłkarzami. Jak przez lata jeździliśmy do nich i oglądaliśmy tamto spotkanie, przy wyniku 2:2 Niemcy zatrzymywali film. Dziś nie ma wygranych i przegranych, po prostu jest przyjaźń – rozmywa sprawę Buzanszky. Po chwili refleksji dodaje: – Wcześniej nie przegraliśmy 34 meczów, ale tak jak nie istnieje wieczna miłość, tak każda seria musi się skończyć…

Wejście w nową epokę
Ich mecze przeszły do historii futbolu jako najwspanialsze widowiska. Mecz z Anglią (6:3) został nazwany „meczem stulecia”. Starcie z Brazylią (4:2) „bitwą o Berno”, spotkanie z Urugwajem (4:2) dziennikarze okrzyknęli „najwspanialszym meczem w historii futbolu”, zaś mecz z Niemcami (2:3) powszechnie znany jest jako „cud w Bernie”.

Węgrzy wprowadzili nową jakość do piłki nożnej. – Można wręcz powiedzieć, że zmieniliśmy zasady gry w piłkę. Przeszliśmy na zupełnie nieznany styl 4-2-4. Od 1952 roku graliśmy według tego systemu – mówi Buzanszky. – Dzisiaj trenerzy zastanawiają się nad tym, czy grać jednym czy dwoma napastnikami, a może w ogóle bez nich. Teraz bardzo ważne jest rozpoznanie tego, co robi przeciwnik, a my nie zwracaliśmy na to uwagi, ufaliśmy samym sobie – mówi zawodnik. Dodaje, że kluczem były jednak przygotowanie fizyczne i szybkość.

Historycy i specjaliści od taktyki oceniają, że ówczesne ustawienie Węgrów było formą przejściową między starodawnym systemem WM a nowym 4-2-4. Było to wejście w nową epokę futbolu – żegnano stary świat, witano się z nowym.

– Po latach tak grali już wszyscy, pierwszą nieeuropejską drużyną z tym systemem była Brazylia. Dzięki temu zaczęli wygrywać mistrzostwa świata. Proszę jednak nie zapominać, że oni mieli nie tylko system. Mieli też Pelego – mówi Buzanszky.

Pamiętne Wembley
Świat poznał Węgrów w 1952 roku, gdy zdobyli złoty medal igrzysk w Helsinkach. 5 meczów, 5 wygranych, 20:2 w bramkach i eksperymentalny styl. Potem był mecz z Włochami w ramach Pucharu Europy Środkowej. Węgrzy uważają dziś, że to były nieformalne mistrzostwa Europy.

– O tym mało się dziś mówi. My uważamy się jednak za mistrzów Europy. Po meczu z Włochami doszło do poważnej próby zwerbowania Puskasa przez jeden z rzymskich klubów – mówi Buzanszky. – Włosi zaczęli poić go alkoholem. Myśleli, że nie zdąży na pociąg i będzie musiał zostać we Włoszech, a potem zobaczymy… Ale Puskas w pewnym momencie wstał i zapytał: „Czy wy głupki myślicie, że naprawdę jesteście w stanie mnie upić?”. Na pociąg oczywiście zdążył. Dzięki temu wystąpił w „meczu stulecia”, czyli starciu z Anglikami, 25 listopada na Wembley. Węgrzy wygrali 6:3, zdeklasowali Anglików. Właśnie wtedy wyspiarze zobaczyli węgierski trick z Hidegkutim. Harry Johnston, obrońca Blackpool, nie bardzo wiedział, jak zareagować na nowe u stawienie przeciwników. Gdy odpuszczał Hidegkutiemu, ten miał sporo miejsca w środku pola. Jak go atakował, miejsce mieli napastnicy. Gdy Johnston się tak zastanawiał, Hidegkuti strzelił trzy gole.

Do końca swoich dni zupełnie inaczej interpretował to spotkanie sir Alf Ramsey, wówczas obrońca Tottenhamu. Nigdy nie zgodził się z tym, że Anglicy zostali zdeklasowani. Zauważył, że cztery bramki dla Węgrów padły po strzałach z dystansu, co nie świadczy o jakiejś wielkiej przewadze. Faktem jest jednak, że tym spotkaniem skończył karierę reprezentacyjną w roli piłkarza.

– Gdybym dziś miał wymienić najważniejszych zawodników naszej drużyny, na pewno numerem 1 był Ferenc Puskas, a potem Jozsef Bozsik i właśnie Hidegkuti – opowiada Buzanszky. Puskas był więc fenomenem, zaś ci dwaj pełnili rolę łączników między obroną a atakiem.

Po prostu zbierał ludzi

Hidegkuti wiosną 1972 roku trenował piłkarzy Stali Rzeszów, w tym Jana Domarskiego. Niewiele to dało rzeszowianom, bo spadli do II ligi. Domarski nieco ponad rok od spotkania z Hidegkutim powtórzył jednak to, co udało się Węgrowi – zmusił do płaczu angielskich kibiców na Wembley.

Drugim polskim akcentem w Złotej Jedenastce był Geza Kalocsay, w latach 1954-55 asystent Sebesa, a później trener Górnika Zabrze, który – jak twierdzi Hubert Kostka – zrewolucjonizował w pewnym sensie polski futbol. Buzanszky przemawiał zresztą na pogrzebie Kalocsaya.

Fenomen drużyny węgierskiej zrodził się z wielu czynników. Nowatorska taktyka to jedno, fenomenalni piłkarze to drugie. Trzecie, to Gustav Sebes. – Nie wiem, czy był wielkim trenerem. Był po prostu tym, który zbierał ludzi. Wtedy wszyscy grali na Węgrzech w jednym stylu. W tym czasie siedmiu grało w Honvedzie, trzech w MTK i tylko jeden był z prowincji. To ja – mówi Buzanszky. Faktem jest, że Sebes do Honvedu wcielał zawodników z urzędu. Był to w końcu zespół wojskowy, o niemal nieograniczonych możliwościach.

– Były takie momenty w piłce, że w jednym czasie zebrało się wiele talentów myślących podobnie. Tak jak my – mówi.

Koniec tej drużyny nastąpił w 1956 roku, gdy na Zachodzie zostali trzej zawodnicy: Kocsis, Czibor i ten najważniejszy – Puskas.

– W tym samym czasie na Zachodzie została niemal cała drużyna młodzieżowa, której piłkarze byli uważani za naszych następców – mówi Buzanszky. – Potem piłka zaczęła umierać powoli, a w latach 70. nikt już nie traktował jej poważnie. Myślę, że zawinili nasi trenerzy, którzy nie potrafili zareagować w odpowiednim momencie…

Czyli jednak: Polak, Węgier, dwa bratanki.

MAREK WAWRZYNOWSKI
Za pomoc dziękuję tłumaczce Aleksandrze Bacie-Bocian oraz Istvanowi Gordonowi, dyrektorowi Instytutu Kultury Węgierskiej w Warszawie, który zorganizował nasz wywiad… w swoim samochodzie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: