Archive for Deyna

Deyna…

Stworzyłem nową kategorię, pt. „Deyna”. Wrzuciłem tam teksty, które zrobiliśmy o Kazimierzu Deynie, najlepszym, albo jednym z najlepszych polskich piłkarzy. Ukazało się to w 20. rocznicę śmierci. Deyna „dostał” cały magazyn sportowy.

Z Piotrkiem Żelaznym robiliśmy teksty o zagranicznej części kariery Deyny (Manchester, USA) a Łukasz Olkowicz z Polski. Jego tekstów oczywiście nie drukuję. Może kiedyś sam się zdecyduje.

Pominęliśmy tym razem ten najbardziej znany rozdział z jego kariery – mecze w Legii i reprezentacji Polski, gdyż jest to wiedza powszechnie dostępna. Postaraliśmy się zdobyć to, co dostępne nie było – takie było założenie. Mam nadzieję, że przynajmniej w jakiejś części się udało.

Niestety naszych tekstów nie mogli przeczytać ci, którzy nie kupili akurat Magazynu, więc wrzucam je tutaj… może ktoś chce rozszerzyć swoją wiedzę o Deynie, kto wie…

Za te teksty dostaliśmy albo wielkie wyrazy uznania albo dokładnie odwrotnie – ci, którzy znali Deynę lub myślą, że go znali, uważają że zrobiliśmy z niego pijaka. Naszym zadaniem było jednak, jako dziennikarzy, napisanie prawdy, uchwycić  geniusz ale nie zapomnieć o słabościach – tak uważaliśmy i wciąż tak uważamy.

Miłej lektury.

Reklamy

3 Komentarze

Deyna w USA, cz. 2

Kazik w krainie soccera

Jego życie to nieustanne robienie żartów. Był królem boiska i zabójcą przy barze. Tak  zapamiętali go przyjaciele z drużyny San Diego Sockers. Mówią, jakby to górnolotnie nie zabrzmiało, że przyjazd Kazimierza Deyny do Stanów Zjednoczonych odmienił ich życie.

Geniusz, fenomen, magik. Zgadza się, brzmi to bardzo cukierkowo, ale tak właśnie wypowiadają się piłkarze z San Diego Sockers. Kazimierz Deyna, który przecież jeszcze kilka lat temu należał do absolutnej światowej czołówki, przyjechał do kraju, w którym piłka nożna była zjawiskiem nie mniej osobliwym niż domniemane lądowanie UFO w Roswell w Nowym Meksyku.
Brian Quinn, pomocnik: – Na pewno Kazi był najlepszym piłkarzem jaki grał w San Diego. To był zupełnie inny poziom. Był mózgiem drużyny, od niego głównie zależało jak gramy.
Erich Geyer, obrońca: – Patrzyło się na niego i myślało: co to za facet? On cię ogrywał nawet nie dotykając piłki, tylko ruchem ciała. Niesamowite. A jaką on miał wizję. Czasem jeżdżę do Europy, do Niemiec na Okroberfest. Powiem ci, ze temat Deyny zawsze się pojawia. Zawsze. I nie żebym tu cukrował. Tak po prostu jest.
Juli Veee, napastnik: – Absolutnie fenomenalny. Niech to wystarczy.
Volkmar Gross, bramkarz: – Jego strzały na treningach były niezwykłe. Precyzyjne, przemyślane. Tylko piłkarz na wysokim poziomie naprawdę potrafi docenić klasę Deyny. Sam trochę grałem, byłem nawet w kadrze Niemiec. Ale nigdy nie byłem Kazem Deyną. Kazi był wyjątkiem. Był na pewno w dziesiątce, może 15 zawodników najlepszych na świecie jacy kiedykolwiek grali. Mam zdjęcie Kaza w domu i gdy patrzę na nie, ciągle widzę ten niezwykły błysk w jego oku.
Jean Willrich, napastnik: – Gdy Kazi podawał, piłka miała oczy, leciała tam gdzie chciał.
Ron Newman, trener: – Gdy zaczął grać na hali, początkowo myślałem, że nie daje rady, coś było nie tak. I nagle włączyli wszystkie światła i zaczął grać i to było niezwykłe. Kazi był najlepszym piłkarzem halowym jakiego mieliśmy w San Diego, a byliśmy wtedy jednymi z najlepszych na świecie.

Wow!
To była druga połowa 1981 roku. Deyna po cichu ulotnił się z Manchesteru po tym jak spowodował groźny wypadek drogowy.
-Od początku byliśmy nim zainteresowani. Gdy okazało się, że chcą go zwolnić z Manchester City, przejęliśmy go od razu. Nie mieliśmy za dużo kasy, ale Kazi bardzo zapalił się do idei, chciał odkrywać Amerykę – mówi Newman.
Na pierwszym treningu piłkarze San Diego patrzyli na Polaka z niedowierzaniem.
– Było tylko słychać, wow, co za zawodnik… – wspomina Willrich.
Młodzi piłkarze z San Diego byli wpatrzeni w Deynę jak w obrazek. Newman opowiada, że patrzyli na sztuczki Deyny, a później starali się naśladować to, co on robił. Zwody, podania, żonglerka – każdy starał się coś skopiować, dorównać mistrzowi.
– Byłem wtedy kapitanem drużyny. Uznaliśmy wszyscy, że jednak musi nim zostać Kazi. Dla mnie to było naturalne, miał największy respekt. Z przyjemnością oddałem mu opaskę – mówi Juli Veee. Naprawdę nazywa się Gyula Visnyei, w 1974 roku pojechał do Niemiec na mistrzostwa świata. Jako kibic.
-Byłem we Frankfurcie i do dzisiaj wiem, że gdyby nie ten deszcz, Polacy graliby w finale mistrzostw świata. Lato i Tomaszewski byli fantastyczni, Gadocha chyba najlepszy. A Kazi dyrygował tą cudowną drużyną. Wtedy widziałem go po raz pierwszy na żywo. Sporo wiedziałem o Polakach, to mu się podobało, dlatego później w San Diego sporo czasu spędzaliśmy razem – mówi Węgier, który przez lata był najlepszym strzelcem zespołu i królem asyst. Deyna był mózgiem zespołu.
– Sporo strzelał, ale głównie rządził. Tak po prostu. Zmienił zespół, zaczęliśmy grać zupełnie inaczej, dużo lepiej. Wcześniej nie znaczyliśmy wiele, z nim trzy razy byliśmy blisko finału. Zaczęto się z nami liczyć – dodaje Veee.
– Dla młodych był niedoścignionym wzorem. I profesjonalistą pełną gębą. Nigdy nie spóźnił się na trening, zawsze był znakomicie przygotowany – mówi Brian Quinn, wtedy 21-latek.
Deyna nigdy nie został wybrany do najlepszej jedenastki sezonu ligi NASL, choć znaleźli się tam piłkarze, o których w Europie nikt nie słyszał. Polak był raz w drugiej drużynie.
Pozostawał w cieniu bardziej medialnych postaci. W latach 80. Ron Newman w jednym z wywiadów stwierdził, że wymieniając najlepszych piłkarzy ligi zbyt często pomija się Deynę, który był fenomenem.
Dziś Newman opowiada nam: – Graliśmy z Chicago, mieli tam wielu fajnych piłkarzy i jednego znakomitego w środku, niestety nie pamiętam jak się nazywał. Przepraszam, mam swoje lata, lecz przypominam sobie akcję, która trwała dosłownie sekundę, ale potrzebuję więcej czasu by ją opisać. Ten piłkarz i Kazi walczyli o piłkę. Właściwie stanęli naprzeciw siebie, nie dotykali piłki. Kazi udał, że chce ją kopnąć ale nie zrobił tego, tamten zrobił to samo. Kazi raz jeszcze zamarkował kontakt, tamten nie nabrał się i zrobił to samo. Stali tam, wciąż markowali kontakt i wtedy Deyna zrobił unik raz jeszcze, facet spróbował sięgnąć piłki i wywrócił się, a Kazi spokojnie zabrał piłkę i pobiegł dalej. Gdybym miał wtedy kamerę video, gdybym mógł to nagrać… Nie potrafię tego wystarczająco dobrze opowiedzieć ale była to jedna z najbardziej nieprawdopodobnych sytuacji jakie widziałem w swoim życiu, a trochę widziałem.
W lidze NASL w latach 70. i 80. grały największe gwiazdy światowego futbolu. W Cosmosie
Nowy Jork Pele czy Franz Beckenbauer, w Los Angeles Aztecs Johan Cruyff czy George Best. Byli też m.in. Gerd Müller, Bobby Moore, Gordon Banks, Carlos Alberto, Trevor Francis, Alan Ball, Johan Neeskens, Alan Ball, Ruud Krol, Wim Rijsbergen, Teofillo Cubillas.
Słowem ci, którzy na zakończenie kariery postanowili sobie dorobić. W San Diego taką kultową postacią był właśnie Deyna. Dzisiaj w archiwach lokalnych gazet można odnaleźć wiele relacji meczowych, w których Polak się wypowiada. Inni byli znacznie bardziej rozmowni, ale to właśnie od Deyny dziennikarze chcieli wydobyć choć słowo. Podobnie było na spotkaniach charytatywnych.
– Kazi oczywiście nie szedł nigdzie, gdzie trzeba było dużo mówić i wygłaszać przemówienia. Ale czasem musiał, bo każdy chciał, żeby z San Diego Sockers na jego
imprezie pojawił się właśnie Deyna ? wspomina Erich Geyer, były obrońca Sockers, dzisiaj pracujący jako szkoleniowiec w meksykańskiej Tijuanie.
– Kazi był człowiekiem nieśmiałym, cichym. Ale gdy tylko miał piłkę przy nodze, gdy tylko pojawiał się na boisku, zmieniał się nie do poznania. Widział najmniejszą lukę, przez którą można było posłać piłkę do napastnika. Stwarzał doskonałe okazje kolegom – mówi Geyer.
Willrich: – Był mózgiem tej drużyny. Nasi rozgrywający dostawali piłkę, zastanawiali się co z nią zrobić, gdzie zagrać i to chwilę trwało. Kazi dostawał piłkę i automatycznie odgrywał tam, gdzie potrzeba. Urodził się z umiejętnością podejmowania błyskawicznej decyzji. To był jego dar od tego Gościa, tam z góry. Lubiłem w nim to, że zawsze chciał wygrać, po wyjściu na boisko wszystko szło na bok, liczyło się tylko zwycięstwo. Zresztą, czy graliśmy mecz, czy tylko w siatkonogę, był cholernie zawzięty, oddałby wszystko za wygraną. Mógłby grać w piłkę 24 godziny, nie sposób było go ściągnąć z boiska.
Był gwiazdą na stadionie otwartym i wkrótce stał się królem gry w hali. W sumie zdobył z zespołem 5 tytułów mistrza USA w hali (indor soccer), pobił rekord punktów w jednym meczu: 4 gole i 5 asyst, czyli 13 punktów w spotkaniu z Tampa Bay Rowdies.
– Pamiętam taki mecz, gdy Kaza bardzo bolał brzuch, to było chyba przeciwko drużynie z Waszyngtonu. Proszę go, wręcz błagam: „Kazi spróbuj, proszę, może ci przejdzie, jeśli nie, to dam spokój”. Ulga, zgodził się. Wyszedł i był najlepszy – wspomina Newman.
– Ja pamiętam jak w pojedynkę zniszczył Fort Laudardale Strikers. Strzelił chyba gola i zaliczył pięć asyst. W jednym meczu zdobył siedem punktów. W hali, a tam było mało miejsca. I nawet się przy tym nie spocił – zadziwia się Geyer. – Patrzyłeś na niego jak wychodził na trening i myślałeś sobie, że to niemożliwe, żeby ten facet mógł mnie pokonać. Hej, on nawet wyglądał jakby nie umiał biegać. A później, jednym ruchem ciała cię gubił. Biegłeś w zupełnie inną stronę. Przy tym był taki elegancki jak grał. Biegł, a wyglądał jakby dostojnie szedł z piłką przy nodze. Głowa zawsze wysoko, zawsze patrzył, co robią inni. Mógłby grać w budce telefonicznej przeciwko dwóm rywalom i oni nie dotknęliby piłki.

Stawiam dolara!
– Kaz Deyna! He Scooooooooooooooores! (Strzela!) ? krzyczał Randy Hahn, magik mikrofonu, wtedy oficjalny głos San Diego Sockers, dzisiaj konferansjer drużyny hokejowej San Jose Sharks.
Tak było kilka razy w meczu, Hahn miał to doskonale przećwiczone i lubił to krzyczeć.
– Strzelał albo podawał. Te podania były niesamowite. Na 40 jardów (ok. 36 metrów) prosto na nos piłkarza, który wybiegał na pozycję. Kazi nawet nie musiał biec, by wykonać takie podanie. Robił to zupełnie z miejsca – mówi Hahn.
– W hali podania były krótsze, takie na 10?12 metrów. U nas w hali gra się inaczej niż w Europie, bo są bandy, więc to był takie bum, bum, bum od bandy. A Kazi zwolnił grę. Spokojnie, spokojnie, tam podać, tu przytrzymać. Innemu od razu by zabrali piłkę, ale on odpowiednio balansował ciałem, osłaniał się, zastawiał i nikt nie był w stanie mu jej odebrać. Deyna był tym, który uczynił indoor soccer wolniejszym. Razem z Juli Veee zrobili naszą grę magiczną – mówi podekscytowany Hahn.
A po pokazie futbolowej magii zawsze była wspólna impreza. Wódka i dowcipy.
Hahn opowiada: – Kiedyś byliśmy w Tampa Bay. Floryda latem to najgorętsze miejsce na świecie. Mieliśmy kilka dni przerwy między meczami. Hotel był tak skonstruowany, że gdyby ktoś się uparł, to mógłby po balkonach dostać się na dach. Wypiliśmy wtedy kilka piw, może trochę wódki. Był z nami jeden młody chłopak, który nie chciał przyjść na piwo. Traktował to wszystko bardzo poważnie, nie chciał się narazić trenerom, wolał się wyspać porządnie i takie tam wymówki. Kazi i reszta postanowili więc, że po balkonach dostaną się do jego pokoju i go nastraszą. Wtedy było tak gorąco w nocy, że każdy zostawiał drzwi
balkonowe otwarte. Kazi z jednym z kolegów obliczył, że trzeba przejść tyle a tyle balkonów. Ale popełnili w tych obliczeniach lekki błąd. Otworzyli drzwi i zaczęli
krzyczeć tyle tylko, że zamiast do tego chłopaka, wskoczyli do pokoju jakichś dwóch starszych pań, które były na Florydzie na wakacjach. Od razu się obudziły i zaczęły wrzeszczeć. Chłopaki też się przestraszyli i też zaczęli krzyczeć. Otworzyli drzwi od pokoju i natychmiast wybiegli na korytarz. Te panie wezwały ochronę i menedżera hotelu. Na szczęście nikt nie wykrył, albo nie chciał wykryć prawdziwych sprawców.
Deyna lubił robić kawały. Geyer wspomina, że często chował młodym piłkarzom sprzęt. – Młody szukał torby, a Kazi mówił: ciepło, zimno, cieplej, gorąco! Wszyscy szybko się w to wciągnęli – śmieje się Geyer. – Kazi zawsze wiedział jak rozśmieszyć towarzystwo. Albo słowem, albo miną. Stale się go trzymały dowcipy. Poza tym uwielbiał się zakładać. Na lotniskach zbierał od każdego dolara. Ten, którego torba pierwsza pojawiała się na taśmociągu, zgarniał pieniądze.
Geyer jest wyraźnie rozbawiony, za chwilę przypomina sobie kolejne historie o Deynie.

– W dziadka też zaczęliśmy grać na pieniądze. Podobnie zresztą jak w ping-ponga. Kazi był mistrzem tenisa stołowego. Grał z nami na pieniądze, nikt nie potrafił go pokonać. Więc dawał handicapy – przeciwnik zaczynał z dziesięcioma punktami na koncie. Ale i tak Deyna wszystkich ogrywał. Każdy z nas myślał ? to nie może być takie trudne go pokonać. W końcu muszę zdobyć tylko 11 punktów, a on 21. No ale Kazi był nie do pokonania – opowiada Niemiec.
Poza tym uwielbiał grać w karty. Koledzy z zespołu mówią, że mało się odzywał, ale wiedział zawsze kto oszukuje i jakie ma karty. Sam oczywiście też oszukiwał, dość profesjonalnie.
– Zawsze jak ktoś w końcu go pytał: „Kazi, oszukujesz?” mówił: „Ja? Nieeeeeee”, a potem przykładał palec do oka, pokazując: Czy jedzie mi tu tramwaj – opowiada Hahn.
Jean Willrich Niemiec z Koblencji jako jeden z pierwszych miał okazję lepiej poznać Deynę. Ron Newman na pierwszym zgrupowaniu zadecydował, że Willrich i Deyna śpią w jednym pokoju. Zaprzyjaźnili się.
– Przyjaźń, jakby to powiedzieć, od pierwszego wejrzenia. Niemcy i Polacy są podobni. Mamy podobną kuchnię: kapusta, kiełbasa, kotlet. Lubimy się zabawić i napić. I piwa, i wódki. Tak było ze mną i z Kazem – opowiada z uśmiechem Willrich.
– Kiedyś trochę popiliśmy i wróciliśmy do pokoju. Kazi poszedł pierwszy. Ja kilka minut po nim, walnąłem się na łóżko i od razu zasnąłem. Rano obudziłem się z cholernym bólem pleców. Myślę: Co jest? Patrzę, a mój materac przypomina wielką górę. Kazi wrzucił mi tam wszystko, popielniczkę, kilka książek. Taki był. Nie mógł wytrzymać, żeby nie zrobić jakiegoś dowcipu – śmieje się Willrich, dzisiaj szkoleniowiec młodzieżowego Poway Vaqueros. Gdy opowiada o Deynie, co chwilę trzeba mu przerywać, bo zapędza się w komplementach, opowiada z niezwykłym przejęciem o tym, co w Polsce jest powszechnie wiadome, o trzecim miejscu w rankingu „France Football”, o medalu Polski w mistrzostwach świata, o igrzyskach olimpijskich w Monachium. Dziękuje losowi za to, że zetknął go z Deyną.
– Nigdy nie przyszło mi do głowy, że będę mógł zagrać z takim piłkarzem, że będę mieszkał z nim w pokoju. To jakiś nieprawdopodobny splot zdarzeń dał mi to szczęście i zaszczyt – mówi. – Był jednym z najbardziej utalentowanych zawodników, jakich świat kiedykolwiek widział, urodził się z tym czymś. Ludzie z Polski, gdy wtedy z nimi rozmawiałem, mówili: „Wow, znasz Kaza! Jest tylko dwóch wielkich Polaków, Kaz i Papież”. Wiadomo, później doszedł jeszcze Wałęsa.
Deyna zaaklimatyzował się w Stanach znacznie szybciej niż w Manchesterze.

– Był wstydliwy, trochę z powodu języka, bo nie szło mu najlepiej, ale u nas było międzynarodowe towarzystwo, więc gadał na pewno dużo więcej niż w Anglii – tłumaczy Veee.
– On nigdy nie mówił specjalnie dobrze po angielsku. Język mu się rozluźniał po alkoholu. Po dwóch albo trzech wódkach nagle się okazywało, że mówi całkiem nieźle. Ale normalnie kaleczył angielski niemiłosiernie, chociaż oczywiście rozumiał wszystko – śmieje się Erich Geyer.
– Opowiadał trochę o Anglii. Mówił, że tam grali jak w tenisa: on był na miejscu siatki, a piłka latała nad nim – przypomina sobie Willrich.
– Sporo wspominał o tym meczu we Frankfurcie z Niemcami, że Polska wygrałaby, gdyby nie ulewa, bardzo tego żałował – dodaje Veee.

Pił i opowiadał
– Był absolutnym zabójcą przy barze. Nikt nie był w stanie dotrzymać mu kroku. Potrafił siedzieć w barze do nocy. Polacy umieją dobrze pić. Wieczorkowski? Po trzech piwach leżał jednak pod stołem. Jedyna osoba, która mogła próbować mierzyć się z Kazem był Volkmar Gross. On był wielkim facetem. Ja też piłem, uwierz mi. Ale Volkmar był jedynym, który mógł się utrzymać na nogach… – mówi z przejęciem Geyer.
Berlin, Charlottenburg, Nauman Strasse. Pub fanów Herthy Berlin. Dość skromny. Przy barze stoi kilku podpitych starszych panów. Na ścianach szaliki Herthy, na honorowym miejscu koszulka klubowa z nazwiskiem Gross. Człowiek, który ją nosił, jedyny trzeźwy w lokalu, uśmiecha się zza baru. Od lat nie miał w ustach alkoholu. To z powodu leków stosowanych w leczeniu nowotworu.
– Mogę żyć bez alkoholu, nie ma problemu – mówi. – Tak było, piliśmy sporo, ale inaczej. Ja byłem raczej facetem, który pił dla towarzystwa. Siedzieliśmy, gadaliśmy, piliśmy i nagle nie mogłeś już więcej się wysłowić. I łup na lub pod stół. Kazi niestety robił to inaczej. Czasami widziałem, że pije po to, żeby się upić. Uwierzcie mi, do mojego baru przychodzi wielu alkoholików, potrafię ich rozpoznać. Kazi był jednym z nich.
Zaczynało się niewinnie.
– Balowaliśmy dość mocno. Dziś już tak się nie bawią. Na każdym obozie wymykaliśmy się przed snem na piwo, czy dwa. No, sam rozumiesz. Wtedy lepiej się po prostu śpi. A po meczu? Zawsze była impreza. Szliśmy do barów, kupa ludzi. Dla nas Europejczyków to było, jakby to powiedzieć… alleluja! – mówi Geyer.
Juli Veee przypomina sobie wyloty do Chicago: – Tam sporo piło się z Polakami. Wychylaliśmy kilka flaszek, a później go zabierali i znikał na całą noc…
Willrich: – Kazi pił wódkę jak wodę z cukrem. Miał najmocniejszą głowę, więc pił z Polakami do dna. A gdy o 6 rano przyjeżdżaliśmy na lotnisku, Kazi już tam był i wsuwał jednego hot-doga za drugim.
Pił coraz więcej w miarę jak pogarszała się jego sytuacja rodzinna.
– Kochałem Kazia, byłem jego przyjacielem, ale muszę przyznać: miał problem z alkoholem – opowiada Veee.
– W Ameryce po meczu zawsze jest impreza. Prominentni ludzie przyciągają piękne kobiety, bardziej niż gdziekolwiek na świecie, to fenomen USA. Nieważne, co robisz, czy jesteś muzykiem, sportowcem, kobiety ciągną do ciebie jeśli jesteś znany. Kilka razy widziałem jak podchodził do dziewczyny i mówił: „Hej, jestem Kaz Deyna, idziesz ze mną?” – opowiada Volkmar Gross.
– Sporo problemów miał z powodów rodziny, z żoną. Norbert kochał swojego ojca, uwielbiał go, był w niego zapatrzony, był przy nim cały czas. Na treningach, przed meczami, po meczach. Ale widywał też ojca pijanego. Niestety – dodaje Gross.

