Archive for Janusz Peciak

Śmierć, złoto olimpijskie i zastrzyk dla konia – historia Janusza Peciaka

tu historia Janusza Peciaka, materiał który robiłem dla serwisu Sport.TVP.pl

30 lat temu wyjechał z Polski na stałe i jest trenerem kadry narodowej USA w pięcioboju nowoczesnym. Był jednym z naszych najpopularniejszych sportowców. Mistrz olimpijski, ma pięć złotych i dwa srebrne medale mistrzostw świata. Dzięki niemu gazety sportowe nagle zaczęły pisać regularnie o tak niszowym sporcie jak pięciobój nowoczesny. O jego popularności najlepiej świadczy fakt, że dwa razy wygrywał plebiscyt na sportowca roku, a 5 razy był w najlepszej piątce.

Mistrz olimpijski, Janusz Gerard Pyciak-Peciak… to w końcu jak?

Peciak. Tak jest poprawnie. Tak miał na nazwisko mój ojciec, gdy wyjeżdżał do Francji do pracy w kopalni. Pracował gdzieś pod Paryżem, ale nie wiem gdzie, bo nie chciał za dużo o tym mówić. Tam zastała go wojna. Został ranny i trafił do szpitala. Jego papiery były zniszczone i nie mogli rozczytać. Więc napisali „Pyciak vel Peciak” co oznacza, że jedno albo drugie. Jak wrócił do Polski to chciał zmienić na Peciak, ale nie pozwolili mu. I dlatego ja też byłem Janusz Gerard Pyciak-Peciak. A jak już przyjechałem do Ameryki, to miejscowi mieli problemy z pisaniem tego nazwiska. Za każdym razem musiałem literować. I po iluś latach zmieniłem w końcu na Peciak. Wróciłem do korzeni.

***

Janusz Peciak (fot. PAP) Pięciobój nowoczesny to był idealny wybór dla mnie. Grałem wcześniej w piłkę wodną, ale tam – jak w koszykówce – musisz mieć dwa metry i ważyć 130 kilogramów. To nie ja. Baron de Coubertin wymyślił sobie sport, który promowałby tak zwanego sportowca doskonałego. Wiele dyscyplin, które nie mają ze sobą wiele wspólnego. Jeden wymagający zawziętości, inny precyzji. To coś dla mnie, bo zawsze lubiłem różne sporty.

Mieszkaliśmy w centrum Warszawy, na Żurawiej 45. Ojciec był księgowym w MZK, a mama pielęgniarką w szpitalu zakaźnym przy Siennej i złotą kobietą, która chciała wszystkim pomagać. A ja byłem małym łobuzem, który spędzał dzieciństwo na podwórzu. Mieliśmy tu taką stację benzynową i robiliśmy zawody w biegach dookoła stacji benzynowej, kto wytrzyma najdłużej. Dublowani odpadali. Zresztą cały czas w coś graliśmy i zazwyczaj byłem najlepszy. A ja jeszcze rywalizowałem z bratem, Jurkiem, o 4 lata starszym. Dobrze pływał, był nawet mistrzem Warszawy, ale w pewnym momencie zacząłem wygrywać w różne gry.

Myślę, że charakter mi pomógł. Zawsze byłem zadziorny. Już z przedszkola mnie usunęli, bo walnąłem jakiegoś chłopaka klockiem w głowę. A potem z podstawówki, bo rzuciłem dzienniczkiem w nauczycielkę. Tak to było, z klasy do klasy, ze szkoły do szkoły. A jak trafiliśmy na Grenadierów, to wszystko się jakoś ułożyło. A potem energię włożyłem w pięciobój. Na nic lepszego nie mogłem wpaść.

Umówmy się, poziom w Polsce był wtedy beznadziejny. Na tyle, że po dwóch latach byłem już w kadrze narodowej. Wtedy jak ktoś z naszych wszedł do dwudziestki na mistrzostwach świata, to był wielki sukces. Nie miałem w tamtych czasach w kraju konkurencji. Mistrzostwa Polski rozgrywano o 2 miejsce. Pierwsze było zarezerwowane dla mnie. Wygrałem tytuł 8 razy. Na świecie zacząłem odnosić pierwsze sukcesy po 6, 7 latach treningu. W 1975 roku byłem drugi na zawodach w Ałmacie i to już była zapowiedź, że mogę walczyć o medal w Montrealu.

