Archive for Leo Beenhakker

Prawdziwa historia Leo Beenhakkera – cz. 6

To była ostatnia część. Zakończyliśmy ją na Trynidadzie i Tobago i wyraziliśmy nadzieję, że dalszy rozdział będziemy mogli napisać o Polsce. Na pewno byłaby to ciekawa lektura…

Droga ku chwale


Każdy ma swoje miejsce, do którego chciałby wrócić. Dla Leo Beenhakkera taką spokojną przystanią, prawdziwym domem jest Rotterdam. Tu się wychował. Szczególne miejsce w jego życiu zajmuje Feyenoord. – Zawsze, gdziekolwiek bym nie był, wierzyłem, że kiedyś wrócę tutaj, by poprowadzić Feyenoord – przyznał Beenhakker.

Po raz pierwszy Leo pracował na de Kuip w drugiej połowie lat 70-tych. Był trenerem drużyny juniorów i kandydatem na asystenta Vaclava Jezka. Odszedł, gdy w klubie zatrudniono niechętnego mu menedżera Petera Stephana. Na pożegnanie rzucił do dziennikarzy: -Kiedyś wrócę na de Kuip.

Wielki powrót
– 25 kwietnia 1999? Nie byłem wtedy na meczu. Ale ten dzień pamiętam, jak każdy kto pochodzi z Rotterdamu – mówi Chris Tempelman, dziennikarz „Voetbal International”. Zespół prowadzony przez Leo Beenhakkera tylko zremisował z NAC Breda 2:2. Wynik nie miał jednak żadnego znaczenia. W całym sezonie zdeklasował rywali. Pod koniec rozgrywek przewaga nad drugim w tabeli Willem II Tillburg wyniosła aż 15 punktów. Odwieczni rywale Feyenoordu, PSV Eindhoven i Ajax Amsterdam, nie mieli nawet szansy nawiązać z nim rywalizacji.

Pod koniec kwietnia Holandia każdego roku świętuje tzw. „Queens Day”, czyli urodziny Królowej. Kraj jest wówczas pomarańczowy. W 1999 roku uroczystości w Rotterdamie zaczęły się kilka dni wcześniej. Ponad 250 tysięcy kibiców wyszło na Coolsingel, główną ulicę Rotterdamu. Gdy Jean-Paul Van Gastel uniósł mistrzowską tarczę, miasto oszalało. Wśród zawodników, którzy fetowali wówczas z kibicami mistrzostwo był Jerzy Dudek, uznany zresztą w tym sezonie najlepszym bramkarzem ligi holenderskiej. Beenhakker z balkonu ratusza nawoływał mieszkańców Rotterdamu, by nocą świętowali sukces piłkarzy. Niektórzy opacznie zrozumieli jego słowa… „Wielkie święto zamieniło się w orgię i awanturę” – pisał wtedy „De Telegraf”, największy holenderski dziennik. Aresztowano 90 osób.
Cztery miesiące później, w sierpniu Feyenoord sięgnął na dokładkę po Johan Cruyff-Schaal, czyli superpuchar Holandii. W finale pokonał po dramatycznym boju Ajax 3:2. Więcej szczęścia kibice Rotterdamu nie potrzebowali. Don Leo znowu był wielki.

Odkrywca gwiazd
Pracę w Feyenoordzie Beenhakker rozpoczął, kiedy klub przeżywał trudne chwile.
-Pamiętam, że nie szło nam wtedy. W klubie była zła atmosfera. Piłkarze byli stłamszeni. Leo pojawił się w szatni i powiedział: „Panowie, tak nie wygląda piłkarz Feyenoordu. Głowa do góry, pierś w przód. Tak właśnie zawodnik Feyenoordu powinien wychodzić na mecz”. Nasza gra poprawiła się jak za dotknięciem magicznej różdżki – opowiada „PS” John Metgod, wieloletni asystent Beenhakkera, były zawodnik m.in. Realu Madryt. Dla niego czas spędzony z Beenhakkerem to coś wyjątkowego. – Ten człowiek rozładowuje atmosferę dobrym humorem. Jest zawsze uśmiechnięty, potrafi na poczekaniu wymyślić dowcip. Wie jak zintegrować zespół. Kiedyś pozwolił chłopakom pojechać na zgrupowanie z żonami. Swoją narzeczoną poprosił, żeby organizowała dziewczynom czas w trakcie treningów. Wychodziło to bardzo dobrze. My szliśmy na boisko, dziewczyny na zakupy lub basen. Wieczorem się
spotykaliśmy i wspólnie jedliśmy kolację. To było najlepsze zgrupowanie jakie pamiętam – opowiada Metgod.
Właśnie w Feyenoordzie, kiedy trenerem był Beenhakker rozbłysła gwiazda Julio Ricardo Cruza, dzisiaj supersnajpera Interu Mediolan. Holenderscy dziennikarzy wspominają, że był okres, gdy piłkarzowi kompletnie nie szło. Zwyczajnie nie mógł trafić do bramki. Don Leo rzucił na niego swój czar i Cruz zaczął strzelać jak automat. O czym rozmawiali? W ogóle nie rozmawiali. Trener spotkał się z żoną Cruza. To wystarczyło.
Natomiast, kiedy od 2000 do 2003 roku pracował… w Ajaksie na stanowisku dyrektora technicznego odkrył jednego z najlepszych dziś piłkarzy świata, Zlatana Ibrahimovicia. – Oglądałem go tylko przez 45 minut na treningu i powiedziałem, że chcę mieć tego chłopaka. Kosztował 8 milionów euro. To był najwyższy transfer w historii Ajaxu. Przez kilka pierwszych tygodni Zlatan grał słabo. Prasa wieszała na nim i na mnie psy. Ale jak się rozkręcił… – wspomina Leo.
Szwed cały czas docenia co zrobił dla niego holenderski trener. Podczas ostatnich mistrzostw świata stacje telewizyjne pokazywały, jak Leo przed meczem Szwecji z Trynidadem i Tobago był wyściskiwany przez młodego gwiazdora.

Awantura w Enschede
Niewiele brakowało, a praca z Ajaxem zakończyłaby się dla Leo tragicznie. Po meczu z Twente Enschede zaatakowali go pijani chuligani. Beenhakker uciekł, ale przy samochodzie czekała na niego inni. Don Leo został dotkliwie pobity, konieczna była pomoc lekarza. Po tym zdarzeniu Beenhakker wyprowadził się z Holandii do Belgii, do leżącej pod Antwerpią willowej miejscowości Schilde.
Trzy lata spędzone w Ajaksie na stanowisku dyrektora technicznego to dla Leo o wiele za długi okres siedzenia za biurkiem. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wrócił na boisko. Rozpoczął pracę w meksykańskim Club America, skąd kilka lat wcześniej został – według niego – niesłusznie zwolniony. Nie był to udany okres, podobnie jak sezon 2004/05, gdy „spuścił” z ligi De Graafschap Doetinchem.
Wtedy z Beenhakkerem skontaktował się Jack Warner, jeden z najważniejszych ludzi w światowym futbolu. Wiceprezydent FIFA i… szef federacji piłkarskiej Trynidadu i Tobago.
Cud na Karaibach
Przyjechał do Port of Spain na początku 2005 roku. Reprezentacja miała zaledwie 1 punkt zdobyty w trzech eliminacyjnych meczach i właściwie żadnych nadziei na awans do finałów mistrzostw świata. Nikt się tym przejmował. Drużyna narodowa kraju położonego na dwóch małych wysepkach nigdy wcześniej na mundialu nie zagrała. Od momentu, gdy Don Leo rozpoczął pracę wszystko się zmieniło. – Wziął zespół i nagle zaczęliśmy wygrywać. To było coś niesamowitego. Zaczęliśmy grać zupełnie nową piłkę, kontrolować grę, mieliśmy własny styl gry – opowiada Stefan Nicholas z dziennika „Newsday”.
Leo był jak misjonarz, który przyjechał nauczać futbolu. – Wielu z nas nauczył gry od nowa, pokazał rzeczy, których chłopcy wcześniej nie znali. Dzięki niemu uwierzyli, że mogą grać w piłkę na wysokim poziomie. Beenhakker sprawił też, że awansowalibyśmy do mundialu w 2006. Gdyby Leo został, bylibyśmy spokojni o awans do następnego finału. Teraz to już nie jest takie proste – mówi dziennikarzom „PS” Dwight Yorke, były napastnik Manchesteru United. – Wiele razy powtarzał nam: „Piłka nożna to radość, musicie umieć się bawić”. Jednocześnie wiedział, kiedy być poważnym i zawsze wymagał od zawodników pełnego zaangażowania.
Podczas mundialu w Niemczech nie było jednak zbyt różowo. Piłkarze Trynidadu i Tobago nie nawiązali równorzędnej walki z europejskimi zespołami. Nie stworzyli ani jednej dobrej okazji do strzelenia gola, potrafili się tylko bronić. – Już w trakcie turnieju pojawiły się pretensje do Beenhakkera. Nie mieliśmy pojęcia dlaczego pomija Russela Latapy’ego, naszego najlepszego po Yorke’u piłkarza – zastanawia się Stefan Nicholas z „Newsday”.
Yorke, który wraz z Andym Cole’m tworzył znakomity duet napastników Czerwonych Diabłów, uważa, że Beenhakker wytrzymuje porównanie z samym Alexem Fergusonem, czołowym szkoleniowcem świata.

– Leo to jeden z najlepszych trenerów, jakich miałem w karierze. Ma ogromne doświadczenie i niesamowitą wiedzę o piłce. Polska dokonała doskonałego wyboru – uważa Yorke. – Gdy dowiedziałem się, że po mundialu od nas odchodzi, byłem bardzo zawiedziony. Ten facet dał mieszkańcom naszego kraju wiele radości. Sprawił, że poczuliśmy się dowartościowani, bo usłyszał o nas cały świat – mówi najlepszy piłkarz w historii Trinidadu i Tobago. Podobnie myślał prezydent tego małego karaibskiego kraju George Maxwell Richards. Wręczając Holendrowi jedno z najwyższych odznaczeń narodowych powiedział: – Zrobił pan dla naszego kraju więcej niż politycy przez 70 lat.
Beenhakkerowi proponowano spore pieniądze za pozostanie w Trynidadzie i Tobago. Około miliona euro za sezon oferowała też Australia. Wybrał Polskę. Mówi, że to jego nowe wyzwanie. Chce zbudować w naszym kraju piłkarską potęgę. Awansując z biało-czerwonymi do finałów EURO napisał nowy rozdział w swojej biografii. W niedzielę w Klagenfurcie, w meczu z Niemcami, rozpocznie kolejny.

I tyle. To koniec naszej historii.

Reklamy

Dodaj komentarz

Prawdziwa historia Leo Beenhakkera cz. 5

Chude lata Beenhakkera

Powiedzenie Heraklita z Efezu mówi, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Leo Beenhakker najwidoczniej go nie znał. Wody w rzekach nie były te same, Beenhakker też. Być może dlatego początek lat dziewięćdziesiątych to dla niego pasmo klęsk. Rozpoczynając od mundialu we Włoszech w 1990 roku.
Tamte mistrzostwa były wielką szansą Beenhakkera. Kadrę narodową obejmował po Rinusie Michelsie, który dwa lata wcześniej zdobył mistrzostwo Europy. W składzie Oranje znajdowali się najlepsi w tym czasie piłkarze świata: Marco van Basten, Ruud Gullit, Frank Rijkaard, Ronald Koeman, Hans van Breukelen. Oranje grali porywający, fantastyczny
futbol. Aż do czasu, gdy objął ich Leo…

Latająca popielniczka
Holenderska prasa z tego okresu pisze o nieustannych konfliktach w reprezentacji. Doskonale pamięta je Van Breukelen, wówczas jeden z najlepszych bramkarzy Europy, którego spotkaliśmy w hotelu pod Amsterdamem.
– Większość piłkarzy chciała, by trenerem był Johan Cruyff. A powinniście wiedzieć, że Holandia to bardzo specyficzny kraj. Gdzie indziej trener mówi: „robimy tak i tak” i wszyscy to robią. W Holandii piłkarze zaczynają pytać: „a dlaczego właśnie to, a może lepiej co innego?”. Tacy już jesteśmy. Rinus Michels, będący wówczas prezesem federacji, miał swoich kandydatów, Aada de Mosa i właśnie Leo. Dlatego zła atmosfera panująca w drużynie nie była winą Leo, tylko naszą. Po prostu powinniśmy zareagować od razu albo w ogóle. Myślę, że to my, a nie Beenhakker, zawaliliśmy ten turniej – opowiada „PS” szalony bramkarz PSV Eindhoven.
Wydawało się, że Don Leo, który niedawno pracował w Realu, powinien wiedzieć, jak porozumieć się z gwiazdami. Jednak wszystko poszło w złym kierunku.

