Archive for Jurij Szatałow

Pokaż zęby młody

artykuł o Juriju Szatałowie, opublikowany w „Przeglądzie Sportowym” 27.04.2012

Wie pan, dlaczego Aleksander Macedoński był niezwyciężony? – pyta Jurij Szatałow i niemal natychmiast odpowiada. – Otóż on wieczorami przebierał się w łachy zwykłego żołnierza, siadał przy ognisku i słuchał, co mają do powiedzenia jego podwładni. Jeśli jesteś w stanie zrozumieć żołnierzy, wygrasz bitwę.

Szatałow ma na koncie kilka spektakularnych kampanii. Prowadzona przez niego Polonia Bytom dwukrotnie zajmowała 7. miejsce w lidze, znacznie powyżej możliwości. Zasłynął tam między innymi z tego, że przerywał gierki treningowe, gdy któryś z piłkarzy zagrał górną piłkę.

– Zawsze to robię. Wychodzę z założenia, że piłka w górze to piłka niczyja, nie kontrolujemy jej – tłumaczy Szatałow.

A przecież z tym samym zespołem jeden z najbardziej uznanych polskich trenerów Michał Probierz błąkał się po dolnych rejonach tabeli, zaś po odejściu Rosjanina „Barcelona z Bytomia” – jak określali ją miejscowi dziennikarze – szybko spadła do I ligi. Ambitny trener przejął Cracovię, która miała tylko teoretyczne szanse na utrzymanie. Ale Szatałow wyszedł z założenia, że wszystko co jest możliwe w teorii, jest możliwe w praktyce i zespół utrzymał.

Ostatnio przez kilka miesięcy pozostawał bez pracy. Na pewno miał propozycje, choćby z Warty Poznań czy ponownie z Cracovii. Ale ich nie przyjął.

– Nie czekam na nie wiadomo co. Jestem trenerem, który lubi pracować, II czy III liga nie ma sprawy, ale muszą być ambicje. Mówią mi: „Trenerze, potrzebujmy awansu, stwarzamy warunki”. To wtedy idę. Nie pcham do kamery. Piłka wszędzie jest okrągła – powiedział „PS” kilka miesięcy temu.

Jeśli brać te słowa serio, zatrudnienie Szatałowa oznacza, że Radosław Osuch, właściciel Zawiszy, wciąż poważnie myśli o dużej piłce w Bydgoszczy, czyli awansie do ekstraklasy.

Bilet w jedną stronę

– Skąd jesteś? – zapytał lekarz.

– Z Dalniegorska – odpowiedział 15-letni Jurij.

– To pewnie nie masz połowy zębów, co? – zaśmiał się doktor.

Szczery uśmiech młodego piłkarza potwierdził przypuszczenia rozmówcy.

Dalniegorsk w czasach, gdy mieszkał tam Szatałow, znany jako Tetjuche jest położony niedaleko od Morza Japońskiego. Pomiędzy miastem a morzem znajdują się potężne zakłady chemiczne. Wiatr od morza zahacza o nie i leci ze swoim zabójczym łupem prosto do miasta.

Rodzice Szatałowa poznali się w zakładach. Wychowywała go tylko matka, bo ojciec odszedł gdy Jurij miał cztery miesiące.

– Kiedyś szedłem z mamą i pokazała mi faceta stojącego na przystanku autobusowym. „Zobacz, to twój ojciec” – powiedziała. I to właściwie mój jedyny z nim kontakt. Moja żona chciała go ostatnio odnaleźć, ale powiedziałem jej, żeby tego nie robiła. Sam mam dwójkę dzieci i nie wyobrażam sobie, żeby można było je zostawić. Nie miałem i nie mam ojca – mówi.

Z Doniecka chciał wyjechać zaraz po tym jak przyjechał.

– Sam w dalekim kraju, gdzieś w internacie w Artiomowsku, kilkadziesiąt kilometrów od Doniecka. Ludzie mówili w innym języku, w radiu, telewizji, wszędzie po ukraińsku, a ja tego nie rozumiałem. W dodatku okolica nieciekawa, bo 80 procent górników w Donbasie to byli przestępcy. Ale z czasem dostosowałem się – mówi Szatałow.

