Archive for Ludzie

Pan Józef ma żal do Polski

Materiał pochodzi z 2010 roku. To był ciężki wywiad. Józef Szmidt nie chciał rozmawiać. Wymigiwał się. Kilka godzin koczowałem najpierw na stadionie a potem w hotelu i spóźniłem się na ostatni pociąg. Tak bywa. Najważniejsze, że ostatecznie przysiadł przy stoliku i godzinę pogadaliśmy.

Józef Szmidt na chwilę wyjrzał ze swojej samotni. Podczas spotkania z kibicami w Olsztynie pierwszy raz od dłuższego czasu, wystąpił publicznie. Dłuższy czas to dobre określenie. Od kiedy wyjechał do Holandii a stamtąd do Niemiec, minęło bowiem 35 lat. Zrozumiałe więc, że stając przed większą publicznością był mocno speszony i nawet nie starał się tego ukrywać.

– Wolę skakać niż mówić – stwierdził. Od czasu do czasu wypowiada się, ale idzie to opornie. Nie dlatego, że jest słabym mówcą, wręcz przeciwnie. Ma po prostu żal. Do Polski. Za to, że go zdradziła. Że gdy jej potrzebował przybrała twarz bezradnie rozkładającego ręce dyrektora kopalni, czy trenera który uciekał i chował się przed nim, by nikt nie zobaczył ich razem. Że przybrała twarz ludzi, którzy całowali i uwielbiali go jako Polaka gdy odnosił sukces, a wyklęli jako Niemca i chcieli upodlić jako człowieka gdy stał się niewygodny. Wobec Szmidta Polska pokazała swoje najgorsze oblicze. Wszyscy mówią mu, że ludzie się zmienili, bo system się zmienił, ale ciężko go przekonać. – System się zmienia, ale trzon pozostaje ten sam – twierdzi. A jednak chce mieszkać w Polsce, coś go tu ściągnęło, mówi że to piękny kraj. Mieszka z żoną Łucją we wsi Zagozd niedaleko Drawska Pomorskiego, gdzie wiedzie spokojne życie emeryta. Właśnie zrezygnował z hodowli kóz, bo interes okazał się mało dochodowy. – Jestem pracowity, ale nie mam głowy do biznesu, nie umiem załatwiać rynków zbytu, kombinować. Miałem 60 kóz, chciałem żeby ludzie pili mleko kozie i jedli ser, ale w Polsce to jeszcze mało popularne. Teraz zostaliśmy z 20 kozami. Przecież ich nie zabiję – wyjaśnia.

50 lat później

Pana Józefa ktoś dość zdecydowanie ciągnie za rękę. Zróbmy zdjęcie tu, a może tu, a może pan skoczy, albo niech pan chociaż stanie na skoczni, niechże pan weźmie zdjęcie ode mnie, jest Pan na nim, zróbmy sobie zdjęcie, i jeszcze jedno z moim synem. Euforia. Niemal na wszystko się zgadza, ma problem z odmawianiem, ale chce już iść. Jeszcze jeden rzut oka na zdewastowany i zarośnięty stadion leśny w Olsztynie. – Tutaj była skocznia – mówi. Skocznia dalej tu jest, a właściwie wysypany piasek. Tak samo jak 50 lat temu, gdy rozgrywały się tu mistrzostwa Polski. Józef Szmidt wziął wtedy rozbieg i skoczył. Dalej niż zwykle. W nocy z 4 na 5 sierpnia padał deszcz i bieżnia była lekko nasiąknięta. Warunki przyzwoite, ale nie dobre. Do Igrzysk Olimpijskich pozostawało zaledwie kilka tygodni, dlatego Szmidt chciał załatwić sprawę jak najszybciej, nie przemęczać się i przede wszystkim uniknąć kontuzji. Skoczyć ze dwa razy, wygrać, spakować graty i pojechać do domu, na Śląsk. Właśnie minęła 18, więc do rana dałoby się dojechać. Gdy szykował się do rozbiegu, na jego drodze stanęła żaba. – Nie zdołałem jej przegonić, więc ją przeniosłem. Po drodze nasikała mi na rękę. Zaśmiałem się i pomyślałem sobie: Skoczę tak jak ty! – opowiada.
Wziął więc rozbieg i skoczył. Fotoreporterzy rzucili się w stronę piaskownicy! Jest rekord świata! Chorągiewka, która wyznaczała dotychczasowy ustanowiony przez Olega Fiedosjejewa, 16,70 metra, znalazła się za plecami trójskoczka Górnika Zabrze. Coś daleko… Zmierzył jeden sędzia. Czy aby na pewno? Drugi sędzia, tym razem główny. Czy aby na pewno? To jeszcze szef polskich sędziów. Są jeszcze jakieś wątpliwości? Delegat Polskiego Związku Lekkiej Atletyki kiwnął głową. Zaliczony! 17,03! Rekord rekordów! Pierwszy człowiek na świecie przekroczył granicę 17 metrów. Za miesiąc bez problemu pobił, czy wręcz zmiażdżył wszystkich rywali w Rzymie podczas Igrzysk Olimpijskich. Trzy skoki i w każdym kolejnym bił rekord olimpijski. – Jakaś tam walka była, ale wiedziałem że jeśli będę w formie, zdobędę to złoto – mówi.


Nocleg w rowie

Polak stał się bohaterem. Polak – to brzmi dumnie. A przecież urodził się w niemieckiej rodzinie, w Miechowicach, dzielnicy Bytomiu. Jego ojciec Feliks był dekarzem, pracował dla kopalni, reperował domy górników. Matka Olga była sprzedawczynią w sklepie, a po urodzeniu trójki dzieci zajęła się domem. Po wojnie Rosjanie pozwolili by zostali w kraju. – Na Śląsku brakowało rąk do pracy, było zapotrzebowanie na niemieckich pracowników, a rodzice nie chcieli ruszać się, bo tu był ich dom – mówi Szmidt. Rodzinie postawiono jednak warunek: „Jeśli chcecie pozostać w naszym kraju, przyjmijcie polskie obywatelstwo”. Powoli dzieci opanowały więc język polski, zmieniono im imiona. Josef stał się Józefem, jego brat Eberhardt Edwardem, zaś siostra Ingeborg Ireną. Kto by pomyślał, że w latach 70-tych Józef znowu stanie się Josefem.

Teraz jednak było powojenne dzieciństwo a potem praca którą lubił, przy silnikach. Brat, już Edward, który odnosił sukcesy w lekkiej atletyce, zaproponował mu wspólne treningi w lesie. Trochę przebieżek, trochę skoków. Gdy okazało się, że Józef ma wielki talent, wpisał go na listę zawodników Górnika Zabrze i niemal siłą zaprowadził na profesjonalny trening. Był 1955 rok. Józef Szmidt dopiero zaczął, ale nie chciał przystosować się do reguł. Rozpoczął swój trening, który później na lata zrewolucjonizował trójskok.
Szybkość podpatrywał u sprinterów, siłę u ciężarowców, techniki u siatkarzy. U piłkarzy, z którymi trenował przez pół roku we Wrocławiu nie podpatrzył nic. Modyfikował, zapisywał, coś dodawał, coś odejmował. W zeszycie zapisywał wyniki. 13,18 – 13,69 – 14,03 – 14,20 – 14,40. Było coraz lepiej. W końcu przekroczył granicę 15 metrów. Nie przeszło bez echa w lekkoatletycznej centrali. Na pierwsze zgrupowanie jechał przez Tomaszów Mazowiecki, stamtąd piechotą do Spały. Szedł nocą, a gdy poczuł się senny, położył się w przydrożnym rowie. – Tak było, młody organizm wszystko wytrzyma, w końcu musi. Taksówki nie było, a nawet gdyby przyjechała, to nie miałbym z czego zapłacić – wspomina. A rano wskoczył na wóz miejscowego rolnika i wkrótce zameldował się w Spale, by trenować i wojować ze swoimi trenerami. Był rewolucjonistą, a takich nie lubią. Nie chciał robić na ich sposób, bo uważał, że to nic nie wnosi. Robił po swojemu. Pokłócił się i został wydalony ze zgrupowania. Na chwilę musiał przerwać treningi, gdy wylądował w jednostkach wojskowych, najpierw w Krośnie Odrzańskim, potem w Zgorzelcu. – Nie przyznawałem się, że jestem sportowcem, bo wiadomo, młody organizm więcej wytrzyma… – mówi. W końcu ktoś sobie o nim przypomniał i trafił do Wrocławia. Chociaż pomijano go przy kolejnych powołaniach na kadrę, robił swoje. Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, stawał się najlepszy. W końcu musieli go powołać. Konflikt tlił się przez lata, ale musieli się ugiąć, bo takiego talentu nie widzieli na oczy. W 1958 zdobył mistrzostwo Europy w Sztokholmie, a mało brakowało by na turnieju w ogóle nie wystąpił. Utknął w korku w Sztokholmie i wpadł na stadion 15 minut przed rozpoczęciem konkursu. W fatalnych warunkach, na mokrej nawierzchni pobił jednak rekord Polski, 16,43. Potem pobił wspomniany rekord świata i zdobył złoto na IO w Rzymie. Następnie było mistrzostwo Europy w Budapeszcie. Na Szmidta nie było mocnych. Mógł przegrać tylko ze sobą, właściwie ze swoim kolanem, które od czasu do czasu się odzywało. W końcu przyszedł ból większy niż dotychczasowe. Na początku czerwca 1964 roku stwierdzono zapalenie tzw. podkolanowej kaletki maziowej. Werdykt lekarzy był niemal jednoznaczny – szansa Szmidta na start na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio jest minimalna. „Wystąpię” – obiecał sobie jednak Szmidt.

Walka

– Jeśli nie wierzysz, nie osiągniesz niczego. Możesz przegrać, ale na końcu zawsze musisz móc powiedzieć sobie: „Zrobiłem wszystko co mogłem” – mówi. Na początku stosowano tak zwane leczenie zachowawcze. Bez efektu. Profesor Adam Gruca, wybitny ortopeda podjął się operacji wycięcia kaletki maziowej. We „Wspomnieniach Olimpijskich” Bohdana Tomaszewskiego i Jana Lisa, Józef Szmidt tak wspominał ten okres: „Byłem kaleką. Lecz wtedy kiedy zawiodło leczenie zachowawcze, a do Olimpiady było coraz mniej czasu, zdecydowałem się na operację. Mnie pozostawiono decyzję i była to, jak się później okazało, decyzja podjęta w samą porę. Na trzeci dzień po operacji próbowałem stanąć na nogi. Po przesunięciu się na odległość kilku centymetrów upadłem z bólu na łóżko. Byłem bezsilny. I w tej bezsilności zaczęła się walka, zaczęła się gra o mnie. Lekarze zachęcali do chodzenia i poruszania nogą, codziennie przychodził na wizyty Starzyński. Tylko on jeden widział mój start w Tokio. Uczyłem się chodzić. Ze świata docierały wiadomości o bardzo dobrych rezultatach. Ja uczyłem się chodzić, co za ironia losu. Cały lipiec spędziłem na ostrożnym marszu na korytarzu szpitalnym. Po dwadzieścia, czterdzieści, sześćdziesiąt metrów. Za oknem świeciło słońce, ludzie spacerowali po alejkach w parku, zdrowi sportowcy po całym świecie bili rekordy i cieszyli się zaszczytami. Ja po każdym marszu i odpoczynku siadałem na skraju łóżka i podnosiłem nogę do góry z obciążeniem jedno i dwukilogramowego woreczka z piaskiem. Uczyłem się chodzić”.
Było coraz lepiej, ale Szmidt był ostrożny. – Zaczniesz kilka dni za wcześnie i jest po sprawie – mówi dzisiaj. Starał się wstrzelić. Kilkanaście dni przed Igrzyskami w Tokio pojechał jeszcze na sprawdzian do Włoch. 15,80 metra. Ludzie pokręcili głowami – nie jest dobrze. Szmidt ucieszył się – jest nieźle. Więcej skoczyć po prostu nie mógł. – To by było za duże ryzyko. Chciałem jedynie sprawdzić dla samego siebie czy wytrzymam – mówi. Musiał podpisać zobowiązanie, że startuje na własną odpowiedzialność. – Kacyki bały się, że jak coś mi się stanie, to pójdzie na ich konto – wspomina. Zaczął ostrożnie, w eliminacjach skoczył zaledwie 16,18 m. Nie ryzykował. Strach był, musiał być. Prawa noga wciąż była osłabiona. Szmidt kroczył pewnie i ktoś z zewnątrz mógłby się zorientować, że jest po operacji tylko po czternastocentymetrowej bliźnie na kolanie. Ale on wiedział, że wystarczy źle skoczyć, krzywo postawić nogę… Pierwsza kolejka, klasyczna sekwencja, lewa, lewa, teraz chwila niepewności… prawa… nie ma bólu, odetchnął. Jest za to 16,37 i drugie miejsce, zaraz za Anglikiem Frederickiem Alsopem. Został w grze, a więc trzeba zaryzykować w drugiej serii. Teraz albo nigdy. Później opowiadał: „Czułem tę płynność ruchów, kiedy idzie się na duży skok, trafiłem idealnie na belkę. Wyrzuciło mnie do góry. Wiedziałem, że pierwsza próba poszła znakomicie, mięśnie były elastyczne, odbiłem się w drugim skoku jak piłka, trzeci też nie był najgorszy. Spojrzałem na japońskich sędziów, byli uśmiechnięci. Wiedziałem, że będzie dobry wynik. Na tablicy zapaliło się 16,65. To chyba wszystko na co mnie stać – pomyślałem”. Rywali było stać na mniej. Najgroźniejsi z nich, reprezentanci Związku Radzieckiego, Oleg Fiedosjejew i Wiktor Krawczenko zbliżyli się do Polaka, ale wciąż brakowało im kilku centymetrów. W ostatniej serii, już na zupełnym luzie, Szmidt skoczył fenomenalnie – 16,85. Zatańczył z radości. Noc spędził w towarzystwie trenera Tadeusza Starzyńskiego, jeżdżąc na rowerze po wiosce olimpijskiej. – Taka jest legenda i to prawda, ale nie jeździliśmy z radości. Po konkursie na nodze miałem balon i musiałem po prostu spuścić trochę wody z kolana. A nie chciałem robić punkcji, bo przecież już raz wdało mi się zakażenie, właśnie przez to, że ktoś zrobił mi zastrzyk brudną igłą – mówi. Sam przyznał, że ten medal miał dla niego znacznie większą wartość niż ten zdobyty w Rzymie. ”W Tokio pokonałem siebie ze słabościami. Narodził się nowy Szmidt” – mówił.

Wywiad

Już wkrótce miał znowu zamienić się w Schmidta. W jego wersji zdarzeń wygląda to tak, że w 1965 roku, przed wyborami parlamentarnymi, zaczepiła go młoda dziennikarka z Katowic. – Czy będzie pan głosował na PZPR? – zapytała. – A na kogo niby mam głosować? Może gdyby była jakaś inna partia, to bym głosował na inną – odparł. Dzisiaj uważa, że to stało się przyczyną jego kłopotów. Dziennikarka pobiegła do spokrewnionego z nią lokalnego sekretarza, a ten przekazał informację dalej. Uznano, że nikt nie może stać ponad partią. Szmidt uważa, iż czekano tylko aż skończy karierę. Jako 33-latek wystartował jeszcze na IO’68 w Meksyku, ale skończyło się na siódmym miejscu. Ciekawe, że skoczył dalej niż na poprzedniej Olimpiadzie, bo 16,89, ale najgroźniejsi rywale skakali już ponad 17 metrów. Na jego oczach odbył się konkurs wszech czasów, podczas którego aż czterokrotnie bito rekord świata. Szmidt oddał koronę fenomenalnemu Wiktorowi Saniejewowi. – Miałem tam w ogóle nie jechać, bo nie było pieniędzy. Podobno jakiś Amerykanin polskiego pochodzenia to finansował. Skakałem więc z naderwanym ścięgnem Achillesa, miałem stan zapalny, ból był nie do zniesienia. Kilka dni przed konkursem nie mogłem dotknąć ścięgna. Sam dotyk sprawiał ból. Potem ledwo mogłem biegać, a co dopiero skakać. Miałem jednak specjalny plaster, który o połowę odciążał ścięgno, za to obciążał łydkę. Podczas konkursu skakałem więc na jakieś 70 procent, nie więcej – opowiada. – Tak to jest, że ten, który coś wynalazł i stał się rewolucjonistą, potem przygląda się jak inni przejmują jego metody i zostaje mu rola statysty – mówi. Wszyscy znali już jego trening. Wykorzystywali go. Ma o to pretensje do Starzyńskiego, trenera z którym kiedyś był tak blisko, a do którego dzisiaj nie kryje wrogości. – To był mój trening, on powiedział: „Pokaż swoje zapiski, muszę wiedzieć jak trenujesz”. Spisał wszystko, potem jeździł po świecie z wykładami, sprzedawał to jako swój autorski trening – wspomina. Poróżnili się w latach 70-tych. Szmidt w rozmowie z „RZ” opowiadał, że gdy został wyklęty, gdy jego nazwisko wyczytywano przez megafon na mityngu w Krakowie: „Pan Jóżef Szmidt proszony jest o natychmiastowe opuszczenie stadionu”, Starzyński uciekał przed nim, by nikt nie zauważył, że ze sobą rozmawiają. – Już po Igrzyskach w Tokio, po tej mojej wypowiedzi, zaczęły się pierwsze kłopoty. Miałem zaproszenia na mityngi w Australii, Brazylii, Niemczech, Izraelu, wszędzie. Ale zawsze w ostatniej chwili, gdy już byłem gotowy, dostawałem informację, że nie jadę. Najgorsze zaczęło się jednak po zakończeniu kariery. Straciłem pracę i nie mogłem znaleźć nowej. A przecież umowa była taka, że skończę szkołę i po pół rocznym przyuczeniu do zawodu zostanę sztygarem w kopalni. Ale dyrektor powiedział: „Nic nie mogę zrobić”. Utrzymywaliśmy się więc z tego co zarobi żona. W dzień pracowała w szpitalu na posadzie pielęgniarki, a w nocy kreśliła rysunki dla Mostostalu. Ja jej pomagałem – mówi. – Już nie byłem Polakiem, a niemieckim szpiegiem. Rozpuszczano takie plotki, ludzie gadali. Co za perfidia. Postanowili mnie zniszczyć.

Atak na ambasadora

– Chciałem napisać za granicę, do gazet, jak oni traktują mistrza olimpijskiego. Ale gdyby przechwycili list, to byłoby jeszcze gorzej. Dlatego najpierw obmyśliłem plan, potem podzieliłem się nim z żoną, postanowiliśmy zaryzykować – opowiada. W 1975 roku wyjechał na mecz Holandia – Polska do Amsterdamu i został w Holandii. Pierwszą noc spędził w przytułku dla bezdomnych. Niemiecki ambasador powiedział, że nie da mu wizy, bo nie chce kłopotów z blokiem wschodnim. W odpowiedzi Szmidt wykrzyczał: „Ty faszysto”. – Miał taką prezencję i ton, od razu było widać kto to jest – mówi. Wizę w końcu dostał, gdy zapewnił że to tylko tranzytowa, do przejazdu przez RFN. Został u rodziny w Dusseldorfie. Potem dołączyli do niego synowie Dariusz i Borys, którzy udali się na zachód pod pretekstem wyjazdu na kolonie, i w końcu żona Łucja, która musiała sprzedać niemal wszystko co mieli, by zdobyć papiery. Po dwóch latach rodzina była w komplecie. Z polską prasą nie rozmawiał przez następne 30 lat, aż do 2008 roku. Wyjechał z Olsztyna dzień po naszej rozmowie. Do swojej wsi pod Drawskiem Pomorskim. – Robię tam sobie zatokę i nie chcę nikogo oglądać – mówi. W tym roku wyjątkowo obrodziły mu winogrona. Chce więc produkować sok i wino. Ocieplenie klimatu temu sprzyja. Może na sprzedaż, a może nie, jeszcze nie zdecydował.