– Beenhakkera pogrążył obóz przygotowawczy. Piłkarze nie tworzyli drużyny, każdy robił co chciał. To były wakacje. Jeden szedł na golfa, drugi na ryby, trzeci pojeździć na koniu. To wszystko za gigantyczne pieniądze – opowiada Chris Tempelman z Voetbal International.

Ciągle pojawiały się informacje o kolejnych awanturach. Już podczas mundialu, na jeden z treningów Beenhakker przyszedł w ciemnych okularach, których wcześniej nie nosił. Gdy dziennikarz telewizji poprosił go o ich zdjęcie, okazało się, że Leo ma podbite oko. Bulwarówki pisały o dzikiej awanturze i bójce z Ruudem Gullitem.

– Wielokrotnie pytałem o to Leo, ale on nigdy nie chce się przyznać – mówi Hans Venneker, przyjaciel Beenhakkera. – Zapewnia nas zawsze, że po meczu siedział w szatni, ktoś (jego asystent – red.) nagle otworzył drzwi i rzucił popielniczką. Leo odwrócił się i dostał prosto w oko.
– Beenhakker nie chciał nigdy o tym mówić. Wielokrotnie pytaliśmy go o tę sytuację. Zawsze mówił, że następnym razem wszystko opowie. I tak już od lat – śmieje się Tempelman.
Beenhakker za wszelką cenę próbował ratować sytuację i uratować skłócony zespół.
– Zaprosił nasze żony i znanego komika Freeka de Jonge. Była fantastyczna zabawa – wspomina w rozmowie z nami John van Loen, ówczesny kadrowicz.

– Z Niemcami w 1/8 finału zagraliśmy nasz najlepszy mecz. Ale przegraliśmy – rozkłada ręce Van Breukelen. Niestety,
tylko na tyle starczyło Beenhakkerowi magii. Do dzisiaj ma jednak świetny kontakt z tamtymi piłkarzami. Gdy później holenderska prasa miażdżyła Leo, oni go bronili.
-Miał niesamowitą umiejętność wpływania na zawodników. Musiał wybrać między mną a Ronaldem Koemanem. Wybrał Koemana, ale nigdy nie miałem o to pretensji. Sprawiał, że wszyscy czuli się ważni. Zawodnik numer dwadzieścia trzy miał świadomość, że jest częścią zespołu – zapewnia „PS” Danny Blind, słynny obrońca Ajaksu.
– Będę bronił Leo. Myślę, że znalazł się w złym miejscu i w złym czasie – uważa przyjaciel Beenhakkera, Hans Venneker. Ale nie zmienia to faktu, że dla Don Leo był to początek kłopotów. Po pożegnaniu się z reprezentacją został kilka miesięcy dyrektorem sportowym Ajaksu, by wkrótce wrócić do Realu. Jego drugie podejście do Królewskich
zakończyło się jednak totalną klęską.

Dramat na Teneryfie
Beenhakker zastąpił na stanowisku Radomira Anticia. Już wtedy tę zmianę określano jako co najmniej dziwną. Real miał na półmetku rozgrywek 7 punktów przewagi nad Barceloną. Mendoza jednak zarzucał Anticiowi, że zespół gra mało widowiskowo. Beenhakker spełnił żądania prezesa. Królewscy grali wprawdzie widowiskowo, ale przewagę roztrwonili…
– Wiem, że wielu ludzi dzisiaj pamięta mnie przede wszystkim w związku z tą porażką na Tenerifie, a dopiero później wspomina trzy mistrzostwa, które wcześniej wywalczyłem z zespołem – rozkłada ręce nasz selekcjoner.
Przypomnijmy, że Real, by zdobyć mistrzostwo Hiszpanii, musiał wygrać w ostatniej kolejce na wyjeździe z Tenerifą. Wszystko szło doskonale, bo Królewscy prowadzili 2:0 i…

– Nagle przestaliśmy grać. Świetnie broniący do tej pory Buyo miał słabszy dzień. Hagi nie trafiał w bramkę z rzutów wolnych, a Butragueno przy wyniku 2:2 spudłował z 3 metrów. Rywale nas dobili. Wiedziałem, że zawaliłem sprawę. Wziąłem więc na siebie konsekwencje tej porażki. Pamiętajcie jednak, że w Realu presja jest zawsze bardzo duża. Osiemdziesiąt tysięcy kibiców co mecz wymaga od ciebie wyłącznie zwycięstwa. Czasami piłkarze i trener tego nie wytrzymują i zawodzą w najważniejszym momencie – wspomina w rozmowie z nami Don Leo.
Ciśnienie okazało się na tyle duże, że Real przegrał także finał Pucharu Hiszpanii z Atletico (0:2) i odpadł w półfinale Pucharu UEFA z Torino.

Każdy grał dla siebie
Następne lata to spadek po równi pochyłej. Beenhakker po odejściu z Madrytu przyjął ofertę Grasshoppers Zurych, w którym występowali Pascal Zuberbuehler, Ciriaco Sforza, Thomas Bickel, Alain Sutter czy Giovane Elber.
– To był „zespół gwiazd”, ale brakowało w nim piłkarzy do biegania. Sforza opowiadał mi później, że wszyscy chcieli strzelać gole, dlatego on z konieczności musiał grać jako ostatni obrońca – wspomina Ryszard Komornicki, wówczas piłkarz FC Aarau, dzisiaj trener tego zespołu.
W efekcie tytuł mistrzowski trafił do drużyny Polaka, a Beenhakker musiał ze swoim zespołem walczyć o utrzymanie. Mógł zdobyć mistrzostwo, gdyby w ostatniej kolejce wygrał z Young Boys Berno. Przegrał, a decydującego o porażce gola zdobył Piotr Nowak.
– Beenhakker był dobrym trenerem, ale my nawaliliśmy – broni Holendra jeden z największych gwiazdorów tamtej drużyny, Alain Sutter. – Graliśmy każdy dla siebie. Nikt nie myślał o interesie zespołu, chodziło o to, żeby się pokiwać i wypromować. Byliśmy więc z góry skazani na grę o utrzymanie. Beenhakker nie miał szansy nas przed tym
uchronić. Ale później sprawił, że wzięliśmy się do roboty i bez problemu obroniliśmy się przed degradacją – mówi w rozmowie z „PS” 68-krotny reprezentant Szwajcarii.

Szpieg z Holandii
Zniechęcony niepowodzeniami w Europie Leo pojechał budować piłkarski nowy świat… w Arabii Saudyjskiej. Jego pierwsza praca w charakterze misjonarza futbolu zakończyła się, a jakże, katastrofą. Beenhakker postanowił bowiem wprowadzić do arabskiego kraju swoje zasady.
Został zatrudniony pod koniec listopada 1993 roku, ale szybko doszło do konfliktu z piłkarzami. Ci skarżyli się, że Holender zmienił im reżim treningowy. Do tej pory ćwiczyli 3 razy w tygodniu, a tu nagle przychodzi człowiek z zewnątrz i robi im dwa treningi dziennie. Beenhakker rozegrał 4 oficjalne mecze (2 remisy i 2 porażki) oraz 2
nieoficjalne. 26 lutego 1994 roku Piłkarska Federacja Arabii Saudyjskiej wydała lakoniczne oświadczenie: „Dziękujemy trenerowi Leo Beenhakkerowi, że chciał zmienić zwyczaje panujące w naszej drużynie oraz styl gry. Niestety, zbyt krótki okres pracy nie pozwolił mu na to. Poza tym doszliśmy do wniosku, że jego styl nie pasuje do naszej drużyny”.
Niedługo po odejściu Beenhakkera, do Rijadu przyjechał z wizytą prezydent Argentyny Carlos Menem i trenerem reprezentacji został jego rodak Jorge Solari. Arabowie wrócili do swojego systemu i podczas mundialu w Stanach Zjednoczonych awansowali nawet do II rundy.
Jednak w pierwszym grupowym meczu przegrali 1:2 z Holandią. I w saudyjskiej prasie pojawiły się oskarżenia, że tak naprawdę Beenhakkera przysłała w roli szpiega holenderska federacja piłkarska.

Kamienna twarz
Bezrobotnemu Beenhakkerowi, po odejściu z Arabii Saudyjskiej, z pomocą przyszedł dawny podopieczny, Hugo Sanchez. – Ściągnął Leo do Meksyku, wprowadził w tamtejsze życie – opowiada Chris Tempelman, dziennikarz „Voetbal International”.
Holender został szkoleniowcem stołecznego Club America. Miał za zadanie odbudowę jego potęgi i zdobycie mistrzostwa. Chociaż mu się to nie udało, w Meksyku wciąż ma wielu zwolenników.
– Wspominam Don Leo z nostalgią. Uwielbiałem go. Teraz w Meksyku brakuje takiej osobowości. To był wielki trener. Perfekcjonista. Doskonale przekazywał drużynie ofensywny styl gry. Potrafił żartować z kamienną twarzą – opowiada Manuel Gomez ze sportowego dziennika ESTO. – Pamiętam gdy spotkałem go na lotnisku. Przywitał się i zaprosił na filiżankę kawy. Gadaliśmy chyba z godzinę, o piłce, o Holandii, o życiu. W rozmowie gdzieś ulatniał się ten jego wizerunek niedostępnego, poważnego, wielkiego trenera. Był otwarty, wygadany, taki dobry kumpel od tequili.
W styczniu 1995 r. Leo przedłużył kontrakt z Ameriką na następne dwa lata (miał się zająć dodatkowo szkoleniem drużyn młodzieżowych). Zarząd klubu był zadowolony z wyników. W 21 meczach zespół poniósł tylko dwie porażki, strzelił rekordową ilość 61 goli. Piłkarze prezentowali ofensywny futbol dzięki dwójce afrykańskich napastników, ulubieńców Holendra – Zambijczyka Kalushy Bwalyi i Kameruńczyka Francoisa Omam Biyika.
Leo wybrał Meksyk nie tylko z powodów zawodowych. Prezes Ameriki, Emilio Diez Barroso obiecał mu nową przygodę. Beenhakker zamieszkał w najekskluzywniejszej, snobistycznej dzielnicy La Cornacava pod Mexico City, gdzie mógł oddawać się swojej największej pasji, grze w golfa. W każdy weekend można było go zobaczyć na polu z kijem w ręku.

– Grał z miejscowymi bogaczami – wspomina Carlos Hernandez z dziennika „La Jornada”.

Konflikt z prezesem

– Było miło, fajnie i przyjemnie aż do czasu, kiedy prezes zakazał Beenhakkerowi wystawiania do gry Joaquína del Olmo. Podobno Diez Barroso dowiedział się, że Leo daje pograć piłkarzowi, bo chce go sprzedać gdzieś do Europy –  opowiada Hernandez. – Nie wiem czy było to prawdą, ale faktem jest, że Del Olmo niedługo potem przeniósł się do
holenderskiego Vitesse. Ostatecznie prezesa rozwścieczyła informacja, podana przez media, że Leo, zamiast skupić się na treningach w decydującej fazie sezonu, relaksował się latając helikopterem należącym do jakiegoś podejrzanego przedsiębiorcy… Latał na pewno, ale czy nie przykładał się do treningów? Tego bym nie powiedział – mówi meksykański dziennikarz.
Beenhakker nie krył oburzenia z powodu zwolnienia go z pracy.
-Nie zasłużyłem na takie traktowanie! Zaskakuje mnie to, że zostałem zwolniony po tym jak rozpoczęliśmy marsz po tytuł. Działania szefów klubu mogę określić jako „mało przejrzyste” i absurdalnie śmieszne. W komunikatach prasowych starali się przekonać opinię publiczną, że to ja chciałem odejść, bo stęskniłem się za Holandią. Bzdura, jak
mogłem coś takiego powiedzieć?! – irytował się w wywiadzie dla „Vl”.
Holender podkreślał, że zwolnienie nie miało związku ze sprawami piłkarskimi.
-Nigdy nie zaakceptuję sytuacji, w której prezes każe ci wystawiać jakiegoś zawodnika, albo nie wystawiać innego. Takie praktyki przypominają mi czasy totalitaryzmu! – złościł się Don Leo.
Francisco Reyes, rzecznik prasowy Club América wspomina: – Kiedy Beenhakker trafił do Ameriki, miał zakwalifikować się do strefy finałowej i zapełnić Estadio Azteca. Konflikt z Diez Barroso napęczniał do takiego stopnia, że piłkarze, solidaryzując się z Beenhakkerem, odmawiali przychodzenia na treningi. Decyzji prezesa nie udało się im
jednak zmienić.
Z Meksyku Beenhakker pojechał do Turcji. Ale jego pracę w tym kraju trzeba uznać za nieporozumienie. Dosłownie. Don Leo nie potrafił bowiem dogadać się z piłkarzami Istanbulsporu, bo żaden nie mówił po angielsku. Zespół skończył rozgrywki na 13. miejscu, a Holender bez żalu podziękował za współpracę. Wolał wrócić do Meksyku.
-Beenhakker zawsze był wielkim miłośnikiem whisky. Najbardziej lubił Chivas Regal. Kiedyś, jeszcze w latach 80-tych, powiedział mi, że bardzo chciałby pracować w Chivas Guadalajara. To były żarty – uśmiecha się Bert Nederlof, dziennikarz „Voetbal International”. Ale w 1996 roku, na krótko przed powrotem do Holandii, poprowadził
właśnie ten meksykański zespół. Zastąpił Alberto Guerrę, ale nie zdołał awansować do II rundy. I chociaż Leo jest zakochany w Meksyku, a Meksykanie w nim, ostatnich lat pracy w nim nie mógł dobrze wspominać. Postanowił wrócić do Holandii. Już niedługo miał poprowadzić do wielkich sukcesów Feyenoord Rotterdam, ukochany klub swojego ojca.