***

Janusz Peciak z żoną (fot. PAP) Ale najpierw było Monachium. I pytanie, na które nie mogę znaleźć odpowiedzi. Przyszło strzelanie. W pudełku w rządku leżało zazwyczaj 5 nabojów, po prostu je ładowałeś i strzelałeś. Działasz jak automat, ładujesz, strzelasz. Więc załadowałem, zacząłem strzelać, raz, dwa, trzy… i w pewnym momencie usłyszałem taki szczęk. Sędzia podszedł, sprawdził. Załadowałem tylko trzy, więcej nie było w pudełku. No cóż, Andras Balczo był nie do przejścia, on był w tym czasie najlepszym zawodnikiem w historii dyscypliny. Ale brązowy medal był do zdobycia. Zostały jeszcze dwie konkurencje, w których byłem najmocniejszy. Wtedy myślałem, że wszystko przepadło na zawsze, że już nigdy nie będę miał szansy na medal. Odizolowałem się i nie chciałem dwie godziny z nikim rozmawiać. Nienawidzę współczucia, to najgorsze co może być. Nigdy nic nie poprawia, tylko pogarsza sytuację. Wróciłem do wioski i chciałem się tylko spakować i wyjechać. Jak ktoś tam sięgnął po medal, to się cieszyłem i gratulowałem, ale tylko chwilę, bo zaraz dociera do ciebie, że to był twój medal, ze to tobie mieli gratulować. Potem jeszcze dwa miesiące nie mogłem spać, a jak zasypiałem, to śnił mi się ten dziwny dźwięk, który brzmiał dokładnie jak ten szczęk broni. Tyle razy myślałem, dlaczego, jak to możliwe. I nigdy nie poznałem odpowiedzi. Myślę, że stres to chyba jedyne w miarę logiczne wyjaśnienie.

***

Janusz Peciak (fot. PAP) Na szczęście moje obawy się nie potwierdziły. Cztery lata później byłem już dużo mocniejszy i do Montrealu jechałem po medal. Nie wiedziałem czy będzie złoty, ale wiedziałem, że musi być medal. Wygrałem złoto… ale co to opowiadać, chyba wszystko już o tym napisano? A to, że o 1 albo 2 w nocy do pokoju zapukał ktoś i mówi, że Marian Renke z Bolesławem Kapitanem muszą ze mną pogadać? No więc rozmawiamy, a oni wyciągają kopertę. A w niej 6 tysięcy dolarów. A wtedy ludzie średnio po 20 dolarów zarabiali. Oczywiście bez podpisu. Jak wróciłem, to sobie kupiłem samochód. Znaczy malucha. I dostałem mieszkanie. Cztery pokoje na Chomiczówce.

Nagle pięciobój stał się sportem narodowym. Jak były mistrzostwa Polski w Zielonej Górze, to chyba 100 tysięcy osób nas oglądało. Gwiazdy robią sport, taka prawda. I ja to rozumiałem. Nigdy nie obrażałem się na dziennikarzy, bo wiedziałem, że jak jest wynik, to dziennikarze zdecydują czy jesteś gwiazdą czy nie. Mogliby mnie zignorować i byłbym jakimś tam mistrzem olimpijskim. Znałem to wasze środowisko. Studiowałem z Włodkiem Szaranowiczem, kolegowałem się z wieloma dziennikarzami. Dzwonił ktoś i mówi: „słuchaj, pojedź ze mną do Pułtuska na spotkanie z młodzieżą”. No i jechałem. Dziennikarz prowadził spotkanie, ja odpowiadałem i obaj byliśmy „zarobieni”. Tyle tego było, że w końcu się zorientowałem, że nie mam kiedy trenować. Ale lubiłem zawsze dziennikarzy, bo to zabawowa grupa, nie sposób się z wami nudzić. I to też sprawiało, że byłem popularny. A efekt był taki, że dwa razy wygrałem plebiscyt najlepszego sportowca w Polsce, raz byłem drugi i dwa razy czwarty.

