Archive for Rafał Wilk

I tylko nogi czasem bolą

Uzupełniam archiwum. Poniżej tekst, który ukazał się w gazecie rok temu. Opowiada historię Rafała Wilka, żużlowca, który po wypadku jest sparaliżowany, ale nie poddał się i żyje. W pełnym tego słowa znaczeniu.

Ma silne, czy nawet potężne ręce. To pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy. Nie są masywne czy wielkie, nie są z tych, które miażdżą twoją dłoń przy uścisku, ale są potężne. Nie dźwiga nimi wielkich ciężarów na siłowni. Nie bije rekordów. Raczej woli 30 serii po 60 kilogramów. Od czasu do czasu. Wielkie ciężary nie są mu do niczego potrzebne.

Zdarzyło się to gdzieś pod Kazimierzem. Grupa starszych turystów jechała na rowerach. Jedna z kobiet podjechała na wzgórze ciężko dysząc. Siedział tam na swoim dziwacznym trójkołowym pojeździe. Ludzie często na niego patrzą a czasem robią sobie z nim zdjęcia.
„Jakbym był jakimś kosmitą”.
Patrzyła więc na niego i jego pojazd jakiś czas, wciąż starając się odzyskać regularny oddech. A gdy już się to udało, zagadnęła: – Ale pan ma dobrze.
– To nie tak do końca – odparł.
– Naprawdę, chciałabym żebyśmy się zamienili, niech mi pan uwierzy – nalegała. Ale on nie miał ochoty na negocjacje.
– Niech raczej pani uwierzy mi.
– A to dlaczego? – zapytała.
– Bo jeżdżę na wózku – odparł pogodnym głosem.
Zawahała się, prawdopodobnie zrobiło się jej głupio.
– No tak… jeśli tak, to nie zamieniłabym się – powiedziała i odjechała wyraźnie zmieszana.
Rafał Wilk ruszył chwilę po niej, minął ją i za chwilę zostawił daleko z tyłu.

Cel
Niedawno wrócił właśnie z zawodów na Słowacji. Zajął w nich 5. miejsce. Znowu to samo…
– Źle się ustawiłem na starcie. Za późno przyjechałem i zostałem w tłumie. Zanim przebiłem się przez tłum, najlepsi uciekli i nie dałem rady ich dogonić – relacjonuje.
Mimo to robi postępy. Na hand-bike’u zaczął jeździć w lipcu, miesiąc po ostatniej operacji. Po kilku startach zajął 5. miejsce na Mistrzostwach Polski w Bielsku Białej, potem 4 .w Maratonie we Wrocławiu. Zawody na Słowacji były jego pierwszymi międzynarodowymi. Jego celem jest start na Igrzyskach Paraolimpijskich w Londynie w 2012 roku. Ale do tego jeszcze daleka droga. Najpierw musi się zbliżyć do Arka Skrzypińskiego, szczecinianina, mistrza świata.
– Mam się więc z kim porównywać. Jeśli się nie uda zakwalifikować do najbliższych letnich, to wystartuję w zimowych, na nartach – mówi z pewnością w głosie.
Swój stan traktuje jako przejściowy.
– Medycyna rozwija się w niesamowitym tempie. To co 10 lat temu było niemożliwe, dzisiaj jest powszechne. Powiedzmy, przeszczep oka… Przecież nie jestem jedynym w takim stanie, jest takich ludzi jak ja miliony. Dlatego czekam spokojnie na rozwój wydarzeń. Są już takie elektroniczne nogi. Chodzisz z bateryjką na plecach jak Robocop. Ale mnie to nie interesuje. W ogóle nie interesuję się za bardzo nauką, ale słyszałem, że prowadzone są eksperymenty na zwierzętach. Kiedyś wychodziły w trzech przypadkach na piętnaście. Dzisiaj już w trzynastu. Kiedy będę znowu chodził, powiem że miałem kolejne doświadczenie życiowe – mówi.
I jest w tym taki spokój, taka pewność, że musisz wierzyć, że on w to wierzy. W jego kalectwie nie ma dramatu czy strachu, nie ma niepewności. Nie patrzy w oczy i nie szuka jakiegoś poparcia dla swoich teorii. Mówi o tym jakby mówił o kawie, którą właśnie podał nam kelner, jak o autobusie, który właśnie nadjechał na przystanek obok restauracji w Lublinie, w której rozmawiamy… i zaraz odjedzie. Jak o czymś zupełnie banalnym, oczywistym.
– Przy pływaniu jest nawet lepiej, bo mi nogi nie przeszkadzają – dodaje przewrotnie.