Dodaj komentarz

Leo Beenhakker – historia, cz. 4

Oto część czwarta naszej „wielkiej sagi o Beenhakkerze, którą publikowaliśmy w „PS” przed EURO 2008. Jeszcze dzisiaj wrzucę kolejne, by uzupełnić archiwum.

PRAWDZIWA HISTORIA LEO BEENHAKKERA

Magiczny okres pracy Holendra z wielkim Realem, cz. 2

Czas spędzony w Madrycie Beenhakker wspominał jako wyjątkowy. Pozwolił mu przecież przejść do historii futbolu. I chociaż krytycy w Holandii zarzucali mu, ze każdy mógłby prowadzić taki zespół (Ante Bouma, były asystent: „Nie gorszy byłby w tej roli facet odpowiadający za cięcie trawy na Santiago Bernabeu”), to jednak Don Leo idealnie pasował do tej roboty. – Doskonale dogadywał sie z kluczowymi piłkarzami, to dawało mu posłuch całego zespołu – uważa Chris Tempelman z magazynu „Voetbal International”.

Sam Leo nie eksponuje swoich za sług, przypominając, że miał fantastyczną ekipę. Jak sam mówi, „wystarczyło im rzucić piłkę”. Jego zadaniem było stworzyć z gwiazd prawdziwy zespół.

Siła Camacho

– Bywało ciężko, ale wtedy wspaniałą rolę odgrywał kapitan Realu i reprezentacji Hiszpanii Jose Antonio Camacho, osobowość, jakiej nigdy potem już nie spotkałem. W szatni często mnie wyręczał i mobilizował kolegów. Pamiętam taką sytuację przed meczem z Celtą Vigo. Spotkanie zaplanowane było na niedzielne popołudnie, więc wylecieliśmy z Madrytu w sobotę. Niestety z powodu mgły z Vigo skierowano nas do San Sebastian, ale tam tez nie udało sie wylądować. Odesłali nas do Bilbao. I znowu nic z tego. W końcu wróciliśmy do Madrytu i wpakowaliśmy się do nocnego pociągu. Dziewięć godzin jazdy!

Żaden z piłkarzy nie mógł spać i kiedy dojechaliśmy koło południa do Vigo, wszyscy padali z nóg. Co ja im miałem powiedzieć w szatni? I wtedy Camacho wykrzyczał: „Panowie, ten weekend był beznadziejny. Ale nie straciliśmy go tylko po to, żeby teraz przegrać ten pieprzony mecz. Ma my go kurwa wygrać za wszelką cenę albo będziemy mieli cały weekend do dupy. Wiem, ze wyglądamy jak jedno wielkie gówno, ale nie przeszliśmy tyle, żeby teraz przegrać!”. Jasne, zagraliśmy beznadziejnie, ale wygraliśmy. Zrobiliśmy swoje i wróciliśmy

do domu – wspomina ze śmiechem Leo Beenhakker.

Magiczny van Breukelen

W pierwszym sezonie Beenhakkera w Madrycie Real zaledwie jednym punktem wyprzedził Barcelonę. W Pucharze Mistrzów doszedł do półfinału (przegrał z Bayernem), co zresztą później będzie jego przekleństwem. Okazało się to bolesne zwłaszcza w kolejnym sezonie, gdy wydawało się, że Real ma zespół doskonały. W lidze Królewscy nie mieli sobie równych, zakończyli sezon z 11-punktową przewagą. W Pucharze Mistrzów trafili na PSV Eindhoven. W pierwszym meczu na Santiago Bernabeu mimo ogromnej przewagi tylko zremisowali 1:1.

W rewanżu było 0:0 i to Holendrzy awansowali do finału.

Beenhakker wspomina: – Dysponowaliśmy ogromną siłą, myślę, ze graliśmy najpiękniejszą i najlepszą piłkę na świecie. Wszystko szło dobrze, aż do czasu półfinału z PSV. Zawaliliśmy pierwsze spotkanie w Madrycie. W rewanżu w Eindhoven nie schodziliśmy z połowy rywali. Butragueno obijał słupki i poprzeczki, a Hugo Sanchezowi nie wychodziło nawet to jego słynne uderzenie nożycami. Nie przegraliśmy z PSV, ale z ich bramkarzem. Van Brenkelen dokonywał cudów. Bronił w tak niewiarygodnych sytuacjach, że uwierzyłem, że na jego bramce siedzi anioł.

Dziś van Breukelen śmieje się z tego: – Za to lubiłem Leo, miał fantastyczne poczucie humoru. Ale zapewniam, że nie było anioła. Po prostu miałem swój dzień – tłumaczy „PS” holenderski golkiper.

Beenhakker mówi dziś, że to jego największa klęska w karierze. – W szatni nikt nic nie mówił. Dwa tygodnie później po meczu z Betisem obroniliśmy tytuł w lidze, ale nikt nie chciał swiętować. Po wręczeniu medali wszyscy bez uśmiechu zbiegli do szatni. To wciąż we mnie siedzi. Czasem piłka bywa nie sprawiedliwa – mówi Leo.

Do dzisiaj nikt nie wie, dla czego fantastyczny zespół nie sięgnął po najwyższe europejskie

trofeum klubowe. – W każdym meczu byliśmy znakomici. Ludzie mówią, że była to najlepsza drużyna świata. Może i tak, ale nie potwierdziliśmy tego w pucharach. W Eindhoven pokazaliśmy najlepszą piłkę, jaką można grać, a jednak tylko zremisowaliśmy. Nie mam pojęcia dlaczego – rozkłada ręce Emilio Butragueno.

Ławka Sępa

Rok później Real wziął rewanż na PSV w ćwierćfinale Pucharu UEFA. Doszło przy tym do

zaskakującej sytuacji. W meczu na Santiago Bernabeu Don Leo posadził na ławce samego Butragueno. Dla kibiców to był szok. Co gorsza, również dla prezesa Mendozy i samego

piłkarza, w Madrycie uznawanego za nietykalnego. – Trudno to zapomnieć. Na nic zdały się groźby prezesa, który w czasie meczu wezwał Leo i zażądał zmiany. Beenhakker postawił na swoim i Real wygrał – wspomina Carlos Gonzalez z „Marki”.

– Czasem trzeba pogodzić się z tym, ze dobro drużyny jest ważniejsze. Wtedy było to dziwne uczucie. Ale właściwie nigdy nie miałem pretensji do Beenhakkera – mówi w rozmowie z „PS” Butragueno.

– Moja kariera znowu zawisła na włosku. Byłem chyba pierwszym w historii trenerem, który odważył sie posadzić go na ławce. W Madrycie „El Buitre” był święty. Następnego dnia prezes Mendoza powiedział mi wprost: „Leo, gdybyś przegrał, pożegnał byś się z posadą” – wspomina Beenhakker.

Ta sielanka skończyła się w półfinale, gdy na drodze Don Leo stanął Milan z trójką jego

rodaków: Frankiem Rijkaardem, Ruudem Gullitem i Marco van Bastenem. W Madrycie padł remis 1:1, a w rewanżu na San Siro Milan zmasakrował Królewskich 5:0. Dla Leo oznaczało to koniec wielkiej przygody w Realu.

Dieta Buyo

Wielu piłkarzy Realu do dzisiaj uważa okres współpracy z Beenhakkerem za wyjątkowy. Legendarny bramkarz Realu Paco Buyo po latach zdradza nam tajemnice szatni Królewskich: – Jego odprawy, jak i co dzienne treningi to było coś wyjątkowego. Szatnia nie była wtedy królestwem Beenhakkera. Była kuchnia! Przychodziliśmy rano na trening i tak jak w domu, w kuchni z żoną i dziećmi, tak i tu z Leo rozmawialiśmy o poprzednim dniu. Często podchodził do każdego z osobna i pytał, co słychać, czy ma jakieś problemy. Pytania dotyczyły praktycznie wszystkiego. Od nastroju żony po nazwę restauracji, w której jedliśmy wczoraj kolacje – wspomina Buyo.

– Zresztą Leo przywiązywał ogromną wagę do jedzenia. Był pierwszym trenerem, który kontrolował jadłospis zawodników. Kilka razy w roku odwiedzał nas też wynajęty przez niego dietetyk. Tym, którzy w przerwie zimowej przybrali trochę na wadze, wręczał swego rodzaju regulamin dietetyczny. Mnie i Gordillo (lewo-skrzydłowy Realu – przyp. red.) zdarzyło sie przeglądać go kilka razy (smiech). Wtedy też media podchwyciły temat i na wzór Piątki Sępa wymyślono Piątkę Przystojniaków (z hiszp. Quinta de los Machos), w której znalazłem sie m.in. ja, Gordillo, Hugo Sanchez i jeszcze dwóch zawodników. Wyróżnialiśmy się nie tylko okrągłymi sylwetkami, ale przede wszystkim pięknymi, bujnymi fryzurami afro…

Lata spędzone w Madrycie Beenhakker uważa dzisiaj za najważniejsze w swoim życiu.

Można powiedzieć, że jego kariera dzieli się na trzy okresy: przed Realem, w Realu i pózniej… – Z czasów gdy prowadziłem Królewskich, pamiętam każdy dzień. Wszystko.

To był dla mnie magiczny czas – mówi Don Leo.

Z Realem zdobył 3 tytuły mistrza i Puchar Hiszpanii.

Dodaj komentarz

Leo Beenhakker – historia, cz. 3

Trzecią część nazwaliśmy Królewskie życie Don Leo. To jakby podrozdział. Tu już wchodzi Rafał Lebiedziński, nasz spec od Hiszpanii (głównie od Włoch ale od Hiszpanii też)

Rafał Lebiedziński
Marek Wawrzynowski
Piotr Żelazny

Każdy człowiek po cichu marzy o fantastycznej przygodzie życia. Niewielu jednak udaje się ją zrealizować. Leo Beenhakker zawsze chciał być najlepszy, zawsze chciał dotrzeć na szczyt. Nie tylko dotarł, ale i wyjątkowo długo się na nim utrzymywał. W drugiej połowie lat 80-tych „Don Leo” trenował Real Madryt, uznawany za najlepszy zespół w historii futbolu.

– Miałem 44 lata i jakieś tam sukcesy w Holandii. Pewnego wieczoru zadzwonił telefon. Po drugiej stronie słuchawki przedstawił się pan Ramon Mendoza, prezes Realu Madryt. Zaproponował prowadzenie swojej
drużyny… Ludzie, on chciał, żebym trenował piłkarzy, którzy jeszcze kilka tygodni temu fetowali mistrzostwo Hiszpanii i drugi z rzędu triumf w Pucharze UEFA! – tak początek madryckiej przygody, w wywiadzie udzielonym w listopadzie ubiegłego roku „Dziennikowi”, wspominał Leo Beenhakker.