Marek Wawrzynowski

Z Józefem Szmidtem rozmawiałem 5 sierpnia 2010 w Olsztynie, archiwalne cytaty pochodzą ze „Wspomnień Olimpijskich” Jana Lisa i Bohdana Tomaszewskiego. Korzystałem też z książki „Sportowcy XXX-lecia” wydanej przez katowicki Sport z okazji „30-lecia PRL” oraz wywiadu przeprowadzonego przez dziennikarzy „Rzeczpospolitej” w grudniu 2009.

3 komentarze

Śmierć, złoto olimpijskie i zastrzyk dla konia – historia Janusza Peciaka

tu historia Janusza Peciaka, materiał który robiłem dla serwisu Sport.TVP.pl

30 lat temu wyjechał z Polski na stałe i jest trenerem kadry narodowej USA w pięcioboju nowoczesnym. Był jednym z naszych najpopularniejszych sportowców. Mistrz olimpijski, ma pięć złotych i dwa srebrne medale mistrzostw świata. Dzięki niemu gazety sportowe nagle zaczęły pisać regularnie o tak niszowym sporcie jak pięciobój nowoczesny. O jego popularności najlepiej świadczy fakt, że dwa razy wygrywał plebiscyt na sportowca roku, a 5 razy był w najlepszej piątce.

Mistrz olimpijski, Janusz Gerard Pyciak-Peciak… to w końcu jak?

Peciak. Tak jest poprawnie. Tak miał na nazwisko mój ojciec, gdy wyjeżdżał do Francji do pracy w kopalni. Pracował gdzieś pod Paryżem, ale nie wiem gdzie, bo nie chciał za dużo o tym mówić. Tam zastała go wojna. Został ranny i trafił do szpitala. Jego papiery były zniszczone i nie mogli rozczytać. Więc napisali „Pyciak vel Peciak” co oznacza, że jedno albo drugie. Jak wrócił do Polski to chciał zmienić na Peciak, ale nie pozwolili mu. I dlatego ja też byłem Janusz Gerard Pyciak-Peciak. A jak już przyjechałem do Ameryki, to miejscowi mieli problemy z pisaniem tego nazwiska. Za każdym razem musiałem literować. I po iluś latach zmieniłem w końcu na Peciak. Wróciłem do korzeni.

***

Janusz Peciak (fot. PAP) Pięciobój nowoczesny to był idealny wybór dla mnie. Grałem wcześniej w piłkę wodną, ale tam – jak w koszykówce – musisz mieć dwa metry i ważyć 130 kilogramów. To nie ja. Baron de Coubertin wymyślił sobie sport, który promowałby tak zwanego sportowca doskonałego. Wiele dyscyplin, które nie mają ze sobą wiele wspólnego. Jeden wymagający zawziętości, inny precyzji. To coś dla mnie, bo zawsze lubiłem różne sporty.

Mieszkaliśmy w centrum Warszawy, na Żurawiej 45. Ojciec był księgowym w MZK, a mama pielęgniarką w szpitalu zakaźnym przy Siennej i złotą kobietą, która chciała wszystkim pomagać. A ja byłem małym łobuzem, który spędzał dzieciństwo na podwórzu. Mieliśmy tu taką stację benzynową i robiliśmy zawody w biegach dookoła stacji benzynowej, kto wytrzyma najdłużej. Dublowani odpadali. Zresztą cały czas w coś graliśmy i zazwyczaj byłem najlepszy. A ja jeszcze rywalizowałem z bratem, Jurkiem, o 4 lata starszym. Dobrze pływał, był nawet mistrzem Warszawy, ale w pewnym momencie zacząłem wygrywać w różne gry.

Myślę, że charakter mi pomógł. Zawsze byłem zadziorny. Już z przedszkola mnie usunęli, bo walnąłem jakiegoś chłopaka klockiem w głowę. A potem z podstawówki, bo rzuciłem dzienniczkiem w nauczycielkę. Tak to było, z klasy do klasy, ze szkoły do szkoły. A jak trafiliśmy na Grenadierów, to wszystko się jakoś ułożyło. A potem energię włożyłem w pięciobój. Na nic lepszego nie mogłem wpaść.

Umówmy się, poziom w Polsce był wtedy beznadziejny. Na tyle, że po dwóch latach byłem już w kadrze narodowej. Wtedy jak ktoś z naszych wszedł do dwudziestki na mistrzostwach świata, to był wielki sukces. Nie miałem w tamtych czasach w kraju konkurencji. Mistrzostwa Polski rozgrywano o 2 miejsce. Pierwsze było zarezerwowane dla mnie. Wygrałem tytuł 8 razy. Na świecie zacząłem odnosić pierwsze sukcesy po 6, 7 latach treningu. W 1975 roku byłem drugi na zawodach w Ałmacie i to już była zapowiedź, że mogę walczyć o medal w Montrealu.

***

Janusz Peciak z żoną (fot. PAP) Ale najpierw było Monachium. I pytanie, na które nie mogę znaleźć odpowiedzi. Przyszło strzelanie. W pudełku w rządku leżało zazwyczaj 5 nabojów, po prostu je ładowałeś i strzelałeś. Działasz jak automat, ładujesz, strzelasz. Więc załadowałem, zacząłem strzelać, raz, dwa, trzy… i w pewnym momencie usłyszałem taki szczęk. Sędzia podszedł, sprawdził. Załadowałem tylko trzy, więcej nie było w pudełku. No cóż, Andras Balczo był nie do przejścia, on był w tym czasie najlepszym zawodnikiem w historii dyscypliny. Ale brązowy medal był do zdobycia. Zostały jeszcze dwie konkurencje, w których byłem najmocniejszy. Wtedy myślałem, że wszystko przepadło na zawsze, że już nigdy nie będę miał szansy na medal. Odizolowałem się i nie chciałem dwie godziny z nikim rozmawiać. Nienawidzę współczucia, to najgorsze co może być. Nigdy nic nie poprawia, tylko pogarsza sytuację. Wróciłem do wioski i chciałem się tylko spakować i wyjechać. Jak ktoś tam sięgnął po medal, to się cieszyłem i gratulowałem, ale tylko chwilę, bo zaraz dociera do ciebie, że to był twój medal, ze to tobie mieli gratulować. Potem jeszcze dwa miesiące nie mogłem spać, a jak zasypiałem, to śnił mi się ten dziwny dźwięk, który brzmiał dokładnie jak ten szczęk broni. Tyle razy myślałem, dlaczego, jak to możliwe. I nigdy nie poznałem odpowiedzi. Myślę, że stres to chyba jedyne w miarę logiczne wyjaśnienie.

***

Janusz Peciak (fot. PAP) Na szczęście moje obawy się nie potwierdziły. Cztery lata później byłem już dużo mocniejszy i do Montrealu jechałem po medal. Nie wiedziałem czy będzie złoty, ale wiedziałem, że musi być medal. Wygrałem złoto… ale co to opowiadać, chyba wszystko już o tym napisano? A to, że o 1 albo 2 w nocy do pokoju zapukał ktoś i mówi, że Marian Renke z Bolesławem Kapitanem muszą ze mną pogadać? No więc rozmawiamy, a oni wyciągają kopertę. A w niej 6 tysięcy dolarów. A wtedy ludzie średnio po 20 dolarów zarabiali. Oczywiście bez podpisu. Jak wróciłem, to sobie kupiłem samochód. Znaczy malucha. I dostałem mieszkanie. Cztery pokoje na Chomiczówce.

Nagle pięciobój stał się sportem narodowym. Jak były mistrzostwa Polski w Zielonej Górze, to chyba 100 tysięcy osób nas oglądało. Gwiazdy robią sport, taka prawda. I ja to rozumiałem. Nigdy nie obrażałem się na dziennikarzy, bo wiedziałem, że jak jest wynik, to dziennikarze zdecydują czy jesteś gwiazdą czy nie. Mogliby mnie zignorować i byłbym jakimś tam mistrzem olimpijskim. Znałem to wasze środowisko. Studiowałem z Włodkiem Szaranowiczem, kolegowałem się z wieloma dziennikarzami. Dzwonił ktoś i mówi: „słuchaj, pojedź ze mną do Pułtuska na spotkanie z młodzieżą”. No i jechałem. Dziennikarz prowadził spotkanie, ja odpowiadałem i obaj byliśmy „zarobieni”. Tyle tego było, że w końcu się zorientowałem, że nie mam kiedy trenować. Ale lubiłem zawsze dziennikarzy, bo to zabawowa grupa, nie sposób się z wami nudzić. I to też sprawiało, że byłem popularny. A efekt był taki, że dwa razy wygrałem plebiscyt najlepszego sportowca w Polsce, raz byłem drugi i dwa razy czwarty.

***

Wygrałem w 1977 i 1981, to lata gdy byłem mistrzem świata. W 1980 nie miałem szansy, bo do Moskwy na igrzyska pojechałem po zerwaniu ścięgna Achillesa, więc nie miałem co marzyć o drugim złocie olimpijskim. Kto wie, może wygrałbym za to trzy mistrzostwa świata. Do Rzymu (1982) jechałem jako kandydat do złota. Odpadłem na samym początku. Wylosowałem konia, który świetnie szedł w pierwszej rundzie, więc byłem zadowolony. Ale na rozgrzewce ten koń nagle stanął. Walę batem, a on nic. Zbyszek Pacelt, który był moim trenerem, wali go z tyłu, ale też nic. W końcu ruszył. Pierwsza przeszkoda – strąca wszystko, druga, trzecia, idzie jak czołg. Wszystko taranuje. Wiedziałem już, że dostał jakiś zastrzyk. Włosi mnie wyeliminowali, bo chcieli, żeby wygrał Daniele Masala, mój wielki konkurent. I swoje osiągnęli. Ja się wycofałem, bo już nie miałem na nic szans.

Wieczorem pakowałem się w hotelu i wtedy ktoś zapukał do drzwi. To był ksiądz. Przywitał mnie słowami: „Nie denerwuj się synu, Bóg czuwa nad tobą, są ważniejsze sprawy niż zwycięstwa”. I za chwilę znowu ktoś zapukał. Ksiądz powiedział: „Bóg jest dobry, z nieba ci dary zesłał…”. Weszli ludzie. Telewizor, buty sportowe, statuetka konia ze złota. Dostałem więcej, niż gdybym wygrał. Cena milczenia. Nie miałem wtedy stuprocentowej pewności, ale Joel Bouzou, który był wtedy zawodnikiem, a dziś jest wiceprezydentem międzynarodowej federacji, powiedział mi, że nie mógł się dostać do ubikacji, więc poszedł do boksu żeby się załatwić. I tam widział, jak jakiemuś koniowi dają zastrzyk. Myślał, że koń jest chory. Dopiero po czasie skojarzył, że to był mój koń. A 10 lat później Igor Nowikow, prezydent międzynarodowej federacji, spotkał się z Roberto Curcio, byłym prezesem federacji włoskiej, który teraz był bliski śmierci. Włoch robił taki rachunek sumienia i do wszystkiego się przyznał.

Szkoda, gdybym nie zgubił aż tak wielu punktów, to może bym Masalę złapał. Byłem w formie, w większości konkurencji byłem lepszy niż Włoch. A zwłaszcza w bieganiu. To była moja najmocniejsza strona.

***

Bal Mistrzów Sportu (fot. PAP) Pewnie dlatego, że trenowałem z Bronkiem Malinowskim, który był ojcem chrzestnym mojego syna. Ale krótko. W 1981 roku Bronek zginął. Miał tego dnia nocować u mnie w Warszawie i rano lecieć na jakieś zawody, ale nie dojechał. Zadzwoniła jego dziewczyna i powiedziała, że był straszny wypadek. To było tak, że na moście w Grudziądzu Bronek mijał jadący z naprzeciwka autobus i nagle ten zahamował. A zza autobusu wyjechał kierowca ciężarówki pełnej złomu. Nie był w stanie się już zatrzymać, nie chciał wjechać w autobus pełen ludzi. Wgniótł Bronka w barierki. To była masakra. Rozpoznali go po zegarku, z mojego wielkiego przyjaciela zostało tyle co nic.

Sam też mało nie zginąłem w wypadku. Mieliśmy jakieś spotkanie sportowców w Lublinie. Wszyscy wracali autobusem, ale Tadek Ślusarski jechał swoim audi, więc zabrałem się razem z nim. Przysnąłem. W pewnym momencie obudziłem się… Jezus Maria, co się dzieje, jakieś drzewa, to koniec… obudziłem się. Żyję. Wiszę w dół, trzymają mnie pasy. Ciekawe, nigdy wcześniej nie zapinałem pasów, a teraz zapiąłem. Pierwsza rzecz: „Tadek, żyjesz?”. „Żyję, ale nie mogę się ruszyć”. Otworzyłem drzwi z kopniaka, wydostałem się jakoś z tego samochodu, wyciągnąłem go, spojrzeliśmy na to audi… koła urwane, samochód do kasacji. Ale żyjemy. Staliśmy w tym polu jakieś trzy godziny, aż w końcu nadjechał autobus. Jak tylko dojechaliśmy do Warszawy, poszliśmy na Stare Miasto zapalić świeczki. „To tylko raz się może zdarzyć, tylko raz” – powiedziałem. Tadkowi zdarzyło się drugi raz, z Władkiem Komarem. Nie przeżył.

***

Ostatnią szansę na medal miałem w Los Angeles, ale wiadomo co się stało (w 1984 roku prawie wszystkie kraje tzw. bloku wschodniego nie wysłały reprezentacji na Letnie Igrzyska XXIII Olimpiady w rewanżu za bojkot poprzednich igrzysk w Moskwie przez większość państw demokratycznych w proteście przeciwko inwazji wojsk sowieckich na Afganistan w 1979 roku – przyp. red.). O mnie było głośno, bo powiedziałem co myślałem. Siedzieliśmy wtedy na Frascati w siedzibie PKOl. Była taka niby dyskusja, ale tylko niby, bo nikt nie protestował. No więc wtedy ja wstałem i powiedziałem, że nie jestem politykiem a zawodnikiem. Przygotowywałem się 4 lata do tego występu, a teraz mamy zbojkotować igrzyska? Mówiłem, że jeśli zbojkotuję, to w historii nikogo nie będzie to obchodziło. Historia pamięta tylko zwycięzców. Nagle zapadła cisza. Paru trenerów zaczęło mówić, że „Janusz działa emocjonalnie i niepotrzebnie się unosi”. I w końcu Irena Szewińska powiedziała: „Ja rozumiem Janusza, też jestem zawodniczką i myślę tak jak on”. Nie powiem, zaskoczyło mnie to że akurat ona powiedziała, a wszyscy patrzyli w podłogę. A że było tam sporo zachodnich dziennikarzy, to tego samego wieczora NBC puściło moją wypowiedź. Miałem pełno telefonów od Polaków z USA z pytaniem, czy mnie już zamknęli. Ale mnie nie zamknęli.

Trzy dni później zadzwonił Marian Renke, żebym przyjechał do Ministerstwa Sportu. Przywitaliśmy się, a on mówi: „Słuchaj Janusz, zgadzam się, że to jest straszne, ale nie mam wyboru. My bojkotować nie chcemy, to zarządzenie z Moskwy”. I w końcu pyta mnie, czy nie chcę zostać wiceprezesem PKOl. Okazało się, że środowiska polonijne zagroziły, że wycofają dotacje dla sportowców. A to było 80 procent pieniędzy, które miał wtedy PKOl. No więc się zgodziłem. A rok później wygrałem konkurs na trenera kadry narodowej Stanów Zjednoczonych. Przydał się język angielski, którego uczyłem się u metodystów.

Poprosiłem Mariana Renkego o zgodę na wyjazd i nie robił problemów. Zawsze był dobry dla sportowców, pozwalał wyjeżdżać, zarabiać. Dlatego wszyscy szli mu na rękę, bo bali się, że jakiegoś rzeźnika za niego wstawią. Malowanym wiceprezesem byłem jeszcze dwa lata po wyjeździe.

Nigdy nie chciałem uciekać z Polski, ale wyjechać, to co innego. Ameryka, to było coś. Kochaliśmy Amerykę. To była fascynacja. Wolność, hippisi, muzyka, książki Faulknera. No raj po prostu. I jak tam pojechałem na stałe, to okazało się, że ten kraj jest dokładnie taki, jak sobie wyobrażałem.

Dodaj komentarz

Arogant numer 10,5

Ten tekst powstał na początku 2012 roku do zeszytów „11 wspaniałych” Przeglądu Sportowego. Było sporo telefonów,siedzenia w holenderskich archiwach itd. Dziś Wesley Sneijder powoli odchodzi w niepamięć, dogrywa karierę w Turcji.W kadrze era Robbena, Van Persiego i Sneidera dobiega końca, Holandia się zmieni. Pewne jest, że Wesley Sneider był jednym z najlepiej wyszkolonych technicznie i najlepiej podających piłkarzy naszych czasów. Końcówka tekstu trochę się zdezaktualizowała. Uwaga! Jest dość długi.

Arogant numer 10,5

Holendrów obcokrajowcy nazywają arogantami. Amsterdamczyków Holendrzy nazywają arogantami. Sneijdera Amsterdamczycy nazywają arogantem.

***
Urodził się z pewnością siebie. I nigdy nie miał problemu z odpowiedzią na pytanie – kto jest najlepszy. Podczas turnieju ulicznej piłki dla sześcio- i siedmiolatków nie chciał nikomu oddać piłki bo wiedział, że on sam zadecyduje o zwycięstwie drużyny. A przecież był znacznie młodszy od kolegów. Miał wtedy dopiero cztery lata i nie umiał jeszcze dobrze mówić. Jeśli ktoś obecny na tym turnieju myślał, że z czasem minie, to nic z tego. Jeszcze jako młody chłopak nie mógł dogadać się z trenerem Ronaldem Koemanem. W jednym meczu nie zgodził się z decyzją trenera i pokazał mu środkowy palec. Od tego momentu zaczęto mówić, że po raz pierwszy od czasów Johana Cruyffa w Holandii urodził się piłkarz tak mały i z tak „wielką gębą”.
– Tak, jest arogancki. Zawsze taki był. Ostry dla innych. Siebie uważał za najlepszego. Jest fanatykiem, nie może znieść porażki – przyznał Barry Sneijder, ojciec piłkarza w rozmowie z dziennikiem Volkskrant.

Pewnie dlatego 11 lipca 2010 roku leżał na ziemi na stadionie w Johannesburgu, bez ruchu, wpatrzony tępo w jakiś niezidentyfikowany punkt na niebie. 700 milionów widzów na całym świecie zobaczyło go płaczącego.
– Mogliśmy być nieśmiertelni. Ból rośnie każdego dnia. Nie możesz przestać o tym myśleć. Bo tak naprawdę ile meczów w ciągu roku lepsza drużyna przegrywa. Uczucie gdy bierzesz puchar w rękę jest trudne do opisania. Ja mogłem jedynie przejść obok, nawet nie mogłem go dotknąć. To też trudno opisać – skomentował to kilka miesięcy później.
Ale czy naprawdę przegrał? W Holandii przyjęto bo jak bohatera, podobnie jak jego kolegów. Przecież wszedł na szczyt, w ciągu tych kilku miesięcy osiągnął tyle ile nikt przed nim. Był mózgiem Interu, który wygrał Ligę Mistrzów, to właśnie jego bramki i zagrania utorowały drużynie Jose Mourinho drogę do najważniejszego klubowego trofeum świata. Kibice wybrali go nawet najlepszym zawodnikiem finału, mimo że to Diego Milito strzelił dwie bramki, doszedł do finału Mistrzostw Świata, zdobył tytuł króla strzelców mundialu, w czterech z siedmiu meczów był wybierany najlepszym piłkarzem, w całym turnieju tylko Diego Forlana uznano lepszym zawodnikiem. Stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy świata. Czy to wszystko się nie liczy? Jak również i to, że zaledwie tydzień po mundialu wziął ślub z jedną z najpiękniejszych kobiet Holandii?