Pozycja wyjściowa

Rafał poczuł silne uderzenie w plecy. Nie stracił nawet świadomości. Nie bolało za bardzo. Tylko ten cholerny kciuk. Do dziś nim nie rusza. Poczuł jeszcze, że ma podkurczone nogi.
– Czy możecie je wyprostować? – rzucił do kolegów, którzy go otoczyli.
– Ale one są proste – ktoś rzucił.
– K… mać…
Na pewno przejdzie, na pewno zaraz się podniesie. Przecież takie wypadki już się zdarzały… Potem był stół operacyjny na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej w szpitalu wojewódzkim w Krośnie i narkoza…

Rok 2006 mógł być najlepszym w jego karierze. W 2002 po rocznej przerwie, znowu zaczął startować w I lidze. Każdy sezon kończył z lepszą średnią punktową. W 2005 roku zajął 2. miejsce w Indywidualnych Mistrzostwach Węgier. Szedł do przodu.
Po pierwszych trzech meczach w 2006 roku miał średnią 2,133. A więc zajmował pierwsze bądź drugie miejsce. Był wtedy najmocniejszym punktem drużyny. Miał już 32 lata i może mógł liczyć na angaż w Ekstraklasie. Jego KSŻ Krosno w pierwszych trzech kolejkach doznał trzech wyraźnych porażek. Właściwie siła drużyny opierała się głównie na jego dobrej jeździe. Był liderem. Słaby dzień Wilka oznaczał słaby dzień Krosna.
W tym czasie na treningi przyjeżdżał kilka razy w tygodniu do Krosna na rowerze. 60 kilometrów. A po meczu do do domu do Rzeszowa. Raz na zawody przyjechał prosto z amatorskich mistrzostw Polski w MTB, w których zdobył złoty medal. To były jego dni.
W meczu z Grudziądzem w trzech pierwszych biegach znowu pojechał dobrze. Za każdym razem zajmował 2 miejsce. W sumie miał już na koncie 31 punktów w sezonie. To niemal jedna czwarta łupu całej drużyny.
W swoim czwartym biegu, a ósmym w meczu, znowu jechał na krawędzi, znów ryzykował. Bo jak sam mówi, „Jazda na krawędzi kręci”.
– W poprzednich biegach dwukrotnie coś ciągnęło mnie w stronę tej bandy. To była dobra pozycja wyjściowa do ataku – relacjonuje. Dwukrotnie odbijał się od bandy, ale za każdym razem udawało się utrzymać równowagę, za każdym razem po stadionie przechodził odgłos uznania.
W pewnym momencie wpadł w tę samą koleinę, wyrzuciło go na bandę, odbił się od niej i padł na torze. Jadący na trzecim miejscu kolega z drużyny, 16-letni junior Marti Vaculik nie zdążył go minąć. Przejechał po plecach Wilka.
Kilka godzin później obudził się w szpitalu po operacji. Wylał się płyn rdzeniowo-mózgowy. Sześć godzin później by zmarł.
Stał nad nim ordynator wydziału anestezjologii, w zielonym kitlu, odczekał aż w pełni odzyska świadomość. Spojrzał…
– O żużlu może pan zapomnieć. Zresztą, w ogóle nie będzie pan chodził – powiedział beznamiętnie.
– To jeszcze się kurwa przekonasz, że ja tu przyjdę na własnych nogach. – odparł agresywnie.
Wtedy jeszcze nie dopuszczał do siebie, że sytuacja jest beznadziejna.
Dziesięć dni później była kolejna operacja w Tarnowie. Okazało się, że woreczek na wyciekający płyn nie został dokładnie zaklejony. Trzeba było poprawiać.
Wpadali znajomi. „Są możliwości: Rosja, Szwecja, Chiny, Izrael, Stany Zjednoczone. Nowe zagadnienia medyczne: Makrofagi, komórki glejowe. Spróbuj, co ci szkodzi, 30 tysięcy dolarów za operację, może warto zaryzykować!”
Nikt nie dawał jednak gwarancji. Rafał nie skorzystał. Po jakimś czasie doszły napady frustracji.
– Miałem różne myśli, ale nigdy nie zapomniałem, że wciąż mam rodzinę – odpowiada na oczywiste pytanie.
Gdy miał wrócić do domu, przyszła pani psycholog, żeby przygotować go do życia w społeczeństwie. „Różne rzeczy w życiu się zdarzają” – rozpoczęła.
– Zaczęła mi opowiadać, o tym jak to spadła z konia, jak mało brakowało a zrobiłaby sobie krzywdę, słuchałem jej historii, jej problemów. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy to ja przyszedłem do niej, czy ona do mnie – opowiada tym razem ze śmiechem.
W Rzeszowie, podczas rehabilitacji odwiedził go kolega. Maciek po skoku na główkę do wody, był sparaliżowany w znacznie poważniejszym stopniu, od szyi w dół. Może co prawda poruszać rękoma, ale w ograniczonym stopniu. Z trudem zaciska dłonie. Pogadali chwilę.
– Wiesz co Rafał… ciesz się, że masz ręce – powiedział.
– Wiesz co Maciek… dzięki za wsparcie – odparł Wilk ironicznie.
Dziś rehabilitacja ogranicza się do godziny masażu dziennie i jazdy na handbike’u. Początkowo jednak miał jeszcze nadzieję, że zacznie chodzić.
Rozpoczął więc szaleńczą walkę o powrót. Tak jak za dawnych czasów gdy wstawał o 4 rano, przemykał się niemal bezszelestnie, wskakiwał na rower i jeździł aż do 9. To był wstęp do jego normalnego dnia. W pewnym sensie wrócił do tego. Nie chciał jechać do specjalistycznego ośrodka.
– Ktoś powiedział: „Jedź do Konstancina, tam są tacy jak ty”. Ale rozmawiałem z profesorem Talarem (Janem – mw). Powiedział, że jeśli pojadę, mogę mieć problemy z psychiką. „Zobaczysz 5 tysięcy ludzi na wózkach i pogodzisz się z losem”, a ja tego nie chciałem – mówi.
Aparaty stymulujące mięśnie, może będą jakieś efekty. Nie było. Masaże, pola magnetyczne, ćwiczenia.
– Marzyłem o tym, żeby się usamodzielnić. Na początku rodzina była mi potrzebna nawet do tego by przesiąść się na wózek. Efekty przychodziły powoli. Minęło półtora miesiąca i siadałem już sam. Wtedy szczytem moich marzeń, niemal celem w życiu, było to by wsiąść do samochodu. Dziś nie sprawia mi to problemu – opowiada.
Po jakimś czasie dotarło więc do niego, że Maciek miał rację, że te ręce to błogosławieństwo.
Dzięki nim wrócił do życia. Dzięki nim inaczej może patrzeć na wypadek, nie zamyka się w swoich czterech ścianach.
Czasem tylko bolą go nogi.
– Dziwne uczucie. Nie czujesz nóg, ale cię bolą. Jest to ból bardzo mocny, czasem żadne proszki nie pomagają. Kolejna rzecz, z którą musiałem nauczyć się żyć i z pokorą znosić – opowiada.