Piątka sępa

Charyzmatyczny biznesmen Mendoza doskonale kojarzył Holendra z czasów jego pracy w Realu Saragossa. To właśnie trzy i pół roku spędzone w Aragonii, na przekór druzgocącym opiniom po klęsce w barażu z Belgią, zadecydowały o powierzeniu królewskich sterów, wciąż młodemu Beenhakkerowi. Co czekało na niego w stolicy Hiszpanii?
– Przede wszystkim niesamowita Piątka Sępa (z hiszp. Quinta del Buitre). Ofensywna formacja Realu w składzie: Emilio Butragueno, Miguel Pardeza, Manolo Sanchís, Míchel i Rafael Martín Vázquez. Onie trzęśli całą Primera Division! Co tam, całą Europą! Żadnemu klubowi wcześniej nie udało się obronić pucharu UEFA. A oni tego dokonali. Teraz miał nimi dyrygować jakiś obcokrajowiec, który sromotnie przegrał batalię o mundial. Szczerze? Mieszkańcy Madrytu byli tą decyzją bardzo zdziwieni – opowiada Carlos Gonzalez, specjalista od „Los Blancos” w dzienniku „Marca”. Choć Leo zdawał sobie sprawę ze skali trudności, to nie przeraził się. Nie mogło być mowy o strachu w obliczu spełnienia zawodowych marzeń. Marzeń na wyciągnięcie ręki – Wiedziałem, że będzie ciężko, ale czy Realowi można odmówić? Nie, nie i jeszcze raz nie. Są momenty w piłce, kiedy rzucasz wszystko i podejmujesz wyzwanie. Dzisiaj być może jest więcej takich klubów, ale wtedy Real był jedyny. Nie zastanawiałem się ani chwili. Drugiej takiej szansy mogłem nie dostać
już nigdy – mówił nam Holender.
Debiut Beenhakkera jesienią 1986 r. wypadł mizernie. Ledwie remis ze słabeuszem z Kadyksu tylko wzmocnił wątpliwości madryckich kibiców w stosunku do nowego trenera. Z pomocą przyszły media. Na każdym kroku przypomniały, że w okresie przygotowawczym na treningach brakowało aż 12 reprezentantów Hiszpanii, Argentyny i Meksyku, którzy odpoczywali po trudach mundialu. Stało się jasne, że największym wielkim wyzwaniem Leo będzie zmierzenie się nie z wakacyjną formą podstawowych piłkarzy, ale
zbudowanie autorytetu u gwiazd Realu. Z zadania wywiązał się idealnie.

– Kiedy przyszedł do Realu miałem 21 lat. Od samego początku robił wrażenie. Czym? Swoimi pomysłowymi treningami. Boże, jak ja kochałem rano wstawać na poranne zajęcia. Za każdym razem starał się nam
przekazać coś nowego. Nigdy nie przynudzał. Poza tym realizował dwie święte reguły obowiązujące w Realu od dziesiątek lat – „Zawsze wygrywaj”, ale koniecznie „Wygrywaj pięknie”. Rozumiał na czym polega praca w Madrycie, czego co niedziela oczekuje od ciebie 80 tysięcy ludzi na Bernabeu – wspomina legendarny pomocnik Realu Rafael Martín Vázquez, członek wspomnianej Piątki Sępa.

Śmiertelnie poważny żartowniś

– Jak tylko się pojawił wiedziałem, że będzie nas trenował ciekawy człowiek. W przeciwieństwie do Vasqueza miałem ugruntowaną pozycję. Kończyłem 27 lat i odpowiadałem za środek pola. Pamiętam jak na
pierwszych treningach i odprawach meczowych Leo prosił mnie, żebym czasami dłużej przetrzymywał piłkę. Miałem być swego rodzaju wentylem dla rozpędzonej „Piątki”. Czasami koledzy w swej ofensywnej inwencji zapędzali się i to ja musiałem studzić ich zapał. Z Leo dogadywałem się świetnie. Nie przypominam sobie, żeby w drużynie były jakieś konflikty – wspomina Ricardo Gallego, mocny punkt tamtego Realu.
– Drużyna wygrywała wszystko co się dało, ale przede wszystkim grała przepięknie. Kibice nas kochali, ale z każdym meczem pragnęli coraz więcej. Dzięki Beenhakkerowi było to możliwe. Dzięki urozmaiconym
treningom i odprawom taktycznym mieliśmy czym zaskakiwać. Nie mniej jednak w tamtym czasie liczyło się tylko i wyłącznie show!
Nikt w Madrycie nie tęsknił za poprzednikiem Holendra Luisem Molownym. Z Beenhakkerem Królewscy byli jeszcze groźniejsi – To była maszynka do wygrywania. Były mecze, że już po kwadransie mieli trzy strzelone gole. Były mecze, że bez wysiłku, na drugim, trzecim biegu wygrywali 7:0.
Zapytajcie jakiegokolwiek oddanego fana Realu o to, która jedenastka była cudowniejsza: ta z Di Stefano i pięcioma Pucharami Europy, czy ta z drugiej połowy lat 80. Powiedzą wam, że piękniej grała ta druga, choć
sukcesy miała o wiele skromniejsze – wyjaśniał wyraźnie przejęty Carlos Gonzalez.
– Leo doskonale pasował do tego zespołu. Wiedział jak do nas dotrzeć, jak poskładać te wszystkie puzzle w postaciu osobowości, gwiazd. Miał pomysł na futbol. Nigdy nie wiedzieliśmy co będzie na treningach.
Przychodziliśmy na zajęcia i zawsze czekało na nas jakieś zaskoczenie.
Był śmiertelnie poważny, a jednak potrafił coś wymyślał, zebyśmy tylko mieli świetną zabawę Potrafił rozładowac napięcie. Czuliśmy przy nim luz – wspomina w rozmowie z „PS” Emilio Butragueno, legendarny „Sęp”, największa gwiazda Realu, najlepszy piłkarz Hiszpanii w latach 80.
Piłkarze przyznają, że nigdy nie zapomną kapitalnych zgrupowań. „Don Leo” już wtedy zaczął bowiem uchodzić za mistrza budowania atmosfery w zespole. Jak po latach przyznał w rozmowie z „PS”: – Trening odbywa się nie tylko na boisku. Budowanie drużyny to też część treningu.

Rowery? Jakie rowery?


– Na zgrupowaniach bywało czasem komicznie. Najczęściej jeździliśmy, oczywiście, do Holandii. Leo znał tam chyba każdy kąt. Wcielał się w rolę przewodnika po swojej ojczyźnie. Dużo zwiedzaliśmy, ale jak to na
zgrupowaniach czasami chcieliśmy się po prostu trochę ponudzić. On na to nie pozwalał. Pewnego razu zorganizował nam wyścig kolarskich trójek. Na rowerze z trzema siodełkami rywalizowaliśmy w kilku zespołach. Ja dobrałem się z napastnikami: Butragueno i Michelem, więc wiadomo, że musieliśmy wygrać za wszelką cenę. Tak pedałowaliśmy, że zabrakło nam drogi pod kołami. Zamiast na mecie wylądowaliśmy w szerokim, pełnym zimnej wody kanale! Niestety w Holandii jest ich w bród… Inne drużyny zatrzymały się i wręcz wyły ze śmiechu, patrząc na pogięty rower i przemoczone gwiazdeczki Realu – wspomina Paco Buyo bramkarz Real, którego z Sevilli do Madrytu sprowadził Don Leo.
– Fakt, bywało zabawnie. Dobrze pamiętam ten wyścig o którym mówił wam Buyo (śmiech). To było podczas zgrupowania we Frankfurcie. Postanowiłem dać chłopakom trochę odpocząć. Pomyślałem: „rower, świetny relaks”. W końcu w Holandii każdy jeździ na dwóch kółkach. Przeżyłem szok! Możecie mi wierzyć, lub nie, ale spora część piłkarzy Realu nie mogła utrzymać równowagi. Oni po prostu nigdy wcześniej nie siedzieli na siodełku. Wpadłem więc na pomysł, aby wystartowali na tandemach. Tym sposobem, ci którzy mieli już do czynienia z rowerem siadali z przodu i trzymali równowagę. Ci z tyłu mieli tylko pedałować. Jednej parze to zupełnie nie wychodziło, a że mieli ogromy zapał poprosili kogoś, żeby z tyłu prowadził ich na kiju… Byli zawsze na końcu, ale ubaw był niesamowity. Śpiewali, krzyczeli, na wzniesieniach rywalizowali niczym w Tour de France o górskie premie. Potem przyznawali sobie żółtą koszulkę lidera i białą w grochy dla najlepszego górala. To była fantastyczna grupa, o ogromnym poczuciu humoru. Luz pomagał uporać się z codzienną harówkę – wspominał Leo.
Beenhakker przypomina, że wszyscy razem, zjednoczeni potrafili przejść przez najtrudniejsze chwile.
– Oczywiście czasem bywało ciężko, ale wtedy wspaniałą rolę odgrywał kapitan Realu i reprezentacji Hiszpanii, Jose Antonio Camacho – osobowość jakiej nigdy potem już nie spotkałem. W szatni często mnie
wyręczał i sam mobilizował kolegów. Pamiętam taką sytuację przed meczem z Celtą Vigo. Spotkanie zaplanowane było na niedzielne popołudnie, więc jak zawsze wylecieliśmy z Madrytu w sobotę. Niestety przegraliśmy z pogodą. Nad całą północną Hiszpanią była taka mgła, że nie było szans na lądowanie. Z Vigo skierowali nas do San Sebastian, ale tam też nie udało się wylądować. Odesłali nas do Bilbao. Znowu nic z tego. Mgła była za gęsta. W końcu wróciliśmy do Madrytu i wpakowaliśmy się do nocnego pociągu. 9 godzin jazdy! Żaden z piłkarzy nie spał podczas podróży i jak dojechaliśmy koło południa do Vigo wszyscy padali z nóg. To był makabryczny widok. Co ja im miałem powiedzieć w szatni? Wtedy głos zabrał Camacho i wykrzyczał: „Panowie, ten weekend był beznadziejny. Ale nie straciliśmy go tylko po to, żeby teraz przegrać ten pieprzony mecz. Mamy go kurwa wygrać za wszelką ceną, albo będziemy mieli cały weekend do dupy. Wiem, że wyglądamy jak jedno wielkie gówno, ale nie przeszliśmy tyle, żeby teraz przegrać”. Ostre to było. Zgadnijcie jak się skończyło? Jasne, zagraliśmy beznadziejnie, ale wygraliśmy . Zrobiliśmy swoje i
wróciliśmy do domu – mówił nam Beenhakker.

cd. nastąpi…

Dodaj komentarz

Leo Beenhakker – historia, cz.2

Dzisiaj o przenosinach Beenhakkera do Saragossy i wielkim powrocie do Holandii – o tym jak został selekcjonerem i poniósł jedną z największych życiowych porażek.

JA TU JESZCZE WRÓCĘ

Rafał Lebiedziński
Marek Wawrzynowski
Piotr Żelazny
dziennikarze „PS”

W połowie lat 80-tych Leo Beenhakker osiągnął to o czym marzy każdy holenderski trener. Został selekcjonerem Pomarańczowych. I choć nie wykorzystał tej wielkiej szansy, to ugruntował swoją pozycję na europejskim rynku młodych, zdolnych trenerów.

Leo Beenhakker, wychowany w okolicach stadionu Rotterdamu, zawsze chciał zasiąść na ławce trenerskiej De Kuip. Marzenie częściowo spełniło się już w latach 70-tych, gdy Guus Brox, legendarny menedżer Feyenoordu,
ściągnął go do prowadzenia młodzieży. Leo prowadził juniorów wraz z Klemensem Westerhofem, w późniejszych latach jednym z najbardziej znanych na świecie „misjonarzy futbolu”. Wbrew pozorom, praca z młodymi chłopcami nie była dla Beenhakkera degradacją. Tym bardziej, że już w pierwszym sezonie sięgnął po juniorskie mistrzostwo Holandii.

Leo honorowy

Jednym z jego wychowanków był późniejszy bramkarz reprezentacji Holandii Joop Hiele, który po latach tak wspominał Beenhakkera na łamach magazynu Voetbal International: – To był dla mnie bardzo ważny trener. Był
człowiekiem, do którego mogliśmy pójść z naszymi problemami. Jako młodzi piłkarze nie musieliśmy się tego wstydzić. A wtedy człowiek buntował się przeciw ogólnym wartościom, dlatego kogoś takiego było nam potrzeba. Właściwie, nie wiem co by ze mną było, gdybym go nie spotkał w swoim życiu. To właśnie Leo zmusił mnie do tego, bym skończył szkołę, zanim trafiłem do profesjonalnej piłki. Zdarzało się czasem, że wykopał z treningu, ale mam z nim tylko pozytywne doświadczenia.
Z tej grupy wybili się m.in. świetny obrońca Sjaak Troost (członek kadry, która zdobyła złoto na Euro 88), Carlo de Leeuw (ponad 130 meczów w Eredivisie) oraz Mario Been, do niedawna trener NEC Nijmegen.
Been w holenderskiej prasie: „Leo to człowiek miły, ciepły, który zawsze stoi po środku grupy. Można powiedzieć, że jest jak ojciec. Nigdy nie robi wokół siebie szumu, lubi rozmawiać. Jego mowa zawsze do nas trafiała”.
Później, zamiast wielkiej kariery przyszło wielkie rozczarowanie. Leo był kandydatem numer 1, by zostać asystentem legendarnego Vaclava Jeżka, trenera pierwszego zespołu, wcześniej m.in. trener reprezentacji Czech, która wygrała Euro 76. W tym samym czasie w klubie na stanowisku menedżera zatrudniono jednak Petera Stephana, tego samego, który w czasach Go Ahead Eagles, miał z Leo ostrą scysję. Tego było dla młodego trenera zbyt wiele.
Beenhakker unosi się honorem i odchodzi z Feyenoordu. Porzuca swoje marzenia, żegnając się słowami: „Kiedyś to się wydarzy, kiedyś trafię do de Kuip”. Nawet nie zdaje sobie sprawy, że jego wielkie marzenie spełni się za niemal 20 lat, a on wtedy będzie już trenerem z nazwiskiem znanym na całym świecie.