Na luzie
W USA Deyna zupełnie się wyluzował. Nie był takiej dyscypliny jak w Manchesterze, gdzie musiał się jednak pilnować. Oczywiście stosował samodyscyplinę, nigdy nie spóźnił się na trening. Ale na pewno luźniej podchodził do obowiązków, gdy zorientował się, że trafił do kraju, gdzie piłka nożna jest tak istotna jak baseball w Polsce.
– Myślę, że jak się zorientował, że tu nie ma poważniej piłki, postanowił trochę odpuścić. Był w świetnej formie. Żadnych stresów. Koledzy w klubie go uwielbiali. Cieszył się słońcem, plażą – mówi Randy Hahn.
– Kazi czasem się wkurzał, bo nie miał ludzi, którzy mogliby z nim grać. Chłopcy nie nadążali za jego pomysłami, więc się denerwował, ale w końcu machał ręką. Miał to gdzieś. Po meczu było tylko: „Sorry Kazi, nie dałem rady”. A on: „Ok, nie ma sprawy, wszystko dobrze, napijmy się” – śmieje się Gross.
Przestał się przejmować nawet wtedy, gdy Ron Newman powoli odsuwał go od drużyny.
– Ron to był facet, który zrzucał winę na nas, gdy przegrywaliśmy i przypisywał sobie zasługi, gdy wygrywaliśmy. Raz miałem prawie walkę na pięści z nim. Zaczął wystawiać młodych graczy, w tym swojego syna. Byłem wtedy kapitanem, zapytałem: „Co robisz, co to ma znaczyć?”. Z Kazem wygrywaliśmy i tak powinno zostać, przecież zwycięskiego składu się nie zmienia. Ale co tam, George Best, który grał u Rona w Fort Lauderdale Strikers, napisał, że to najgorszy trener jakiego miał – mówi Willrich.
Z kolei Volkmar Gross uważa, że Newman nie szykanował Deyny.
– Ron bardzo lubił Kaza, jestem pewien. Deyna czasami wściekał się na niego, bo Ron jak to każdy Anglik, wierzył w angielską szkołę i stosował ją. Miał swoje własne pomysły, ale na pewno cenił Kaza, chociaż może nie tak, jak powinien. Poza tym kilku piłkarzy uważało, że taktyka Rona była po prostu beznadziejna. Ron mówił swoje, a my ustalaliśmy swoje w szatni i po prostu to graliśmy. A on nawet nie zauważał.
Newman tłumaczy: – Deyna zaczął być trochę wolniejszy, ale na treningach wciąż był idolem. Często stawialiśmy go za wzór, mówiliśmy chłopakom: „Patrzcie na Kaza, zobaczcie, co możecie zdziałać, jeśli będziecie ciężko pracować. Myślę, że grał tak długo, jak mógł. Przecież kończył w wieku 39 lat!
Wkrótce okazało się, że bez piłki Deyna nie potrafi żyć.
Brian Quinn: – Biedny Kazi! Wie pan, miesiąc temu pojechałem do Denver, gdzie Zinedine Zidane spotkał się z dzieciakami. Pogadali, a później on zaczął kopać piłkę. Zobaczyłem jak żongluje, jak przytrzymuje, jak podaje ? to były te same sztuczki, te same ruchy… od razu pomyślałem o Deynie.
Marek Wawrzynowski, Piotr Żelazny

Dodaj komentarz

Dziś Deyna byłby gwiazdą Premier League

Rozmowa z Tony’m Bookiem, trenerem Manchesteru City w latach 70-tych. Spotkaliśmy się z nim (ja i Piotrek) w kafejce w miejskiej hali sportowej przy stadionie Man City.

Oto zapis rozmowy

Pamięta pan kulisy transferu Kazimierza Deyny do Manchesteru City?
Tony Book: Jak mógłbym zapomnieć? To było szczególne wydarzenie pod każdym względem. Rozmowy z Legią trwały kilka miesięcy. Gdy w końcu udało się pokonać całą tę biurokracje  i polecieliśmy już na finalne rozmowy do Polski, musieliśmy zabrać ze sobą całą masę  sprzętu medycznego, kserokopiarek i różnych innych urządzeń. Legia w ogóle nie chciała pieniędzy. Całe rozliczenie miało być w sprzęcie. Pamiętam, ze wszyscy byliśmy w szoku, nigdy wcześniej się z niczym podobnym nie spotkaliśmy.

Jak to się stało, że w ogóle zainteresowaliście się sprowadzeniem Deyny?
Na mistrzostwach świata w 1978 roku był mój asystent, przy okazji jeden z trenerów w sztabie reprezentacji Anglii Bill Taylor. I to on razem z Bernardem Halfordem stwierdzili, że przyda nam się taki piłkarz. Dobrze wyszkolony technicznie, rozgrywający  z wizją, ale i wykończeniem. Po mistrzostwach okazało się, że Deyna jest na sprzedaż,można go będzie z Legii wykupić. Ja oczywiście doskonale wiedziałem na co stać Kazi’ego. Widziałem jego mecze w telewizji, wiedziałem, co to za piłkarz. Na mistrzostwach w Argentynie był też nasz prezes Peter Swales. Jemu Deyna też się bardzo podobał, więc wszyscy byli zgodni, że skoro nadarza się okazja, trzeba z niej skorzystać.

Co zadecydowało, że nie poradził sobie w Anglii?
Z perspektywy czasu myślę, że poległ głównie od strony fizycznej. Nie chciał w ogóle brać udziału w treningach wytrzymałościowych.

Pańska rola nie polegała właśnie na tym, by go zmusić do treningu?
Oczywiście, że tak. Wszystko się zgadza. Powinienem był go pzycisnąć, wymóc to na nim. Mieliśmy jednak poważny problem z komunikacją. Jedynym sposobem, by porozmawiać z Kazim było skontaktowanie się z Georgem Bergierem. Ale przecież on nie był zawsze pod ręką. Oczywiście zdarzały się sytuację, szczególnie na początku, kiedy George był z nami nawet w szatni. To jednak nie była norma. A Kazi chciał, żeby każdy trening był z piłką. On ją tak kochał… W Anglii, szczególnie wtedy, nie było jednak gry bez odpowiedniego przygotowania fizycznego.

To jak pan wydawał mu polecenia na zajęciach, gdy nie było George’a?
Bez przesady panowie, Kazi wtedy po prostu robił to, co reszta piłkarzy. Nie róbmy z niego idioty.

W klubie opiekował się nim Bernard Halford. Chyba miał do niego wielką słabość?
O tak. Nie zapomnę jak biegaliśmy z Bernardem po wielkim sklepie Camdens w poszukiwaniu zasłonek, deski do prasowania itd. Bernard uwielbiał Kazi?ego. A przecież to był wtedy bardzo poważny człowiek, zajmujący się sprawami klubu. Żadna z tych zachcianek Kazi’ego to nie było teoretycznie zadanie dla Halforda. A on spełniał je wszystkie.

Myśli pan, że Deynę przerosło trochę życie w Anglii? W końcu przyjechał do wolnego kraju prosto zza Żelaznej Kurtyny?
Nie wiem, czy ?przerosło? to nie jest jednak za wielkie słowo. Na pewno zmiana Polski na Anglię była dla niego trudna, ale nie przesadzałbym.

Nie przeszkadzało panu to, że każdą wolną chwilę spędzał na piciu z rodakami w polskich klubach?
Wiem doskonale o tym, że chodził tam cały czas. Mieszkałem w okolicach Cheetam Hill, w pobliżu był jeden z takich polskich klubów. Kiedyś Kazi wracając z niego, zgubił się. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. To było jakoś zaraz na początku jego pobytu w Manchesterze. Siedziałem sobie wieczorem w domu, nagle dzwoni telefon. Okazało się, że to policja, która nie mogła się porozumieć z Kazim i wytłumaczyć mu, jak trafićć do domu. Musiałem pojechać i podholować go trochę aż znajdzie się w miejscu, z którego będzie znał drogę do domu. Ale Kazi nigdy nie przyszedł na trening czy na mecz pijany lub na kacu. Przynajmniej nie było tego po nim widać. Oczywiście, wiedziałem, że pije za dużo. Ale powiedzmy sobie szczerze, że Manchester City, w którym ja występowałem jako piłkarz, to
była pijacka drużyna wszech czasów. Codziennie rano jednak przychodziliśmy na trening, wypacaliśmy wszystkie toksyny, cały alkohol i graliśmy świetnie w piłkę. Byliśmy najlepsi i wygrywaliśmy wszystko, co się dało. W Anglii kiedyś alkohol był nieodłącznym elementem futbolu. Kaz nie pił na pewno więcej niż inni piłkarze drużyny, którą prowadziłem. Nikogo zresztą to nie interesowało, dopóki w meczu był dobry. Nikt nie chodził za moimi zawodnikami z aparatami fotograficznymi, dziennikarze pili z nimi, po meczach bawiliśmy się razem. Nie było problemu.

Niektórzy mówią, że Deyna był już za stary na grę w Anglii.
To totalna bzdura. Ile on miał lat, jak do nas przyszedł? 30? Ja sam trafiłem do Manchesteru City w wieku 28 lat i grałem jeszcze wiele sezonów. Panowie, prawda jest taka, że mając 30 lat powinien być w najlepszym wieku do grania w piłkę. Już miał doświadczenie, a jeszcze wciąż był młody. To był świetny facet, niezwykle sympatyczny. Gdyby nie te braki fizyczne, zrobiłby w Anglii wielką karierę.

Podobno źle znosił walkę wręcz, tak typową dla ówczesnej piłki angielskiej?
Fatalnie. W dodatku na niego polowali. Sam byłem w czasie kariery piłkarskiej stoperem i zawsze miałem taką mentalność: „Załatw gościa teraz, bo jeśli jeszcze wróci, będziesz miał problem. Atak masz spokój, gościa nie ma, dziękuję bardzo”. Kazi nie potrafił oddać, unikał walki. Od razu się wycofywał, odskakiwał, nie lubił kontaktu z rywalem.

No, ale to nie był piłkarz na taką grę. Źle go wykorzystywaliście. To był wirtuoz piłki.
Zgadza się. Gdyby pod koniec lat 70.do City trafił Johan Cruyff, mógłby mieć dokładnie takie same problemy jak Kazi. Pytanie tylko, czy chciałby nad sobą popracować, czy jak Polak by odpuścił… Też uważam, że lepiej dla samego Deyny by było, gdyby trafił do Hiszpanii, czy Holandii. Ten transfer z perspektywy czasu to był jego błąd, i błąd City.

Kiedy pan go skreślił? Uznał, że to wielkie rozczarowanie?
Ja go nigdy nie skreśliłem. Na początku zawsze daje się zawodnikowi czas na aklimatyzację. Pół roku przynajmniej, czasem nawet cały sezon. Po tym czasie ja w City już nie byłem trenerem, tylko Malcolm Allison. Tak się mówi, że Deyna w Manchesterze to był zawód. Nie przesadzajmy. Były takie mecze, że był wręcz fantastyczny, najlepszy na boisku. Wchodził na poziom nieosiągalny dla innych. Miał przebłyski prawdziwego geniuszu. Jeśli chodzi o technikę, to był niesamowity.

Nas jednak dręczy nadal pytanie, dlaczego nie potrafił tak błyszczeć przez dłuższy czas?
Wtedy w City nie mieliśmy miejsca na „wolny elektron”, nie mogliśmy sobie pozwolić na stratę piłkarza. W takim sensie, że nie mogliśmy komukolwiek odpuścić zadań defensywnych. Ja się bardzo dużo po Deynie spodziewałem. Myślałem, że to będzie jedna z największych gwiazd ligi. Chciałem, by zastąpił Collina Bella. Był podobnym typem zawodnika, ale Bell był zdecydowanie bardziej waleczny.

Allison, który przejął po panu zespół,nie miał zupełnie pomysłu na Deynę.
Malcolm to był facet, który lubił budować swoją drużynę, chciał być rozpoznawalny jako ten, który odkrywa. To było jego drugie podejście do City. W pierwszym był moim szkoleniowcem i wygrywaliśmy wszystko. Wtedy jednak Malcolm był tylko trenerem, później także menedżerem, a w tym okazał się słaby. Szkoleniowcem był naprawdę świetnym, fantastycznym wręcz. On faktycznie nie widział, jak wykorzystać Kaziego. A ja wtedy nie miałem już za wiele do powiedzenia. Niby zostałem w klubie, ale Malcolm pociągał za wszystkie sznurki. Nie mam do niego pretensji, bardzo wiele mu zawdzięczam.

To jak to w końcu z tym Deyną było? Wielkie rozczarowanie, czy raczej po prostu nieporozumienie?
Na pewno nie nazwę jego gry w Manchesterze City wielkim rozczarowaniem. Wiem, że miał swoje problemy, wiem, że mógł zrobić większą karierę. Znalazł się jednak w City w złym czasie. Myślę, że dziś Deyna mógłby być swobodnie wielką gwiazdą Premiership. Idealnie wręcz pasowałby do takiego Arsenalu Arsene Wengera. No, ale od tamtych czasów dużo się u nas zmieniło. Angielska piłka już nie jest taka, jak kiedyś.

Dodaj komentarz

Deyna w Manchesterze City

To tekst z Anglii. Tu ograniczyłem się do zbierania materiałów i drobnych poprawek. Miałem dobrą wymówkę, przygotowywałem się do ślubu, zresztą własnego 🙂

Tu są kluczyki, zaparkuj moje auto

Koniec lat 70, Manchester. Pod bramę stadionu Manchesteru City na Maine Road podjeżdża piękne BMW. Wysiada z niego mężczyzna ze sportową torbą na ramieniu, samochód zostawia na chodniku przed głównym wjazdem. Piłkarze i trenerzy wjeżdżają na treningi inną bramą, od tyłu, a swoje pojazdy zostawiają na specjalnym parkingu przy boisku treningowym. Młody mężczyzna wchodzi jednak główną bramą i udaje się prosto do budynku, gdzie urzędują prezes, kierownicy i dyrektorzy klubu. Wszystkie kolejne sekretarki wpuszczają go już bez pytania, gdyż procedura powtarza się niemal codziennie. Mężczyzna pewnym krokiem wchodzi do gabinetu zajmowanego przez sekretarza generalnego Manchester City, Bernarda Halforda,
zajmującego się na co dzień wszystkimi najważniejszymi sprawami klubu – transferami, negocjacjami, polityką kadrową itd. Lekko łysiejący Halford, noszący na co dzień elegancki garnitur i nienagannie dobrany krawat, unosi tylko głowę znad jakichś papierów.
Mężczyzna rzuca kluczyki od BMW na jego biurko. – Park the car – mówi z wyraźnie obcym akcentem, po czym się obraca na pięcie i wychodzi. Tym razem idzie już w kierunku boiska treningowego. Halford bez słowa protestu, a nawet uśmiechając się, podnosi kluczyki i idzie zaparkować samochód Kazimierza Deyny.