***
Mafiosi kradną piłki i nie zamierzają przestać. Dlatego komisarz wzywa na pomoc Czarną Mambę, jedynego człowieka, który jest w stanie stoczyć pojedynek z zabójcą mafii. Komisarzem jest Giampaolo Pazzini, Czarną Mambą Kobe Bryant zaś zabójcą mafii, najczarniejszym z charakterów, Wesley Sneijder. To scenariusz reklamy Nike, producenta sprzętu sportowego. Sneijder mógł bez problemów zagrać złego, bo wiedział że ten ciemny okres ma już za sobą. Już nie był Whiskey Sneijderem, obieżybarem z Madrytu. Wszystko za sprawą Yolanthe Cabau van Kasbergen, aktorki i prezenterki telewizyjnej, oddanej kościołowi. Czego się nie robi dla pięknej kobiety, a przecież Yoalnthe uchodzi za jedną z najlepszych partii w Holandii. Prowadzi własny talk show w jednym z kanałów telewizyjnych. Magazyn FHM trzykrotnie uznawał ją za najbardziej seksowną kobietą Holandii. Związek ten odmienił piłkarza. Zupełnie zmienił podejście do życia, co przełożyło się na jego karierę. Może nawet dzięki temu stał się zawodnikiem fenomenalnym, bo przecież wcześniej miał ledwie na takiego zadatki.

***
Matka Sneijdera, Sylvia, mówi że od siódmego roku życia był przekonany że zostanie zawodowym piłkarzem, choć już „jako czterolatek zaczął kopać piłkę i nie widział poza nią świata”. Było to w roku 1988. Ojciec Wesleya, Barry, zabrał go, by obejrzeć powrót mistrzów Europy. To był ten moment, gdy Wes zapragnął być po tej drugiej stronie, nie stać w tłumie, ale być podziwianym przez tłum. Być jednym z nich. Marco Van Basten, Ruud Gullit, Frank Raijkaard, Hans Van Breukelen i reszta wylądowali w Eindhoven i przemierzyli cały kraj. Na drodze witał ich ponad milion mieszkańców Holandii. To było zwieńczenie największej imprezy w powojennej historii kraju. Zaczęło się po wygranym półfinale z Niemcami, na ulice wyszło wtedy 9 milionów osób.
– Pamiętam jeszcze, że staliśmy wzdłuż autostrady. Miałem na głowie pomarańczową czapeczkę i machałem do piłkarzy – przypominał sobie po latach zawodnik.
Ojciec Wesleya, Barry postanowił że będzie wspierał go w realizowaniu pasji. Podobnie jak starszego z braci, Jeffreya oraz Rodneya, który urodził się w 1991. Rodzice uważają, że największy talent miał Jeffrey, również był w szkółce Ajaksu, tyle że przepadł przez kontuzje. Sam Barry również grał w piłkę, ale zakończył w wieku lat 14.
– Nigdy nie mogłem realizować swojego marzenia, ojciec mi zabraniał. Nie miałem nic do powiedzenia w tej sprawie. I właśnie przez to doświadczenie zadecydowałem, że swoim dzieciom nigdy czegoś takiego nie zrobię – zapewnia Sneijder senior.
Być może jego z kolei ojciec, Benny Sneijder, uznał że gra w piłkę nie ma sensu, bo nie da przyszłości. Sam był zawodnikiem Veloxu Utrecht. Grał nawet w jednym składzie z Wimem Van Hanegemem, wicemistrzem świata z 1974 roku, ale w przeciwieństwie do swojego kolegi nic w
futbolu nie wskórał.
Mały Wes miał na tyle talentu, że jako siedmiolatek trafił do szkółki Ajaksu, dzięki czemu wskoczył o poziom wyżej. Skaut najpotężniejszego klubu w Holandii wypatrzyl go podczas turnieju dla małych piłkarzy z tzw. kategorii F1, w Zaanstadt, gdzie brał udział ze swoim zespołem DOS Utrecht. Poprosił ojca małego piłkarza, by 5 dni później przyjechali na odbywający się w Amsterdamie przegląd talentów.
1 maja 1992 to ważna data w jego życiu. Do domu w Ondiep, robotniczej dzielnicy położonej w północno-wschodniej części Utrechtu przyszedł list z Amsterdamu. Podpisał go osobiście Louis Van Gaal. Mały Wes został przyjęty do klubu. Od tej pory wszystko w domu zostało podporządkowane jemu a później też jego braciom. Ojciec zawodnika codziennie woził go na treningi, jeździł na wszystkie mecze.
Dla dzieci Barry i Sylvia Sneijderowie poświęcili sporo i dziś, gdy się udało, chętnie o tym mówią.
Rodzina Sneijderów nie zaliczała się w tym czasie nawet do klasy średniej. Ojciec był mechanikiem w parkach wodnych, ale zrezygnował z tej pracy, bo zbyt wiele czasu spędzał poza domem. Chciał być z synami, dlatego zamienił pracę na nocne zlecenia z agencji pośrednictwa pracy, a w ciągu dnia wychowywał swoich młodych piłkarzy.
Matka dorabiała sprzątając domy w Utrechcie, zaś w weekendy pracowała do późnego wieczora w jednej z miejscowych dyskotek. Gdy przychodziła zima jeździli oblodzonym samochodem z zepsutym ogrzewaniem na treningi do Amsterdamu i z powrotem. Obowiązkowo w rękawiczkach.
– Gdy mieliśmy ostatnie 10 guldenów po prostu laliśmy je do baku, bo chłopcy musieli iść na trening. Nie można dzieciom zabronić spełniać się. Rolą rodziców jest pomóc dzieciom w rozwijaniu talentów. Gdyby Wesley chciał zostać pianistą, kupilibyśmy mu fortepian, nawet gdyby
nie było nas na niego stać – mówi ojciec zawodnika.
Wesley odpowiedział na to poświęcenie. Niezwykła była świadomość w tym chłopcu, skoro dobrowolnie zrezygnował z kontaktów z kolegami, niemal się od nich odizolował, a po latach wspominał, że nawet nie miał czasu na urodzinowe przyjęcia czy choćby rodzinny obiad, dlatego posiłki przygotowane przez rodziców spożywał w samochodzie w drodze z Utrechtu do Amsterdamu.
Wesley miał ogromny talent, ale już jako chłopiec wiedział, że to za mało, że ten dar od natury jest jedynie handicapem w porównaniu z kolegami. Jego trenerzy, Patrick Ladru w najmłodszej grupie, a potem Jan Olde Riekerink uparli się, że mały Wesley będzie zawodnikiem obunożnym i nakazali traktować słabszą nogę jako lepszą. Oprócz tego, każdego wieczoru, dwie godziny przed snem, mały piłkarz odbijał piłkę. Raz prawą, raz lewą nogą. To pokazuje skalę jego determinacji.
Może dlatego nie ma dziś w świecie futbolu wielu zawodników którym bardziej należało się miano dwunożnego niż jemu. Nawet najlepsi piłkarze zazwyczaj preferują jedną z nóg, starają się uderzać czy dośrodkowywać z tej mocniejszej. Dla Sneijdera, o czym mówi z zadowoleniem, nie ma znaczenia czy gra lewą czy prawą nogą. Nawet przy stałych fragmentach gry, różnych wolnych, czy swoich znakomitych strzałach z dystansu. Podejmuje decyzję w mgnieniu oka i rywal ma 50 procent szans na to, że odgadnie zamiar Holendra. To jeden z powodów, dla których jest tak
nieprzewidywalny i co za tym idzie, tak niebezpieczny.
– U Riekerinka każdy trening kończyłem serią 30- i 40- metrowych przerzutów i serią uderzeń z dystansu, a potem wyciągaliśmy z tego wnioski – opowiada.

***
Profesjonalny kontrakt podpisał w wieku lat 16. Za zarobione pieniądze kupił rodzicom samochód. Nowiutki, z działającym ogrzewaniem. Sneijder został zawodnikiem młodzieżowej drużyny Ajaksu prowadzonej przez Danny’ego Blinda. Wstępną edukację należało uznać za zakończoną z wynikiem celującym.
– Wesley jest produktem kompletnym szkółki Ajaksu – mówi Chris Tempelman, dziennikarz Voetbal International.
O Snejderze mówi się, że jest najbardziej holenderskim z piłkarzy. Właśnie taki ma być piłkarz wychodzący z tutejszej akademii De Toekomst. Słowo to oznacza „przyszłość”. Miejsce jest idealne dla rozwoju piłkarza. Amsterdam uchodzi przecież za światowe centrum kreatywności i wolności. I tak samo jest w akademii piłkarskiej. W Ajaksie ceni się zawodników technicznych, z wolą zwycięstwa, twórczych, wyprzedzających myślami rywala. Nie ma miejsca na tak charakterystyczne dla nas i innych krajów Europy wschodniej stawianie na piłkarzy silnych fizycznie, ale ograniczonych jeśli chodzi o futbolowy intelekt. Przecież w tej alternatywnej wschodnioeuropejskiej rzeczywistości Sneijdertje czyli Mały Sneijder, jak nazywano go w Holandii, miałby problem z przebiciem. Przynajmniej w czasach gdy zaczynał i gdy światem futbolu nie rządziło jeszcze hasło ,,Małe jest piękne”. Sneijder jest znakomitym odzwierciedleniem projektu TIPS, którego nazwa do skrót od pierwszych liter holenderskich wyrazów oznaczających: technikę, wizję, osobowość i szybkość.
Jeszcze w seniorach nadano mu drugi pseudonim – nieco złośliwy – „smurf”, ze względu na dość skromny wzrost. Tyle, że w Ajaksie umysł ceni się ponad wszystko. I wspomnianą szybkość, bo te dwie cechy przecież zazwyczaj idą w parze.
Nie szybkość jako zdolność jedynie do bezmyślnego poruszania się z piłką, ale umiejętność podejmowania błyskawicznych decyzji, dokonywania właściwego wyboru.
Rok 2000 był dla Sneijdera przełomowy nie tylko dlatego że podpisał umowę. Również wtedy rozgrywał swoje pierwsze mecze w młodzieżowych reprezentacjach Holandii.
Kolejny przełom, znacznie poważniejszy, nastąpił w 2003. Sneijder wszedł do dorosłego futbolu i z miejsca zasygnalizował, że nie ma czasu do stracenia.

***
– Czy było już w telegazecie? – rzucił od progu.
– Ale co takiego? – zapytała matka.
– Dostałem powołanie! – niemal wykrzyczał.
Miał prawo być oszołomiony, ale była to konsekwencja jego tytanicznej pracy. Dowód, że wszystko to co robił miało sens. Był to 25. kwietnia. 5 dni później Holandia grała towarzyski mecz z Portugalią. Selekcjoner postawił na dwóch nowych piłkarzy. Właśnie 18-letniego Sneijdera i 22-letniego Dirka Kuyta z Feyenoordu. Algemeen Dagblad napisał wtedy, że „powołanie Sneijdera należy uznać za zadziwiające. Przecież dopiero co zadebiutował w Eredivisie. Wątpliwe by było wielu piłkarzy, którzy mieli szybszy start do kariery. Faktem jest, że ma on zadziwiającą umiejętność gry obiema nogami oraz jest piłkarzem grającym bardzo atrakcyjnie. Może nie tak dojrzale jak Van der Vaart, ale na pewno wzbudza swoimi zagraniami zainteresowanie”.
– To młodzi obiecujący piłkarze, którzy wyróżniają się w lidze. Zasłużyli na powołanie grą w klubach. Mogą być przykładem dla innych – tłumaczył Advocaat.
Faktycznie był to start absolutnie zadziwiający. Przecież w grudniu 2002 roku, w związku z kontuzjami i kartkami, usiadł po raz pierwszy na ławce rezerwowych pierwszego zespołu Ajaksu, ale zadebiutował dopiero w lutym 2003 roku w meczu z Willem II Tillburg. Polecił go Danny Blind, który wtedy prowadził młodzieżowy zespół Ajaksu. To właśnie Blinda Sneijder nazywał wtedy najważniejszym trenerem w swoim życiu, tego który go ukształtował jako piłkarza. Wielokrotnie wystawiał go na pozycji defensywnego pomocnika, dzięki czemu ten znacznie poprawił się w odbiorze piłki, co w dzisiejszym futbolu jest przecież tak istotnym elementem gry.
– Wesley był niesamowity, zachowywał się, jakby był w drużynie od lat – chwalił Sneijdera po debiucie jego kolega z drużyny Zlatan Ibrahimović.
– Od razu wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z chłopcem, który może stać się wielkim piłkarzem – mówi Leo Beenhakker, ówczesny dyrektor sportowy Ajaksu.
– Sneijder był idealnym produktem naszej akademii, dokładnie takim zawodnikiem jakiego chciał wychować Ajax. Od pierwszego meczu jego zachowanie było bardzo dojrzałe. Wiedział, czego potrzebuje drużyna w konkretnym momencie meczu. Kiedy należy przyspieszyć, kiedy zwolnić.
Był niezwykle mądrym piłkarzem, wiedzieliśmy że mamy do czynienia z zawodnikiem, który może
znaleźć się na szczycie świata – twierdzi były selekcjoner reprezentacji Polski.
Dodaje, że sukces był do Sneijdera naturalnie przypisany. – Nigdy nie wiesz jak młody zawodnik zareaguje w zetknięciu z dorosłą piłką. Nie chodzi tylko o różnicę gry, ale o otoczenie. Nagle zaczynają pojawiać się historie w prasie, każdy chce mieć lepszą. W tym samym momencie dookoła ciebie pojawiają się tak zwani przyjaciele, każdy chce być blisko, dotknąć sławy, każdy powtarza ci, że jesteś najlepszy. Wtedy musisz okazać charakter. I Wesley to miał. Selekcjonował znajomych, potrafił powiedzieć „nie”. Zresztą był totalnie zafascynowany piłką, to było dla niego najważniejsze. I do tego miał mocny charakter, charakter zwycięzcy. Dlatego nie baliśmy się o niego – zapewnia Don Leo.
Zrozumiałe, że Sneijdera trudno było kupić powiedzeniem: „Jesteś najlepszy”. On to już wiedział. Jeszcze 28. marca debiutował w kadrze narodowej do lat 18 w meczu z rówieśnikami z Czech. Selekcjoner dorosłej reprezentacji, Dick Advocaat uznał, że nie ma sensu dłużej czekać i dał mu szansę w meczu z Portugalią. Wesley zaimponował Advocaatowi, bo w ciągu zaledwie tygodnia, od 13 do 19 kwietnia, w dwóch meczach strzelił w lidze dwie bramki i zaliczył asystę. Mógł też się podobać kilka dni później w meczu ćwierćfinału Ligi Mistrzów z Milanem.

***
Zadebiutował w meczu z Portugalią, zmienił po przerwie Philipa Cocu. Miał dokładnie 18 lat i 325 dni. Potem był jeszcze mecz z Mołdawią, w którym strzelił swoją pierwszą bramkę i w końcu baraż o prawo gry w EURO 2004 ze Szkocją. W pierwszym meczu Szkoci wygrali 1:0, rewanż był
więc najważniejszym spotkaniem w kadencji Advocaata. I fakt, że w tym momencie nie bał się wystawić w pierwszym składzie 18-latka, zaś na ławce posadził m.in. Clarence’a Seedorfa, dowodził jego wielkości ale i niezwykłego wyczucia. To pomocnik Ajaksu strzelił pierwszego gola i wyrównał stan rywalizacji, a potem dorzucił jeszcze trzy asysty. Na własnym stadionie, amsterdamskiej Arenie, w obecności 51 tysięcy widzów, przyćmił wszystko co działo się w
tym czasie na europejskich stadionach.

– Wesley jest jednym z tych piłkarzy, którzy mogą przyspieszyć niesamowicie grę. Ten dzieciak wymaga, żeby dac mu piłkę i on wie, co z nią zrobić – triumfował Advocaat.
Następnego dnia znalazł się na czołówkach gazet: „Szkocja pogrzebana przez małego mistrza” (Brabants Dagblad), ,,Sneijder-show: tak się kopie piłkę” (De Gelderlander), „Mały człowiek z Utrechtu jest dumą całej Holandii” (Algemeen Dagblad)

***
W Ajaksie problemem było w tym czasie pogodzenie go ze starszym o kilkanaście miesięcy Rafaelem Van der Vaartem. Ronald Koeman uważał, że nie jest w stanie wystawić w środku pola dwóch piłkarzy o podobnej charakterystyce, dlatego jeden z nich musiał grać na innej pozycji, zazwyczaj lewej pomocy, lub zaczynać na ławce. Obaj zawodnicy byli innego zdania niż szkoleniowiec, bo przecież grywali razem w kadrze narodowej i szło im dobrze. Obaj skłócili się z trenerem, ale to Sneijder był tym, który przekroczył granicę dobrego smaku. Zaczęło się od meczu z Volendam, w październiku 2003 roku, gdzie Koeman posadził go na ławce. Po spotkaniu jako jedyny nie podszedł do fanów, żeby się z nimi przywitać. Po prostu spakował rzeczy i pojechał do domu. Potem publicznie musiał się ukorzyć. Wreszcie w sierpniu 2004 roku w meczu o Tarczę Johana Cruyffa, czyli Superpuchar Holandii, Sneijder wybuchnął raz jeszcze. Koeman posadził go na ławce rezerwowych i wpuścił na boisko dopiero w 2. połowie. Dziesięć minut przed końcem spotkania piłkarz strzelił bramkę, odwrócił się w stronę Koemana i pokazał mu środkowy palec. Prasa miała o czym pisać, a niewzruszony Koeman w następnym meczu ligowym po raz kolejny wpuścił Sneijdera dopiero w 2. połowie.
Ostatecznie rozsądek zwyciężył i przez kilka miesięcy, aż do zwolnienia Koemana, Sneijder grał regularnie w pierwszym składzie. Zazwyczaj razem z Van der Vaartem, wówczas kapitanem. Ten drugi ostatecznie musiał opuścić klub. Poszedł do Hamburga. W prasie podawano różne powody, od konfliktu ze Zlatanem Ibrahimoviciem, poprzez nieporozumienia z zarządem, aż do nadwagi.
Sam Van der Vaart widział to inaczej. Na jego oficjalnej stronie internetowej, możemy przeczytać, że „Rafael miał przyszłość u swoich stóp, był ogromnym talentem, kapitanem drużyny, przyszłością
holenderskiego futbolu. Ale potem przyszedł cios. Van der Vaart zmierzył się z Wesleyem Sneijderem, co było konfrontacją dwóch różnych stylów. Rzeczywistość okazała się brutalna i dwunożny Wesley zabił czysty talent Rafaela. Piłkarza oskarżono o nadwagę i musiał uciekać w
transfer do Hamburga”.
Obaj piłkarze bardzo się lubią, to z punktu widzenia kolorowej prasy są naturalnymi rywalami, dlatego porównywano ich wielokrotnie. Obaj mieli być Beckhamami Holandii, oczywiście ze względu na żony. Z jednej strony Sylvie van der Vaart, z drugiej Yolanthe Cabau von Kasbergen.
Trudno rozstrzygnąć ten konkurs piękności.
Obie prowadzą swoje programy telewizyjne, Yolanthe w Holandii, a Sylvie w Niemczech i w powszechnej opinii, to żona Van der Vaarta spisuje się lepiej przed kamerą, jest bardziej rzeczowa, a mniej efekciarska. Choć to oczywiście kwestia gustu.
Yoalnthe gości największe gwiazdy światowej rozrywki, choć Holendrzy patrzą na te programy i poziom zadawanych przez piękną żonę piłkarza z przymrużeniem oka. Podobnie jak na seriale z jej udziałem. Jest jednak bohaterką dzielnic robotniczych.
To córka hiszpańskiego biznesmena Xaviera Cabau, zwanego królem Ibizy oraz Holenderki Rici Van Kasbregnen. związała się ze Sneijderem w 2009 roku. Wcześniej była dziewczyną Jana Smita, najpopularniejszego piosenkarza w Holandii, sprzedającego miliony płyt z bazarowymi przebojami. A skoro zamieniła go na najlepszego piłkarza kraju doczekała się nawet złośliwego przydomku ,,Poławiaczka Złota”. Związek ten okazał się złotym rozwiązaniem dla obu stron. Ona stała się bardziej rozpoznawalna niż kiedykolwiek wcześniej, on zażegnał kryzys.
W przeciwieństwie do telewizji na boisku można przeprowadzić weryfikację na podstawie wyników i choć Van der Vaart jest bardziej lubiany przez kibiców, to jednak pod względem osiągnięć Wesley zostawia swojego kolegę i rywala w tyle, choć to Van der Vaart zapowiadał się lepiej. Już jako 17-latek dostał Nagrodę Johana Cruyffa dla najbardziej utalentowanego piłkarza Holandii. Sneijder również ją otrzymał, ale miał wtedy 20 lat.