Leo ojciec

Po bezrobotnego Beenhakkera zgłasza się Ajax Amsterdam. Człowiek, który nazywa Rotterdam swoim domem w Ajaxie? Tego już za wiele! Zresztą po latach kibice Feyenoordu będą to Beenhakkerowi wypominać.
– Ale taki jest Beenhakker – opowiada Przeglądowi Sportowemu Chris Tempelman z Voetbal International. – Jedzie do Rotterdamu, mówi: „Wracam do domu”, jedzie do Meksyku, mówi: „Wracam do domu”, jedzie do Amsterdamu, do Meksyku, do Polski, mówi dokładnie to samo: „Wracam do domu”. To naprawdę jest obywatel świata.
Po latach Leo przyznał w rozmowie z dziennikarzami „Przeglądu Sportowego”: – Mówię kilkoma językami, świetnie się czuję na całym świecie. Niemal wszędzie mam poczucie tego, że jestem w domu.
– W Rotterdamie zrobił świetna robotę, potrzebowaliśmy takiego fachowca – mówi Cor Brom, ówczesny menedżer Ajaxu. Rok później, na początku sezonu Brom zostanie wyrzucony po 4. kolejce, a jego posadę przejmie ją
Beenhakker.
Bert Nederlof, jeden z najbardziej znanych holenderskich publicystów dla Przeglądu Sportowego: – Leo był naturalnym następcą Broma. Swietnie nadawał się do tej roboty. Miał sporą umiejętność prowadzenia ludzi, był wtedy w Ajaxie bardzo popularny. Był wtedy bardzo młody, nie wiele starszy od niektórych piłkarzy, a już miał podejście ojcowskie do swoich zawodników. W Holandii wielu ludzi to śmieszyło, ale piłkarze bardzo to lubili. Beenhakker po roku sięgnął po mistrzostwo Holandii, mimo iż na początku sezonu bardzo krytykował zespół.
– Nie było atmosfery do pracy, zawodnicy byli skłóceni – opowiadał.
Poza mistrzostwem, zaliczył najwyższą… porażkę w historii klubu na własnym boisku. Ajax przegrał z MVV Maastricht 3:6.

Kibice zapamiętają jednak mecz z następnego sezonu, gdy w klubie zatrudniono doradcę technicznego, Johana Cruyffa. W jednym ze spotkań Ajax Beenhakkera przegrywał z Twente 1:3. Wtedy z górnej trybuny zszedł Cruyff i w obecności kamer telewizyjnych rozmawiał z Beenhakkerem. O czym? Do dzisiaj nie wiadomo. Holendrzy sugerowali, że Cruyff nakazał „Don Leo” dokonać pewnych zmian w składzie. Ajax wygrał z Twente 5:3.
Sam Beenhakker stwierdził, że kazał wrócić Cruyffowi na trybuny a decyzje o zmianach na boisku podjął sam z siebie.
Po latach stwierdził: – Z Johanem bardzo się lubimy, ale jest jeden problem… nie możemy razem pracować.
To był jednak ostatni sezon Beenhakkera w Ajaksie. Miał wielu wrogów w zarządzie, którzy zresztą wciąż wymagali od niego, by dokonywał zmian w składzie. Ajax przegrał walkę o tytuł z AZ Alkmaar, a Beenhakker, który do dzisiaj lubi podkreślać swoją niezależność, powiedział: Dość!

Leo ultraofensywny

Punktem zwrotny w karierze Beenhakkera było przejście do Realu Saragossa.
– Myślę, że wtedy przeszedł przemianę – uważa przyjaciel Beenhakkera z czasów młodości, Hans Venneker, z którym spotkaliśmy się w Rotterdamie. – Saragossa była wtedy słabym klubem, grała defensywną piłkę, zajmowała
miejsce w końcówce tabeli. Zatrudnienie go było sporym ryzykiem, tym bardziej że kontrkandydatami byli fantastyczni ex–piłkarze: Giacinto Facchetti i Alfredo di Stefano. Ale to właśnie Leo wprowadził do tego zespołu zupełnie nową jakość.
– Dla ludzi w Holandii to było spore zaskoczenie, bo Beenhaker, mistrz Holandii, mógł przyjąć jakąkolwiek ofertę w kraju. Miał już nazwisko. A wybrał słaby hiszpański klub. Praca w Saragossie okazała się strzałem w dziesiątkę – mówi Nederlof.
„Don Leo” nauczył swoich podopiecznych gry w piłkę. „Play the ball, keep the ball” – powtarzał.
„Wolę grać ofensywnie niż brzydko wygrywać” – mówił w 1981 roku zaraz po przyjeździe do Aragonii w wywiadzie dla hiszpańskiego El Pais.
– To były cztery, bardzo dobre sezony pod rządami Beenhakkera. Drużyna strzelała mnóstwo goli, grała ultraofensywnie i była nie do pokonania na własnym stadionie. W tamtym czasie La Romareda była twierdzą nie do
zdobycia – mówi Przeglądowi Sportowemu Paco Jimenez, dziennikarz Heraldo de Aragon, największego dziennika w Saragossie. – Zdecydowanie gorzej szło na wyjazdach. Chyba to zadecydowało, że ani razu nie udało się zająć miejsca dającego awans do europejskich pucharów. A szkoda, bo ówczesny prezydent Armando Sisgues zainwestował w klub do tej pory balansujący nad strefą spadkową, spore pieniądze.
Pierwszy sezon Beenhakker awansował na 14. miejsce, a pierwszy samodzielny sezon skończył na 12 miejscu.
– Miał wtedy w składzie znakomite trio napastników. W pierwszym sezonie 1981/1982 w Realu spotkali się Pichi Alonso, Paragwajczyk Raul Amarilla i późniejszy mistrz świata, kompan Maradony Jorge Valdano. Wszyscy wypromowali się w Saragossie. Dwaj pierwsi trafili później do Barcelony, a Valdano do Realu Madryt. Ulubieńcem Leo był inny Argentyńczyk, mózg środka pola, Juan Barbas. Sam Beenhakker był postrzegany jako młody, ambitny trener. Przyszedł z Ajaksu Amsterdam z głową pełną pomysłów. Gołym okiem widać było, że ma oczy otwarte na świat. Wprowadził do
treningów wiele nowinek praktykowanych w Holandii. Błyskawicznie poradził sobie barierą językową. Na początku porozumiewał się po angielsku, ale już po trzech miesiącach swobodnie dogadywał się po hiszpańsku. Był wesoły, często można było zobaczyć jak popijał cappuccino w centrum Saragossy. Kibice stali za nim murem – wspomina
Jimenez.
Później dwukrotnie kończył tuż za plecami zespołów, które awansowały do Pucharu UEFA, a więc na 6. i 7. miejscu. Z okresu w Saragossie, trudno znaleźć kogokolwiek, kto krytykowałby Beenhakkera, mimo iż władze klubu wymagały od niego tytułu mistrzoswskiego.
Eugenio Vitaller, bramkarz Realu Saragossa, wspomina w rozmowie z Przeglądem Sportowym: – Leo to najlepszy trener z jakim pracowałem. Przyspieszenie w mojej karierze zawdzięczam właśnie niemu. Mijał już siódmy miesiąc mojej gry w prowincjonalnej, trzecioligowej Andorze, kiedy Leo postanowił dać mi szansę. Choć miał w składzie dwóch znakomitych bramkarzy Juana Luisa Irazustę i Sabino Zubeldię, to postawił na mnie. Pamiętam że ta decyzja wywołała szok w klubie i prasie sportowej. Miałem 23 lata, ale dzięki odwadze Beenhakkera mogłem zadebiutować w Primera Division. Było to coś szczególnego dla mnie, chłopaka z Saragossy, w której spędziłem później 8 lat.

Leo prowokator
Mimo, że w Hiszpanii przeżywał wapasniałe chwile, Beenhakker zdecydował się na powrót do Holandii, do mało znanego Volendam, który… spuścił z ligi. Stamtąd nieoczekiwanie trafił do sztabu reprezentacji, pod skrzydła Rinusa Michlesa, uznawanego dzisiaj za najlepszego trenera w historii holenderskiej piłki.
– Myślę, że można powiedzieć, że Leo to częściowo człowiek Michelsa. Sporo się od niego nauczył. Mieli bardzo podobną strategię. Ważne było, by porozumieć się z liderami zespołu – opowiada Chris Tempelman.
Beenhakker od tej pory będzie postrzegany jako człowiek Michelsa, co zresztą w przyszłości odbije mu się czkawką…
Ale teraz praca z Michelsem dała Beenhakkerowi niepowtarzalną szansę. Podczas eliminacji do Mistrzostw Świata w Meksyku, Miches poważnie zachorował i to właśnie Beenhakker został jego następcą. Holendrzy, aby awansować na mundial, musieli pokonać swoich sąsiadów sąsiadów odwiecznych rywali, Belgów. A ci mieli wtedy młodą fantastyczną drużynę, kilkoma wschodzącymi gwiazdami futbolu, jak Jean Marie Pfaff, Rene Vandereycken, Franky Van der Elst, Franck Vercauteren, Frankie van der Elst czy Jan Coulemans. Do dzisiaj ten zespół jest uwaźany za najlepszy
w historii Belgii. Beenhalkker miał do dyspozycji wschodzące megagwiazdy: Marco Van Bastena, Fraanka Rijkarda, Ruuda Gullita czy Hansa Van Breukelena.
– Tamte mecze były pełne podtekstów. Holandia i Belgia nie darzą się wielką sympatią. Oni mówią, że jesteśmy głupi, my ich mamy za nadętych arogantów. Takim właśnie, typowym aroganckim Holendrem, był wtedy dla nas Leo Beenhakker. Już przed pierwszym meczem mówił, że pokonanie nas będzie formalnością. Zaszokował wszystkich swoim zachowaniem. Tym bardziej, że nie był żadnym wielkim trenerem, tylko goście, który trafił do kadry w prowincji, z Volendam. Wcześniej w Belgii nie znaliśmy pojęcia gry psychologicznej. Beenhakker był jednym z tych, którzy
wprowadzili to do europejskiego futbolu – opowiada nam belgijski dziennikarz, Francois Colin.
Beenhakker pytany o Guy Thysa, trenera Belgów odpowiadał lekceważąco: „Mam już dość tego faceta z whisky i cygarem w ręku”.
Tamte mecze to była wojna totalna. Pierwszy mecz Belgowie wygrali 1:0. Beenhakker irytował Belgów, mówiąc, że „porażką jedną bramką to triumf Holendrów, którzy grali w osłabieniu”. Już w 3. minucie Wim Kieft został
sprowokowany przez Francka Vercauterena, kopnął go i dostał czerwoną kartkę.
Reporterzy „Przeglądu Sportowego” dotarli do uczestników tamtych wydarzeń.
– Atmosfera była bardzo napięta. Beenhakker prowokował nasz skutecznie, a więc nie mogliśmy pozostać dłużni. Ja swój cel osiągnąłem. Kieft wyleciał z boiska, mieliśmy przewagę. Piłkarz musi mieć w sobie trochę z gangstera – mówi nam Vercauteren.
W rewanżu Holandia musiała wygrać dwoma bramkami i do 84. minuty prowadziła 2:0, by stracić bramkę dzisiaj stracić w ostatniej chwili szansę awansu. do dzisiaj Belgowie i Holendrzy rozpamiętują zdarzenie, które przeszło do historii jako jeden z największych błędów taktycznych w historii obecnego selekcjonera naszej reprezentacji. Beenhakker chciał zaatakować mocniej.
– Chciał mieć w ataku wysokiego napastnika. Wpuścił więc na zmianę mierzącego ponad 190 cm wzrostu Johna Van Loena. Nasz trener wystawił Georgesa Gruna, równie wysokiego obrońcę, który miał zneutralizować „Wieżowca z Utrechtu”. W decydującej akcji dośrodkował Eric Gerets, a Van Loen spóźnił się z interwencją i… decydującą bramkę strzelił dla nas Grun – opowiada „PS” Frankie van der Elst, jeden z najlepszych piłkarzy w historii belgijskiego futbolu. To właśnie Belgowie a nie Holendrzy pojechali na mundial, gdzie zresztą zrobili furorę i zajęli trzecie miejsce. Winnymi porażki zostali Beenhkker i Van Loen.