Wielki transfer
Gdy w 1978 roku Deyna trafił do City było to wydarzenie nie tylko dla klubu, ale nie przesadzając dla całej First Division, jak wówczas nazywała się najwyższa klasa rozgrywkowa w Anglii. Oczywiście już wcześniej zagraniczni piłkarze trafiali do wyspiarskich klubów, ale to były wyjątki, bo dopiero po mistrzostwach świata w Argentynie, od sezonu 1978/79, zakaz gry dla obcokrajowców oficjalnie zniesiono.
– To było wielkie wydarzenie – wspomina Gary Owen, który gdy Deyna trafił do City miał zaledwie 20 lat i powoli wchodził do pierwszego zespołu, chociaż był już młodzieżowym reprezentantem Anglii. – Kazi był jednym z pierwszych zagranicznych piłkarzy, który trafił do First Division, a w tamtym czasie zdecydowanie najbardziej znanym z tych, którzy przyszli. Hej, przecież to był kapitan reprezentacji Polski, uczestnik dwóch turniejów finałowych mistrzostw świata, zdobywca trzeciego miejsca z 1974 roku, trzeci
piłkarz na świecie za Cruyffem i Beckenbauerem. Wszyscy o tym wiedzieli, wszyscy o tym pisali i mówili. Nie zapomnę jak któregoś dnia pojawił się wreszcie na treningu. Byłem o krok od tego żeby do niego podejść i wziąć autograf. Widzicie, byłem jeszcze młodym chłopakiem. Piłka to była moja pasja. Miałem w domu album, do którego wklejało się zdjęcia wszystkich piłkarzy, którzy brali udział w mistrzostwach. Deyna oczywiście też tam był. Świeżo jeszcze miałem w pamięci mecze z jego udziałem, oglądane w telewizji.
Naprawdę, gdyby nie to, że cała drużyna by się ze mnie śmiała, to odnalazłbym ten album i poprosiłbym go o wpis – mówi Owen, który dziś prowadzi firmę zajmującą się handlem sztuką, a także pisuje felietony na temat swojego ukochanego Manchester City, którego jest wychowankiem.
W Manchesterze Deyną zaopiekowały się dwie osoby. Wspomniany wcześniej sekretarz klubu Halford, oraz były polski skoczek w dal – także legionista, a więc znający piłkarza jeszcze z Warszawy – pracujący w hotelu Middlans, Jerzy Bergier, w Anglii znany jako George. Gdy umawiamy się z nim w centrum Manchesteru wypatrujemy kogoś o polskich rysach twarzy. Przed nami wyrasta jednak człowiek mogący swobodnie uchodzić za wzorzec angielskiego dżentelmena.

– Kazik został w City przyjęty po królewsku. Miał tu wszystko. Klub spełniał jego każdą zachciankę. Począwszy od domu, poprzez samochód, skończywszy na wyposażeniu wszystkich pokojów – opowiada Bergier. – Na lotnisku czekał na niego specjalny komitet powitalny. Były kwiaty, przemówienia. Pierwszy mecz City grało na wyjeździe w Norwich. Polecieliśmy tam prywatnym samolotem ówczesnego prezesa Petera Swallesa. Przed pierwszym gwizdkiem
Kaziu w niebieskim szaliku wyszedł na murawę, przywitał się z zespołem, podszedł do kibiców City.
-Kazi to był fantastyczny człowiek. Jeden z najmilszych jakich spotkałem w swoim życiu – mówi Halford, z którym spotkaliśmy się w kawiarence w budynku klubowym Manchester City. – Kiedy tu tylko przyjechał, nagle zacząłem robić rzeczy, których nigdy wcześniej nie musiałem robić. Latałem po sklepach i wybierałem firanki, zastawę stołową i łóżeczka dla dziecka. Normalnie takie sprawy w moim domu załatwiała żona. Teraz ja musiałem to wszystko dla Kazi’ego zrobić – śmieje się Halford. Mógłby mieć pretensję. Może nawet powinien, wszak był poważnym działaczem, poważnego klubu, a beztroski Deyna uczynił zeń niemalże swojego asystenta. Halford wyraźnie miał jednak do Polaka słabość. – Nigdy nie zapomnę, jak któregoś dnia wszedł do mojego gabinetu z rurą od odkurzacza w ręku. Podszedł do biurka, rzucił ją i powiedział tylko dwa słowa „no good” (nie dobre) – Halford jest wyraźnie rozbawiony wspomnieniem o swoim niesfornym podopiecznym. – Ale ja
go po prostu kochałem. To był taki zabawny człowiek. Miałem przez niego pełne ręce roboty. Kiedy znajdował mandat za wycieraczką, to po prostu go wyrzucał. Po kilku dniach przychodziło wezwanie z policji i oczywiście ja musiałem latać i wszystko za niego załatwiać.
Dziennikarzem, który najwięcej pisał o Deynie był reporter Manchester „Evening News” Peter Gardner. – Zanim doszło do przeprowadzki spędziłem w Warszawie, razem z Kazim, trzy dni. Tłumaczem był jakiś Polak amerykańskiego pochodzenia, dziś już nie pamiętam jak się nazywał. W każdym razie Deyna podjął nas kolacją u siebie w domu, chodziliśmy z nim na treningi, oglądałem jakiś mecz ligowy. Z tej wizyty powstały cztery wielkie artykuły, w których opisywałem Kazimierza, jego przeszłość, jak żyje, no wszystko.
Gardner co roku publikował także w formie książkowej podsumowanie sezonu. Oprócz tabel, statystyk i przypomnień najważniejszych meczów, osobne rozdziały poświęcone były najważniejszym piłkarzom sezonu. – Napisałem w tej książeczce takie zdanie: Działacze City cztery miesiące próbowali wyrwać zza Żelaznej Kutyny Kazimierza Deynę, by zaledwie
po czterech tygodniach się zorientować, że gra nie była warta zachodu – dziennikarz przerywa i pochyla się w swoim białym fotelu, stojącym w białym salonie, w białym domu na przedmieściach Manchesteru, widać, że szuka słów, po czym wypala. – Kazi to była katastrofa!

Maszynka, maszynka
Pod koniec lat 70. i na początku 80., kiedy Deyna grał w Anglii, do Polski docierały tylko strzępki informacji na temat tego, jak się wiedzie niedawnemu jeszcze kapitanowi reprezentacji. Także dlatego, że Kaka zrezygnował z występów w kadrze i mało w ojczyźnie bywał, zaś w tamtych czasach dziennikarze nie mogli tak swobodnie jak dziś przemieszczać się po Europie. Co zatem takiego się stało, że uznawany za najlepszego piłkarza w naszej historii Deyna nie poradził sobie w First Division? Szczególnie, że jak podkreślają niemal wszyscy, Kaka był jednym z najlepszych piłkarzy, jaki kiedykolwiek trafił do City…

– Deyna przede wszystkim nigdy nie nauczył się mówić po angielsku – rozpoczyna z nami rozmowę Paul Power. Zawodnik, który w barwach City rozegrał 447 meczów na przestrzeni 11 lat. Dziś jest trenerem młodzieży w akademii piłkarskiej The Citizens na Platt Lane. – Szczerze mówiąc główną przeszkodą było moim zdaniem lenistwo. Kaziu był naprawdę leniem. Żebyście mnie dobrze zrozumieli. To był genialny piłkarz, absolutnie fantastyczny, jeden z najlepszych techników nie tylko w City, ale być może i całej lidze. Do Anglii przyjechał jednak już po 31 urodzinach. Szybko się zorientował jak inna jest angielska
piłka, od tego, co znał z ligi polskiej, czy nawet z gry w reprezentacji, i stwierdził, że jednak nie będzie się wysilał. Wydaje mi się, że tak to sobie kombinował: „Mam już ponad 30 lat, swoje osiągnąłem, nie będę się wysilał, pracował nad wytrzymałością, jakoś to pójdzie, dam sobie radę samą techniką”.

– Nigdy nie zapomnę jak wyglądały konferencje prasowe Kaziego. Dziennikarze zadawali pytania George’owi Bergierowi, ten pytał Deynę po polsku. Kazi odpowiadał, George tłumaczył nam z powrotem. Dziś to jest absolutna norma, tylu mamy zagranicznych piłkarzy, ale wtedy dla nas było to co najmniej dziwne – wspomina Gardner, po czym wybucha śmiechem. – Taka konferencja ciągnęła się w nieskończoność. Pytaliśmy go o rozmaite rzeczy, za każdym razem ten korowód powtarzając. Po dobrej pół godzinie, najmniej, wstał jeden z dziennikarzy i mówi w kierunku George’a: „Proszę cię, spytaj Kazie’ego czy ma problemy z komunikacją na boisku”. Cała sala gruchnęła śmiechem.
W tym samym czasie co Deyna pojawił się w City Jugosłowianin Dragoslaw Stepanović. Jak dziś wspominają ówcześni zawodnicy The Citizens, zupełne przeciwieństwo Deyny. O ile Kazi, jak nazywali Anglicy Kazimierza, nawet nie próbował uczyć się angielskiego, to Stepi (taki z kolei pseudonim szybko dostał Stepanović) był wręcz wzorcowym przykładem, jak – oczywiście wedle Anglików – powinien zachowywać się obcokrajowiec na Wyspie.
– Stepi codziennie kupował sobie gazetę. Jak było tam jakieś słowo, którego nie rozumiał, wypisywał je sobie na kartce, razem z tłumaczeniem, a także jak może być użyte w zdaniu. Taką kartkę wieszał w domu na tablicy. Tymczasem Kazi do końca tylko dukał i wypowiadał półsłówka. Oczywiście zaaklimatyzował się w szatni. Śmiał się z naszych żartów, ale czasem miałem wrażenie, że śmieje się zupełnie nie rozumiejąc, co tak naprawdę się wokół niego dzieje. Szybciej ja się nauczyłem polskiego, niż Kazimierz angielskiego – żartuje Power. – Byłem kapitanem zespołu. Musiałem pomagać nowym w aklimatyzacji, więc na początku często dzieliłem pokój z Deyną na meczach wyjazdowych czy tournee. Po jakimś czasie wiedziałem jak jest maszynka do golenia po polsku. Kazi nigdy nie brał swojej, więc rano chodził po pokoju i na migi mi pokazywał, że się goli, powtarzając „maszynka, maszynka”, dopóki nie dałem mu swojej.
Power ? chociaż był w klubie przez cały okres gry Deyny w Manchesterze City – nigdy z Polakiem się nie zaprzyjaźnił. Nie spędzał z nim zbyt wiele czasu.