***

Wygrałem w 1977 i 1981, to lata gdy byłem mistrzem świata. W 1980 nie miałem szansy, bo do Moskwy na igrzyska pojechałem po zerwaniu ścięgna Achillesa, więc nie miałem co marzyć o drugim złocie olimpijskim. Kto wie, może wygrałbym za to trzy mistrzostwa świata. Do Rzymu (1982) jechałem jako kandydat do złota. Odpadłem na samym początku. Wylosowałem konia, który świetnie szedł w pierwszej rundzie, więc byłem zadowolony. Ale na rozgrzewce ten koń nagle stanął. Walę batem, a on nic. Zbyszek Pacelt, który był moim trenerem, wali go z tyłu, ale też nic. W końcu ruszył. Pierwsza przeszkoda – strąca wszystko, druga, trzecia, idzie jak czołg. Wszystko taranuje. Wiedziałem już, że dostał jakiś zastrzyk. Włosi mnie wyeliminowali, bo chcieli, żeby wygrał Daniele Masala, mój wielki konkurent. I swoje osiągnęli. Ja się wycofałem, bo już nie miałem na nic szans.

Wieczorem pakowałem się w hotelu i wtedy ktoś zapukał do drzwi. To był ksiądz. Przywitał mnie słowami: „Nie denerwuj się synu, Bóg czuwa nad tobą, są ważniejsze sprawy niż zwycięstwa”. I za chwilę znowu ktoś zapukał. Ksiądz powiedział: „Bóg jest dobry, z nieba ci dary zesłał…”. Weszli ludzie. Telewizor, buty sportowe, statuetka konia ze złota. Dostałem więcej, niż gdybym wygrał. Cena milczenia. Nie miałem wtedy stuprocentowej pewności, ale Joel Bouzou, który był wtedy zawodnikiem, a dziś jest wiceprezydentem międzynarodowej federacji, powiedział mi, że nie mógł się dostać do ubikacji, więc poszedł do boksu żeby się załatwić. I tam widział, jak jakiemuś koniowi dają zastrzyk. Myślał, że koń jest chory. Dopiero po czasie skojarzył, że to był mój koń. A 10 lat później Igor Nowikow, prezydent międzynarodowej federacji, spotkał się z Roberto Curcio, byłym prezesem federacji włoskiej, który teraz był bliski śmierci. Włoch robił taki rachunek sumienia i do wszystkiego się przyznał.

Szkoda, gdybym nie zgubił aż tak wielu punktów, to może bym Masalę złapał. Byłem w formie, w większości konkurencji byłem lepszy niż Włoch. A zwłaszcza w bieganiu. To była moja najmocniejsza strona.

***

Bal Mistrzów Sportu (fot. PAP) Pewnie dlatego, że trenowałem z Bronkiem Malinowskim, który był ojcem chrzestnym mojego syna. Ale krótko. W 1981 roku Bronek zginął. Miał tego dnia nocować u mnie w Warszawie i rano lecieć na jakieś zawody, ale nie dojechał. Zadzwoniła jego dziewczyna i powiedziała, że był straszny wypadek. To było tak, że na moście w Grudziądzu Bronek mijał jadący z naprzeciwka autobus i nagle ten zahamował. A zza autobusu wyjechał kierowca ciężarówki pełnej złomu. Nie był w stanie się już zatrzymać, nie chciał wjechać w autobus pełen ludzi. Wgniótł Bronka w barierki. To była masakra. Rozpoznali go po zegarku, z mojego wielkiego przyjaciela zostało tyle co nic.