Leo w tunelu
– Tak to było, Gerets dośrodkował i więcej nie pamiętam, straciłem głowę. Do dzisiaj mi to wypominają. Wtedy to był koszmar. Dostawałem setki obraźliwych listów, a Belgowie przysłali mi wielki plakat, z postaciami w stosunku 1 do 1. A na plakacie Grun szybujący nade mną – wspomin dzisiaj Van Loen, którego odwiedziliśmy w Utrechcie, gdzie jest
asystentem Wima van Hanegema.

Zaznacza jednak: – Nie można winić Leo. Dał nam wtedy niesamowitą wiarę w siebie.Coś czego wcześniej nie
potrafił dać żaden trener. Mówił, że pokonamy Belgów dwoma bramkami. I gdyby nie ja…
Beenhakkera broni też Hans Van Breukelen, wtedy młody bramkarz, później jeden z najlepszych golkiperów świata.
– Beenhakker chciał tchnąć w nas wiarę w siebie i świetnie mu to wychodziło. Prowadziliśmy 2:0, chociaż nie byliśmy lepsi. To była w znacznej części jego zasługa – mówi Van Breukelen. Drogi jego i „Don Leo” w przyszłości jeszcze nie raz się zejdą, nie raz też staną po przeciwnych stronach barykady. Ale wtedy każdy w samotności przeżywał porażkę. Zdjęcie Beenhakkera schodzącego samotnie do szatni swojego ukochanego De Kuip, obiegło cały świat. W Holandii uchodził za przegranego. Tym większy był szok, gdy został ogłoszony szkoleniowcem najlepszego klubu świata, Realu Madryt…

Dodaj komentarz

Leo Beenhakker – historia, cz. 1

Przed EURO 2008 w Przeglądzie Sportowym opublikowaliśmy historię Leo Beenhakkera w odcinkach. W związku z tym, że nie ukazała się żadna sensowna biografia Beenhakkera, postanowiłem że warto żeby w necie znalazł się przynajmniej ten tekst. Leo jest zawsze ciekawy, a teraz jak najbardziej, gdyż ważą się jego losy w Polsce.

Artykuł pisałem na podstawie różnych naszych, tzn. moich i Piotrka Żelaznego, wypraw w poszukiwaniu śladów Leo, kilkudziesięciu wywiadów z nim, rozmów z jego zawodnikami. Będą tu też fragmenty robione przez Rafała Lebiedzińskiego, który rozmawiał z piłkarzami Realu. Ale to w dalszych częściach. Zaczynamy od części 1.

Lew czy raczej Lis… Leo Beenhakker to postać nietuzinkowa. Jego życie to walka z przeciwnościami losu i dążenie do perfekcji. Zawsze wzbudzał wiele emocji. Przekonał się, że najtrudniej być prorokiem we własnym kraju, tym bardziej, że jego przepowiednie się tam nie sprawdzały. Poza Holandią był niemal zawsze królem.

Varkenoord to ośrodek treningowy Feyenoordu Rotterdam. Tutaj wychowywali się tacy piłkarze jak: Ebi Smolarek, Robin Van Persie czy Giovanni Van Bronchorst. Dzisiaj tu swoje boisko ma Tediro Rotterdam, klub w którym swoją karierę zaczynał Leo Beenhakker.

– Wtedy nasze boisko mieściło się 300 metrów dalej. Później klub musiał połączyć się z Maastad i ASB. Nie pamiętam Leo, jestem za młody – uśmiecha się Tom van Rooij, członek zarządu klubu. Zresztą, mało kto go pamięta. Pozostali kibice starają się przypomnieć sobie, na jakiej grał pozycji. W końcu dochodzą do wniosku, że był wysokim środkowym napastnikiem.

– Grał z numerem 9. Miał sporo farta – śmieje się „Opa” legenda wśród kibiców Tediro i Feyenoordu.

– W rzeczywistości był prawym pomocnikiem. OK, może nie był najlepszy, ale za to zawsze był szefem w drużynie – mówi „Przeglądowi Sportowemu” Hans Venneker, w młodości najlepszy przyjaciel Beenhakkera, który grał z nim w późniejszym okresie.

Buty i spodnie od opieki społecznej

Leo urodził się niedaleko stadionu Tediro, na ulicy Urkersingel, w dzielnicy Charlois w południowym Rotterdamie. Między stadionem De Kuijp i Maashaven, jednym z największych portów w mieście. Jego ojciec był wielkim fanem tego klubu. Przyprowadzał syna na mecze. Poza tym, jak każdy związany z Tediro, był fanem Feyenoordu.

W młodości w rodzinie się nie przelewało. Do tego doszedł dramat osobisty. W wieku 14 lat na białaczkę zmarł ojciec Beenhakkera. „Don Leo” wielokrotnie sugerował później, że choroba jego ojca miała związek z II wojną światową i niemieckimi prześladowaniami. To stąd miała wziąć się jego niechęć do Niemców. Do domu żyjącego samotnie z matką Beenhakkera zapukała bieda. Z pomocą przyszła opieka społeczna, która zapewniała młodemu Beenhakkerowi parę butów i spodni. Ale tylko raz na dwa lata. Władze Tediro zgodziły się, by biedny młody piłkarz nie musiał płacić składki na funkcjonowanie klubu. Beenhakker musiał porzucić marzenie o byciu żeglarzem.

– Codziennie widziałem statki wypływające i wpływające do portu. Ale to było dawno temu. Musiałem porzucić to marzenie – mówił później w wywiadach.

– Teraz musiał myśleć o utrzymaniu rodziny. Gdy przeszedł do naszego klubu, do Xerxsesa, codziennie biegł po treningu do jakiejś roboty. Starał się złapać co popadnie. To były ciężkie, fizyczne zajęcia – opowiada Fred Meeuwissen, ówczesny piłkarz klubu, dzisiaj jego honorowy prezes. Spotykamy go w mieszkaniu na przedmieściach Rotterdamu. Jak każdy tradycyjny Holender, częstuje nas kawą i… jednym ciastkiem.

Do Xerxsesa Beenhakker przeszedł w wieku 16 lat. To była już poważniejsza piłka.

– Xerxes to klub, który jest znany w Holandii jako wylęgarnia talentów. Stąd wyszło kilku niezłych piłkarzy i wielu znakomitych trenerów. Oprócz Beenhakkera jeszcze Wim Van Hanegem (52-krotny reprezentant Holandii, obecnie trener Utrechtu), Faas Wilkes (35 bramek w 38 meczach dla reprezentacji Holandii), Wim Lagendal (15 razy w reprezentacji),  Hans Dorje (trener m.in. Feyenoordu), Joop Brand (znany w Holandii trener młodzieży) czy Eddy Treytel (5-krotny reprezentant Holandii) – dodaje Meeuwissen

– Leo nie miał pieniędzy, ale miał dobrą reputację. Były pewne testy, by zostać przydzielonym do drużyny. Dla nas ważne zawsze było zachowanie. Nie mieliśmy cenzusu majątkowego, a raczej właśnie behawioralny. Ludzie o podejrzanej reputacji, wywodzący się ze słych rodzin nie mogli i nie mogą być członkami naszego klubu. Ludzie z klubu zawsze pytali o rodziców, rozmawiali z sąsiadami. Chłopcy grali zawsze w soboty, żeby później pójść na tańce. To było na boisku, gdzie dzisiaj jest autostrada. Wszystko się pozmieniało. Leo nie jest jednak największą gwiazdą zespołu. Był u nas za krótko – twierdzi prezes honorowy Xerxesa.

Kochały go dziewczyny

Przygoda z klubem z przedmieść Rotterdamu rzeczywiście nie trwała długo.

– Leo szybko szedł do przodu, już w młodych latach chciał wszystko wiedzieć, analizował grę, był niesamowicie ciekawy. W końcu trafił do Zwart Wit 28. To był klub z najwyższej ligi amatorskiej – mówi nam dzisiaj Joop Brand. Wychowanek Xerxsesa, dzisiaj skaut działający dla PSV, Ajaxu i Alkmaar.

Zwart Wit grał w tzw. lidze sobotniej. To była już furtka do sporej kariery.

– Przypuszczam, że Leo bardziej myślał o karierze trenerskiej – uważa Brand. 78-letni skaut pojawi się jeszcze w życiu Beenhakkera. Branda spotkaliśmy na stadionie PSV.

– Leo jednocześnie grał w reprezentacji CIOS, znajdującej się w Overveen akademii wychowania fizycznego. To była szkoła, która na zawsze odmieniła jego życie.

– Musiał pracować po godzinach, żeby dostać się do tej szkoły. Uchodziła za najlepszą w Holandii i była dosyć droga, a u Leo nigdy się nie przelewało. Ale był niesamowicie zawzięty  – opowiada Venneker. Przyjaciel Don Leo z roku, umówił się z nami w hotelu Hilton w Rotterdamie. Venneker, to kiedyś załatwiał Beenhakkerowi bilety na Feyenoord. Jest jedynym piłkarzem w historii klubu, który w meczu z Ajaxem Amsterdam strzelił 5 bramek. Po latach „Don Leo” będzie mógł odwdzięczyć się Vennekerowi biletami na mecze Realu.

– Leo był bardzo pilny, cholernie się przykładał do nauki – mówi Vanneker, który wtedy z nim studiował.

– Chciał wszystko wiedzieć. Wszystkim się interesował. Zawsze był idealnie przygotowany, wszyscy od niego ściągali – mówi Brand, również kolega ze studiów.

– Ale nie jest tak, że był kujonem. On był bardzo ambitny. Doskonale wiedział, kiedy trzeba siedzieć, a kiedy można się bawić. To mu do dzisiaj zostało. Jest człowiekiem o dwóch twarzach. Tu mówi szalenie poważnie, a zaraz się odwraca i śmieje. A trzeba przyznać, że już wtedy wiedział jak się bawić (śmiech). Był w tym doskonały. I jeszcze jedno… my wszyscy uganialiśmy się za dziewczynami, a Leo nie. On nie musiał. To one uganiały się za nim – wspomina Brand. Po chwili dodaje już z zupełną powagą w głosie: – Leo zawsze chciał udowodnić, że choć nie był wielkim piłkarzem, może być wybitnym trenerem.

To zresztą okaże się później jego przekleństwem.

Chris Tempelman z magazynu Voetbal International: – W naszym kraju ludzie uważają, że tylko były piłkarz, idol tłumów, może być wielkim trenerem. Inni są deprecjonowani. Często tak dzieje się właśnie z Beenhakkerem.

Jednym z wykładowców Beenhakkera był Hans Kraay, znakomity holenderski obrońca, legenda Feyenoordu Rotterdam. Końcowy egzamin obecny selekcjoner reprezentacji zdawał u Jana Raba. Był to tzw. dyplom B, który pozwolił mu na pracę z amatorami. W wieku 23 lat podjął się swojej pracy. Był już bliski podpisania kontraktu ze Spartą Rotterdam, gdzie miałby się zajać szkoleniem młodzieży. Negocjacje zakończyły się jednak niepowodzeniem. Zarząd Sparty nie zgodził się na opłaceniem Beenhakkerowi biletów miesięcznych na dojazd do stadionu. Pierwszy cios został przyjęty. Leo dostał jednak posadę na północy kraju.

Na początek klęska

– To byli amatorzy SV Epe. Leo pracował w klubie, ale jego głównym zajęciem była nauka wychowania fizycznego w miejscowej szkole – mówi Brand.

– Był już wtedy żonaty, miał dziecko. Z trenerki nie utrzymałby zespołu – dodaje Venneker.

Beenhakkera zarekomendował sam Jaap Van der Leeck, który od 1949 do 1955 roku prowadził reprezentację Holandii. Z opłakanym skutkiem, aczkolwiek zawsze to coś.

Początki bywają jednak trudne. Beenhakker na „dzień dobry” spuścił beniaminka 2 klasy do niższej ligi. Na boisku zespołu Be Quick Zutphen jego Epe przegrał baraże 0:2 baraże o utrzymanie z zespolem DOS’19 Denekamp. W kolejnym sezonie ledwo utrzymał się w niższej klasie. Zajął trzecie miejsce od końca. Wtedy z pomocą przyszedł Joop Brand. Ściągnął młodszego kolegę do Go Ahead Eagles Deventer.

– Byłem wtedy asystentem czeskiego trenera dr. Frantiszka Fadrhonca. Leo został trenerem młodzieży i masażystą – przypomina sobie Brand.

Jednym z piłkarzy Beenhakkera był 12-letni wówczas Bert Van Marwijk, który po Euro 2008 obejmie posadę selekcjonera reprezentacji Holandii.