Przeznaczenie

– Nie unikniesz tego co jest ci pisane. Bo takie jest życie. Możesz siedzieć w domu i lampa spadnie na głowę. Jeśli jesteś przedstawicielem handlowym jakiejś firmy i robisz setki kilometrów po Polsce, to też jest prawdopodobieństwo, że będziesz miał wypadek. Ty nie popełnisz błędu, ale zrobi to ktoś inny, ktoś z naprzeciwka. Dlatego nie żałuję swojego wyboru, gdybym mógł cofnąć czas zrobiłbym to samo. Nie sądzę bym bardziej uważał na zakręcie. To nie byłoby w moim stylu. Za każdym razem wyjeżdżając na tor ryzykowałem, ale człowiek który nie ryzykuje, nie może być dobrym sportowcem – mówi.
– Poza tym, ten kto nie ryzykuje, nie pozna pełni życia. Miałbym do siebie pretensje gdyby stało się to w jakiś innych okolicznościach, ale na żużlu było to wkalkulowane. Ryzyko jest piękne – dodaje z przekonaniem.
Kilka miesięcy później pierwszy raz od wypadku pojechał w Alpy. Na narty. Zawsze bardzo dobrze jeździł. Prowadził nawet nieźle prosperującą szkółkę narciarską pod Rzeszowem. Usiadł na skibobie i pojechał.
– Nie miałem problemu ze skrętem w lewo. Na torze zawsze skręcam w lewo. Ale gdy próbowałem w prawo, lądowałem w śniegu. Ale tylko przez pierwsze pół godziny – uśmiecha się triumfalnie.
Nie rozstał się ze swoją szkółką. Jeśli ktoś na niego dziwnie patrzy, to tylko do momentu, gdy w znakomitym stylu ruszy w dół.
– Głównie uczę początkujących, ale zdarzają się też bardziej doświadczeni narciarze. Czasem ktoś powie: „Wow, jeździsz na tym lepiej niż ja na dwóch nartach”. Wtedy jest satysfakcja. Nie mam problemu z nauką jazdy. Jeśli ktoś już dobrze jeździ, to potrzebne są mu tylko wskazówki, a ja mam doświadczenie, nie biorę swoich teorii z powietrza – mówi.
Biznes nie jest już tak dochody jak kiedyś, ale daje sobie radę. W wolnych chwilach jeździ ze swoimi dziećmi. 9-letnim synem Hubertem i dwiema córkami, 14-letnią Gabrysią i 11-letnią Wiktorią – reprezentantkami Polski juniorem w gimnastyce artystycznej.