– W grze Sneijdera mieszają się jakość, inteligencja i regularność występów. Choć jest młodym chłopakiem, gra z mądrością weterana – skomentował patron nagrody, największy holenderski piłkarz wszech czasów. Ale nie zmienia to faktu, że przez lata Sneijder nie był takim bohaterem narodowym jakby sobie to wyobrażał. To ze względu na specyfikę holenderskiego społeczeństwa. Holendrzy lubią ludzi normalnych, sąsiadów z domu obok, z którymi bez zażenowania można porozmawiać o codziennych problemach, zaś Sneijderowi jest daleko od tak pojmowanej normalności. Jest wysoko noszącym głowę celebrytą, co w kraju tulipanów niekoniecznie jest mile widziane.
– Hej, Piet, ile zarabiasz? – zapytał kiedyś podczas zgrupowania kadry narodowej Pieta Velthuizena.
– 400 tysięcy euro rocznie – odparł uśmiechnięty bramkarz Vitesse Arnhem.
– Czy to nie jest śmieszne? To, że ja zarabiam 20 razy tyle co ty? – skontrował zadowolony Sneijder.
Ta historia przytaczana ochoczo przez prasę została oprotestowana przez piłkarza. Wesley zapewniał, że były to jedynie żarty i obaj zawodnicy śmiali się z tego. Pewnie nie tylko u większości Holendrów ale i większość ludzi w ogóle miałby problem z wywołaniem choćby uśmiechu. Według Holendrów dowcip ten jest jednak typowo sneijderowskim. Było to już w czasie gdy Wesley został piłkarzem Realu Madryt.

***

„Czy to nowy Zidane?” – głosił tytuł w Marce, gdy zawodnik podpisał kontrakt z Królewskimi. Były reprezentant Hiszpanii Juanfran, który miał okazje przez sezon grać ze Sneijderem w Ajaksie powiedział, z kolei, że „to najlepszy piłkarz jakiego Real miał od czasów Alfredo Di Stefano”. Sneijder miał za sobą doskonały sezon w barwach Ajaksu, sam mówił że był to kolejny przełom w jego karierze, czas gdy nauczył się przede wszystkim podejmować właściwe decyzje.
– Miałem 23 lata i pojąłem, że najważniejsza w futbolu jest inteligencja. Gdy miałem 21 lat byłem silny i zdrowy, ale nie miałem mądrości by słuchać swojego ciała i wiedzieć na co mogę sobie pozwolić a na co nie – mówił.
Silny opór stawiał Predrag Mijatović, dyrektor do spraw piłki nożnej, ale ostatecznie jego opór przełamał Miguel Angel Portugal, w tym czasie dyrektor techniczny. Latem 2007 roku Sneijder przeszedł za 27 milionów do najbardziej utytułowanego klubu świata, stając się najdroższym piłkarzem w historii Ajaksu.
23-latek dostał koszulkę z numerem 23. Odziedziczył ją po Davidzie Beckhamie, starszym o osiem lat nieco przebrzmiałym już królu asyst i kolorowych magazynów, który podpisał lukratywny kontrakt z Los Angeles Galaxy.
Dla młodego piłkarza było to spotkanie z innym światem.
– To zderzenie z Hiszpanią było niezwykłe. Gdy wchodzisz do klubu, drzwi otwierają policjanci. Wygląda to, jakbyś wchodził na ceremonię wręczenia Oscarów. Przed hotelem stoją barierki, a na ulicach ludzie, którzy nawet go nie znają, chodzą w jego koszulkach. Szaleństwo – ekscytował się ojciec zawodnika.
Sylvia Sneijder nie była już taka pewna. W rozmowach z dziennikarzami wyrażała obawy, jak poradzi sobie w nowym otoczeniu, z daleka od domu.
Początkowo te obawy wydawały się nieuzasadnione. Nie był już synkiem mamusi. Przecież w czerwcu 2005 roku ożenił się po raz pierwszy, z miłością z dawnych czasów Ramoną Seekstrą, a rok później, we wrześniu, przyszedł na świat ich syn Jessy. Poza tym Wesley grał i to bardzo
dobrze. Sezon 2007/08 zaczął w imponującym stylu. Już w debiucie strzelił bramkę, która dała „Królewskim” wygraną w derbach z Atletico. W sumie w trzech pierwszych meczach strzelił 4 bramki i zaliczył asystę. Dwa gole wbił Villareal, późniejszemu wicemistrzowi Hiszpanii. Również w drugiej rundzie strzelił bramkę, która zadecydowała o wygranej z Villareal, więc jego debiutancki sezon można było uznać za udany.
Potwierdził to zresztą zarząd klubu oddając Van der Vaartowi koszulkę z numerem 23, zaś Sneijderowi „dziesiątkę” po Robinho. Najważniejszy numer w klubie marzeń oznaczał spełnienie ostateczne. Może za szybko, bo potem mogło być i było, już tylko gorzej.
Zaczęło się od tego, że Wesley doznał poważnej kontuzji. 3 sierpnia podczas przedsezonowego meczu towarzyskiego zderzył się z Abou Diabym.
Podejrzewano nawet naderwanie więzadeł krzyżowych i w optymistycznej wersji miał wrócić na boisko po trzech miesiącach. Ostatecznie wrócił już w październiku, ale długo nie był w stanie gra tak jak dawniej.
Gdy został skreślony z listy piłkarzy nie ukrywał żalu do klubu, który opuścił go w najtrudniejszym momencie. Gazety pisały nawet, że cierpi na lęki i chodzi na seanse terapeutyczne do psychiatry, choć jeszcze rok wcześniej po słabszym okresie zapewniał dziennikarzy „Marki”, że nie potrzebuje nawet psychologa.
Sam fundował sobie dodatkową terapię. Tajemnicą poliszynela było, że wraz z Roystonem Drenthe i czasem Van der Vaartem, przemierzyli szlak barów i klubów nocnych w Madrycie w tempie szybszym niż ktokolwiek przed nimi. Wiadomo, że pierwszym do kieliszka był Drenthe, który nawet spowodował wypadek prowadząc w nocy samochód pod wpływem alkoholu.
Jednak to małemu rozgrywającemu z Utrechtu jeden z felietonistów Marki nadał pseudonim „Whiskey Sneijder”. I przylgnęło to do niego na wiele miesięcy. Nie walczył z tym, zresztą zdarzało mu się przyjeżdżać do Valdebebas, gdzie mieści się ośrodek treningowy Realu, bez spania. Dodatkowo zawodnik upodobał sobie budki z fast foodem. Dopiero pod koniec sezonu wrócił do wysokiej formy, znowu był ważnym ogniwem zespołu.
– Wesley, bardzo się poprawiłeś, co się stało? – zapytał dziennikarz podczas konferencji prasowej.
– No cóż, znacznie mniej wychodzę na miasto niż wcześniej – odpowiedział piłkarz.
Nie robił tajemnicy z tego, że miał problem. Tłumaczył, że słabsza gra to wynik nie tylko kontuzji, ale też problemów osobistych. Jego była już żona, Ramona, według tego co mówił, izolowała go od syna. Zabrała Jessy’ego i wyjechała do Amsterdamu. W lutym 2009 roku oficjalnie ogłoszono, że dojdzie do rozwodu.
– Kiedy jesteś w obcym miejscu, masz pełno koszmarnych myśli, musisz uciec. Ja uciekałem na imprezy. Właściwie cały czas byłem na imprezach. Bo co miałem robić? Dopiero potem spotkałem kobietę, z którą sporo rozmawiałem i która mi pomogła – przyznał.
– Nie przeszkadzała mi krytyka, bo była zasłużona. Przecież chodziłem po klubach nocnych. Jednak któregoś dnia wstałem i zadałem sobie pytanie: „Wesley, co robisz. Umiesz grać, jesteś w najlepszym klubie świata. Co robisz?”. I skończyłem z tym – zapewnił.
Występy w ostatnich kolejkach upewniły go w tym, że Madryt jest znowu jego miejscem.
Był przekonany, że zostanie w Realu, ale szefowie klubu byli innego zdania. Do Realu przyszedł nowy prezydent. Ramona Calderona zastąpił Florentino Perez i postanowił zrobić przestrzeń dla nowych gwiazd. Tylko Kaka i Cristiano Ronaldo kosztowali 140 milionów funtów.
„Nie ma w klubie miejsca dla zawodników ze zbyt wysokimi kontraktami i równie wysokim ego” – napisała jedna z gazet.
W tym konkretnym cytacie chodziło o Sneijdera choć odejść musieli też jego koledzy z reprezentacji – Arjen Robben został zawodnikiem Bayernu, a Klas Jan Huntelaar Milanu. Wesleya zaczęto traktować gorzej niż powietrze. Gorzej, bo w kryzysowych momentach powietrze się oszczędza, dla Wesleya nie przewidziano nawet takiego słowa.
– Najtrudniejszy moment nadszedł, gdy kazano mi trenować na bocznym boisku, zostałem odseparowany od reszty zespołu. Czułem się, jakbym był w więzieniu. Zaakceptowałem to, że muszę odejść, choć było to dla mnie bardzo bolesne – przyznał w wywiadzie dla dziennika As.
Opierał się, ale powiedziano mu wprost: „Odchodzisz, albo będziesz siedział na ławce rezerwowych”.
Dziennikarze sugerowali jednak dość dobitnie, że naprawdę chodzi o politykę. Sneijder był postrzegany jako gwiazda Calderona i w razie, gdyby znowu okazał się ważnym graczem, to poprzedniemu prezydentowi przypisano by zasługi. Nowe gwiazdy, które kształtowały obraz Realu
musiały być sprowadzone tylko i wyłącznie przez Pereza.
Gdy pogodził się z nieuchronnym, uporządkował swoje sprawy.
– Mam dużo dobrych wspomnień, ale i świadomość, że straciłem rok kariery – skomentował. Może dlatego nie żałował, że rok wcześniej odradził najmłodszemu z braci, Rodneyowi przejście do Realu. Teraz prawnicy Wesleya musieli sporo namęczyć się ze swoimi odpowiednikami z Madrytu w sprawie rozwiązania kontraktu. W końcu odszedł do Interu Mediolan, zaś z żoną rozstał się w zgodzie. Kosztowało go to 6 milionów euro. Związał się z kobietą, która wcześniej mu pomogła. Była to Yolanthe, dziś żona piłkarza. Po raz pierwszy świat usłyszał o nich pod koniec sezonu, w maju. Sneijder z powodu kartek nie grał z Villareal. Kamera na jednym z parkingów uchwyciła ich jak się całują. Jeszcze tego samego dnia zdjęcie sprzedano do kolorówek. Faktycznie spotykali się już od jakiegoś czasu. Od początku miała na niego dobry wpływ, bo przecież sam jej widok spowodował, że znowu przejął inicjatywę. To on zdobył jej numer telefonu i pierwszy wysłał wiadomość. Odpisała i wkrótce zaczęli się spotykać.

***

Pobrali się tydzień po finale mistrzostw świata w Republice Południowej Afryki. Miał czas by dojść do siebie. Ślub, który odbył się w obecności 250 zaproszonych gości, w Castelnuovo Berardenga, uroczej miejscowości pod Sieną, to zwieńczenie fantastycznego sezonu, najlepszego w jego karierze. A przecież było to zaledwie rok po tym, jak włóczył się po barach Madrytu. Znów wykazał się niezwykła determinacją. Teraz przyjął za nową partnerką i kolegą z zespołu Javierem Zanettim wiarę katolicką. Uroczystość odbyła się przed mundialem w RPA w Appiano Gentile, miasteczku w którym znajduje się ośrodek treningowym Interu. Teraz Wesley przed meczami modli się w garderobie.
– Zawsze patrzyłem z zaciekawieniem na piłkarzy południowoamerykańskich, którzy modlą się przed meczem. A potem widziałem, jak ta wiara dodawała im skrzydeł. Zawsze mnie to fascynowało, teraz sam taki jestem – przyznał.
Inter był dla niego wybawieniem, choć początkowo tego nie doceniał.
– Nie bardzo podoba mi się włoska piłka, do tego stadiony nigdy nie są pełne – marudził, choć w kontrakcie wpisano kwotę 4 milionów euro za sezon, a i Yoalnthe była zachwycona, bo podobno nie ma lepszego miejsca dla kobiety lubiącej plątać się po sklepach z ubraniami niż właśnie stolica Lombardii.
Ale gdzie mógłby czuć się lepiej niż w Mediolanie, najbardziej holenderskim spośród nieholenderskich miast Europy?
Przecież to właśnie tu, w Interze, furorę w latach 50-tych zrobił jego rodak Faas Wilkes, o którym La Gazzetta dello Sport pisała, że „potrafi przedryblować wszystkich, łącznie z kolegami z drużyny”. To również na stadionie w Mediolanie najpiękniejsze chwile swoich klubowych karier przeżywali jego pierwsi bohaterowie, których witał na ulicach Holandii nieco ponad 20 lat wcześniej i dzięki którym został piłkarzem – Marco Van Basten, Ruud Gullit i Frank Rijkaard, gwiazdy Milanu. I nawet Andy van der Meyde, jego kolega z Ajaksu, miał świetne wspomnienia z
Interu, bo choć nie zrobił furory, to w zoo w pobliskim Varese zakupił zebrę dla swojej żony.
Było ich więcej. Dziennikarz Guerin Sportivo napisał: ,,Jest dziewiątym tulipanem, który złożył koszulkę Interu. Zdecydowanie najlepszym”.
Debiut Sneijdera wypadł znakomicie. Zaledwie 24 godziny po transferze Holendra, Inter wygrał w derbach z Milanem 4:0, a Sneijder, choć nie strzelił bramki, doskonale dopasował się do zespołu. Stał się idealnym uzupełnieniem Interu, mózgiem. A przecież jak głosi hasło z reklamy Mercedesa: „Czym jest piękno bez mózgu?”. Tym bardziej czym jest brzydota bez mózgu? Ta, pozbawiona argumentów, skazana jest na porażkę. I taki był Inter.
Co z tego, że wygrywał mistrzostwo Włoch w czterech poprzednich sezonach, czasem nawet z przygniatającą przewagą, skoro na arenie międzynarodowej nie istniał. Przynajmniej nie tak, jak chciałby tego wykładający fortunę magnat naftowy i prezydent klubu Massimo Moratti.
Trzy sezonu choćby bez ćwierćfinału najważniejszych klubowych rozgrywek Europy, i aż 7 bez półfinału – klub potrzebował zmian. Najważniejszą podjął sam Moratti zatrudniając maga współczesnego futbolu – Jose Mourinho. Drugą podjął sam Mouirnho ściągając do klubu
za 15 milionów Sneijdera.
La Gazzetta dello Sport napisała, odnosząc się do udziału Sneijdra w meczu z Milanem: „Oto ruch pędzla, który wieńczy dzieło”. Malarzem był Mourinho.
Portugalscy dziennikarze Luis Perreira i Nuno Luz, autorzy książki „Mourinho – tajemnica sukcesu” piszą, że na zdobycie zawodnika ich rodak potrzebował dokładnie 13 słów. To była krótka przemowa: „Grasz jutro. Od pierwszej minuty. Wierzę, że możesz wygrać dla nas te derby”.
– Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Przecież ten facet nawet mnie nie znał. Nawet raz nie trenowałem z nowym zespołem… zagrałem wtedy jeden z najlepszych meczów w mojej karierze – wspominał Sneijder.
To był związek doskonały. – Mourinho wiedział jak trafić do Sneijdera może dlatego, że obaj są
do siebie podobni. Mają podobne poczucie własnej wartości, lubią też gdy mówi się rzeczy wprost, lubią prosty przekaz – mówi Chris Tempelman z Voetbal International.
Portugalczyk stosował więc proste metody. Gdy w pewnym momencie Sneijderowi słabo szło, podszedł i powiedział: ,,Weź rodzinę i pojedź odpocząć na plażę. Masz trzy dni wolnego”.
– Wszyscy trenerzy, których znałem mówili ciągle tylko o treningu, a on zaproponował mi coś takiego. Pojechaliśmy, a gdy wróciłem, byłem gotów dla niego zabijać – powiedział Sneijder.
Potem tytułował Mourinho „geniuszem, najlepszym trenerem z jakim kiedykolwiek pracował”, zaś Portugalczyk codziennie wysyłał mu sms-y z tak zwanym pozytywnym przekazem. Musiał więc sporo się nagłowić, żeby na kilkaset sposobów wyrazić tę samą myśl: „Jesteś fantastyczny, ufam
ci”.
Ten klasyczny przykład symbiozy doskonałej przyniósł Interowi Mediolan najlepszy sezon w historii. Drużyna zdobyła wszystkie możliwe trofea – mistrzostwo, puchar krajowy, Ligę Mistrzów, Klubowy Puchar Świata, zaś Mourinho przebił nawet legendarnego Helenio Herrerę, co wydawało się nierealne.
Klucza do sukcesu należy szukać w sposobie, w jaki Mourinho wykorzystał Sneijdera w drużynie. Najlepiej wyjaśnia to sam szkoleniowiec: „W Interze Wesley ma wolność gry. Może grać jak chce i
znalazł też środowisko do rozwijania swojego potencjału”. Prawda, że proste?
Może więc była to zasługa Mourinho, może Yolanthe, a może to były dla niego dwie najważniejsze osoby – przyszła żona i człowiek o którym mówi, że ,,mógłby być moim ojcem”. Na pewno ten okres pozwolił mu odzyskać pewność siebie. Chyba najlepiej wyraził to pod koniec grudnia 2009 roku, w samolocie do Dubaju, gdzie lecieli z grupą przyjaciół na Sylwestra. W pewnym momencie złapał za mikrofon stewardess i poprosił swoją partnerkę o rękę. A potem poczołgał się do niej na kolanach. Idealny wstęp do najlepszego roku w karierze.