W 1995 roku Frans van den Nieuwenhof pisał w Voetbal International: „Piłkarze bardzo go lubili, ale Leo miał ogromne ambicje, chciał się przebić do pierwszego składu.

„Brak doświadczenia nadrabiał ogromnym zapałem do pracy” – wspominał Joop Brand. Nie zapomniał o tym, że Beenhakker uchodził wciąż za przystojniaka.

„Nie oszukujmy się, nawet dzisiaj, w swoim wieku, ma więcej sex-apealu niż wtedy ja i Fadrhonc razem wzięci” – wspominał Brand.

Nie zabrakło też krytyków. Ówczesny bramkarz Nico van Zoghel wspominał po latach, że „Beenhakker podczas treningów bramkarskich, nie potrafił wcelować piłką między słupki”. Brand jednak tradycyjnie broni Beenhakkera zapewniając, że ten miał świetne uderzenie.

Ambicją młodego szkoleniowca było jednak prowadzenie profesjonalnego zespołu, dlatego w 1968 roku przeniósł się do Veendam. W książce wydanej z okazji 100-lecia klubu autor pisze: „Nowy trener Beenhakker został przyjęty sceptycznie, było to wynikiem braku doświadczenia w profesjonalnej piłce.

Beenhakker zarabiał wtedy mesięcznie 12 tysięcy guldenów brutto i w wieku 26 lat stał się najmłodszym profesjonalnym trenerem w lidze. Szansę dał mu ówczesny menedżer klubu, Otto Bonsema, wcześniej 6-krotny reprezentant kraju. Z Veendam „Don Leo” święcił swoje pierwsze triumfy. Wygrał awans do 2. dywizji. Jak pisze Van den Nieuvenhoof: „Był bardzo napalony na rozwój. Przejechał wzdłuż i wszerz całą Holandię i pół Europy, by podpatrywać innych i się uczyć”.

– Uznałem, że to była moja ostatnia szansa, by wybić się ponad przeciętność – stwierdził Beenhakker w wywiadzie dla holenderskiej prasy.

Hans Nienhuis, ówczesny piłkarz Veendam, tak wspominał po latach Beenhakkera: „Byłem wtedy kapitanem Veendam i byłem o rok starszy od Beenhakkera. Podchodziliśmy do niego dosyć ostrożnie. Ale po miesiącu sceptyzm zamienił się w szacunek. Leo cieszył się sympatią całej drużyny. Dobrze pasował do grupy. Był charyzmatyczny, ale nie uparty. Widać było, że to materiał na niezłego trenera”.

Liczy się wygląd

Po 4 latach zarząd zapytał piłkarzy czy chcą by Leo pozostał w klubie. Zawodnicy stwierdzili, że tak. Bez głosu sprzeciwu. Ale Beenhakker miał już nowy pomysł. Młody trener, który już wyrobił sobie nazwisko na rynku przyjął ofertę z Cambuur Leeuwarden.

To nie był dla niego dobry okres. Chociaż miał grupę utalentowanych graczy i dobrze zaczął pierwszy sezon, później było słabo. W końcu w marcu 1975 roku zarząd postanawia, że Leo ma słabe wyniki (13. miejsce) i postanawia go zwolnić. Dochodzi do konfliktu Beenhakkera z Atte Boumą, jego asystentem, który zajmuje miejsce Leo.

– O czym mówimy, to zupełnie inny człowiek. Ja chętnie chodzę w dobrze skrojonej kurtce, mam dobrze ułożone włosy czasem jakiś złoty łańcuszek. A on? Zawsze w wytartej kurtce, włosy do ramion. Ludzie mówią, że nie chodzi o wygląd, ale przecież o to właśnie chodzi. Trener to odzwierciedlenie zespołu – irytował się Beenhakker, który już wtedy uchodził za najlepiej ubranego trenera w Holandii.

Po latach Bouma odgryzał się na łamach Voetbal International: „Cambuur miał najlepszą drużynę w historii, ale niestety, u Leo teoria i praktyka nigdy się nie schodziły. Wymyślał jakieś teorie za biurkiem, które miały niewiele wspólnego z tym, co dało się wykonać na boisku. A to co powiedział o mnie i moim wyglądzie chyba wystawia mu nie najlepsze świadectwo. Pamiętam też, że zawsze powtarzał piłkarzom: Musisz blefować, udawać, że jesteś lepszy niż jesteś w rzeczywistości. Musisz zbijać rywala z tropu”.

Beenhakker nie czekał długo na oferty. Zgłosił się Volendam. Leo już pakował walizki by jechać do tego klubu, ale w ostatniej chwili odrzucił warunki kontraktu. Okazało się, że ofertę Volendam przebił Go Ahead Eagles.

Jak Leo został palantem

Okresu w Deventer Beenhakker nie będzie wspominał najlepiej. W wywiadach mówił o gierkach, które dzieją się wokół niego. Mówił, że zawodnicy mają zepsutą mentalność. Po sprzedaży największej gwiazdy, Petera Arntza i informacji o prawdopodobnym odejściu kolejnego gwiazdora, Jana van Deinsena, dochodzi do kłótni Beenhakkera z ówczesnym menedżerem, Peterem Stephanem. – To mi przypominało Peyton Place – stwierdził później Beenhakker, nawiązując do amerykańskiego serialu o prowincjonalnym miasteczku.

Atmosfera stała się ciężka.

– To musiało się źle skończyć. 9 na 10 piłkarzy nie potrafiło się z nim porozumieć – opowiadał w wywiadach Jan van Deinsem.

Beenhakker poniósł największą dotychczasową porażkę. Po raz pierwszy został wyrzucony z klubu. Po latach wspominał w wywiadzie dla VI: – Kilka lat później zdałem sobie sprawę z tego, że czasem byłem bardzo niepewny siebie. Używałem swojej arogancji, by ukryć swą niepewność. Ale wtedy mój świat się zawalił. Całkowicie się pogubiłem. Nie miałem odwagi by wyjść na zewnątrz, bo po prostu bardzo się wstydziłem. Później człowiek się otrząsa i zdaje sobie sprawę, że popełnił kluczowe błędy. Wtedy po raz pierwszy zacząłem dokonywać analiz swojego zachowania i doszedłem do wniosku, że jestem wielkim palantem.

Marek Wawrzynowski, Piotr Żelazny, Rafał Lebiedziński

Dodaj komentarz

Leo Beenhakker o Realu Madryt

Leo Beenhakker: Byłem na szczycie piłkarskiego świata

– Z czasów gdy prowadziłem Real Madryt, pamiętam każdy dzień. Wszystko. To najważniejszy czas mojej kariery, czas magiczny – mówi Leo Beenhakker, selekcjoner reprezentacji Polski. Tym razem z Beenhakkerem spotkaliśmy się w Sheratonie. Poszedlem z Rafałem Lebiedzińskim, to był jeden z jego pierwszych poważnych materiałów. Rafał to zabawny facet – chyba już po pierwszym swoim artykule uznał, że jest najlepszym dziennikarzem w Polsce. Ok., ale trzeba mu przyznać, że ma talent – zna kilka języków i zna się na piłce lepiej niż większość pismaków. Jeszcze wrzucę tu kilka materiałów, które razem robiliśmy. Chyba będzie o nim jeszcze głośno.

A Beenhakkera ciężko namówić na historyczne zwierzenia. A może to tylko taka jego gra. – Historia, cóż wolę żyć przyszłością. Ale dzisiaj niech będzie o Realu… W końcu Wy, Polacy uwielbiacie historię. Może i ja powinienem zacząć czytać więcej historycznych książek… – zastanawia się selekcjoner reprezentacji Polski.

– Miałem 44 lata i jakieś tam sukcesy w Holandii z Ajaksem Amsterdam, kiedy nadeszła oferta z Madrytu. Było to dosyć niespodziewane – zaczyna swoją opowieść Leo Beenhakker. – Wtedy Real był kapitalnie zorganizowanym przedsiębiorstwem piłkarskim, nieporównywalnym z żadnym innym klubem na świecie. Miał świetny zespół, stadion i kibiców na całym świecie. Dzisiaj być może jest więcej takich klubów na świecie, ale wtedy to Real był jedyny. Przychodziłem do drużyny, która jeszcze kilka tygodni temu świętowała mistrzostwo Hiszpanii i zdobycie drugiego z rzędu Pucharu
UEFA. To było dla mnie niesamowite wyzwanie. Nie zastanawiałem się.
Wiedziałem, że nigdy więcej mogę nie dostać takiej szansy. Spodziewałem się, że będzie ciężko, jednak czy Realowi można odmówić? Nie, nie, i jeszcze raz nie. Są momenty w piłce, w których rzucasz wszystko i podejmujesz wyzwanie. Decydując się na pracę w tym klubie trzeba przyjąć
dwie święte reguły. „Zawsze wygrywaj” i „Wygrywaj pięknie”. Jak nie możesz im tego zapewnić, nie przychodź tu. Przyzwyczaiłem się do tego w Ajaksie Amsterdam, gdzie pracowałem 2 lata, też co sezon są ogromne oczekiwania. W moich czasach to był wymóg sukcesu w europejskich pucharach, nie tylko klubu i miasta, ale całej Holandii.

Jednym z niewidocznych zapisów kontraktu jest właśnie presja. Takie są warunki pracy i dla obu stron jest to oczywiste. Ja to doskonale rozumiem i nie mam z tym problemu. Kiedy trafiłem do Realu w 1986 roku, zespół grał najlepszą piłkę na świecie. To był absolutny, światowy szczyt i ja na tym szczycie się znalazłem. Coś niewyobrażalnego. Prowadzić zespół, którego każdy piłkarz zakładając białą koszulkę i wbiegając na murawę Bernabeu, czuje się wyjątkowo, to coś naprawdę magicznego. Znaczek z herbem Realu, na piersi zawodnika dodaje mu jakby magii. Nie przesadzam, ale nie pytajcie mnie o bardziej szczegółowe wyjaśnienia. To jest niewytłumaczalne. Przynajmniej dla mnie.
Początki były jednak trudne, bo akurat trwały mistrzostwa świata i w przygotowaniach do nowego sezonu brakowało na treningach 12 podstawowych graczy, grających wtedy w reprezentacjach Hiszpanii, Argentyny i Meksyku. Nie miałem więc największych gwiazd. Pierwsza kolejka i remis w
Kadyksie… Na szczęście potem było już tylko lepiej.

Pięść Camacho

Proszę sobie wyobrazić prowadzenie drużyny, w której grają największe indywidualności świata. Ale w Realu nie miałem z tym żadnego problemu. Wybitni gracze, którym chciało się pracować, którzy uwielbiali wygrywać – to dla trenera prawdziwy raj. Chłopcy rozumieli potrzeby Santiago Bernabeu i zawsze starali się dać kibicom jak najwięcej wrażeń. Oczywiście bywały ciężkie chwile, ale wtedy wspaniałą rolę odgrywał kapitan Realu i Hiszpanii, Jose Antonio Camacho, osobowość jakiej nigdy
potem już nie spotkałem. W szatni czy na boisku często wyręczał mnie i sam mobilizował kolegów. Pamiętam taką sytuację przed meczem z Celtą Vigo. Spotkanie zaplanowane było na niedzielne popołudnie, więc jak zawsze wylecieliśmy z Madrytu w sobotę. Niestety przegraliśmy z pogodą.
Nad całą północną Hiszpanią była taka mgła, że nie było szans na lądowanie. Z Vigo skierowali nas do San Sebastian, ale nic z tego, tam też nie dało się wylądować. Odesłali nas do do Bilbao. Znowu nic z tego. Mgła była zbyt duża. W końcu wróciliśmy do Madrytu i wpakowaliśmy się do nocnego pociągu. 9 godzin jazdy! Żaden z piłkarzy nie spał podczas podróży i jak dojechaliśmy koło południa do
Vigo wszyscy padali z nóg. To był makabryczny widok. Co ja im miałem powiedzieć tuż przed meczem? Wtedy głos zabrał Camacho i wykrzyczał: „Panowie, ten weekend był beznadziejny. Ale nie straciliśmy go tylko po to, żeby teraz przegrać ten pieprzony mecz. Mamy go kurwa wygrać za wszelką ceną, albo będziemy mieli cały weekend do dupy. Wiem, że wyglądamy jak jedno wielkie gówno, ale nie przeszliśmy tyle, żeby teraz przegrać”. Ostre to było. Zgadnijcie jak się skończyło? Jasne, zagraliśmy beznadziejnie, ale wygraliśmy . Zrobiliśmy swoje i wróciliśmy do domu. Czego więcej potrzeba? Do dzisiaj Camacho jest facetem z jajami, teraz widzę efekty jego pracy w Benfice Lizbona.