Sam też mało nie zginąłem w wypadku. Mieliśmy jakieś spotkanie sportowców w Lublinie. Wszyscy wracali autobusem, ale Tadek Ślusarski jechał swoim audi, więc zabrałem się razem z nim. Przysnąłem. W pewnym momencie obudziłem się… Jezus Maria, co się dzieje, jakieś drzewa, to koniec… obudziłem się. Żyję. Wiszę w dół, trzymają mnie pasy. Ciekawe, nigdy wcześniej nie zapinałem pasów, a teraz zapiąłem. Pierwsza rzecz: „Tadek, żyjesz?”. „Żyję, ale nie mogę się ruszyć”. Otworzyłem drzwi z kopniaka, wydostałem się jakoś z tego samochodu, wyciągnąłem go, spojrzeliśmy na to audi… koła urwane, samochód do kasacji. Ale żyjemy. Staliśmy w tym polu jakieś trzy godziny, aż w końcu nadjechał autobus. Jak tylko dojechaliśmy do Warszawy, poszliśmy na Stare Miasto zapalić świeczki. „To tylko raz się może zdarzyć, tylko raz” – powiedziałem. Tadkowi zdarzyło się drugi raz, z Władkiem Komarem. Nie przeżył.

***

Ostatnią szansę na medal miałem w Los Angeles, ale wiadomo co się stało (w 1984 roku prawie wszystkie kraje tzw. bloku wschodniego nie wysłały reprezentacji na Letnie Igrzyska XXIII Olimpiady w rewanżu za bojkot poprzednich igrzysk w Moskwie przez większość państw demokratycznych w proteście przeciwko inwazji wojsk sowieckich na Afganistan w 1979 roku – przyp. red.). O mnie było głośno, bo powiedziałem co myślałem. Siedzieliśmy wtedy na Frascati w siedzibie PKOl. Była taka niby dyskusja, ale tylko niby, bo nikt nie protestował. No więc wtedy ja wstałem i powiedziałem, że nie jestem politykiem a zawodnikiem. Przygotowywałem się 4 lata do tego występu, a teraz mamy zbojkotować igrzyska? Mówiłem, że jeśli zbojkotuję, to w historii nikogo nie będzie to obchodziło. Historia pamięta tylko zwycięzców. Nagle zapadła cisza. Paru trenerów zaczęło mówić, że „Janusz działa emocjonalnie i niepotrzebnie się unosi”. I w końcu Irena Szewińska powiedziała: „Ja rozumiem Janusza, też jestem zawodniczką i myślę tak jak on”. Nie powiem, zaskoczyło mnie to że akurat ona powiedziała, a wszyscy patrzyli w podłogę. A że było tam sporo zachodnich dziennikarzy, to tego samego wieczora NBC puściło moją wypowiedź. Miałem pełno telefonów od Polaków z USA z pytaniem, czy mnie już zamknęli. Ale mnie nie zamknęli.

Trzy dni później zadzwonił Marian Renke, żebym przyjechał do Ministerstwa Sportu. Przywitaliśmy się, a on mówi: „Słuchaj Janusz, zgadzam się, że to jest straszne, ale nie mam wyboru. My bojkotować nie chcemy, to zarządzenie z Moskwy”. I w końcu pyta mnie, czy nie chcę zostać wiceprezesem PKOl. Okazało się, że środowiska polonijne zagroziły, że wycofają dotacje dla sportowców. A to było 80 procent pieniędzy, które miał wtedy PKOl. No więc się zgodziłem. A rok później wygrałem konkurs na trenera kadry narodowej Stanów Zjednoczonych. Przydał się język angielski, którego uczyłem się u metodystów.

Poprosiłem Mariana Renkego o zgodę na wyjazd i nie robił problemów. Zawsze był dobry dla sportowców, pozwalał wyjeżdżać, zarabiać. Dlatego wszyscy szli mu na rękę, bo bali się, że jakiegoś rzeźnika za niego wstawią. Malowanym wiceprezesem byłem jeszcze dwa lata po wyjeździe.

Nigdy nie chciałem uciekać z Polski, ale wyjechać, to co innego. Ameryka, to było coś. Kochaliśmy Amerykę. To była fascynacja. Wolność, hippisi, muzyka, książki Faulknera. No raj po prostu. I jak tam pojechałem na stałe, to okazało się, że ten kraj jest dokładnie taki, jak sobie wyobrażałem.

Dodaj komentarz