– Kazi był naprawdę bardzo cwanym człowiekiem – uśmiecha się pod nosem sekretarz Halford. – Oczywiście na początku nie znał angielskiego. Z czasem jednak zdecydowanie się wyrobił. Doskonale jednak opanował sztukę wykorzystywania angielskiego tylko wtedy, kiedy to mu się podobało, czy opłacało. Jak coś było nie tak, udawał, ze nie rozumie ani słowa – puszcza oko Halford.
– Moim zdaniem Deyna szybko się zaaklimatyzował – mówi Gary Owen. – Miał świetne poczucie humoru, typowo piłkarskie. Oczywiście, dzięki grze w reprezentacji przez tyle lat, bycie jej kapitanem itd. Doskonale nauczył się przez lata kariery funkcjonować w szatni. Błyskawicznie zaczął łapać angielskie poczucie humoru, naszą mentalność. Oczywiście, że się z niego śmialiśmy, ale on szybko się zaczął odgryzać. Gdyby nie rozumiał, nie umiałby tego zrobić, prawda? – pyta retorycznie, po czym wspomina swoich kolegów z Grecji, którzy witali go najróżniejszymi obelgami i stekiem wyzwisk. – Piłkarze to taka bardzo specyficzna grupa. Jeżeli chcą komuś pokazać, że jest mile widziany, jeżeli chcą, żeby dobrze się poczuł w zespole, to zachowują się dokładnie tak, jakby chcieli osiągnąć przeciwny rezultat. Ale Kazi doskonale to rozumiał. Wiedział, że to nie jest złośliwe.
Umiał zawsze coś powiedzieć, jedno słowo, które rozładowywało sytuację. Albo zrobić jakąś minę. Zresztą o czym my rozmawiamy. Nie zostaje się kapitanem reprezentacji, nie wchodzi się na ten poziom, jeżeli jest się cichym i zahukanym gościem.
Słowa sekretarza klubu i Gary’ego Owena potwierdza bramkarz ówczesnego Manchester City, Joe Corrigan. To prawdziwa legenda klubu (niemal 600 występów, drugi wynik w historii City) i jeden z najlepszych bramkarzy w historii angielskiej piłki. Jego wielki pech polegał na tym, że trafił na erę Ray’a Clemence’a i Petera Shiltona. W reprezentacji rozegrał więc tylko dziewięć spotkań, ale był regularnie powoływany jako trzeci golkiper.
Gdy Deyna trafił do Manchesteru Corrigan, będący w podobnym wieku – miał 30 lat – stał się chyba najbliższą Polakowi osobą z zawodników.
-Kazi nie mówił po angielsku? – dziwi się potężnie zbudowany Corrigan. – Co to za bzdura. Z tym, z kim chciał, to rozmawiał. Oczywiście nie był to poetycki język, ale swobodnie można z nim było pogadać. I to niemal na każdy temat. Pamiętam doskonale jak kiedyś Kazi do mnie podszedł i pyta się „Joey możemy pogadać?”, ja mu na to „Oczywiście, co cię dręczy?”. Deyna jednak naciskał, żebyśmy najpierw napili się piwa, widać, że coś mu ciążyło. Poszliśmy do baru, zamówiliśmy po jednym, w końcu Kazi pyta się mnie: „Joey powiedz mi, ile ci płacą?”. Byłem mocno zdziwiony, odpowiadam mu: „Kazi, tutaj nie rozmawiamy o pieniądzach. To, ile dostaje, to moja prywatna sprawa, a dlaczego pytasz, co cię gryzie?”. Deyna westchnął i ze smutną miną powiedział: „Bo mi się wydaje, że mi dają za mało”. No to wtedy ja zapytałem: „Kazi, a tobie ile płacą?”. Pamiętam, że popatrzył się na mnie smutno i niemal zawstydzony powiedział: „80 funtów tygodniowo”. Jeżeli to
prawda, to faktycznie mało mu płacili. Opowiadam wam to jednak dlatego, żebyście zrozumieli, że Kazi naprawdę mówił po angielsku. To był w ogóle dla mnie zaszczyt, że zdecydował się na tę rozmowę ze mną. Poczułem się wtedy jak ktoś wyjątkowy, w końcu Kazi zawsze uchodził za człowieka bardzo skrytego, zamkniętego w sobie, a mi tak zaufał – wspomina Corrigan. – Innym razem opowiadał o idiotyzmach reżimu komunistycznego. Wspominał, że nie pozwolono mu zabrać ze sobą do Manchesteru medali olimpijskich, ani tych z mistrzostw świata.

Ci nieszczęśni Polacy
Na przeszkodzie w lepszym opanowaniu języka, a także zintegrowaniu się z drużyną stanęli rodacy Deyny, czyli potomkowie polskiej wojennej emigracji. W owym czasie w Manchesterze było ich całkiem spora kolonia. Prężnie działał polski kościół, a także polski klub Valley Range na Ayers Road w dzielnicy Manchesteru – Trafford. Polskich klubów było zresztą więcej: inny, w którym często bywał Deyna, znajdował się na Cheetham Hill. Na dole restauracja, gdzie serwowane były polskie potrawy i oczywiście wódka, na górze sala do wynajęcia na wesela czy imprezy. Stoły bilardowe, pokoje do gry w karty – a że Deyna w karty grać uwielbiał, przyznają niemal wszyscy rozmówcy. Przy klubie działał nawet zespół pieśni i tańca ludowego. Delegacja polskiej emigracji witała swojego bohatera już na
lotnisku, gdy tylko przybył podpisać kontrakt do Manchesteru. – Ci ludzie, i mówię to otwarcie, bez ogródek, zniszczyli Kazikowi karierę ? z powagą w głosie stwierdza Jerzy Bergier. – Od niemal samego początku odradzałem Kaziowi i jego żonie Marioli spotykanie się z tymi ludźmi. Szybko się na nich poznałem. Ale on był uparty. Zajęło mu to mniej więcej miesiąc, żeby się dobrze z nimi wszystkimi zaznajomić. A potem to już niemal każdego wieczora były karty i wódka z Polakami w klubie. Szczególnie w późniejszym czasie, kiedy Deyna grał coraz mniej i na coraz więcej niesubordynacji mógł sobie pozwolić.
Deyna niechętnie bywał w domu. Klub wynajął mu willę w najlepszej wówczas dzielnicy Manchesteru – Wilmslow.

– Wtedy to było ulubione miejsce wszystkich gwiazd z miasta i okolic. Swoje domy mieli tam piosenkarze, artyści, aktorzy i ludzie telewizji. Oczywiście, było to także ulubione miejsce piłkarzy i menedżerów obu klubów z Manchesteru – opowiada nasz przewodnik, czyli Jerzy (George) Bergier. – To był nowo wybudowany dom, postawiony w takim zaułku, gdzie stało kilka w podobnym stylu. Na dole miał wielki salon i dużą kuchnię, na górze cztery sypialnie. Na tyłach domu był ogród, którego ani Kazik, ani Mariola jednak nie uprawiali. Był całkowicie zarośnięty wysoką trawą. No, ale kiedyś zepsuła mu się kosiarka. Pojechał z nią oczywiście do Halforda. Widocznie Bernard nie naprawił – uśmiecha się smutno przyjaciel rodziny Deynów. – Kazik wolał wieczorem wyjść do Polaków, niż zajmować się ogrodem. Z różnych strzępów informacji o życiu piłkarskiego geniusza wyłania się domniemanie, że małżeństwo Kazimierza i Marioli już wtedy przeżywało ciężkie chwile. Gdy pytamy Bergiera, jak się żyło pani Deynowej w Anglii dłuższą chwilę milczy, a później z zakłopotaniem odpowiada. – Tak naprawdę to pytanie nie powinno paść. Prawda jest bowiem taka, że Mariola była w Anglii sama… Kazia w ogóle w domu nie było. Zbytnio lubił męskie towarzystwo, które podobnie jak i on umiało się zabawić.
W polskim klubie można było spotkać wówczas cały przekrój społeczny polskiej emigracji. Od robotników, poprzez urzędników, a na ludziach prowadzących własne biznesy skończywszy.

– Ja byłem w podobnym wieku, co Kazio – Bergier ciągnie historię zguby Deyny – A ci wszyscy ludzie tam, byli od nas 15?20 lat starsi. Oczywiście, doskonale ich rozumiem. Nagle w tej niewielkiej polonijnej, społeczności pojawił się ich prawdziwy bohater. Przecież 1974 rok i mistrzostwa w Niemczech były tak niedawno temu. A tu niespodziewanie mogą się z bohaterem tej imprezy napić wódki, mogą mu postawić drinka, zagrać z nim w karty. Im towarzystwo Deyny imponowało, było dla nich niezwykle prestiżowe. W końcu nie każdy Polak mógł zadzwonić do rodziny w kraju i powiedzieć „A ja tu z Deyną wódkę piję i wygrywam w karty”. Problem w tym, że niektórzy z nich wstawali o 11, czy 12 w południe, a jak prowadzili własny interes, najczęściej produkowali galanterię skórzaną, to mogli w
ogóle nie zrywać się z łóźka. Kazio natomiast musiał być o 9 na treningu. To była jego praca. I przez tę ich miłość, Kazio miał ciągle problemy. A to złapała go policja, gdy prowadził po zbyt dużej ilości wódki, a to się spóźnił na mecz…
Historię ze spóźnieniem doskonale pamięta Halford. Nawet jednak wspominając tamto wydarzenie, nie przestaje się uśmiechać i co chwila podkreśla, jakim Deyna był wspaniałym – aczkolwiek kłopotliwym – człowiekiem.

– To jeden, jedyny, raz w historii Manchesteru City, kiedy zaczęliśmy mecz w dziesiątkę – opowiada Halford, a jego oczy aż błyszczą na samo wspomnienie. ? Deyna został wówczas przesunięty do rezerw. Mecze pierwszej drużyny zawsze zaczynały się o 15. Drugi zespół natomiast grał godzinę wcześniej. O 13 kiedy
zaczynała się odprawa Kaziego nie ma. Coś mnie tknęło, że pewnie nie pamięta, że musi być wcześniej. Zacząłem dzwonić do jego domu. Próbowałem skontaktować się z Mariolą, w końcu zacząłem wydzwaniać po ludziach z polskiego klubu. Nikt nie wiedział, gdzie Kazi się podział. Trener rezerw koniecznie chciał żeby on w tym meczu zagrał. O 14 zaczęliśmy więc w dziesiątkę. Ja stałem na schodach i wypatrywałem jego BMW. W końcu pojawił się kilka minut później, czyli tak jak na mecz pierwszych drużyn. Od razu do niego podbiegłem i krzyczę: „Kazi, mecz się już zaczął, jesteś spóźniony, co się z tobą działo?”.
Pobiegliśmy do szatni, Deyna się szybko przebrał i w 25 minucie pierwszej połowy pojawił się na murawie. Kibice City już wtedy znali dobrze Kazi’ego i niemal cały stadion wybuchnął śmiechem. Widzieli, o co chodzi. Tym sposobem Deyna na stałe wpisał się w historię klubu – kończy Halford.
Zarwane noce w polskich klubach nie zawsze kończyły się jednak tak dobrze. Mariola musiała w pewnym momencie pojechać do Polski na poważną operację, która odbyła się w wojskowym szpitalu przy ulicy Szaserów w Warszawie. Deyna został w Manchesterze sam z synem Norbertem, który miał wtedy 5 lat. Piłkarz czekał aż syn zaśnie, po czym wymykał się cichaczem do polskiego klubu. Kilka razy zdarzyło się, że Norbert budził się w nocy.
Przerażony szukał ojca po całym domu, płakał. Wychodził przed willę, by zobaczyć, czy tam gdzieś nie ma taty. Drzwi w domu Deynów zatrzaskiwały się. Z zewnątrz można było je otworzyć tylko kluczem. Gdy przeraźliwie płaczący w środku nocy chłopiec dobijał się do swojego domu, sąsiedzi dzwonili na policję. Rano policjanci przywozili malca do domu.
Podobno, gdy któregoś dnia Deyna miał coś załatwić w miejscowym komisariacie w Wilmslow, to Norbert pokazywał mu drogę na policję…
– Synem Kazika w ciągu dnia opiekowało się polskie małżeństwo – wspomina Bergier. – Chyba zostali znalezieni przez klub polski, albo kościół. Czasem jednak nie mieli czasu, no, a że Mariola była kilka miesięcy w Polsce, Kazik brał go na trening.
– Ten mały potrafił być nieznośny jak diabeł – mówi Halford. – Podczas gdy Kazi trenował, Norbert łaził po stadionie. Nie sposób było go upilnować. Pamiętam jak kiedyś wszedł do centrali telefonicznej. W tamtych czasach były takie centrale jakie pewnie znacie ze starych filmów, żeby łączyć rozmowy trzeba było wkładać i wyjmować takie wtyczki – tłumaczy. – Norbert wszystkie na raz wyciągnął. Nagle cały budynek klubowy stracił łączność telefoniczną. Innym razem po stadionie chodziła jakaś wycieczka. Weszli do szatni piłkarzy, a przewodnik zostawił klucz w drzwiach. Norbert ich zamknął i sam z kluczem gdzieś zniknął. Dobijali się do drzwi, trzeba było szukać zapasowego kompletu – zaśmiewa się niemal do łez Halford.
Koledzy z drużyny, a także trenerzy klubowi wiedzieli doskonale o miłości Deyny do polskich klubów, kart i wódki. Wtedy nikt się jednak tym specjalnie nie przejmował. Peter Barnes jest 22-krotnym reprezentantem Anglii. Gdy Deyna przyszedł do City był młodym, obiecującym zawodnikiem – podobnie jak wspominany wcześniej Gary Owen – reprezentantem młodzieżówki.
– Wtedy była taka zasada, że kto nie umie pić, nie umie grać ? mówi nam Barnes, z którym umówiliśmy się w samym centrum miasta. Jest ranek, ale wychowanek Manchesteru City nie myśli nawet o zamówieniu kawy, tylko każe sobie podać earl-grey’a z mlekiem. Prawdziwy Anglik.