Urodzony do sportu

Ojciec Rafała, Jan Wilk, zginął w wypadku samochodowym. Również był żużlowcem. Przez całe życie jeździł w Stali Rzeszów. Mały Rafał, podobnie jak starszy o rok brat Paweł, nie odstępował go na krok. Rafał czas wolny spędzał na torze. Pomagał myć motor, podawał śrubokręt. A gdy nie był na torze, grał w piłkę. Miał znakomitą koordynację ruchową, w szkole był najlepszy z wychowania fizycznego, wygrywał różne turnieje… wiadomo.
Potem ukończył Akademię Wychowania Fizycznego w Rzeszowie. Wtedy już był dobrze rokującym żużlowcem.
Zaczął jeździć gdy miał 12,5 roku. Na początku szkółka, szybko zorientowano się, że może być niezły.
Pierwszy raz wystartował gdy miał 17 lat. W drugiej lidze w barwach Stali Rzeszów w dziewięciu biegach zdobył 10 punktów. Jego zespół wygrał w tym sezonie rozgrywki i awansował do I ligi (wtedy najwyższej klasy rozgrywkowej). Radził sobie przeciętnie, ale dopiero zdobywał szlify. Najlepszym był dla niego sezon 1995, gdy miał średnią 1,675 na mecz. Zajął wtedy 13.miejsce w Indywidualnych Mistrzostwach Polski. Wygrał Tomasz Gollob.
To było szczytowe osiągnięcie Wilka. Nie miał więc jakiegoś nadzwyczajnego talentu, miał jednak niezwykłą odwagę, dzięki której było o nim głośno w światku żużlowym.
Dziś tego samego wymaga od swoich zawodników z KMŻ Lublin. Od początku wiadomo było, że może zostać trenerem. W środowisku mówiono, że jak mało który z żużlowców dba o odpowiednią dietę, zdrowy tryb życia, jest niezłym teoretykiem.
Dwa tygodnie temu jego zespół przegrał z ROW Rybnik baraże o prawo gry w I lidze.
Rafał spędza w Lublinie pół tygodnia. Pozostałe pół mieszka z mamą Kazimierą na osiedlu Ziemowita w Rzeszowie. Na drugim piętrze. Przeprowadził się z parteru.
– Najpierw miałem problem, by wejść do domu. Siedziałem na schodach i płakałem. Nie raz były łzy, gdy nie mogłem czegoś zrobić. W którą stronę iść, w dół, w górę… Ale szedłem – mówi. – „Dziś mi nie wyjdzie, ale jutro dam radę” – myślałem.
Wtedy wejście na każdy schodek zajmowało mu minutę. Ręce były jak z galarety. Po 10 minutach był pod drzwiami domu. Dziś wchodzi na drugie piętro, bo w bloku nie ma windy. Dzień w dzień. Coraz szybciej. Czasem przeskakuje po dwa schodki. Teraz zajmuje mu to dwie minuty.
– Ręce i dupa, to musi wystarczyć – mówi. Wchodzi razem ze swoim wózkiem.
Nabrał pewności. Nie ma już takich sytuacji jak na początku gdy kupił sportowy wózek. Najechał na próg w domu, stracił równowagę, upadł na plecy, polała się krew. To przeszłość. Dziś porusza się bez problemów. Nie oczekuje pomocy.
– Czasem kogoś poproszę na mieście, żeby „nie robić cyny” przy ludziach. Ale generalnie nie lubię korzystać z pomocy. Nie chcę, żeby ktoś dotykał się do mojego wózka – stwierdza kategorycznie.
Dlatego nie spędza zbyt wiele czasu wśród niepełnosprawnych. Woli zmierzyć się z kolegami.
– Chcę, żeby znajomi traktowali mnie normalnie. Dlatego gdy jeździmy razem pod górę, muszę ich gonić. Ale gdy zjeżdżamy z górki oni gonią mnie. Mamy więc równe szanse – śmieje się.
– Właściwie minus jest tylko jeden. Nie chodzę… no i jeszcze jedno, wszystko jest droższe. Za narty wysokiej klasy wcześniej musiałem zapłacić 3 tysiące złotych. Teraz muszę mieć specjalną nartę i do tego skiboba za 5 razy tyle. Nie ma sensu czekać na pomoc państwa. Nie pomoże. Musisz więc kombinować, żeby jakoś się utrzymać. Akurat ja mam szczęście, bo utrzymuję się z pensji trenera. Ale znaczne więcej jest plusów. Zacząłem widzieć rzeczy, których do tej pory nie dostrzegałem, doceniać to czego nie doceniałem. Co takiego? Nic wielkiego, po prostu doceniam codzienne życie, zwykłe rzeczy, każdy dzień jest darem. A więc życie moje zmieniło się na plus – mówi, znowu z przekonaniem, ale jest to tak beznamiętne, że trudno zorientować się czy wciąż nie działa tu mechanizm obronny.