***

Rok 2010 należał do niego. Magazyn France Football nazwał go Midasem: ,,Zamienia w złoto, wszystko czego się dotyka”. Murowanym faworytem Ligi Mistrzów była Barcelona. Zagrozić jej mogła tylko Chelsea, ewentualnie odradzający się Bayern. Inter nie tylko wygrał trofeum, ale po drodze ograł wszystkich trzech potencjalnych triumfatorów. Mourinho zdołał namówić do przejścia kilku graczy, którzy potem w najważniejszych momentach zapewniali mu triumf, m.in. Diego Milito czy Samuela Eto’o ale też destrukcyjnych Thiago Mottę i Lucio. Nie ma jednak wątpliwości, że najważniejszym był Sneijder.
W wywiadzie dla holenderskiej telewizji NOS Mourinho powiedział: ,,Dziękuję Realowi Madryt, że nam go sprzedał. To dla nas kluczowy zawodnik”.
W pierwszym meczu 1/8 finału z Chelsea zespół z Mediolanu wygrał 2:1, zaś w rewanżu w Londynie 1:0, a bramkę, właśnie po podaniu Sneijdera strzelił Eto’o. W ćwierćfinale w meczach z CSKA Inter wygrywał dwukrotnie 1:0, a Holender zaliczył asystę na stadionie im. Giuseppe Meazzy i strzelił bramkę z wolnego na Łużnikach. Wreszcie w meczu z Barceloną, w Mediolanie, dał prawdziwy popis swoich możliwości. Przy stanie 0:1 strzelił wyrównującą bramkę, potem
asystował przy golu na 3:1 dla swojej drużyny.
Sneijder przyćmił wielkich rywali, choćby Xaviego, którego gorszą kopię czasem próbowano z niego robić czy Messiego, który w tym meczu nie istniał.
Oczywiście Interowi zarzucano, że zabija futbol, że gra defensywnie i głównie destrukcyjnie. Sneijder odpierał zarzuty: – Dziś jedynym sposobem, żeby pokonać Barcelonę jest grać tak jak zagraliśmy na San Siro.
W skrócie – grać pięknie możesz z każdym, ale Barcelonę musisz unieszkodliwić. W rewanżu Inter nastawił się właściwie tylko na destrukcję.
– Po znakomitym pierwszym meczu zastosowaliśmy inną taktykę, taką która miała przynieść awans – skwitował. Rewanż z Bayernem był wielkim wydarzeniem w jego życiu. Na stadionie w Madrycie, tym samym, z którego go pogoniono – przeciw kolegom z reprezentacji, Robbenowi i Van Bommelowi i w końcu trenerowi, który przecież przysłał mu, siedmiolatkowi, najważniejszy list w życiu – Louisowi Van Gaalowi.
Asystował przy pierwszej bramce. Druga padła po pięknej akcji Milito, ale to przecież Sneijder w najważniejszym momencie odzyskał piłkę i wyprowadził decydującą akcję, tak jak w dawnych czasach gdy Blind uczył go gry na pozycji defensywnego pomocnika.
Runda wiosenna w Lidze Mistrzów była jak trans – po prostu wychodził na boisko i strzelał albo asystował. Mistrzostwa świata w RPA były kontunuacją, choć podobnie jak w przypadku Interu i tu znalazł się w sytuacji gdy jego zespół, mimo dobrych wyników, krytykowano za styl.
– Oczy mnie bolą gdy patrzę na Holandię – powiedział wszechwiedzący Johan Cruyff, zaś dziennikarze nawiązując do futbolu totalnego, jednego z najdoskonalszych holenderskich wynalazków, pisali o drużynie grającej „totalnie nie futbol”. Holendrzy byli minimalistami, wygrywali wszystkie jedną bramką, i choć przechodzili dalej, to ciężko im było zdobyć uznanie fanów w kraju gdzie przede wszystkim liczy się piękna gra.
„Winowajcy” przypominali jednak wcześniejszy wielki turniej, mistrzostwa Europy na boiskach w Austrii i Szwajcarii, gdzie drużynę prowadził Marco Van Basten. Sneijder grał wtedy popisowo, podobnie jak cały zespół, zaś Hans Van Breukelen, bramkarz reprezentacji z 1988 roku mówił w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego: „Znowu gramy futbol totalny. Jestem zachwycony tą drużyną. Snejder jest niezwykły, walczy wślizgiem na własnym polu karnym, by zaraz być pod bramką przeciwnika. Dorósł do tego, by stać się liderem drużyny”.
Sneijder faktycznie był niesamowity. W meczach z Włochami i Francją, strzelił po bramce i zaliczył po asyście, miażdżył rywali umiejętnością przewidywania zdarzeń, zagraniami z innej półki. Tyle, że ten zespół poległ jużw ćwierćfinale z grającymi mecz życia Rosjanami prowadzącymi przez Guusa Hiddinka. Bohaterowie znowu musieli zejść do podziemia. Dwa lata poźniej stało się to początkiem dyskusji – czy jednak lepiej jest grać pięknie, po holendersku, czy przede wszystkim skutecznie.
Wątpliwości rozwiał mecz z Brazylią w ćwierćfinale. Canarinhos, również krytykowani za grę zdecydowanie nienaturalną a więc za bardzo taktyczną, sucha, a mało żywiołową, prowadzili z Oranje 1:0. Wyglądało to tak, jakby trzymali holenderską głowę pod wodą a za każdym razem gdy rywale chcieli się wynurzyć, przytapiali ich znowu. Po zmianie stron Holendrzy przyspieszyli, głównie za sprawą Sneijdera. A więc zgodnie z tym co mówili o nim Beenhakker i Advocaat: „Dokładnie wie, kiedy przyspieszyć a kiedy zwolnić grę”.
Razem z Arjenem Robbenem stworzyli najbardziej niebezpieczny duet pomocników, każdy z nich mógł w jednej chwili zmienić losy spotkania. Ale teraz to właśnie Sneijder strzelił obie bramki, w tym jedną głową, po czym biegł w kierunku trybun i klepał się po niej, jakby sam miał problem ze zrozumieniem tej sytuacji. Przecież środkowi obrońcy Brazylii znacznie przewyższali go wzrostem.
Krytyka ustała. De Telegraaf napisał: „Klasa światowa. Brazylia na kolanach. Kto jest w stanie zatrzymać naszą drużynę?”. Brytyjski The Sun napisał: „Być może Sneijder jest mały, ale wśród dzisiejszych pomocników to kolos. Prawdopodobnie największy na świecie”, zaś „La Gazzetta dello sport”: „Gigant z meczu Holandia – Brazylia jest niskim człowiekiem, ale opuścił boisko z wielkim uśmiechem. Zdobył wszystko co możliwe z Interem, teraz zmierza po koronę z Holandią”.
Radość Sneijdera i kolegów podziwiało ponad 8 milionów telewidzów w Holandii, a więc pół kraju.
Dał też odpowiedź na pytanie: „Kto jest prawdziwym liderem kadry?”.
Przecież ochotę na to miał również Robin Van Persie. Jeszcze w pamiętnym meczu z Rosją, w 2008 roku kłócili się o to, kto powinien wykonywać rzut wolny. Van Persie złapał piłkę i uderzył, co Sneijder skomentował potem: „Złamał zasadę. Wszyscy wiedzą, że ja strzelam wolne i nikt inny nie ma prawa dotykać piłki”, na co VanPersie odpowiedział w wywiadzie dla Algemen Dagblaad: „Spodziewałem się po Sneijderze znacznie więcej. Myślałem też, że ma więcej klasy. Czy nie można było o tym porozmawiać? Po co publicznie o tym mówi?”.
Ten konflikt trwał kilkanaście miesięcy. Przecież jeszcze w meczu ze Słowacją w RPA, Van Persie schodząc z boiska rzucił w kierunku Berta VanMaarwijka: „Powinieneś raczej zdjąć Sneijdera, nie mnie!”.
Czy miał prawo do takiego osądu? Prawda jest taka, że to Sneijder był kluczem do zwycięstw swojej drużyny w decydujących momentach. Właśnie w meczu ze Słowacją (2:1) strzelił bramkę i zaliczył asystę. Również w półfinale strzelił bramkę, tym razem Urugwajowi. Van Persie grając na pozycji środkowego napastnika, podczas całego turnieju strzelił 1 gola.
Jego wielki przeciwnik 5. Oczywiście krytycy wypominali Sneijderowi, że aż trzy z nich zdobył po rykoszetach, na co wzruszał ramionami.
Marsz Sneijdera był imponujący ale swój smutny finał znalazł w Johannesburgu, w dogrywce meczu finałowego z Hiszpanią. Mecz był brutalny i w sumie brzydki, ale Sneijderowi zabrakło niewiele by zdobyć wszystko. A jeszcze dzień przed meczem jego rywal, Sergio Ramos wysłał mu sms-a: „Tak łatwo przychodzą ci nagrody, więc pewnie i tę wygrasz bez problemu”.
Nie wygrał ani tej, ani też Złotej Piłki na którą tak bardzo liczył. Nie wygrali jej też jego finałowi rywale. Tytuł otrzymał Leo Messi, A Sneijder nie znalazł się nawet w pierwszej trójce. Nie krył
rozczarowania, podobnie jak jego rodacy.
– Nie rozumiem tego wyboru. Wesley miał najlepszy sezon w karierze, i jeśli brać pod uwagę nagrody i trofea, to po prostu był najlepszy. Wyniki tegorocznego plebiscytu zaniżają jego wiarygodność – podsumował Bert Van Maarwijk.
– Jeśli nie decydują trofea, to po prostu przyznajmy Messiemu tę nagrodę na następne dziesięć lat, z góry. To powinna być nagroda za to, czego dokonało się w ciągu roku – dodał zięć selekcjonera i kapitan reprezentacji Oranje, Mark VanBommel.
Sneijder rozkładał bezradnie ręce.
– Co jeszcze mam zrobić, by wygrać Złotą Piłkę? – pytał rozgoryczony dziennikarzy.
– Może wygrać duży turniej z Holandią – odpowiedział ktoś z tłumu.
Najbliższa szansa w Polsce i na Ukrainie. Tymczasem w Holandii trwa dyskusja na temat roli Sneijdera w kadrze – czy zawodnik, któremu nie idzie w lidze włoskiej wciąż ma prawo być liderem kadry?
Po mistrzostwach świata sporo dyskutowano na temat ewentualnego transferu Sneijdera do Manchesteru United. Wydawał się wymarzonym kandydatem na następcę Paula Scholesa. Ostatecznie do transferu nie doszło, a Sneijder przyznał że przejście odradził mu Mourinho. Choć Holender ma ważny do czerwca 2015 roku kontrakt z Interem, mówi się sporo o jego ewentualnym przejściu na Wyspy Brytyjskie. Jeszcze nie wiadomo gdzie, ale jeśli nie do któregoś z klubów z Manchesteru, to pewnie do klubu, który poprowadzi Portugalczyk, człowiek który kilkoma prostymi posunięciami wskrzesił giganta, człowiek, który zna kod Sneijdera.
Sneijder: – Nie mam wątpliwości, że nasze drogi jeszcze się zejdą. Gdzie? Gdziekolwiek, choćby na Bahamach.

Dodaj komentarz

Pokaż zęby młody

artykuł o Juriju Szatałowie, opublikowany w „Przeglądzie Sportowym” 27.04.2012

Wie pan, dlaczego Aleksander Macedoński był niezwyciężony? – pyta Jurij Szatałow i niemal natychmiast odpowiada. – Otóż on wieczorami przebierał się w łachy zwykłego żołnierza, siadał przy ognisku i słuchał, co mają do powiedzenia jego podwładni. Jeśli jesteś w stanie zrozumieć żołnierzy, wygrasz bitwę.

Szatałow ma na koncie kilka spektakularnych kampanii. Prowadzona przez niego Polonia Bytom dwukrotnie zajmowała 7. miejsce w lidze, znacznie powyżej możliwości. Zasłynął tam między innymi z tego, że przerywał gierki treningowe, gdy któryś z piłkarzy zagrał górną piłkę.

– Zawsze to robię. Wychodzę z założenia, że piłka w górze to piłka niczyja, nie kontrolujemy jej – tłumaczy Szatałow.

A przecież z tym samym zespołem jeden z najbardziej uznanych polskich trenerów Michał Probierz błąkał się po dolnych rejonach tabeli, zaś po odejściu Rosjanina „Barcelona z Bytomia” – jak określali ją miejscowi dziennikarze – szybko spadła do I ligi. Ambitny trener przejął Cracovię, która miała tylko teoretyczne szanse na utrzymanie. Ale Szatałow wyszedł z założenia, że wszystko co jest możliwe w teorii, jest możliwe w praktyce i zespół utrzymał.

Ostatnio przez kilka miesięcy pozostawał bez pracy. Na pewno miał propozycje, choćby z Warty Poznań czy ponownie z Cracovii. Ale ich nie przyjął.

– Nie czekam na nie wiadomo co. Jestem trenerem, który lubi pracować, II czy III liga nie ma sprawy, ale muszą być ambicje. Mówią mi: „Trenerze, potrzebujmy awansu, stwarzamy warunki”. To wtedy idę. Nie pcham do kamery. Piłka wszędzie jest okrągła – powiedział „PS” kilka miesięcy temu.

Jeśli brać te słowa serio, zatrudnienie Szatałowa oznacza, że Radosław Osuch, właściciel Zawiszy, wciąż poważnie myśli o dużej piłce w Bydgoszczy, czyli awansie do ekstraklasy.

Bilet w jedną stronę

– Skąd jesteś? – zapytał lekarz.

– Z Dalniegorska – odpowiedział 15-letni Jurij.

– To pewnie nie masz połowy zębów, co? – zaśmiał się doktor.

Szczery uśmiech młodego piłkarza potwierdził przypuszczenia rozmówcy.

Dalniegorsk w czasach, gdy mieszkał tam Szatałow, znany jako Tetjuche jest położony niedaleko od Morza Japońskiego. Pomiędzy miastem a morzem znajdują się potężne zakłady chemiczne. Wiatr od morza zahacza o nie i leci ze swoim zabójczym łupem prosto do miasta.

Rodzice Szatałowa poznali się w zakładach. Wychowywała go tylko matka, bo ojciec odszedł gdy Jurij miał cztery miesiące.

– Kiedyś szedłem z mamą i pokazała mi faceta stojącego na przystanku autobusowym. „Zobacz, to twój ojciec” – powiedziała. I to właściwie mój jedyny z nim kontakt. Moja żona chciała go ostatnio odnaleźć, ale powiedziałem jej, żeby tego nie robiła. Sam mam dwójkę dzieci i nie wyobrażam sobie, żeby można było je zostawić. Nie miałem i nie mam ojca – mówi.

Z Doniecka chciał wyjechać zaraz po tym jak przyjechał.

– Sam w dalekim kraju, gdzieś w internacie w Artiomowsku, kilkadziesiąt kilometrów od Doniecka. Ludzie mówili w innym języku, w radiu, telewizji, wszędzie po ukraińsku, a ja tego nie rozumiałem. W dodatku okolica nieciekawa, bo 80 procent górników w Donbasie to byli przestępcy. Ale z czasem dostosowałem się – mówi Szatałow.

Zresztą sama perspektywa powrotu wydaje się koszmarem, choć przecież prowadzi trasą, która jest marzeniem polskich turystów.

– Mój były asystent Dietmar Brehmer mówił, że marzy o podróży koleją transsyberyjską. Jechałem z Dalniegorska do Doniecka osiem dni. Rozegraliśmy wszystkie gry w karty, można było się upijać i trzeźwieć do woli. Problem był jedynie z wychodzeniem z wagonu na stacjach, bo drzwi od zewnątrz zamarzały. Jeśli więc ktoś chciał wejść do pociągu na peronach, miejscowi skuwali kilofami lód. A my przez osiem dni siedzieliśmy w puszce. Niektórzy o tym marzą – śmieje się.

W piłce kariery nie zrobił. Sam mówi, że zabrakło mu talentu, by zdziałać coś poważnego, choć też fakt, że zagrał w najwyższej lidze ZSRR jako jeden z niewielu ze swojej grupy jest jego zdaniem sporym sukcesem.

W Polsce stał się przyzwoitym ligowcem. Do Amiki Wronki ściągnął go Ryszard Forbrich. Po zakończeniu kariery szkoleniowej pracował w klubach z Wielkopolski i był uważany za talent. W Obornikach stworzył niezły lokalny zespół. W Gostyniu wygrywał IV i III ligę, w Opalenicy też zorganizował mocną ekipę. Miał przyzwoite wyniki, a jego współpracownicy wspominali, że rozkładał przeciwników taktyką zupełnie nieznaną na niższych szczeblach. W bogatym klubie z Opalenicy mógłby pracować latami, w dobrych warunkach, ale zdecydował się na grający w ekstraklasie, choć niesłychanie biedny Bytom, z jego legendarnymi krzywymi podłogami.

Motywacja ograniczona

W pracy z Polonią Bytom i Cracovią miał bardzo dobre wyniki, dlatego jego zniknięcie z rynku było niespodzianką. Faktycznie w Cracovii końcówka jego pracy nie była udana. Sam mówi, że zdawał sobie sprawę, że w pewnym momencie nie będzie w stanie zmotywować piłkarzy.

– Moje możliwości były ograniczone. Mogłem krzyknąć, nawet rozbić coś w szatni. Ale wiedziałem, że to jest działanie krótkotrwałe. Trener jako człowiek z zewnątrz ma ograniczone pole manewru. Motywacja od wewnątrz – ze strony zawodników z autorytetem – nie ma granic. Proszę spojrzeć na Koronę Kielce. To niezły zespół, ma kilku wojowników. Ale gdy wyjmie się Vukovicia, przestaje istnieć – uważa Szatałow. Wiadomo, że prosił prezesa Filipiaka o trzy transfery: „Dwóch wojowników i jednego piłkarza”. Prezes uznał, że wie lepiej, czego potrzeba drużynie i dziś obrała ona kurs na górę lodową.

W Polsce piłkarze zwykli mawiać: „Trener jest dobry, bo nigdy nie wiesz, co będzie dziś na treningu, jest urozmaicenie”. O Szatałowie mówi się, że w styczniu wiesz, co będziesz robił w maju. – Pewne elementy muszą być powtarzane, dopracowane do perfekcji. Łobanowski zawsze powtarzał: „Panowie, automatyzm. Obudzę cię o drugiej w nocy i masz zrobić z piłką to, co każę” – tłumaczy Szatałow. Z trenerem wszech czasów Europy wschodniej miał krótka styczność, gdy jako młody chłopak trenował z SKA Kijów. – Gdy do ciebie mówił, nie odczuwałeś strachu, ale nogi się uginały, a tętno skakało do 100 – mówi Szatałow, który sam uchodzi za człowieka zdolnego do wybuchowych reakcji. – Piłkarz nie powinien bać się trenera, tylko jego argumentów – zapewnia.

Dodaj komentarz

Facet w białym płaszczu to ja

tekst pochodzi z magazynu „PS”, z 2010 roku. Był jednym w serii artykułów o piłkarzach Górnika Zabrze, którzy 40 lat wcześniej doszli do finału Pucharu Zdobywców Pucharów.

Traunreut to małe miasto w Górnej Bawarii, ale właściwie nie sposób się tu nudzić. Trzeba by naprawdę mocno tego chcieć. A Rainer Kuchta nie chce, nie znosi siedzieć przed telewizorem. Chyba że jest mecz jego ulubionego Bayernu i akurat nie ogląda go na żywo na Allianz Arenie. Właśnie kończy się sezon zimowy, więc na razie odłoży w kąt narty. Niedaleko domu ma pokaźną górę. Patrzy, jaka jest pogoda, i jedzie z żoną Anną na narty. Częściej jednak wybierają się 110 kilometrów na południe, do Austrii.

– Tej zimy byliśmy na nartach 25 razy. Cały Tyrol, Austria, włoskie Alpy – cieszy się. Zaczęło się jeszcze w czasach gry w Górniku.

– Jeździłem do Szczyrku, gdzie mieliśmy wczasy górnicze. A tu, w Niemczech, któregoś dnia kolega mówi, że załatwi mi supernarty. I przyniósł takie z „wystawek”. Tak mówi się o rzeczach, które Niemcy wystawiają jako niepotrzebne przed dom – śmieje się Kuchta.

Sam mówi, że ludzie patrzą na niego jak na szaleńca.

– Bo ja mam 67 lat, ale niedawno w Kitzbühel zjechałem z najtrudniejszej trasy, tej, na której rozgrywano mistrzostwa świata. A kiedy Adam Małysz wygrał jakiś turniej, to znalazłem taką górkę i wyskoczyłem z niej z krzykiem „Małyyyyyysz”. Jak wyrżnąłem w śnieg, to trudno opowiedzieć. Ale świadkiem jest termos, który miałem w plecaku. Teraz jest jajowaty. I tak skończyła się moja przygoda ze skokami – żartuje.

W najbliższych dniach przesiądzie się na rower. Latem pokonuje 30 kilometrów dziennie. A jak przyjdą mrozy i skończy się sezon rowerowy, założy łyżwy i pojedzie na zamarznięte jezioro Chiemsee.