– Drużyną największych pijaków był mistrzowski Liverpool – mówi pijąc herbatę małymi łykami. Omawianie takiego tematu, w takich okolicznościach wygląda nieco absurdalnie. – Graliśmy ostro na boisku, ale poza nim też. Po każdym meczu szło się całą drużyną na piwo. Pierwsze jeszcze na stadionie, kolejne już w lokalu. Często bywaliśmy w pubie Sun Pipers. Kazi oczywiście chodził z nami, popijaliśmy piwko, a on wódkę. Na butelki. W barze pili z nami kibice. To nie były takie czasy jak dziś. Paparazzi? Zapomnijcie. Dziennikarze pili z nami. Ostro. A później wstawali o 11 do roboty na kacu, a my od 8 byliśmy na nogach. Dzisiaj piłkarz nie ma kontaktu z kibicami, my wciąż rozdajemy autografy i opowiadamy o starych czasach.

Dusza towarzystwa
Deyna być może nie miał prawdziwych przyjaciół w zespole, ale był bardzo lubiany przez kolegów. –  To jeden z najwspanialszych i najmilszych ludzi, jakich spotkałem na swojej drodze – przekonuje bramkarz Joe Corrigan.

– Joey słynął z tego, że nienawidził, kiedy się go lobowało – przypomina sobie Gary Owen. – Dostawał wówczas białej gorączki, był po prostu wściekły. Ile razy ktoś go przerzucił, wyskakiwał z bramki i się darł: „Po co to robisz, idioto? W meczu nigdy byś tak nie strzelił”. Ja mu odpowiadałem: „Joey oczywiście, że tak bym strzelił. Jeżeli byłbyś zbyt wysunięty przed linię, to dokładnie tak bym uderzył”. Niie przyjmował tego do wiadomości. Potrafił gonić mnie przez pół boiska, a jak już mnie dopadł, to bił. I to wcale nie lekko, tylko pięściami.
– Kazi był jednym z najlepszych strzelców z jakimi miałem do czynienia, a przecież w reprezentacji regularnie trenowałem z takimi napastnikami jak chociażby Geoff Hurst, czy w City Mick Channon – wspomina Corrigan. – Co do tych lobów, to była zabawa. Wszystko było mocno humorystyczne. Tak na serio, to denerwowałem się tylko na obrońców, którzy się popisywali, a w meczu nigdy by tak nie zagrali. a ponieważ szanowałem Kazi’ego stosowałem wobec niego taryfę ulgową. Nie biłem go mocno, raczej kończyło się na przyjacielskich szturchnięciach w ramię.
Deyna po kilku miesiącach był już prawdziwą duszą towarzystwa.

– Nigdy tego nie zapomnę, jak pojechaliśmy na tournee do Włoch – opowiada Paul Power. – Znowu wylądowałem z Kazim w jednym pokoju. Zatrzymaliśmy się gdzieś w okolicach Neapolu, bo pamiętam, że graliśmy z Napoli. Nasz pokój miał widok na morze. Tuż przed oknami była mała wysepka, na której stał zamek. Popiliśmy trochę, a Kazi chciał się z wszystkimi zakładać, że dorzuci popielniczką do tego zamku naprzeciwko. W końcu jeden z chłopaków, Mickey Reed, zgodził
się z nim założyć. Kazi szczęśliwy wyjął zwój lirów, wręczył mi je i kazał być sędzią. Wziął tę popielniczkę, wychylił się przez okno i z całej siły cisnął. Oczywiście nie miał szans w ten zamek trafić. Po nim rzucał Reed, już nie pamiętam czym, a ja miałem ocenić, który z nich był bliżej. Zwycięzca zgarniał oczywiście forsę. Pamiętam, że jednak rzut Deyny popielniczką okazał się lepszy. No i wtedy się zaczęło. Zaczęli rzucać czym popadnie, a ja oceniałem. W końcu Kazi mówi, że rzuci dalej niż Reed papierem toaletowym.
Mickey dostrzegł w tym swoją szansę na łatwe pieniądze. Mówił „Kazi ten papier rozwinie się zanim nawet do wody doleci, nie masz żadnych szans”. No, ale Kaz był uparty. Reed wziął więc coś tam i cisnął do morza. Deyna poszedł do łazienki i zmoczył rolkę wodą pod kranem. Papier stał się twardy i cisnął nim naprawdę cholernie daleko. Trzeba przyznać, że był cwany. W Anglii na takich mówimy street-wise. Możecie tylko sobie wyobrazić jak się czuliśmy, gdy rano się obudziliśmy, a pół naszego pokoju dryfowało w morzu.
Deyna był także pierwszym, którego wybierano, jeżeli na treningu zarządzona była gra na małym boisku. – On był tak kapitalnie wyszkolony technicznie, że w takiej małej gierce, był nie do powstrzymania – wspomina Power. – Zdecydowanie gorzej, szczególnie pod koniec jego pobytu, szło mu na dużym boisku.
Gra w Anglii w tamtych czasach była niesamowicie fizyczna. Dziś w Premier League widać więcej wpływów kontynentalnych. W latach 70. niektóre mecze First Division bardziej jednak przypominały rugby niż piłkę nożną. – Kazi nie lubił fizycznej gry – opowiada Halford. – Jak za mocno obrywał, to odpuszczał. Szybko się w tym zorientowano.
Menedżerowie drużyn przeciwnych postępowali z nim trochę według zasady „nie bierzemy żadnych jeńców”.

– Kazi uwielbiał piłkę, rozkoszował się ją. Przytrzymać ją, zrobić kółeczko, rozejrzeć się, kogoś minąć. Zwalniał grę – opowiada Power i aż wstaje, by skopiować styl Deyny. – Ale my wtedy tak nie graliśmy. Byłem lewym obrońcą. Gdy wyprowadzałem piłkę, zawsze najpierw szukałem długiego podania do napastników. Kazi do mnie podbiegał i chciał piłkę.
Mówił mi później, trochę po angielsku, trochę po polsku, trochę na migi: „Po prostu mi podaj, ja już sobie poradzę”. Tracił dużo energii, bo najpierw ze środka podbiegał do mnie czekając na podanie, gdy zagrałem do napastników, musiał biec pod pole karne, by być przy akcji. A Kazi nie lubił biegać. Oj, nie lubił. Z czasem, zorientowałem się jakie są jego najsilniejsze strony. Faktycznie można mu było podać nawet jeżeli był kryty. Balansem ciała, zwodem, uwalniał się spod opieki. Na początku musiał jednak zasuwać W tamtych czasach mecze zazwyczaj były w sobotę. Niedzielę piłkarze mieli wolną, a w poniedziałek odbywał się trening wytrzymałościowy. – Tradycją było, że biegaliśmy wtedy po kilka okrążeń w Wythenshawe Park. W każdy poniedziałek rano Kazi zaglądał tylko do szatni i pytał tym swoim łamanym angielskim: „Szow park?”. Odpowiadaliśmy gromkim: „Tak Kazi, szow park”. Deyna wtedy robił grymas bezgranicznego bólu, łapał się za udo i mówił tylko: „Uu, hamsztrong” (Hamstring – po angielsku pachwina). I szedł do fizjoterapeuty.
Po dwóch godzinach wracaliśmy z parku, zmęczeni, zlani potem, a Kazi zazwyczaj w najlepsze grał z fizjoterapeutami w sali gimnastycznej w siatkonogę –  uśmiecha się Power… – Nie mieliśmy mu tego za złe. Na początku wszyscy zbytnio go szanowali. Za jego fantastyczną przeszłość, za niesamowite umiejętności techniczne. Później z kolei Kazi tak naprawdę już przestał być częścią drużyny. Trenował z nami, ale grał głównie w rezerwach… Szkoda, że nie popracował nad swoją wytrzymałością, szkoda, że mu się nie chciało. Gdy wszyscy zdejmowali koszulki, na przykład w szatni, Kazi był jedynym, który właściwie nie miał żadnych mięśni…

Najgorszy okres

Nieznajomość języka, zgubne wpływy środowiska polskich emigrantów, nieumiejętność przystosowania się do realiów angielskiej piłki. To wszystko składa się na niepowodzenie Deyny w Manchester City. Kto jednak wie, czy najważniejszą nie był pewien londyńczyk, przemądrzały człowiek, z wielkim cygarem w zębach. Z jednej strony legenda klubu, z drugiej jego grabarz – Malcolm Allison. Deynę do City sprowadził menedżer Tony Book. Po kilku zaledwie miesiącach jego miejsce zajął wracający do klubu Allison. Człowiek, który zdobył Puchar Zdobywców Pucharów (pamiętny finał z Górnikiem Zabrze), dwa Puchary Ligi oraz mistrzostwo Anglii. – Malcolm przyszedł i wszystko rozwalił – bez ogródek mówi Gary Owen. – Za pierwszym razem Mal był jednak tylko trenerem. Za drugim został także menedżerem, a to nie była jego najlepsza strona. Tak naprawdę to lekko wyprzedzał swój czas. By nauczyć piłkarzy równowagi, kazał im ze sobą tańczyć. Jak wchodziłeś przez drzwi, trzeba było się prześlizgiwać. Tacy ludzie jak Kidd, Channon, czy Ball nie chcieli go słuchać. Wiedział, że traci autorytet, zaczął więc robić czystkę w zespole. – Ambicją City wtedy, tak jak zresztą i dziś, było pokonać United. Rok wcześniej zanim przyszedł do nas Kazi zdobyliśmy drugie miejsce w lidze. Tylko punktu nam zabrakło do Liverpoolu – wspomina Peter Barnes. – W kolejnym nie szło już nam tak dobrze. Przytrafiły się kompromitujące wpadki w Pucharze Anglii i Pucharze Ligi. Odpadliśmy ze Shrewsbury Town i Halifax Town. Zespołami tak samo anonimowymi wtedy, jak i dziś. Nerwowe ruchy zaczęły się, gdy znaleźliśmy się na ósmej pozycji w lidze. Czyli wcale nie tak dramatycznie. Malcolm miał jednak obsesję budowania. Chciał tworzyć. Chciał, żeby to był jego autorski zespół. – Drużyna, którą przejął Allison, była jedną z najlepszych w lidze. Miała ogromny potencjał. Ale Tony Book lubił otaczać się doświadczonymi piłkarzami, a Mal stawiał na chłopców, dzieciaków niemal. Dla niego najważniejsza była szybkość i siła – opowiada dziennikarz Peter Gardner, który zresztą nie wypiera się przyjaźni z Allisonem. Potrafi jednak otwarcie mówić o błędach, które ten popełnił. – To był zespół atletów. Nie sądzę, by Mal wiedział tak naprawdę jak wykorzystać na boisku Deynę. Nie widział go w tym zespole. W ciągu kilkunastu tygodni od przejęcia City przez legendarnego menedżera skład osobowy zespołu zmienił się nie do poznania. Nie było żadnych sentymentów. Pozbył się między innymi naszych rozmówców – Petera Barnesa i Gary’ego Owena, którzy razem trafili do West Bromwich Albion. Obaj byli wychowankami City, kibicami klubu od małego. Ojciec Barnesa też grał w City i był szefem skautów w klubie. Musiał odejść 50-krotny reprezentant Szkocji Asa Hartford. Menedżer pozbył się takich postaci jak Brian Kidd (dwukrotny reprezentant Anglii), Mick Channon (46 meczów w białej koszulce z trzema lwami), czy Dave Watson (65 A). – Kazi podpisał kontrakt z zespołem, w którym ci wszyscy piłkarze byli. Odgrywali ważne role. Większość tych chłopaków znał chociażby z meczów reprezentacji. Te nazwiska coś mu mówiły. Przychodził do wicemistrza Anglii z ambicjami, a skończył z anonimowymi dzieciakami, broniąc się przed spadkiem – opowiada Owen, unosząc się na samo wspomnienie czystki Allisona. – Po 18 miesiącach zespół spadł z First Division, dobrze, że Kazi wtedy już był w San Diego. Peter Barnes zanim został sprzedany musiał grać w rezerwach. Z Deyną. – Co to był za piłkarz. Rozumieliśmy się niemal bez słów. Ruszałem skrzydłem, podawałem do Kazi’ego i ślepo mogłem biec pod bramkę. Wiedziałem, że jak mi odegra, to tak, że piłka spadnie mi prosto na stopę, nie będę musiał jej gonić. Piłka tylko chodziła po murawie między przeciwnikami – ożywia się Barnes. – Kazi sporo się popisywał, dryblował, puszczał kanały, bawił się. Był niezwykły, jak to możliwe, że był w rezerwie. Malcolm… szalone czasy, pieprzony Malcolm. Allison nie tylko wyrzucał, zaczął też zatrudniać. To były najbardziej absurdalne transfery w historii City. – Zaczęło się od zakupu Michaela Robinsona z Preston. Słyszeliście o nim? No właśnie – śmieje się Gardner o mało nie wylewając piwna na swój śnieżnobiały dywan. – Grał wówczas w drugoligowym Preston. Tony Book, którego Malcolm nie zwolnił, tylko zrobił swoim asystentem, zadzwonił do Preston i zaproponował za Robinsona 250 tysięcy funtów. Menedżer Preston, Nobby Stiles, nie mógł uwierzyć, bo zawodnik wart był w rzeczywistości znacznie mniej. „Co? Ile?” krzyknął tylko w słuchawkę, na co Book od razu powiedział: „Dobra, dobra. Niech będzie 500”. Stiles był jeszcze bardziej zszokowany. „Chyba żartujesz?” zdołał z siebie tylko wykrztusić. No co zdesperowany Tony mówi: „Ok. Nobby niech będzie 750 tysięcy, ale więcej już naprawdę nie mogę”. No to go sprzedali. Później przyszła kolej na Steve’a Daley’a z Wolverhampton. Tutaj w ogóle zaczęli od 750 tysięcy funtów. Menedżer Wilków się nie zgodził. Tony Book codziennie dzwonił z nową ofertą i dorzucał sto tysięcy. Skończyli na 1,4 miliona, co były absolutnym rekordem transferowym na Wyspach. Ale takie były ambicje prezesa Petera Swalesa. Działać z rozmachem. Tylko, że nic z tego nie wynikało. W 2001 roku gazeta „The Observer” w jednym z podsumowań ligi, w rankingu na najbardziej zmarnowane pieniądze właśnie ten transfer umieściła na pierwszym miejscu. Gdy dwa lata później w 1981 roku City sprzedawało Daley’a do Seatlle Sounders, udało się wyciągnąć tylko 300 tysięcy funtów. Prawie pięć razy mniej niż na niego wydano. Niejako do roli pomnika nieudolności Allisona przy jego drugim podejściu do Manchesteru City stał się rewanżowy (przegrany 1:3) mecz ćwierćfinału Pucharu UEFA z Borussią Moenchengladbach. – Zatrudnienie go to było coś w stylu naciśnięcia guzika „autodestrukcja”. Allison to było wtedy wielkie nazwisko, typowy londyńczyk: krzykliwy, bardzo przystojny, dziewczyny, cygaro, szampan, na czole miał wypisane: „Jestem Malcolm Allison, najlepszy trener świata”. I on w to wierzył – wyjawia Peter Barnes. – Z Moenchengladbach posadził na ławce Deynę, Kidda, Colina Bella, Asę Hartforda. Ławka pełna była reprezentantów, a na boisku biegały dzieciaki. Dwóch z nich w ogóle debiutowało w tamtym spotkaniu. Kazi wszedł w 62. minucie, a po 16 minutach strzelił pięknego gola. Niestety, tylko honorowego. Po meczu Malcolm szedł już w kierunku szatni, a Hartford nie wytrzymał i krzyknął: „Hej, Mal. Masz swoją pierdoloną taktykę”. Tydzień później został sprzedany do Nottingham Forest. – Po tamtym meczu Kazi był bardzo zawiedziony – wspomina Bernard Halford. – Podszedł do mnie i spytał: „Co jest, co ja robię na ławce, podczas gdy dzieciaki grają w piłkę? Po co mnie tu sprowadziliście?”