Zresztą sama perspektywa powrotu wydaje się koszmarem, choć przecież prowadzi trasą, która jest marzeniem polskich turystów.

– Mój były asystent Dietmar Brehmer mówił, że marzy o podróży koleją transsyberyjską. Jechałem z Dalniegorska do Doniecka osiem dni. Rozegraliśmy wszystkie gry w karty, można było się upijać i trzeźwieć do woli. Problem był jedynie z wychodzeniem z wagonu na stacjach, bo drzwi od zewnątrz zamarzały. Jeśli więc ktoś chciał wejść do pociągu na peronach, miejscowi skuwali kilofami lód. A my przez osiem dni siedzieliśmy w puszce. Niektórzy o tym marzą – śmieje się.

W piłce kariery nie zrobił. Sam mówi, że zabrakło mu talentu, by zdziałać coś poważnego, choć też fakt, że zagrał w najwyższej lidze ZSRR jako jeden z niewielu ze swojej grupy jest jego zdaniem sporym sukcesem.

W Polsce stał się przyzwoitym ligowcem. Do Amiki Wronki ściągnął go Ryszard Forbrich. Po zakończeniu kariery szkoleniowej pracował w klubach z Wielkopolski i był uważany za talent. W Obornikach stworzył niezły lokalny zespół. W Gostyniu wygrywał IV i III ligę, w Opalenicy też zorganizował mocną ekipę. Miał przyzwoite wyniki, a jego współpracownicy wspominali, że rozkładał przeciwników taktyką zupełnie nieznaną na niższych szczeblach. W bogatym klubie z Opalenicy mógłby pracować latami, w dobrych warunkach, ale zdecydował się na grający w ekstraklasie, choć niesłychanie biedny Bytom, z jego legendarnymi krzywymi podłogami.

Motywacja ograniczona

W pracy z Polonią Bytom i Cracovią miał bardzo dobre wyniki, dlatego jego zniknięcie z rynku było niespodzianką. Faktycznie w Cracovii końcówka jego pracy nie była udana. Sam mówi, że zdawał sobie sprawę, że w pewnym momencie nie będzie w stanie zmotywować piłkarzy.

– Moje możliwości były ograniczone. Mogłem krzyknąć, nawet rozbić coś w szatni. Ale wiedziałem, że to jest działanie krótkotrwałe. Trener jako człowiek z zewnątrz ma ograniczone pole manewru. Motywacja od wewnątrz – ze strony zawodników z autorytetem – nie ma granic. Proszę spojrzeć na Koronę Kielce. To niezły zespół, ma kilku wojowników. Ale gdy wyjmie się Vukovicia, przestaje istnieć – uważa Szatałow. Wiadomo, że prosił prezesa Filipiaka o trzy transfery: „Dwóch wojowników i jednego piłkarza”. Prezes uznał, że wie lepiej, czego potrzeba drużynie i dziś obrała ona kurs na górę lodową.

W Polsce piłkarze zwykli mawiać: „Trener jest dobry, bo nigdy nie wiesz, co będzie dziś na treningu, jest urozmaicenie”. O Szatałowie mówi się, że w styczniu wiesz, co będziesz robił w maju. – Pewne elementy muszą być powtarzane, dopracowane do perfekcji. Łobanowski zawsze powtarzał: „Panowie, automatyzm. Obudzę cię o drugiej w nocy i masz zrobić z piłką to, co każę” – tłumaczy Szatałow. Z trenerem wszech czasów Europy wschodniej miał krótka styczność, gdy jako młody chłopak trenował z SKA Kijów. – Gdy do ciebie mówił, nie odczuwałeś strachu, ale nogi się uginały, a tętno skakało do 100 – mówi Szatałow, który sam uchodzi za człowieka zdolnego do wybuchowych reakcji. – Piłkarz nie powinien bać się trenera, tylko jego argumentów – zapewnia.

Dodaj komentarz