Kuchta grał w dwóch pierwszych meczach z Romą. W trzecim, decydującym w Strasburgu nie wystąpił. Podobnie w finale z Manchesterem City.

– Przed trzecim meczem na pobyt w swoim ośrodku zaprosił nas Adidas. Gierka treningowa, ścisłe krycie, ja dostałem Włodka Lubańskiego. Widzę to jak dziś. Włodek ucieka ze skrzydła, schodzi do środka, ja za nim i nagle krrrr, strzelił mięsień. Miałem nadzieję, że na finał się wykuruję, ale nie przeszło. A na filmie z meczu z Romą widać, jak po losowaniu taki facet w jasnym płaszczu wyskakuje w górę. To właśnie jestem ja – odkrywa.

W Górniku słynął z atomowego uderzenia.

– Ja miałem sakramenckiego kopa, ale nie miałem techniki. Więc Ernest Pohl po treningu zostawał i mówił: „Rainer, nie kop w cała piłka, tylko w ćwiartka”. I wtedy zacząłem strzelać bramy. W Szczecinie, jak wiatr zawiał, to trafiłem zza połowy boiska – wspomina z dumą.

Jest wychowankiem GKS Gliwice, gdy kończył wiek juniora, w tym klubie zaczynał grać Włodzimierz Lubański. Później spotkali się w Górniku.

Wcześniej była służba wojskowa w Śląsku Wrocław. – Do Legii szli najlepsi, a do Śląska odpady. To i ja się załapałem – puszcza oko. A kiedy odbębnił wojsko, chętnych nie brakowało. – Pogoń Szczecin, Motor Lublin, Sosnowiec… Jak przyjechali działacze z Sosnowca i otworzyli teczkę, to mnie aż głowa zabolała. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu pieniędzy. Ale w rodzinie ojciec, wujkowie, wszyscy byli za Górnikiem. No to poszedłem do Zabrza. Ojciec pracował w hucie. Zaraz wzięli go do rady zakładowej i dostaliśmy domek jednorodzinny – mówi.

Pod koniec gry w Górniku, już po meczach z Romą, ojciec Kuchty, Wilhelm, zmarł podczas meczu na zawał.

– Ale to nie był ten mecz z Legią, w którym strzeliłem dwa samobóje, jak powszechnie się mówi. To było 1 lipca 1970 roku, graliśmy z Sosnowcem w finale Pucharu Polski. Wygraliśmy 2:0 u siebie i byliśmy blisko w rewanżu. Oni strzelili bramkę, zrobiło się nerwowo, Jarosik ucieka, wszedłem mu wślizgiem, dostaję piłką w twarz i tracę przytomność – relacjonuje z takim ożywieniem, jakby ten mecz był wczoraj.

– Za jakiś czas doszedłem do siebie, wchodzimy do szatni i lekarz mówi, że ojciec w szpitalu. Powiedziałem: „Jedziemy do Gliwic”, bo byłem przekonany, że coś w robocie mu się stało. Ojciec powinien być wtedy w pracy, na drugą zmianę. Doktor na to: „Ojciec jest w Zabrzu”. Okazało się, że zamienił się z kimś, by przyjść na mecz.

Szybko pojechał do szpitala.

– Jestem Kuchta, chcę zobaczyć ojca – poprosił kobietę w izbie przyjęć.
– Pan nie zobaczy ojca – odpowiedziała stanowczo. Rainer mocno się zdenerwował. Wypalił: „A wie pani z kim pani rozmawia?”. Recepcjonistka była jednak nieugięta. Oznajmiła spokojnie: „Ojciec leży w kostnicy”.
– To było właśnie wtedy, gdy ja w twarz dostałem… A 12 dni później matka mi zmarła – wspomina te smutne dni.

Wkrótce też pożegnał się z Górnikiem.
– To było chyba za trenera Brzeżańczyka. Robiłem urodziny w domu i patrzę – dwie znajome twarze pod oknem się kręcą. A to piłkarze Polonii Bytom. „Co wy tu robicie?” – pytam.

„Ty nie wiesz nic? Jesteś teraz naszym zawodnikiem” – odpowiadają.

W poniedziałek poszedłem do klubu na trening. Brzeżańczyk mówi, że to odbyło się poza nim. Ściągnęli w moje miejsce Anczoka. Spore rozczarowanie. Jakiś czas później Anczok złamał kość śródstopia i chcieli mnie z powrotem, ale odmówiłem – opowiada.

Wyjechał do Francji do III ligi (Roubaix), ale to był niewypał. Sam mówi, że nagle jakby zapomniał gry w piłkę. Wrócił do Polski, do Knurowa. Trochę grał, trochę trenował lokalne drużyny.

W 1988 roku wyjechał do Niemiec, chociaż jak sam zapewnia, nie planował tego. – Siedzimy tu w tej Bawarii z żoną i wszędzie mamy daleko – uśmiecha się.

Gdy rozmawiamy w kawiarni w Traunreut, co chwila wita się z sąsiadami: „Gruss Gott”. Jest dumny z Bawarii, w której mieszka, może nawet tak samo jak z Górnego Śląska.

– Mamy taką zasadę, że w domu mówimy po polsku, a wśród ludzi po niemiecku. Bo czasem zapominam niemieckich słów, więc trzeba stale ćwiczyć język. A po polsku wciąż czytam internet. Nie bardzo się znam na nowoczesnej technologii, ale wiem, jakie są adresy stron Górnika. Dużo jeżdżę do Polski, w ostatnim roku byłem 4 razy. I zawsze pierwsze kroki kieruję na stadion Górnika – zapewnia Kuchta. – Zobaczę, co się dzieje, przywitam się z moim klubem, a później jadę dalej.

Dodaj komentarz

Człowiek, który kazał wyjaśnić zagadkę UFO

Artykuł o Piotrku Stokowcu, opublikowany w „Przeglądzie Sportowym” 2.11.2012 (przed ligowym meczem Polonii z Koroną. Polonia była wtedy rewelacją rozgrywek, ale za chwilę się rozpadła i do tej pory nie może podnieść). Piotrka zawsze bardzo lubiłem, co zresztą w tekście widać. Myślę też, że ma szansę zostać naprawdę dobrym trenerem. Mimo to są tam fragmenty, na które się obraził i przez rok nie odbierał telefonów.

Na studiach mówili na niego Zibi. Po latach ten prawdziwy Boniek nie poznał się na trenerskim talencie Piotra Stokowca. Dziś prowadzona przez niego Polonia Warszawa zadziwia. Nie tylko wynikami, ale przede wszystkim stylem gry.

Dziennikarz: – Kibice dali ci popalić.
Piotr Stokowiec: – 10 tysięcy ludzi na Legii Warszawa krzyczało na mnie „Rudy ch…”, więc nie będę przejmował się jakimiś wieśniakami.

Sytuacja miała miejsce w sierpniu 2005 roku po meczu Korony Kielce z Polonią Warszawa. Piotr Stokowiec pochodzi z Kielc.
W ostatnią niedzielę w studiu Canal Plus Zbigniew Boniek, nowy prezes PZPN, wypowiedział się pozytywnie o pracy Piotra Stokowca w Polonii Warszawa. To już postęp. Pięć lat temu, gdy Sylwester Cacek zaproponował, by Stokowiec został asystentem Michała Probierza, Boniek, wówczas współudziałowiec klubu, zapytał: „A kto to w ogóle jest? Czy on grał gdzieś w piłkę?”. Cacek i Boniek poróżnili się. Wtedy wygrał Zibi. Dziś wychodzi na to, że rację miał biznesmen z Piaseczna.

Piotr Stokowiec ze swoją wizją rozjaśnił naszą ligę, dodał jej świeżości. Na każde spotkanie zespołu z Warszawy na stadion przy Konwiktorskiej przychodzi dziś ponad 5 tysięcy ludzi. W poprzednim sezonie tyle mogły przyciągnąć jedynie Legia Warszawa i Lech Poznań. Przez lata różni specjaliści od PR próbowali zachęcić fanów do Czarnych Koszul. Ci, którzy przychodzili jednorazowo, nie mieli powodów, by wracać. Józef Wojciechowski próbował metody „na aferę”. Również okazała się nieskuteczna. Efekt przyniosła dopiero praca debiutanta. Metoda Piotra Stokowca: „grajmy futbol szybki, ofensywny i bezkompromisowy” to nowy trend w polskiej piłce. Na razie nie wiadomo, czy trwały.

– W końcu da się patrzeć na Polonię Warszawa. Wcześniej nie byłem w stanie. To była taka prostacka gra. A dziś drużyna szokuje pozytywnie. Ta ekipa sklecona metodą chałupniczą gra totalnie. W końcu widać, że sprawia im to radość – ożywia się Rudolf Kapera, wykładowca Stokowca z warszawskiej AWF.

Pralka cały czas chodziła
Jakieś sto metrów za bramą główną Akademii Wychowania Fizycznego należy skręcić w prawo i za chwilę dojdziemy do akademika. Na jednym piętrze mieszkało kilku z nich. W jednym pokoju Leszek Ojrzyński, dziś pierwszy trener Korony, z Marcinem Gawronem, asystentem. Kilka pokojów dalej mieszkał Maciej Skorża, a po przeciwległej stronie kończący studia Mariusz Krzysztoszek ze Skarżyska-Kamiennej i młodszy od niego student drugiego roku Piotr Stokowiec, przez kolegów zwany Zibim albo po prostu Bońkiem.
– Lubił porządek. Pralka cały czas chodziła – mówi Krzysztoszek. – I jeszcze wałówka. Gdy Piotrek wracał z Kielc, nikt nie chodził głodny.

Zawsze był dobrze zaopatrzony. Świętej pamięci mama Danuta pracowała w kuchni w kieleckich zakładach wyrobów metalowych znanych z produkcji motocykla SHL. Ojciec Marian był kierowcą. Znajomi z Kielc zapamiętali, że w domu panował swojski klimat. Sto metrów od ulicy Witosa na kieleckiej Dąbrowie, gdzie mieszkali, znajduje się boisko Orląt. Grał tam również Atest, w którym Stokowiec zaczynał kopać piłkę. Potem kluby się połączyły.

Dziś asystentem trenera w Orlętach jest Marcin, młodszy brat. Starszy, Sławek, nie funkcjonuje w futbolu.
– Jako junior Piotrek był takim moim asystentem. Świetnie grał, ale też bardzo angażował się w życie drużyny. Siatki pomógł założyć, sprzęt rozstawić, a jak trochę zabalowałem, dawałem mu jeździć moim maluchem. A że był najmłodszy, to i po butelkę musiał czasem skoczyć. Złoty chłopak – mówi Bolek, czyli Jacek Zawierucha, w przeszłości zawodnik m.in. Jagiellonii Białystok, jeden z pierwszych trenerów Piotra Stokowca.

Przez drabinę do gabinetu
W dawnych czasach na stadion przy ulicy warszawskiej przychodziła ledwie garstka fanów. Rudowłosy pomocnik wyróżniał się pracowitością. W drużynie juniorów był napastnikiem, a w seniorach grał w obronie. W końcu trafił do Korony Kielce, gdzie zagrał jeden mecz. Z Błękitnymi Kielce Korona przegrała 1:2. Stokowiec miał przykryć miejscowego wyjadacza Wiesława Szwajewskiego. Nie wyszło. Napastnik rywali strzelił dwa gole. Potem przyszły wyniki egzaminów na AWF. Dostał się.

Rozpoczęcie dziennych studiów oznaczało porzucenie marzeń o karierze piłkarskiej, ale Piotr Stokowiec właściwie od lat wiedział, co jest jego przeznaczeniem. Przecież nawet w ósmej klasie w wypracowaniu szkolnym na temat: „Kim chcę zostać”, napisał, że trenerem piłkarskim.

Szefowie Korony Kielce wcale nie zamierzali jednak łatwo pozbywać się zawodnika. – Nie chcieli go puścić, ale wiedzieliśmy, gdzie trzymają karty zawodnicze, więc zrobiliśmy tak, że ja zagadałem prezesa Artura Jagodzińskiego na dole, a Piotrek wszedł po drabinie przez balkon do jego gabinetu, wziął kartę i postawił pieczątkę, że klub go zwalnia. Prezes był wściekły – śmieje się Jacek Zawierucha. Ostatecznie został do AZS AWF wypożyczony. Na zapłatę w postaci sprzętu piłkarskiego Korona musiała poczekać kilka lat.

W drużynie AWF szybko stał się jednym z najważniejszych piłkarzy. – Zazwyczaj przychodzili do nas studenci, którzy zaczynali dopiero wiek seniora, więc potrzebowali czasu, żeby się dostosować. Piotrek od razu wszedł do składu i szybko stał się pierwszoplanową postacią – mówi Tomasz Danielik, były trener drużyny, a dziś wykładowca na uczelni.

Przełomowy okazał się mecz z drużyną z Piaseczna.
– Obserwowaliśmy ich i wiedzieliśmy, że trzeba trzymać się z daleka od lewego obrońcy, bo jest bardzo dobry w odbiorze. Ale podczas meczu z nami grał cały czas do przodu, kilka razy naprawdę narobił nam problemów i podjęliśmy decyzję, że chcemy mieć tego zawodnika – mówi Grzegorz Bakalarczyk, ówczesny trener Piaseczna.

W tamtym spotkaniu Piotr Stokowiec toczył świetne pojedynki z Igorem Gołaszewskim, byłym średniodystansowcem, wtedy postrachem okolicy. W bramce AWF stał Leszek Ojrzyński, a w środku obrony wystąpował Marcin Gawron. To był jeden z ich ostatnich wspólnych występów.

Ofiara czystki
W podwarszawskim mieście tworzył się wtedy poważny klub. Właściciel Dominetu, wówczas sieci sklepów ze sprzętem RTV i AGD, wykupił kartę Piotra Stokowca z Kielc, a AWF-owi dorzucił się do obozu. Od tej pory drogi piłkarza i Sylwestra Cacka, biznesmena, który wkrótce stał się milionerem i ważnym graczem na polskiej arenie futbolowej, będą się krzyżować. Epizod w Piasecznie okaże się kluczowy dla jego kariery.
Stokowiec grał profesjonalnie w Piasecznie i jednocześnie studiował dziennie. – Nie pamiętam podobnego przypadku. Pogodzenie tego jest prawie niemożliwe. To też pokazuje, jak bardzo jest pracowity – mówi Danielik.

– To był piłkarz grający na 110 procent, niezwykle emocjonalny. Grał całym sobą. Miał to swoje poletko i to była dla niego świętość. Grał niezwykle agresywnie, ale trudno było go sprowokować – mówi Bakalarczyk, na którego treningach Stokowiec oparł później swoją pracę magisterską.

W sezonie 1995/96 trójka biznesmenów Marek Wielgus, Sylwester Cacek i Janusz Romanowski doprowadziła do fuzji Piaseczna z Polonią Warszawa i Piotr tokowiec po raz pierwszy został piłkarzem warszawskiego klubu. Starzy działacze, jak Jerzy Piekarzewski i Marek Ruszkiewicz, nie byli z tego zadowoleni. Chcieli, żeby grali wychowankowie, m.in. bracia Michał i Marcin Żewłakowowie. Grupa piaseczyńska stawiała na swoich. Gdy Cacek wycofał się z Polonii, miejsce w niej stracił też Piotr Stokowiec. – Można powiedzieć, że zaczęto robić czystkę i pozbywano się zawodników, którzy przyszli z nami z Piaseczna. Piotrek był ofiarą – wspomina Bakalarczyk, który stawiał na Stokowca, ale jego następca, Stefan Majewski, podziękował mu właściwie bez wyjaśnień.

Paweł Janas mentorem
Do Polonii trafił po raz drugi. Kibice zapamiętali go jako jednego z najostrzej grających piłkarzy. Sam określa siebie jako „zawodnik typu agresja 10″. Koledzy mówią, że był też pierwszym „jajcarzem” w zespole.
Dziennikarz „Faktu”: – Możemy porozmawiać?
Stokowiec: – Nie rozmawiam z wami.
Dziennikarz: – Ale dlaczego, coś się stało?
Stokowiec: – Tak. Nie rozmawiam, dopóki nie wyjaśnicie zagadki UFO ze strony ósmej.
Na koniec pograł jeszcze w norweskim Notodden. To był jego drugi wyjazd zagraniczny. Kariery na Zachodzie nie zrobił. Ani Akademisk Boldklub z Kopenhagi, ani tym bardziej ekipa z norweskiej prowincji nikogo nie rzuca na kolana. W tym drugim zresztą był jedynie rezerwowym. Przyjechał w momencie, gdy zespół walczył o awans, i trener uznał, że zwycięskiego składu się nie zmienia. Pozostały mu wspomnienia niezwykłych widoków i przyjacielskie relacje z grupą Norwegów. W ubiegłym roku do Warszawy w odwiedziny przyjechała niemal cała drużyna.

To była końcówka kariery. Może niezbyt imponującej, gdyby patrzeć z zewnątrz, ale jak na człowieka, który porzucił ją i zaczynał od nowa na czwartym roku studiów, naprawdę robiącej wrażenie. Stokowiec w rozmowie z „PS” mówił, że jak na swoje możliwości zdobył mistrzostwo świata (ponad 100 meczów w lidze).
Kończył jako grający trener Wigier Suwałki. Stamtąd trafił do Widzewa.

– Piotrek to był nasz pierwszy wybór. Tworzył od podstaw grupy młodzieżowe, bo wcześniej w klubie nikogo to nie interesowało. Chcieliśmy, żeby był też asystentem Michała Probierza, ale ten nie chciał o tym słyszeć. Nie było jakiejś osobistej niechęci, po prostu Probierz nie chciał nikogo narzuconego z góry – mówi Bakalarczyk.

Stokowiec dostał szansę od jego następcy, a swojego kolegi jeszcze z czasów Piaseczna, Marka Zuba – trenera z „grupy Lenczyka”. Dzięki współpracy z nim, a także Waldemarem Fornalikiem lepiej poznał szkołę doktora Wielkoszyńskiego, która powoli opanowuje polski futbol. Ale sam przyznaje, że jego mentorem jest Paweł Janas, który z tej szkoły się nie wywodzi. To właśnie Paweł Janas zabrał go do Polonii Warszawa.

Pierwszy epizod szkoleniowy z seniorską drużyną Polonia Warszawa był kontrowersyjny. Piotr Stokowiec prowadził zespół tylko w jednym meczu, ale podjął kilka zaskakujących decyzji. Zabrał opaskę kapitańską Adrianowi Mierzejewskiemu i odsunął od drużyny Ebiego Smolarka. Za tę drugą mocno go krytykowano, zarzucano służalczość wobec prezesa. Stokowiec do dziś twierdzi, że była to jego suwerenna decyzja i ma w tej sprawie czyste sumienie.

– To zbiegło się w czasie, ale to nie była żadna służalczość, tylko pokaz odwagi. Piotrek pokazał, że nie interesują go zawodnicy, którzy na pierwszym miejscu stawiają pieniądze – broni swojego byłego podopiecznego Rudolf Kapera.

„Odwaga” to słowo klucz. Wymagało jej wstawienie na boisko debiutanta Pawła Wszołka. Piotr Stokowiec musiał się z tego tłumaczyć. Wyjaśnienie miał krótkie: „To przyszły reprezentant kraju”.

Śladami Marcelo Bielsy
Miał rację. Dziś Wszołek jest motorem napędowym nowej Polonii Warszawa. Tworzy znakomity ofensywny kwartet z Łukaszem Teodorczykiem, Wladimerem Dwaliszwilim i Tomaszem Brzyskim, który w wieku 30 lat przeżywa wiosnę swojej kariery. Ta grupa to dziś zabójcza broń ekstraklasy.