Moment glorii i chwały

Paradoksalnie jednak to właśnie pod koniec swojego pierwszego sezonu (1978/79) – w kulminacyjnym momencie zmieniania City z klubu walczącego o mistrzostwo w spadkowicza – Deyna zaliczył swój najlepszy okres gry w Anglii. Oto Allison nagle zapałażł wielką miłością do Polaka. Wszystko zaczęło się prawdopodobnie podczas towarzyskiego meczu między Legią a City. Zaaranżowanie tego spotkania było częścią umowy transferowej. Allison na własne oczy mógł się przekonać, jakim szacunkiem darzony jest były kapitan w Polsce. Mógł zobaczyć jaka rola na boisku najlepiej mu odpowiada, bo przez połowę tamtego towarzyskiego spotkania Deyna zagrał w Legii. Oczywiście jako typowy ofensywny pomocnik, klasyczna dziesiątka, ustawiony tuż za napastnikami. – Pamiętam jak szliśmy korytarzem hotelu Victoria w Warszawie – opowiada Bergier. – Ja z Kaziem przodem, a za nami Malcolm i Tony Book. W pewnym momencie Mal dogonił nas i mówi do mnie: „George powiedz Kaziemu, że jak wrócimy na Wyspy, będzie grał w każdym meczu, strzeli kilka goli i nie spadniemy z ligi”. I co? I tak się dokładnie stało. Deyna miał fantastyczną końcówkę sezonu. Strzelił siedem bramek w ośmiu ostatnich spotkaniach, w tym tę decydującą o utrzymaniu. – Kibice go uwielbiali, gdy był stały fragment gry w okolicy bramki, cały stadion skandował jego nazwisko – wspomina Halford. – Był u nas taki zawodnik Barry Silkman. Zanim przyszedł Kazi, to on właśnie wykonywał wszystkie wolne i rożne. Ale do klasy Deyny brakowało mu bardzo dużo. Kilka razy próbował mu się wciąć. W końcu Kazi przyszedł do mnie i mówi: „Jest taki jeden mały głupi człowiek (silly man – po angielsku) i cały czas chce zabierać mi wolne”. Myślałem, że padnę ze śmiechu – opowiada Halford. – Deyna faktycznie stał się ulubieńcem kibiców. W jednym z programów meczowych, pod koniec sezonu, znalazła się informacja, że pewna para w hołdzie Kaziowi dała swojemu nowonarodzonemu dziecku na imię… Deyna – przypomina sobie Bergier. – Graliśmy wtedy z Nottingham Forest. Cały czas atakowali, w pewnym momencie wyszliśmy z kontrą. Ktoś podał długą, wysoką piłkę do Kazia, który stał gdzieś w okolicy połowy boiska, tuż przy linii autowej. Deyna nie przyjmując piłki, skręcił się w jakiś niesamowity sposób i z powietrza podał wprost w pole karne. Futbolówka po raz pierwszy dotknęła ziemi tuż przed naszym napastnikiem, który spokojnie pokonał Petera Shiltona. To było zagranie nie z tej ziemi – ekscytuje się Halford. Starszy pan aż wstaje i próbuje naśladować tamto podanie. – Nie musiałeś być ekspertem piłkarskim, by widzieć, że to zupełnie inny rodzaj zawodnika od tych, którzy w Anglii grali na co dzień. Inny sposób prowadzenia piłki, inny strzał, inne przyjęcie. I ten niesamowity spokój. On się nigdy nie śpieszył, nigdy nie wyglądał na zestresowanego, zawsze miał czas pomyśleć. – Gary Owen nie może wyjść z podziwu. – A i tak Malcolm fatalnie go wykorzystywał. Zamiast pozwolić mu być klasyczną dziesiątką, kazał mu biegać i walczyć w defensywie. Innym razem wystawiał go jako napastnika. A co mógł Kazi zrobić stojąc tyłem do bramki? To tak jakbyś kupił stopera i kazał mu grać na lewej pomocy.

Upadek ostateczny

W kolejnym sezonie Deyna jeszcze sporadycznie pojawiał się na boisku (strzelił nawet sześć bramek), ale równie udanego okresu jak wiosna 1979 już nie powtórzył. Im mniej grał, tym częściej zaglądał do polskich klubów, tym chętniej uciekał do tych, którzy go kochali i widzieli w nim bohatera. Do tych, którzy chcieli mu stawiać kolejki i słuchać jego wspomnień. – Jakby to powiedzieć, żeby cała Polska mnie nie znienawidziła – Jerzy Bergier robi dłuższą pauzę, widać, że szuka słów. Chwila krępującej ciszy, w końcu głębokie westchnienie. – Cóż, Kaziu był bardzo specyficznym człowiekiem. Zamkniętym w sobie. Często mówił co innego niż myślał, a już na pewno robił co innego niż myślał. Jakby to ująć? Kaziu był fantastycznym piłkarzem, ale mózg miał w nogach… Był łatwy do zmanipulowania, nie umiał podejmować ważnych decyzji, polegał zbytnio na ludziach, pochlebcach, którzy go otaczali. – Wszyscy wiedzieliśmy, że Kazi pije w polskich klubach. To był jednak jego wybór. Nie chciał się z nami zaprzyjaźnić. Coraz mniej czuł się potrzebny w zespole – smutno mówi Power. Najgorszy był jego ostatni sezon w City (1980/81). Wtedy już prawie nie grał. – Zdarzyła się w końcu tragedia. Kazi wracał którejś nocy z polskiego klubu. Wypił zdecydowanie za dużo – opowiada Halford. – Na jednym ze skrzyżowań przejechał na czerwonym świetle. Akurat obok stał radiowóz policyjny, który rozpoczął pościg za Polakiem. Kazi jednak nie chciał się zatrzymać i dalej pędził przed siebie. Przejechał kolejne skrzyżowanie, a jadący za nim radiowóz nie zmieścił się. Uderzył w inny samochód, pełen wracających z panieńskiego wieczoru dziewcząt. Doznały poważnych obrażeń. Do klubu przyszło wezwanie na rozprawę sądową. O nieumyślne spowodowanie poważnego wypadku. – Kazi nawet wtedy potrafił mnie rozśmieszyć – gorzki grymas pojawia się na twarzy Halforda. – Mówi do mnie: „A co, to ja jechałem tym policyjnym samochodem? To nie moja wina, że policjant źle jeździ”. Udało nam się utrzymać sprawę z daleka od mediów. Nie było sensacji, nie było awantury. Wszystko odbyło się po cichu. – Wiedzieliśmy, że stało się coś złego, ale nie mieliśmy pojęcia o co dokładnie chodzi – wspomina atmosferę w szatni z tamtych dni Power. – Ktoś mówił coś o wypadku jaki Kazi miał, ale on był cały, jego BMW też. Gazety nie napisały o tym ani słowa. W końcu dzięki najróżniejszym zabiegom klubu Deyna dostał mandat za… nie napompowane koła w samochodzie. – Kazi w sądzie powiedział: „Nikt mi nie powiedział, że trzeba pompować koła”. Wiadomo było jednak, że to może być tylko początek problemów. Policja poważnie chciała mu się dobrać do skóry, Kazi mógł wpaść w potężne kłopoty. Wtedy pojawiła się oferta z San Diego. Deyna i tak nie był już w City szczęśliwy. Momentalnie się zgodziliśmy i Kazi wyjechał po cichu do Stanów. Nie ma co ukrywać, że była to forma ucieczki przed prawem – ujawnia kulisy wyjazdu Deyny do USA Halford.

Zagubiony geniusz

Historia pobytu Deyny w Manchesterze – jak zresztą cała historia jego życia – jest słodko-gorzka. Zabawne momenty przeplatają się z tymi mrożącymi krew w żyłach. Z jednej strony wszyscy go uwielbiali, z drugiej on sam nie chciał się z drużyną zaprzyjaźnić i zintegrować. Z jednej strony był genialnym piłkarzem, z drugiej trafił do City w najgorszym z możliwych momentów. – Prawda jest taka, że Kazi został zniszczony przez system komunistyczny – wyjawia swoją teorię Peter Gardner. – Powinien wyjechać z Polski wiele lat wcześniej. Już po 1974 roku. Powinien trafić do Hiszpanii, gdzie pasowałby idealnie. A tak znalazł się w sumie w złym miejscu w złym czasie.

Comments (1)

Deyna w USA, cz. 1

Wrzucam tu kilka naszych tekstów o Kazimierzu Deynie, które robiliśmy z Piotrkiem Żelaznym. Ukazały się w Magazynie Sportowym w 20. rocznicę śmierci Deyny.