Postęp

Od kilku dni trudno się było do niego dodzwonić. Wsiada na handbike’a i rusza w trasę.
– Zimą biorę się ostrzej za siłownię, zaczynam przygotowania z grubej rury. Czuję, że mam siłę. Kiedyś na rowerze robiłem dziennie 100 kilometrów. Teraz muszę zrobić podobnie na handbike’u.
Codziennie przejeżdżam 60 kilometrów, a raz w tygodniu 100. Pracują tylko ręce. Ale są wytrzymałe, siła jest. Siła rąk i siła woli – mówi.
Jest coraz lepszy. Trasa, którą kiedyś pokonywał w 3 godziny, dziś zajmuje mu nawet 2 godziny i 10 minut.
– Na podjazdach zyskuję nawet połowę czasu. Zawsze miałem silne ręce, ale teraz z każdym miesiącem widziałem, jak są coraz mocniejsze – cieszy się.
Pracuje nad siłą i wydolnością organizmu. Chce zrobić fachowe badania, żeby określić progi możliwości. To będzie krok do przodu. Krok w stronę profesjonalizmu.

Siła woli

Rafał zawsze uwielbiał sporty ekstremalne. Nie zamierza z niczego rezygnować. „Nie wejdę tą drogą, wejdą inną”. Nie chodzi więc po górach, ale jeździ po nich na quadach. Zamierza wrócić do paralotni. Ostatnio musieli operować go znowu. „Stelaż” nie wytrzymał jego trybu życia, poszedł więc na prześwietlenie. Okazało się, że dwie śruby trzeba wymienić. Dostał więc nowe i wrócił do sportu.
– Ktoś powiedział mi: „Stary, gdybym miał taką sytuację jak ty, to chyba bym się powiesił”. Ale tak naprawdę moje życie jest takie jak kiedyś. Nic się nie zmieniło. Tylko pozycja. Zamiast stać, siedzę. Ale wierzę, że jeszcze wrócę na motor. Cóż, jak ktoś ma niepoukładane w głowie, to już chyba tak zostanie na zawsze – śmieje się.
Już 15. Spojrzał na zegarek. Gdyby miał moment zawahania w życiu, na cyfrowym wyświetlaczu widnieje napis: „Życie – moja pasja”.
Żegnamy się. Rafał podjeżdża na wózku do swojego audi. Otwiera drzwi, chwyta siedzenie, wskakuje do samochodu, za chwilę składa wózek i zamyka drzwi. Wszystko trwa najwyżej kilkanaście sekund.
– Na początku nie mogłem wsiąść do samochodu. Myślałem sobie: co będzie jeśli się nie utrzymam i spadnę? Blokada psychiczna wydawała się nie do przezwyciężenia. Ktoś zawsze musiał mnie podtrzymywać. Potem było coraz lepiej – mówi.
Któregoś dnia rozmawiał ze znajomą. Rok wcześniej przeszła operację w Chinach, ale wciąż jeździ na wózku. Przyjechał dowiedzieć się o szczegóły. Przeskoczył z samochodu na wózek i wjechał do domu. To jej zaimponowało. Nie potrafiła samodzielnie przenieść się z łóżka na wózek, co jemu nie sprawiało najmniejszych problemów.
Zapytała: – Jak ty się przesiadasz? To przecież niemożliwe.
Zeskoczył więc z wózka na podłogę i za chwilę z powrotem był na wózku.
– Normalnie – odpowiedział.
– Ale normalnie to znaczy jak? – naciskała.
– To nie jest kwestia siły, to jest w głowie – odpowiedział bez namysłu.
Wtedy kobieta podparła się na rękach i wsiadła samodzielnie na wózek. Po raz pierwszy od wypadku.

Dodaj komentarz