Bezpieczeństwo zapewnia grupa doświadczonych obrońców kierowana przez ligowego wyjadacza Marcina Baszczyńskiego, a wszystko łączą nieco niedoceniani defensywni pomocnicy Łukasz Piątek oraz Adam Pazio. Stokowiec nie bał się postawić na żółtodzioba kosztem starego wygi Dimitrije Injaca. Dzięki tym, czasem niezrozumiałym dla ludzi decyzjom, stał się synonimem odważnego szkoleniowca. Może zapracuje na miano polskiego Marcelo Bielsy? To właśnie ten szkoleniowiec jest jego trenerskim idolem. Swoje do edukacji dołożyły też wyjazdy do klubów z niższych lig angielskich – Yeovil Town, Derby czy Reading. To tam zobaczył, jak ostra może być rywalizacja na treningach.

Może ta ofensywna to tylko kolejny sezonowy zryw, a może jakiś trwały trend w polskim futbolu? Z punktu widzenia naszej piłki taki szkoleniowiec był potrzebny.
Jacek Zawierucha, były trener z Kielc: – Szkoda tylko, że nie pracuje u nas. Ale wierzę, że Piotrek kiedyś tu wróci i jeszcze poprowadzi Koronę.

Dodaj komentarz

Burza

fragment książki „Wielki Widzew”
– Nie wiem, co się stało, mam prąd w nogach – wycedził do nachylającej się nad nim kobiety Ignacy Olczyk. Przerażony 85–latek leżał na trawniku w kałuży krwi. Minęło może kilka minut i było po wszystkim.
***

Zbliżała się godzina 18. Olczyk zawsze o tej porze szedł na mszę do kościoła św. Wojciecha. Również w poniedziałek, 25 lutego 1980 roku. Zamiast przez przejście dla pieszych przy skrzyżowaniu Rzgowskiej i Kosynierów Gdyńskich, poszedł skrótem. Wystarczyło przeciąć dwupasmową jezdnię ulicy Rzgowskiej, kilkadziesiąt metrów za przejściem. Wyczekał aż droga będzie pusta i ruszył.

Był ledwo widoczny, uszkodzone latarnie tego dnia nie świeciły. Olczyk przeszedł kilka metrów i, jak twierdzili potem oskarżeni, nagle zawrócił. Ostatnią rzeczą, jaką mógł zobaczyć, był oślepiający blask zbliżających się szybko żółtych świateł. Chwilę później idący chodnikiem ludzie usłyszeli tępy dźwięk, po którym nastąpił pisk opon. Potem duży fiat zjechał na pobocze. Stał chwilę, poczym ruszył z dużą prędkością. Kierowca innego fiata, Henryk Bednarczyk, jechał chwilę za sprawcą i długimi światłami dał znak, by ten się zatrzymał. Po kilkudziesięciu metrach jadący przed nim samochód zahamował. Wysiadło z niego dwóch młodych mężczyzn.

– Zostańcie na miejscu, a ja pojadę zawiadomić milicję i pogotowie – rozkazał Bednarczyk.

Kierowca, zakrwawiony i rozdygotany, próbował negocjować.
– Jestem po dwóch piwach, odjadę z tego miejsca bocznymi drogami. Niech pan nikomu nic nie mówi i nie zawiadamia milicji – odpowiedział bełkotliwie.

Bednarczyk nie zamierzał wchodzić w żaden układ. Wyciągnął długopis, żeby spisać numery rejestracyjne. Sprawca wyprzedził jego ruch i podyktował je sam. Nie wdawał się jednak w dalszą dyskusję.

Za chwilę razem z pasażerem wsiedli do samochodu i odjechali. Kilkanaście minut później na miejscu zjawiła się milicja. Kierujący fiatem Stanisław Burzyński i jego pasażer Piotr Gajda w tym czasie stali w drzwiach mieszkania Zbigniewa Bońka. Zakrwawiony Burzyński wszedł i od progu powiedział: „Stała się tragedia”. „Murzyn” zaprowadził obu do pokoju. Poprosił żonę o przygotowanie kawy, a sam obmył i opatrzył rękę Burzyńskiego. Potem żonę poprosił o wyjście do koleżanki, bo rozgrywały się tu sceny, których wrażliwa kobieta widzieć nie powinna. Gdy wyszła, Boniek nalał Burzyńskiemu koniaku. Potem uzupełniał kieliszek jeszcze dwukrotnie. Za chwilę w mieszkaniu Bońka zjawili się Jacek Machciński i Stefan Wroński. Porozmawiali, po czym Machciński z Gajdą pojechali obejrzeć, jak wygląda sytuacja na miejscu wypadku. Gdy wrócili, razem z innymi doszli do wniosku, że znaleźli się w ślepej uliczce. Jedynym wyjściem było powiadomienie milicji i przyznanie się do winy. I tak zwlekali już zbyt długo. Nie mieli pojęcia, że funkcjonariusze po numerach rejestracyjnych i doszli już do nazwiska sprawcy. Telefon z komendy odebrała żona bramkarza Bogusława, a kilkanaście minut później obaj zawodnicy, razem z Machcińskim i Wrońskim, byli już na posterunku. Była godzina 21.

Po wstępnym przesłuchaniu o 21.50 pobrano Burzyńskiemu do badania pierwsze próbki krwi. Badanie powtórzono godzinę później. Pracownicy zakładu medycyny sądowej przy Akademii Medycznej w Łodzi określili, że Burzyński miał odpowiednio 0,95 i 0,77 promila alkoholu we krwi. Te wyniki nie pozostawiały wątpliwości co do jego winy.
***

Następnego dnia zawodnicy stawili się na treningu. Kilkanaście dni później, 8 marca, Burzyński wystąpił w meczu pierwszej kolejki rundy wiosennej z GKS Katowice. Należał do najlepszych na boisku. Sprawę wciąż udawało się ukryć przed opinią publiczną.

Bramkarz był podenerwowany i Sobolewskiemu powiedział, że wolałby na boisko nie wychodzić. Prezes stwierdził, żeby „niczym się nie martwił, bo wszystko zostanie załatwione”. Prezes nie chciał rozgłosu, wolał uniknąć niewygodnych pytań, które by padły, gdyby Burzyński nie stanął w bramce. Liczył na to, że sprawa wciąż jest znana tylko wąskiej grupie osób, jeśli wiedzą o niej dziennikarze, to ci, którzy będą milczeli. Nawet gdy odebrał telefon z PZPN z ostrzeżeniem i sugestią, że wystawienie zawodnika nie jest najlepszym pomysłem, zignorował to. Wierzył, że jest wszechmocny, że może wszystko załatwić, z każdym się dogadać. Wszyscy w Widzewie karmili się tą halucynacją. Gdzie Sobolewski nie może, pośle Wrońskiego, ale sprawa będzie załatwiona – tak jak było do tej pory. Przecież dawniej piłkarze ścigali się po ulicach Łodzi, robili zakłady, kto przejedzie na czerwonym świetle – pomocnik Widzewa czy bramkarz ŁKS–u i nikt nie protestował. Byli królami miasta. Pijanych piłkarzy do domu rozwozili mundurowi. Sprawa Burzyńskiego miała się dla nich stać brutalną pobudką. Efekt jego występu w meczu był opłakany.

Zdegustowana Kazimiera Najberg, córka zmarłego, napisała list do prokuratora generalnego, dołączając odpis pisma skierowanego do GKKFiS. Zapytała w nim „Czy sportowcy są innymi obywatelami i podlegają innemu prawu?”. Glejt Sobolewskiego nie miał żadnej mocy w Warszawie. Tu zadecydowano, że sprawę od Prokuratury Łódź–Polesie przejmie prokuratora wojewódzka. 18 marca Burzyńskiego aresztowano. 29 kwietnia wraz z Gajdą stanął przed sądem.
***

Zawsze elegancki. Po treningu ten przystojny wysoki blondyn zakładał jeden ze swoich wyprasowanych sportowych ciuchów dobrej jakości, zapalał marlboro. To był światowiec. Lubił taki styl. Żona pracowała niedaleko portu w sklepie sprowadzającym towary z Zachodu. O ile inni pozowali czasem na ludzi z klasą, to Burzyński faktycznie mógł wzbudzać podziw. A Trójmiasto dzięki wpływającym do portu statkom częściej miało kontakt z wielkim światem niż miasta na południu. Tu wszystko było lepsze i on potrafił z tego korzystać. Była to pewnie dla niego jakaś odskocznia od trudnej młodości. Pochodził z Gdańska, z nizin społecznych. Jeden z byłych juniorów Lechii opowiadał mi, że trener ich zespołu Roman Rogocz kazał wszystkim wychodzić z szatni, „bo ma ze Staśkiem do pogadania”.

– „Burza” po prostu wstydził się przebierać przy chłopakach. Całe plecy, od karku do pasa, to był jeden wielki siniak. Ojciec go prał, był brutalny. To był taki stary lechista, chciał żeby Stasiu zrobił karierę. A Stasiu był oporny, problemowy – opowiadał mi Rogocz.

Burzyński miał wtedy 16 lat. Trzy lata później debiutował w drugoligowej Lechii. Pierwszy bramkarz Mieczysław Sztuka doznał kontuzji i trener seniorów Edward Brzozowski postawił na przerażonego młodego chłopaka, który sam mówił, że „miał nogi jak z galarety”. Szybko opanował nerwy i bronił na tyle pewnie, że do końca sezonu nie oddał już miejsca w bramce. Gdy Lechia w 1969 roku spadła do ligi międzywojewódzkiej, po zawodnika zgłosiła się Arka. Działacze tego klubu mieli początkowo wątpliwości, czy go angażować, bo wiedzieli, że wcześniej miewał kłopoty z prawem, był skazany za pobicie. Z drugiej strony mieli świadomość, że to największy talent na Wybrzeżu, a właśnie w Gdyni budowano zespół, który miał reprezentować region.

– Obawialiśmy się tego transferu, ale przez te trzy lata nie sprawiał żadnych problemów. Inna sprawa, że odbyliśmy sporo rozmów wychowawczych. Pamiętam, że gdy wróciliśmy z obozu w Soczi, jego matka niemal całowała mnie po rękach. Mówiła, że w końcu wyszedł na ludzi – wspomina Grzegorz Polakow. Ówczesny trener zespołu z Gdyni dodaje, że młody, 21–letni bramkarz był nieprawdopodobnie ambitny.

– Miał niezwykłą chęć wygrywania. Na gierkach treningowych zawsze kłócił się ze Zbyszkiem Strzeleckim. Mieli pianę na ustach, Stachu bluzgał, wściekał się. Ja mówiłem, że robimy przerwę dla chłopaków, że teraz będą się bili. Ale po treningu razem szli na piwo – dodaje Polakow.

Dopiero podczas treningu Burzyński był w swoim żywiole. Marian Geszke, ówczesny asystent Polakowa, wsadzał dwa kije w piach, na nich zawieszał drewnianą tyczkę i kazał skakać. Gdy notorycznie strącali tyczkę, Geszke przybijał do niej gwoździe.

Teraz przeszkoda była kilka centymetrów wyższa i strącenie powodowało rany. Asystent Polakowa mówił, że „problemy leżą w głowie” i miał rację. Burzyński, jeśli nie chciał widzieć własnej krwi i poczuć bólu wrzynającego się w skórę kawałka żelastwa, musiał skakać wyżej niż kiedykolwiek. Dzięki temu wyrobił sobie niezwykłą skoczność, którą potem czarował kibiców. Stał się ulubieńcem publiczności. A na Wybrzeżu zawsze mówiono, że jest tu znacznie więcej zawodów, niż figuruje w oficjalnym spisie. Spora grupa bezrobotnych przesiadywała na trybunach, zakładając się o sumy ledwie mieszczące się w wyobraźni przeciętnego człowieka. Lubili znać piłkarzy. Burzyński szybko wpadł w to towarzystwo, zyskał szacunek ludzi z miasta, drobnych kombinatorów, cwaniaczków i hochsztaplerów. Lubił wyglądać jak oni, być człowiekiem z klasą i jednocześnie typem zawadiaki.
Był twardo wychowywany, ale miał też bardzo mocną osobowość. Przynajmniej wtedy tak się wydawało. To właśnie on brał na siebie ciężar negocjacji z zarządem, dowodził zespołem. Włodzimierz Żemojtel, który wówczas był rezerwowym bramkarzem, opowiada: – Walczył w imieniu piłkarzy i były to ostre starcia, niemalże awantury. Mówił wszystko wprost, nie owijał w bawełnę, w pewnym momencie ludzie z zarządu chcieli go nawet usunąć z drużyny.

Burzyński odszedł jednak sam. Po spadku Arki w 1975 roku porozumiał się już z Górnikiem Zabrze, ale w ostatniej chwili spojrzał przychylniej na Widzew.

Akcję wydobycia Burzyńskiego z objęć Górnika przeprowadził Wiesław Kaczmarek, ówczesny kierownik Widzewa. Bramkarz mieszkał w hotelu przy stadionie w Zabrzu, dostęp do niego miało tylko trzech działaczy tutejszego zespołu. Kaczmarek nie mógł

liczyć na rozmowę, więc poprosił o pomoc nieznajomą.

– Siedziałem w kawiarni i nagle doznałem olśnienia. Przy jednym ze stolików siedziała atrakcyjna dziewczyna. Szybko się przysiadłem i wyjaśniłem o co chodzi, jaki jest cel wizyty, w którym hotelu znajduje się poszukiwany zawodnik i jak zamierzam „Burzę” wyciągnąć – wspominał Kaczmarek w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Dziewczyna ośmielona kilkoma kieliszkami koniaku poszła do hotelu, gdzie przedstawiła się jako narzeczona piłkarza. Po kilkunastu minutach wyszła z nim pod rękę. Wtedy zawodnika przejął Kaczmarek, który szybko przedstawił ofertę klubu z Łodzi. Burzyński wrócił po walizki. Pilnującym działaczom powiedział, że dzwonił prezes klubu z Zabrza i poinformował, że ma wziąć rzeczy i udać się do nowego mieszkania. Zamiast tego wsiadł w taksówkę i pojechał do Gdyni. Kurs kosztował 8 tysięcy złotych, ponad dwukrotność przeciętnej pensji krajowej. Do kosztów kierownik dodał jeszcze bombonierkę dla dziewczyny.

Kilka dni później w mieszkaniu Burzyńskiego stawił się Machciński. Razem pojechali do Łodzi.

Nowy bramkarz idealnie pasował do drużyny Jezierskiego. Był naturalnym przywódcą oraz fantastycznym przykładem dla pozostałych zawodników.

– Zdarzało się, że podczas treningu leżał na ziemi z wycieńczenia i nikt inny na jego miejscu by się nie podniósł, ale on mówił wtedy: „Jedziemy dalej!”. Dzień w dzień harował na pograniczu ludzkich możliwości, uwielbiał trening. Był niesamowity na przedpolu, kochał efektowne parady, był wtedy jednym z najlepszych w kraju, to pewne – mówi Żemojtel.

Z kolei Mirosław Westfal, drugi trener Widzewa, przyznał, że Burzyński to obok Kowenickiego najciężej pracujący zawodnik w zespole. Podobnego zdania był Bronisław Waligóra.

– Uwielbiał pracować. Zostawał po treningach z Tadkiem Gapińskim i eliminował braki. Na pewno był w pierwszej trójce w Polsce – uważa były trener Widzewa.

Zresztą nawet Kazimierz Górski w 1975 roku przyznał, że Burzyński jest trzeci w kraju. Zaraz po Janie Tomaszewskim i Janie Karweckim, a przed Andrzejem Fischerem i Piotrem Mowlikiem.

W Widzewie Burzyński odgrywał ważną rolę. Wielu piłkarzy uważa, że to właśnie on wraz z Wiesławem Chodakowskim byli liderami zespołu, zanim nastał czas Bońka.

Znajdował się u szczytu swojej kariery. W czasach kryzysu klubu był wiodącą postacią. Tygodnik „Piłka Nożna” podkreślał, że tylko dzięki Burzyńskiemu Widzew w grudniu 1978 roku miał niewielką stratę do czołówki, a po za kończeniu sezonu 1978/79 katowicki „Sport” wręczył mu Złote Buty, nagrodę dla najlepszego piłkarza ligi. Redakcja podkreśliła, że było to zwycięstwo bezapelacyjne. Jeszcze w grudniu 1979 roku „Piłka Nożna” uznała go za drugiego bramkarza ligi, za Zygmuntem Kuklą ze Stali Mielec.
Marian Geszke, były trener Lechii, uważa, że Burzyński był najlepiej wprowadzającym piłkę do gry bramkarzem w kraju. Miał niemal perfekcyjne dalekie podanie. Do tego był jednym z lepiej wyszkolonych technicznie zawodników na swojej pozycji. Mimo to w kadrze był bez szans, bo pewniakiem był Tomaszewski. Sam Burzyński mówił o swoim rywalu, że „W lidze broni przeciętnie, ale w kadrze nigdy nie zagrał słabego meczu”. Według Andrzeja Czyżniewskiego, przyjaciela Burzyńskiego, ten miał żal, że nie pojechał na mundial do Argentyny, choćby w roli zmiennika. Wiedział, że jest w fantastycznej formie. Bramkarz Widzewa był próbowany w pierwszej reprezentacji dwukrotnie. W 1976 roku zagrał w meczach z Argentyną (1:2) i Francją (0:2). Musiał zadowolić się grą w drużynie olimpijskiej

prowadzonej przez Edmunda Zientarę. Również tam miał ogromny autorytet. Wybrano go nawet na przewodniczącego rady drużyny. Miał wówczas 31 lat i w perspektywie wyjazd do Anglii na zakończenie kariery. Jego znajomy z Gdańska, Andrzej Nowak, mówi, że od transferu do Ipswich Town, Burzyńskiego dzielił jedynie

podpis na kontrakcie. Zresztą na poczet transferu bramkarz pożyczył od Machcińskiego sporą sumę pieniędzy.

Żona trenera była temu przeciwna, ale Machciński się uparł. Burzyński przyszedł do banku po pieniądze. Po południu poszedł jeszcze na towarzyskie spotkanie z jednym z masażystów. Wypili po kilka piw i kilka kieliszków wódki. Wieczorem bramkarz Widzewa pojechał z Gajdą do prowadzonego przez znajomego lokalu w podłódzkim Tuszynie. Wyprawa zakończyła się na skrzyżowaniu Rzgowskiej i Kosynierów Gdyńskich.
***

Podczas posiedzenia sądu prokurator Czesław Zalewski zaznaczył, że „postępowanie oskarżonych 25 lutego otaczają nieprzyjemne opary niejasności i sprzeczności. Postępowanie obu piłkarzy przy wydatnej pomocy działaczy sportowych Widzewa, a zwłaszcza piłkarza Zbigniewa Bońka, poważnie utrudniło przebieg śledztwa i w konsekwencji uniemożliwiło bezsporne ustalenie wszystkich okoliczności”.
Prokurator zasygnalizował, że Boniek użył sztuczki. Nalał Burzyńskiemu nieco koniaku „na zdenerwowanie”. Efektem miało być wrażenie, że Burzyński prowadził na trzeźwo, a pił po fakcie. Sam bramkarz w sądzie utrzymywał, że poprzedniej nocy wypił do kolacji pół litra wódki, zaś u Bońka 100 gramów koniaku. I to wszystko. Sąd zorientował się, że kręci, bo wcześniej, podczas przesłuchania wstępnego, utrzymywał, że wypił ćwierć litra wódki z mirindą, a u Bońka około 200 gramów koniaku.

Zapytany o stan Burzyńskiego, Boniek odpowiedział w sądzie: „Mogę stwierdzić, że Burzyński był trzeźwy na podstawie tego, że gramy w jednej drużynie”. Z kolei zapytani bezpośrednio po wypadku, dlaczego uciekli z miejsca tragedii, oskarżeni odpowiedzieli, że nie mogli znieść widoku poszkodowanego, który dostał ataku konwulsji. Po naradzie z adwokatami zmienili wersję. Tym razem Burzyński miał obawiać się linczu. – Miałem zakodowane w pamięci, że zbiorowiska ludzkie reagują dwojako”. Obaj zawodnicy utrzymywali też, że znajdowali się jeszcze w stanie szoku.