Kazzie nie umiał żyć bez piłki

– Dzień dobry. Pan Willrich?
– Zgadza się, kto mówi?
– Jesteśmy z telewizji, z kanału 10, chcieliśmy z panem porozmawiać.
– Co się dzieje, dlaczego dzwonicie?
– Był wypadek, ofiara nosiła sygnet mistrzowski Sockers.
– ?
– To Kaz Deyna. Chcielibyśmy prosić o komentarz.
Jean Willrich: – Nie mogłem wydusić z siebie słowa, powiedziałem tylko coś w rodzaju: „Chyba sobie żartujecie? To musi być pomyłka”.
Nie była. Najbardziej prawdopodobna wersja jest taka, że Deyna w drodze powrotnej z treningu wpadł jak co wieczór do Kaiserhofu, znanej z bardzo dobrego jedzenia niemieckiej restauracji położonej kilka kilometrów od wybrzeża Pacyfiku. Zazwyczaj po treningach z dziećmi spędzał tu czas z Gertem Wieczorkowskim, obrońcą Sockers. Lubili się też z Horstem,
właścicielem lokalu. Jego przyjaciele uważają, że tak było prawdopodobnie i tym razem.
Deyna i Wieczorkowski wypili jak zwykle za dużo i rozjechali się do domów. Deyna wracał swoim Dodgem Coltem (rocznik 1974) międzystanową drogą numer 15, prowadzącą z San Diego aż do Kanady. Po wyjeździe z centrum minął z lewej strony elitarną bazę lotniczą, tę samą, która zainspirowała twórców nakręconego trzy lata wcześniej filmu „Top Gun” i kilka minut później prawdopodobnie usnął. Zginął, uderzając w prawidłowo zaparkowaną na poboczu i oświetloną ciężarówkę, przy zjeździe na Mira Mesa Boulevard. Miał zaledwie 3 minuty drogi do domu znajdującego się przy 9949 Linda Maya w bogatej dzielnicy Mira Mesa. Na drodze nie było śladów poślizgu, co właśnie miało potwierdzać tezę, że Deyna zasnął. Z doniesień prasowych wiadomo, że stężenie alkoholu w jego krwi przekraczało dwukrotnie dozwoloną dawkę.
Erich Geyer, kolega Polaka: „To zdecydowanie nie był przyjemny widok. Deyna został zmasakrowany”.
Tak skończyło się życie Kazimierza Deyny. Piękne i zarazem tragiczne, życie człowieka zagubionego, fenomenalnego piłkarza, który nie potrafił oprzeć się jego pokusom, by w końcu wpaść w ciężki alkoholizm. Człowieka, który nie wytrzymał presji otoczenia oraz swojej własnej rodziny. I nie potrafił znaleźć sobie miejsca w świecie po zakończeniu kariery. Koledzy z drużyny wspominają, że właściwie każde niepowodzenie rozwiązywał upijaniem się do nieprzytomności.
Jean Willrich był wśród szóstki, która niosła trumnę Deyny. Oprócz niego Juli Veee, Volkmar Gross, Martin Donelly, Gert Wieczorkowski i syn Norbert. Na pogrzeb, który odbył się 9 września, przyszła cała drużyna.
Brian Quinn 48-krotny reprezentant USA mówi „Magazynowi Sportowemu”: – Na pogrzeb przyszło sporo ludzi, ale to nie była wielka manifestacja. W Stanach ludzie tak naprawdę nie znali Kaza. Nie był gwiazdą, bo nie pchał się przed kamery. Oczywiście my, jego koledzy z drużyny, słyszeliśmy o jego popularności w Polsce, wiedzieliśmy kim był, że żegnamy kogoś wielkiego piłkarza.
Czy mógł żyć? Czy zrobił to świadomie, czy tak naprawdę popełnił samobójstwo? Czy zadecydowała o tym strata pół miliona dolarów, które Deyna powierzył Tedowi Miodonskiemu, jak sugerował jego wieloletni przyjaciel Franz Smuda? Sam Deyna nie dzielił się chętnie tym co myślał, więc nigdy nie dowiemy się prawdy.
Juli Vee, kolega Deyny z Socker uważa, że to nie pieniądze były przyczyną.
– Mimo wszystko nie sądzę, żeby chodziło o problemy finansowe. Przecież forsę stracił jeszcze jako czynny piłkarz. Wtedy zarabiał kilkadziesiąt tysięcy dolarów rocznie i choć to, co stracił było dla niego oczywiście fortuną i na pewno przeżywał wielki dramat, to jednak miał z czego żyć. I chciał żyć. Kazzie uwielbiał życie – uważa Juli, a właściwie Gyula Visnyei, Węgier z Budapesztu, przyjaciel Deyny.
Jean Willrich jest odmiennego zdania.
– Jeśli chodzi o Miodonskiego jestem przekonany, że ta katastrofa finansowa przyczyniła się do jego śmierci. Może nie bezpośrednio, ale proszę zwrócić uwagę, że jego życie znacznie się zmieniło. Biedny Kazzie, był taki naiwny. Próbowałem mu wytłumaczyć, że ten interes nie ma szansy powodzenia. Ted czarował, że będziemy zarabiać ponad 20 procent naszych zainwestowanych pieniędzy. Dla mnie taki wysoki zysk był podejrzany. Ale Kaz mu ufał – mówi Willrich. i uważa, że to właśnie brak stabilizacji finansowej wykończył Deynę.
– Po zakończeniu kariery został właściwie bez pieniędzy. Żył w Ameryce w drogim apartamencie w Mira Mesie. Z tego co mówił, kosztowało on coś między 2 a 3 tysiące dolarów miesięcznie. Kiedy grał, było go na to stać, w momencie gdy skończył, już nie, musiał się wiec przeprowadzić (z Helen James Avenue na Maya Linda Road, to odległość około kilometra, ale dzielnica już gorsza). Myślę, że wtedy zaczął więcej pić. Na pewno
na to wszystko miały wpływ problemy osobiste. Wiadomo, że w życiu osobistym kompletne mu się nie układało. Pod koniec lat 80. małżeństwo Kaza i Marioli właściwie rozpadło się. To było dla niego za duże ciśnienie. Mariola miała duże wymagania finansowe, on nie był w stanie temu sprostać, dało się to wyczuć. Ja na przykład mam szczęście, żyję sobie przy plaży, jestem dyrektorem klubu, jest ok. Daję sobie robię. Ale kiedy zawodnik skończy z soccerem, nie wie, co robić czasem. Robisz coś całe życie i teraz jest po wszystkim. On właśnie coś takiego przeżywał, nie wiedział gdzie się podziać – opowiada Willrich.
Julii Veee: – Pytałem go: „Dlaczego nie wrócisz do Europy, z takim statusem znajdziesz sobie robotę jako dyrektor techniczny za grubą forsę”. Ale on nie chciał tego robić, był tu szczęśliwy. Problemem było to, że miał taką komunistyczną postawę. Nie chciał się uczyć angielskiego, nie chciał robić biznesu, nie rozumiał praw giełdy, nie miał o tym pojęcia i nie chciał mieć. Nawet wracając do tego Miodońskiego… Facet przyszedł i mówi: „Dam ci ponad 20 procent z pieniędzy, które zainwestujesz”. Ja mu na to: spieprzaj
gościu, myślisz że jestem głupi? Nikt nie da mi tyle, nikt! Odpieprz się od moich pieniędzy. to był bardzo zły człowiek. Ale Kaziu mu ufał.
Koledzy Deyny podkreślają, że chociaż w Ameryce czuł się dobrze, to z drugiej strony był tu tylko przeciętnym mieszkańcem Stanów Zjednoczonych, co mu nie pasował.
– Pamiętam, jak pojechał na jakiś mecz oldboyów do Europy. Polska grała chyba z Niemcami (chodzi o mistrzostwa Europy oldbojów, w których grał na dwa miesiące przed śmiercią – przyp. red.) i czuł się tam jak wielki Kaz Deyna, był znowu na swoim miejscu. Powrót tutaj trochę go zdołował – opowiada Veee. – Myślę, że wtedy zaczął pić już tak na maksa. Tak słyszałem. Dzień w dzień siedział w Kaiserhof. Tu w Ameryce nikt go nie poznawał i to go bolało. Był tylko trenerem dzieciaków.
Potwierdza to Niemiec Volkmar Gross.
– Deyna czuł się dobrze w USA, ale jako piłkarz wiedział, że sporo traci, że to jest jego koniec na boisku, że teraz został tylko wakacyjnym grajkiem ? mówi były bramkarz Sockers.
– Kaz nie miał żadnej alternatywy w życiu, rozumiecie? Ludzie są zazwyczaj mobilni, chociaż trochę. Po zakończeniu kariery mogą tak jak ja sprzedawać samochody, pracować za barem, albo organizować jakiś większy biznes. Kazzie nie mógł, bo całe jego życie to była piłka nożna, nie miał nic innego.
Wielu przyjaciół Deyny uważa, że mógł grać jeszcze jakiś czas, ale trener Ron Newman nie chciał przedłużenia kontraktu z piłkarzem. Niewiele wskórała delegacja starszych piłkarzy występująca w obronie Polaka. Angielski szkoleniowiec uważa, że postąpił dobrze i co ważne, zgodnie z własnym sumieniem.
– Miał 39 gdy kończył, naprawdę miał już swoje lata. Uznałem, że nie miał już szybkości, by grać na odpowiednim poziomie. Miał wielkie doświadczenie i cudowną technikę, ale młodzi go wyprzedzali i to stawało się coraz większym problemem. Poza tym chciałem, by odszedł w chwale, powiedziałem mu: „Kazzie czy nie lepiej byś odszedł gdy jesteś gwiazdą, gdy coś znaczysz?”. Zgodził się z tym. Dzisiaj żałuję tylko, że nie udało się zorganizować dla niego pożegnalnej gry, ale on sam tego nie chciał – mówi Newman.
Juli Veee: – Koniec kariery to była dla niego tragedia. Przestał grać, zarabiać wielkie pieniądze, należeć do grupy, można więc powiedzieć, że stracił wszystko to, co kochał. To było jego życie i teraz nie wiedział, co ze sobą zrobić. Myślę, że mógł mieć kłopoty z lepszą pracą, bo nie znał zbyt dobrze języka. Jedyne co mógł robić, to trenować dzieci.
Wieczorkowski, ja i Donelly zaczęliśmy organizować piłkę w okolicy, robiliśmy letnie obozy dla dzieci, Kazzie trochę się przy tej okazji odkuł finansowo, ale to było wciąż za mało.
– Był zdołowany. Załamany. Mówiłem, że da radę jako dyrektor sportowy, tu jest jakieś 40 klubów dookoła. Słaby angielski? Ok, nie był najlepszy, ale myślę, że spokojnie dałby sobie radę na jakimś administracyjnym stanowisku. Był wystarczająco inteligentny, by to robić, poza tym wiedział wszystko o piłce, to była wiedza nie do wycenienia. Nawet bez  perfekcyjnie opanowanego języka miałby robotę, gdyby tylko się postarał… – ocenia Jean
Willrich.
Deyna poza trenowaniem dzieci grywał też w drużynie „The Legends” założonej przez Gerta Wieczorkowskiego, chociaż to ostatnie dawało raczej nikły dochód.
– To nie były pieniądze. Ja na przykład teraz mam 60 tysięcy dolarów rocznie, ale wtedy też nie miałem kasy, maksimum to był 10 tysięcy dolarów rocznie. Jeden przetrwa drugi nie. Kaz mógł zarabiać maksymalnie 20 tysięcy, jego żona musiała pracować, a on wtedy pił już bardzo dużo – opowiada Veee.
Może jego śmierć była więc tylko kwestia czasu? Może dążył do niej podświadomie… Czy na zjeździe z drogi międzystanowej numer 15 spał czy też był do końca świadomy tego, co robi, na ile oczywiście mógł być świadomy po sporej dawce alkoholu.
Ron Newman. – Pamiętam, że byłem akurat w Anglii, szukałem zawodników do San Diego. Po powrocie do domu zrzuciłem ubrania, odstawiłem bagaże i włączyłem sekretarkę w telefonie i pękło mi serce. Męski głos mówił: „Dzień dobry panie Newman, mamy prośbę, by przyjechał pan do siedziby koronera. Kazzie Deyna zginął w wypadku samochodowym, Chcielibyśmy, żeby zidentyfikował pan jego zwłoki”. Wiadomość była sprzed kilku dni. To dobrze, nie zniósłbym tego. Zdążyłem tylko na pogrzeb…

Dodaj komentarz