Anioł nad bramką Van Breukelena

W lidze hiszpańskiej nie mieliśmy sobie równych, byliśmy niezniszczalni, ale w Europie nie wygraliśmy żadnego trofeum. Czasem sam zadaję sobie pytanie, dlaczego… Czterokrotnie graliśmy w półfinałach, i czterokrotnie odpadliśmy. Dwa razy w Pucharze Europy i raz w Pucharze UEFA z Torino w 1992 roku przegrywaliśmy różnicą goli. Nie mieliśmy szans jedynie z wielkim Milanem, który rozgromił nas 5:0. Może to była wina zbyt dużej ilości meczów w sezonie. Starsi piłkarze, tacy jak Camacho, Santillana czy Juanito nie mieli sił na granie dwóch meczów tygodniowo. Na drodze do półfinałów udawało się nam eliminować takie kluby jak Napoli z Maradoną, Porto czy Bayern Monachium, ale w tym decydującym momencie, w walce o finał po prostu mieliśmy pecha. Najlepszą drużynę stworzyliśmy w sezonie 1987/88/. Dysponowaliśmy ogromną siłą, myślę, że można powiedzieć iż graliśmy najpiękniejszą i najlepszą piłkę na świecie. Wszystko szło dobrze, aż do czasu półfinału z PSV Eindhoven. Ten dwumecz to zdecydowanie największa klęska w mojej karierze. Zawaliliśmy pierwsze spotkanie w Madrycie, gdzie zremisowaliśmy 1:1. W rewanżu w Eindhoven stłamsiliśmy rywali, nie
schodziliśmy z ich połowy. Graliśmy fantastyczny mecz. Butragueno obijał słupki i poprzeczki, a
Hugo Sanchezowi, nie wychodziło nawet to jego słynne uderzenie nożycami.
Tamtego wieczoru nie przegraliśmy z PSV, ale z ich bramkarzem. Van Bruekelen dokonywał cudów. Bronił w tak niewiarygodnych sytuacjach, że ja uwierzyłem, że na jego bramce siedzi anioł. To była nasza klęska. W szatni nikt nic nie mówił. Nigdy nie zapomną jak bardzo chłopakom zależało na wygraniu tego cholernego meczu. Dwa tygodnie później po meczu z Betisem Sewilla obroniliśmy tytuł ligowy, ale żaden z piłkarzy nie miał zamiaru świętować. Po wręczeniu medali wszyscy – bez nawet
jednego uśmiechu – zbiegli do szatni. Tak to przeżywali. Ja zresztą też.
To wciąż we mnie siedzi. Niestety czasem nie dostajesz tego na co zasłużyłeś. Piłka nożna po prostu bywa niesprawiedliwa. Rok później wygraliśmy z PSV w ćwierćfinale, chociaż moja kariera znowu
zawisła na włosku. A było tak, że jako pierwszy chyba trener w historii uznałem, że lepiej dla drużyny będzie jeśli na ławce usiądzie Emilio Butragueno. Teraz on czasem dzwoni do mnie z pretensjami i pyta „jak mogłem mu to zrobić, że to jedyna czarna karta w jego karierze”.
Oczywiście wszystko w żartach. Teraz to śmiech, ale w Madrycie czy nawet całej Europie był szok. „El Buitre” (Sęp – red.) był święty. Ja zdecydowałem się go posadzić na ławce, bo uznałem, że będzie to z
korzyścią dla drużyny. I udało się, wygraliśmy grając w ataku z Paco Llorente. Następnego dnia poszedłem do klubu załatwić kilka drobnych spraw. A z Emilio czasem spotykamy się w Madrycie i on wciąż mi to wypomina(śmiech)…
Niespodziewanie do swojego gabinetu wezwał mnie prezes i powiedział: „Wiesz, że jakbyś wczoraj nie wygrał, to dziś byłbyś już w drodze do domu”. Odpowiedziałem: „Wiem. Tak zdecydowałem i liczyłem się z konsekwencjami”. Bo ja nigdy nie boję się swoich decyzji. Jestem uczciwy z samym sobą i z drużyną. Jeśli komuś się do nie podoba, to mówimy sobie ciao i każdy idzie w swoją stronę. „No pasa nada, no pasa nada”.

Tour de France… pod Frankfurtem

Przerywamy na chwilę selekcjonerowi. Niedawno odwiedziliśmy stare gwiazdy Realu Madryt. Słynny obrońca Aldana, jeden z zawodników z tamtego okresu, uważał, że Beenhakker z roku 1992 to zupełnie inna osoba. Człowiek, który nie radził sobie z presją, obwiniał piłkarzy za porażki na łamach mediów. „ Don Leo słuchając” tych oskarżeń z niedowierzaniem kręci głową, ale zachowuje spokój.
– Słuchajcie moi przyjaciele, w tym zawodzie trzeba dokonywać wyborów. Aldana, nigdy nie był podstawowym zawodnikiem i jak każdy rezerwowy miał pretensje, że nie gra. Butragueno, Michel czy Schuster inni podstawowi gracze nie powiedzą wam tego nigdy, bo oni wiedzieli, że zasługują na
grę od pierwszej minuty. Jeżeli mówiłem im, że dziś zostają na ławce, bo tak będzie lepiej dla drużyny, to oni to świetnie rozumieli. Jeżeli jednak tłumaczysz to zawodnikowi który w rankingu zajmuje miejsce powiedzmy 18-te, on tego nigdy nie przyjmie do siebie. Zawsze będzie miał pretensje, że nie gra. Ja mogę was jednak zapewnić, że w Realu nie miałem konfliktów z nikim – tłumaczy Leo Beenhakker. Inni piłkarze opowiadali o nim jako o trenerze niepowtarzalnym, który „kupował” piłkarzy swoimi niepowtarzalnymi metodami treningowymi, pełnymi profesjonalizmu, ale i doskonałej zabawy.
– W Realu, czy teraz z reprezentacją Polski zawsze trenujemy ciężko. Ta część mojej filozofii piłkarskiej pozostaje niezmienna. Czasami harujemy jak konie, czasami uwijamy się jak w piekle –
kontuynuuje Beenhakker. – Piłkarz musi jednak czerpać radość z pracy, w przeciwnym razie nigdy nie będzie grał z ambicją. Ważne, żeby kontakt na linii trener-zawodnik był partnerski. W Madrycie z takimi piłkarzami jak Butragueno, Sanchez, Michel czy Vasquez to było ułatwione. Ich techniki
czy gry w ofensywie nie trzeba było uczyć.
Wystarczyło dać im piłkę. To byli wyśmienici piłkarze, reprezentanci kraju, ale w grze zespołowej byli jak dzieci. Trzeba było więc połączyć wszystkie elementy i wydobyć z nich „ducha drużyny”. Czasami
właśnie przez żarty i atmosferę w szatni. Z reprezentacją jest trochę inaczej, ale zapewniam was, że w Polsce ciężko trenujemy, ale jest też miejsce na odstresowanie, na uśmiech i zabawę. Pamiętajcie, że to wciąż są młodzi ludzie. Oczywiście bywały i momenty zabawne, jak chociażby z tym słynnym wyścigiem kolarskim, który zorganizowałem chłopakom podczas zgrupowania we Frankfurcie (śmiech). Pamiętam szczególnie decydujący wyścig. Postanowiłem dać chłopakom trochę odpocząć, zrelaksować się. Pomyślałem: „rower, świetny relaks”. W końcu w Holandii każdy jeździ na rowerze, to codzienność. I możecie mi wierzyć, lub nie, ale spora część piłkarzy Realu nie mogła utrzymać równowagi. Oni po prostu nigdy wcześniej nie jeździli na rowerach. Wpadłem więc na pomysł, aby jeździli na tandemach. Tym sposobem, ci którzy mieli już do czynienia z rowerem siadali z przodu i trzymali równowagę. Ci z tyłu mieli tylko pedałować. Jednej parze to zupełnie nie wychodziło, a że mieli ogromy zapał poprosili kogoś, żeby z tyłu prowadził ich na kiju…Byli zawsze na końcu, ale ubaw był niesamowity. Śpiewali, krzyczeli, na wzniesieniach rywalizowali niczym w Tour de France o górskie premie. Potem przyznawali sobie żółtą koszulkę lidera i białą w grochy dla najlepszego górala. To była fantastyczna grupa, o sporym poczuciu humoru. Zespół musi być na luzie. To pomaga przejść przez codzienną harówkę.

Przekleństwo Tenerife
Wszystko co piękne musi jednak mieć swój koniec. Wiem, że wielu ludzi dzisiaj pamięta mnie przede wszystkim w związku z tą porażką z Tenerife (Real w ostatniej kolejce prowadził 2:0, by przegrać 2:3 i w konsekwencji stracić mistrzostwo Hiszpanii – red.), a dopiero później wspominają o trzech mistrzostwach, które zdobyłem z zespołem. Cóż, wygrywać zawsze się nie da. Wracając do prezesa Mendozy bardzo mnie wspierał, a w trudnych momentach zawsze stał za mną. Opuszczenie Realu w 1989r., oraz w 1992 to moje decyzje. Mendoza nie miał wielkich wymagań. Mówił: „Leo, musisz wygrać jedno trofeum w sezonie, wtedy będzie OK.” W 1989 roku spełniłem ten warunek, jednak zdecydowałem się odejść do Ajaxu Amsterdam. Dlaczego wróciłem po dwóch latach? Bo zadzwonili z Realu Madryt, czy potrzeba poważniejszego uzasadnienia? Oczywiście była to dla mnie trochę dziwna sytuacja. Właściwie do dzisiaj nie wiem dlaczego Mendoza zwolnił Radomira Anticia i to właśnie mnie przekazał drużynę. Miałem być kimś w rodzaju dyrektora technicznego. Drużyna Anticia grała naprawdę dobry futbol. W tabeli mieli 9-10 pkt. przewagi nad Barceloną i wszystko zmierzało ku tytułowi. Niestety przyszedł trudny okres i podziękowano Anticiowi. Rozmawiałem z nim, on zrozumiał, że to już koniec i pomagał mi jak mógł. Z kolei ja starałem się dokończyć rozgrywki jak
najlepiej. Nie wyszło. Mieliśmy gorszy skład niż trzy, cztery lata wcześniej i dla części zawodników był to już kres kariery. W tym słynnym meczu z Tenerife prowadziliśmy i nagle przestaliśmy grać. Świetnie broniący do tej pory Buyo miał słabszy dzień. Hagi nie trafiał w bramkę
z rzutów wolnych, a Butragueno przy wyniku 2:2 nie trafił do bramki z 3 metrów. Rywale nas dobili. Wiedziałem, że zawaliłem sprawę, bo miałem wygrać. Wziąłem więc na siebie konsekwencje tej porażki. Pamiętajcie jednak, że w Realu presja jest zawsze bardzo duża. 80-tysięcy kibiców co mecz wymaga od ciebie tylko i wyłącznie zwycięstwa. Czasami po prostu się tak zdarza, że piłkarze i trener tego nie wytrzymują i zawodzą w najważniejszym momencie. To ludzkie. Prezes Mendoza to rozumiał i dlatego zawsze będę powtarzał, że to był fantastyczny prezes, najlepszy z jakim pracowałem. Ale musiałem odejść,  wiedziałem, że nie ma sensu, bym dalej pracował w Madrycie – ciągnie swoją opowieść Holender.

Południowcy leniwi? Bzdura
– Gdybym miał dzisiaj odpowiedzieć na pytanie, czego nauczyłem się w Hiszpanii, to na pewno nie tego ich stylu życia. W kółko powtarzają: „nic się nie stało, nie ma problemu”. Inna sprawa, że przekonałem się, iż nie jest prawdą to co mówią o Hiszpanach. Mówi się bowiem, że południowcy są leniwi, że nie garną się do treningów. Ale to bzdura. Oni kochają futbol. To dla nich bardzo ważna część życia. Chcę być w tym najlepsi i rozumieją, że sama technika wyniesiona z podwórek nie wystarcza. Trzeba się poświęcić i harować. W sumie pracowałem 10 lat w Hiszpanii i Meksyku, więc trochę o tym wiem. A jeśli już jesteśmy przy Meksyku, to muszę przyznać, że uwielbiam ten kraj. Ludzie mówią o lidze meksykańskiej źle, bo nie znają tego kraju. Nie doceniają poziomu ligi i piłkarzy, a on zapewniam was jest bardzo wysoki. To świetny kraj, są wspaniałe stadiony, fanatyczni kibice i nie ma, co was może zdziwi, korupcji. Co weekend 90 tysięcy fanów na stadionie Azteka tworzy niesamowitą atmosferę. Praca w takich klubach jak FC Guadalajara czy America była naprawdę niezapomnianym doświadczeniem. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść…

Dodaj komentarz

Older Posts »