Dlaczego więc nie zgłosili się na komendę? Odpowiedzieli, że nie wiedzieli, której komendzie Milicji Obywatelskiej podlegają wypadki drogowe.

Na niekorzyść Burzyńskiego miał świadczyć fakt, że podczas pierwszego przesłuchania Gajda przyznał, iż w styczniu obaj już raz jechali z Tuszyna po spożyciu alkoholu i nikomu nic się nie stało. Podczas procesu Gajda zmienił te zeznania i zaznaczył, że owszem, przed Burzyńskim stały kieliszki, ale on nie widział, żeby

jego kolega pił. Dla sądu było oczywiste, że te wszystkie wyjaśnienia i zwroty akcji są mało wiarygodne. Wszystkie zmiany zeznań działały na niekorzyść oskarżonych.

Biegli z wydziału kryminalistyki z Komendy Wojewódzkiej MO w Łodzi stwierdzili, że gdyby jechał on 70 km/h, miałby szansę wyminąć Olczyka, zaś gdyby prędkość wynosiła poniżej 64 km/h, zdołałby się zatrzymać przed staruszkiem. Biegli stwierdzili bowiem, że bramkarz Widzewa powinien dostrzec Olczyka z odległości 40 metrów. Ale to wszystko przy założeniu, że byłby trzeźwy.
Ostatecznie sąd uznał, że Burzyński jechał około 70 km/h, ale też stwierdził, że do wypadku przyczyniła się ofiara. Przyznano rację oskarżonym, że Olczyk w ostatniej chwili zawrócił. Z tą wersją nie mogła pogodzić się rodzina ofiary. Według nich do tragedii doszło na pasach, a potem bramkarz Widzewa wiózł Olczyka na masce. Sąd zaznaczył, że zachowanie ofiary nie powinno mieć jednak wpływu na reakcję kierowcy. Potem przez lata pojawiały się sugestie, że w samochodzie było więcej niż dwóch piłkarzy. Nigdy jednak nie dowiedziono, że sprawcy kogoś kryli.

Burzyński został uznany za winnego spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym oraz ucieczki z miejsca zdarzenia. Gajda – ucieczki i nieudzielenia pomocy rannemu. W uzasadnieniu sąd stwierdził, że „sprawcy musieli zdawać sobie sprawę, że obrażenia ofiary są poważne i mogą zagrażać jego życiu”.

Ostatecznie Burzyński został skazany na 2,5 roku więzienia i zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na 4 lata. Na Gajdę nałożono grzywnę w wysokości 25 tysięcy złotych. Obaj musieli też ponieść koszta postępowania sądowego.

Dodatkowo GKKFiS zawiesił obu w prawach zawodników.

Piotr Gajda tłumaczył mi się, że uciekł z miejsca zdarzenia, bo nie miał wielkiego wyboru: – Trudno mówić o ucieczce. Ja byłem jedynie pasażerem. Potem Boniek zadzwonił do prezesa, prezes na milicję i sami pojechaliśmy zeznawać, nikt nas nie zmuszał. Niestety Stasiu wyszedł wtedy na mecz z Katowicami i to był błąd. Mogło to zostać tak odebrane, że jesteśmy piłkarzami i wszystko możemy.

Powinno być to rozegrane inaczej. Niestety, moja kariera była skończona. Miałem rok przerwy w grze. Prezes Sobolewski na początku chciał, żebym został, ale zakazał mi takich bliskich kontaktów, jakie miałem z Burzyńskim. Tyle że z Młynarczykiem było jeszcze gorzej, dlatego musiałem odejść do Pogoni. Tam też nie mogłem grać z powodu ciągle trwającego zawieszenia, więc wyjechałem do Niemiec. A wyjazd oznaczał rok karencji. Straciłem sporo czasu, uciekła mi kariera. A wszystko wyglądało tak pięknie. „Burza” miał wyjechać do Anglii, ja miałem wskoczyć za

niego…
***

Chwilowo skomplikowała się sytuacja Widzewa. W kolejnym po spotkaniu z GKS Katowice meczu, z Lechem Poznań, miał wyjść Piotr Gajda, ale tym razem Sobolewski zachował ostrożność i właściwie w ostatniej chwili kazał posadzić go na ławce rezerwowych. Trzeci bramkarz Jerzy Woźniak nie wytrzymał próby, podobnie zresztą jak cały zespół. Widzew przegrał u siebie z Lechem 0:3 i znalazł się zaledwie 2 punkty nad strefą spadkową.

– Przegraliśmy fatalnie jeden mecz ligowy, ale zawodnicy w porę się otrząsnęli – odetchnął z ulgą Sobolewski. Zapewnił też, że klub nie odwróci się od Burzyńskiego i Gajdy.
***

Burzyński prosto z aresztu trafił do zakładu półotwartego w Choruli. Do południa pracował, zaś potem trenował z Odrą Opole. Przez jakiś czas był wspierany finansowo przez kolegów z zespołu. Otrzymywał normalne premie meczowe za zwycięstwa Widzewa, zaś żona dostała propozycję pracy w Łodzi, ale wybrała życie w rodzinnej Gdyni. Bramkarz mimo to czuł się osamotniony i opuszczony. Z napisanego 9 sierpnia 1980 roku listu Burzyńskiego do Jacka Machcińskiego wyłania się obraz odmienny od tego szeroko rozpowszechnianego w prasie.

„Prośba druga dotyczy spraw poważniejszych. Chodzi mi o obietnice, które zrobił prezes Sobolewski Boguśce. To co zrobił później, nazwałbym po imieniu ale nie muszę, bo sam wiesz jak to się nazywa. Ostatecznie nie musiał nic obiecywać, a argumentować później w ten sposób jak to zrobił to…

Nie spodziewałem się też odpowiedzi typu: „Staszek już nie jest zawodnikiem Widzewa no i niech wszystkie sprawy sobie sam załatwi”.

Pozostaje jeszcze sprawa przekazania moich papierów do Odry i sprawa kosztów sądowych. Myślę, że w/g obietnicy klub pokryje koszta sądowe, bo nie chciałbym żeby Bogusia musiała się użerać z komornikami. Co do Odry, to nic na razie nie wiem, pracuję normalnie w Krapkowicach (potem też pracował w zakładach drobiarskich – przyp. MW) i nikt z klubu ze mną nie rozmawia. Poza tym był u mnie, przejazdem co prawda, Daroszewski i Kuźniak, ale jakoś żaden z nich nic mi nie powiedział o tej kombinacji z Odrą. No cóż, „murzyn zrobił swoje”…

Przekazuje się papiery do innego miasta, umywa rączki i wszystko jest w porządku. Żałuję w tej chwili jednej rzeczy, że nie porozmawiałem o pewnych sprawach wcześniej i że tak bardzo ufałem prezesowi Sobolewskiemu. Wiem, wiem, dużo dla mnie zrobił i Ty też i jeszcze parę osób. Tym bardziej się dziwię, że w sumie w tak „drobnych” sprawach w stosunku do całości sprawy, tak postąpił.

Mniej więcej jestem zorientowany w całej sprawie, części się domyślam ale nie mogę zrozumieć pewnych decyzji i posunięć władz klubu. Może jednak skończę ten temat bo nie jest najprzyjemniejszy, przynajmniej dla mnie.
Minęło już, może raczej dopiero, pięć miesięcy i powoli pogodziłem się z losem. Zrezygnowałem całkowicie z jakichkolwiek ćwiczeń, wystarczą mi te w pracy (pracuję fizycznie w Zakładach Papierniczych w Krapkowicach). Początkowo łudziłem się, może amnestia, może rewizja coś zmienią ale teraz wiem ile mam do odsiedzenia i liczę po prostu miesiące. Tu w Choruli czas płynie szybko i czasami człowiek nie wie kiedy minął tydzień, ale pobytu na Stokowskiej (areszt śledczy w Łodzi znajduje się właściwie na Smutnej, przedłużeniu Stokowskiej – przyp. MW) nie zapomnę do końca życia. Nie wiem co by było, gdybym musiał w takim zakładzie zamkniętym odbębnić cały wyrok, chyba po wyjściu stałbym się prawdziwym kryminalistą”.

Zmienił go ten pobyt w areszcie. O ile w więzieniu bywało znośnie, to areszt wykończył go psychicznie. Andrzej Czyżniewski zapamiętał, że Burzyński opowiadał mu potem, że nie spał po nocach. Miał w celi wielokrotnego mordercę, był przerażony.

Można ten list Burzyńskiego uznać zarówno za przejaw ogólnego rozczarowania, ale też chwilowego zwątpienia. A może miał żal, że Widzew wymienił go na Młynarczyka, że w Łodzi już nikt na niego nie czeka. A jednak z kilkudniowych wizyt w Gdyni, gdzie jeździł na przepustki, Burzyński wracał przez Łódź. Dowoziła go żona, a dalej zabierali koledzy, głównie Tadeusz Gapiński i Andrzej Grębosz. Przyjechał też w 1984 roku na mecz gwiazd „Stary Widzew – Nowy Widzew”. Pojawiła się też informacja, że próbował swoich sił w RC Lens, gdzie pojechał na zaproszenie Mirosława Tłokińskiego, ale pomocnik Widzewa mówi, że była to jedynie przyjacielska wizyta, która „raczej zdołowała Stasia, bo widział, co stracił”.

Z więzienia wyszedł pod koniec 1981 roku. Jego szczęście wiązało się z dramatem narodu. Wprowadzono stan wojenny i cele więzienne, jak przypuszczają koledzy Burzyńskiego, czyszczono z drobniejszych przestępców, złodziejaszków czy sprawców wypadków. Mieli je zapełniać opozycjoniści.

Do Burzyńskiego wyciągnął rękę stary znajomy Marian Geszke, który teraz był trenerem Bałtyku. Znali się z Arki i z Łodzi. Geszke pracował w ŁKS, gdy Burzyński przeżywał swoje najlepsze chwile z Widzewem.
***

Na stadion podjechał maluch. Od strony pasażera wysiadł Burzyński. Przyjechał tak, jakby był tu zawsze. Zadbany, elegancki. Gdyby zapytać kogokolwiek znajomego o jedno słowo na określenie Burzyńskiego, to chyba to drugie pasuje najbardziej. Był też dość dobrze przygotowany. Pilnował się. Jako więzień pracował w kilku miejscach, najdłużej w fabryce papieru, a popołudniami trenował z Odrą Opole. Potem przez pewien czas nie mógł trenować. Któryś z dziennikarzy napisał artykuł w gazecie. O tym, że pali dobre papierosy i ma czyste wypielęgnowane ręce. Miało być sympatycznie i pozytywnie, ale naczelnik dostał po uszach, że więźniowie, nie dość, że mają lekko i przyjemnie, to jeszcze popalają marlboro.

A wszyscy przyjaciele, którzy jeździli do Burzyńskiego, doskonale wiedzieli, że mają mu przywieźć karton tych konkretnych papierosów. To też dawało mu lepsze notowania w więzieniu.

W Bałtyku szybko stał się wzorem dla młodych, którzy śledzili uważnie każdy jego ruch. Był tu legendą. Geszke był zadowolony. Podczas zimowego zgrupowania Burzyński czasem wyręczał go, robił wykłady z taktyki, mówił o ćwiczeniach. Dla marzących o wielkiej karierze chłopców wciąż był gwiazdą Widzewa, reprezentantem

Polski, kimś z lepszego świata.

Bałtyk zatwierdził bramkarza dopiero na trzeci mecz rundy wiosennej sezonu 1981/82 ze Śląskiem Wrocław, ale szybko okazało się, że do dawnej formy mu daleko. Popełnił dwa błędy i Geszke wstawił do bramki Wiesława Zakrzewskiego. Ten do końca sezonu nie dał trenerowi powodu do zmiany zdania. Dopiero gdy odszedł po sezonie do Lecha Poznań, Burzyński wrócił do składu. Mocno się przygotowywał do powrotu na boisko.

Geszke: – Zaprosił mnie na kawę. Myślałem, że chce odejść. Ale on chciał trenować. Poprosił, żebym rozpisał mu treningi na dwa tygodnie. Biegałem dookoła boiska a on ciężko harował. Wyznaczył cholerne warunki. Do tego zażyczył sobie sauny. Byłem pod wrażeniem. W następnej rundzie był świetny. Pamiętam pierwszy mecz sezonu z Pogonią Szczecin, który nam wybronił. Po spotkaniu Adam Kensy podszedł do niego i nie podał mu ręki od razu, ale przed nim uklęknął, jakby dziękował za łaskę, że mógł zagrać przeciw komuś takiemu. A potem inni piłkarze Pogoni zrobili to samo.

Szczęście trwało tylko do końca sezonu. Potem miały być podpisywane nowe kontrakty. Burzyński wszedł do gabinetu, gdzie siedział zarząd, i zażądał sumy wielokrotnie wyższej niż miał do tej pory.

– Stasiu miał dobre warunki, wciąż był naprawdę nieźle opłacanym piłkarzem ligowym, ale wiedział, że zagrał świetny sezon i poszedł na całość. Prezes mało się nie zadławił. Powiedział, że potrzebuje jednego dnia do namysłu. Po Burzyńskim wszedł drugi bramkarz Andrzej Czyżniewski i poprosił o wielokrotnie mniejsze pieniądze. Kontrakt został spisany niemal od razu – mówi Geszke.

Zdaniem trenera Czyżniewski przewyższał już wtedy starzejącego się Burzyńskiego umiejętnościami. Był młodszy, wyższy, silniejszy. Oczywiście z „Burzą” sprzed 6–7 lat nie miałby szans rywalizować, ale teraz było inaczej. Burzyński sam ściągnął Czyżniewskiego do klubu. Spotkali się kilka razy na piwie i w końcu namówił go do gry. Potem przegrał z nim rywalizację.

Czyżniewski: – To był tytan treningu. Padaliśmy wykończeni i wtedy on mówił: „Mam jeszcze kilogram nadwagi, może zrobimy 20 kółek”. Znakomicie potrafił motywować i był człowiekiem z zasadami. Jeśli któryś z chłopaków przyniósł niedopompowaną piłkę, to za chwilę biegał szukać jej na torach.

Te zasady budowały jego legendę, nawet jeśli momentami były oznaką zdziwaczenia. Podczas zgrupowania w Jugosławii jeden z miejscowych piłkarzy przymierzył jego rękawice bez pozwolenia.

Burzyński to zobaczył i się wściekł. Piłkarz oddał mu natychmiast rękawice, ale ten rzucił je w niego z krzykiem: „Zabieraj to! Nie chcę ich!”. Nikt nie miał prawa założyć jego rękawic. A zawsze miał najlepsze i nie prosił klubu o ich zakup. Wciąż miał wielu przyjaciół, choćby Józefa Młynarczyka, który podsyłał mu sprzęt najwyższej klasy.

Kilka tygodni później grał w II lidze, w Arce. To był schyłek jego kariery. Kończył w MOSiR–ze.

Przychodził do pracy na Zielonogórskiej w Gdańsku codziennie o 7.30. Meldował się w zbitym z desek baraku, który służył za warsztat. Majster Andrzej Nowak, który kiedyś był zawodnikiem Lechii, właśnie w czasie gdy Burzyński zaczynał karierę, przygarnął go i wszystkiego uczył. To nie była trudna praca. MOSiR budował w całym kraju boiska i korty tenisowe, ale Burzyński pracował na miejscu. Naprawiał

sprzęt, popracował na szlifierce, skosił trawę, przykręcił śrubę w kosiarce. Nie miał stałego zajęcia, był człowiekiem od wszystkiego. Zakładał roboczy drelich, gumiaki i wykonywał polecenia. Miał dobre towarzystwo. Na stanowisku obok miał Janusza Makowskiego, który najlepsze lata swojego życia spędził w Lechii. Nowak mówi, że pilnował, żeby Burza się nie przepracowywał, bo musiał mieć siły na trening. Grał w drużynie Konrada Araucza, kiedyś asystenta Polakowa. Był gwiazdą. MOSiR dzięki niemu wywalczył awans do III ligi, a potem się w niej utrzymał.

Znajomi mówią, że w tym czasie trzymał się dobrze. Czasem skoczył na piwko, ale nie przesadzał. Dopiero pod sam koniec alkohol zeżarł go niczym nowotwór. Zmarniał tak szybko, że nie był już nawet cieniem siebie. Ale to wszystko w środku. Owszem, widywano go pijanego dość regularnie, ale nie został kimś, kogo określa się mianem pijaczka. Na zewnątrz do końca pozostawał szykownym, dobrze ubranym mężczyzną,

niemal takim samym jak 20 lat wcześniej, gdy zaczynał karierę, tyle że teraz nawet lepiej zbudowanym. Gdyby ktoś go nie znał, powiedziałby, że to człowiek, który pracował ciężko fizycznie. Za tą fasadą ukrywał się jednak mężczyzna przegrany. Widywano go na Świętojańskiej w jednym z lokali, gdzie miejscowe lumpy mogły podpytać go o czasy Wielkiego Widzewa, o Bońka, Smolarka, Tłokińskiego. O wszystkich tych, którzy wyjechali na Zachód i ułożyli sobie życie. Już od dłuższego czasu nie utrzymywał regularnych kontaktów z kolegami. Nie chciał grać w drużynach oldbojów Arki i Lechii. Jego znajomi podejrzewają, że się wstydził. Pracował w Komunie Paryskiej, jak mówili mieszkańcy Gdyni o swojej stoczni. Zajęcie załatwiła mu teściowa i było to przyzwoite stanowisko brygadzisty. Nie mógł narzekać. Poza tym blisko domu. A jednak wciąż nie była to praca jego marzeń. Nic nie byłoby już

pracą jego marzeń. Ta jedna jedyna przepadła przed laty.

Andrzej Nowak: – To nie wypadek czy alkohol zabiły Stasia, ale ten niedoszły transfer do Ipswich. Był tak blisko. Mógł być kimś, a został przegranym. Tak się czuł. Nigdy nie powiedział tego, ale i nie potrafił ukryć, że siedzi w nim poczucie goryczy. On w życiu sobie radził nawet dobrze, normalnie i uczciwie pracował, ale nie potrafił sobie poradzić ze swoją straconą szansą.

Czyżniewski, który ma na koncie próby samobójcze: – Czasami widziałem go, jak siadał przy piwku. Patrzyłem i myślałem sobie, że dla niego czas się zatrzymał, że wciąż jest tam w Widzewie, że wszystko idzie w dobrym kierunku, a on zaraz wyjedzie do Anglii. Wtedy tego nie wiedziałem, ale po latach ,mając własne doświadczenia, zorientowałem się, że Stasiu był w głębokiej depresji. Był chory i potrzebował pomocy. Ale gdy chcieliśmy mu pomóc, on to odrzucał. Miał z tym kłopot. Zawsze był na piedestale, to wokół niego wszystko się kręciło. I to przejście na drugą stronę, gdy już nie był tak rozpoznawalny, gdy musiał zacząć inaczej żyć… nie był przygotowany do tego, że trzeba inaczej zarabiać. Nie mógł znaleźć swojego miejsca po zakończeniu kariery. Namawiałem go, żeby zrobił papiery trenera, chociaż instruktora, żeby trenował młodych bramkarzy. Ale nie chciał iść tą drogą, nie wiem dlaczego. ..

Burzyński stał się symboliczną ofiarą swoich czasów. Jednym z tych, którzy żyli na świetnym poziomie, żeby pod koniec kariery zorientować się, że nikt nigdy nie zapłacił za nich żadnej składki emerytalnej. Musiał zaczynać wszystko od nowa. Mając 40 lat i żadnego wyuczonego zawodu, żadnego doświadczenia.

Czyżniewski: – Na zgrupowaniach mieszkaliśmy razem w pokoju. Rozmawialiśmy i on wtedy pytał: „Dlaczego ten facet się zawrócił, dlaczego?”.

Burzyński wyskoczył przez okno swojego mieszkania, znajdującego się na dziewiątym piętrze wieżowca na gdyńskiej Chyloni, 5 października 1991 roku.

Comments (1)

Older Posts »