Archive for Zygmunt Anczok

Obrońca, który wyprzedził swoje czasy

Ależ to był obrońca. Zygmunt Anczok. Był jak Łukasz Piszczek dziś, tyle, że grał na lewej stronie. Nie pojechał na mundial w 1974 roku przez kontuzje. Tak jak Lubański. Gdybyśmy mieli tych dwóch… boję się dokończyć zdania. Wrzucam do archiwum tekst, który pisałem o Anczoku.

Była połowa lat 80-tych. Pan Zygmunt miał w tym czasie ośmioletniego Mercedesa tzw. „Przejściówkę”. Kupił go za pieniądze, które zarobił w Stanach Zjednoczonych i Norwegii. Wcześniej miał Dacię, którą kupił w Peweksie, ale ciągle się psuła więc ją zwrócił. Jeździł na taksówce, bo dzięki temu mógł pracować w miejscowej Sparcie Lubliniec jako szkoleniowiec. Miał sporo czasu wolnego. W poprzedniej pracy, w zakładach energetycznych był z tym problem. Ale taksówka to był spory luz. Stawał na dworcu o 8 rano, potem jechał na trening. Po treningu znowu na taksówce i tak do 19, może 19.30. W międzyczasie wpadał do domu na obiad albo kawę. Były to znakomite czasy, bo jak mówi: „Wtedy klient czekał na taksówkarza, a dziś taksówkarz czeka na klienta”. Koledzy, którzy stali z nim na dworcu czasem nie mogli zrozumieć, że nie zostaje do 20, kiedy przyjeżdża ekspres z Warszawy co oznaczało świetny utarg. Ale cenił sobie czas wolny.
Jechał właśnie z pasażerem w stronę dworca, gdy na poboczu pomachał młody człowiek. Zażyczył sobie kursu do Częstochowy. A był to kurs, na jaki czeka się czasem cały tydzień. Pan Zygmunt wziął chłopaka i przez chwilę jechali we trzech. Gdy odstawił pierwszego pasażera na umówione miejsce, ruszył w stronę Częstochowy. Młody siedział obok kierowcy, z przodu. Pan Zygmunt uznał, że nie wyglądał na takiego, którego trzymają się pieniądze. Jechali przez chwilę w milczeniu.
– Rozumie pan, że kurs wynosi 1000 złotych – przypomniał taksówkarz.
– Aha – odparł chłopak. Za chwilę byli już przy skręcie na Częstochowę.
– Chciałbym jakąś zaliczkę, jakiś argument – powiedział kierowca.
– Może być dowód osobisty? – zapytał chłopak.
Pan Zygmunt pokazał na kilka dowodów osobistych, które leżały z przodu, obok skrzyni biegów. Pasażerowie, którzy nie mieli czym zapłacić oddawali je w zastaw i odbierali po uregulowaniu należności.
– Jak pan widzi, to nie jest dla mnie żaden argument – odparł.
– A to jest? – zapytał chłopak.
Kierowca spojrzał przez ramię. Młody człowiek w ręku trzymał granat. Palec na zawleczce.
– Tak, to jest dobry argument – powiedział pan Zygmunt.
Pojechali w stronę Częstochowy.
Wątpliwe, żeby młody człowiek zdawał sobie sprawę, że kierowcą taksówki jest Zygmunt Anczok, złoty medalista olimpijski, uznawany za najlepszego lewego obrońcę w historii polskiej piłki.

Mecz gwiazd
Kilka dni temu, 27 maja, minęło 40 lat od czasu meczu na moskiewskich Łużnikach, w którym żegnano Lwa Jaszyna. Reprezentacja klubów grających pod szyldem Dynama (Jaszyn grał w Dynamie Moskwa), zmierzyła się z reprezentacją Europy. Drużynę gwiazd wybierał Rajko Mitic. Z Polski poprosił o Włodzimierza Lubańskiego i właśnie Anczoka.
Obrońca Polonii Bytom był wówczas na topie. Jego zrywy pod pole karne przeciwnika były na ten czas czymś absolutnie niespotykanym w kraju. Wzorował się na Giacinto Facchettim, legendarnym obrońcy Interu, który był znany z dynamicznych rajdów pod pole karne przeciwnika.
– To były początki transmisji telewizyjnych. Oglądałem go gdy miałem 17,18 lat. Obserwowałem go i zawsze chciałem tak grać jak on. I w końcu podałem mu rękę – mówi Anczok, który podczas podczas swojej kariery miał okazję kilkakrotnie zagrać przeciw Facchettiemu.
Polski obrońca, niezwykle szybki i zwinny, idealnie pasował do systemu 4-2-4. Był prawonożny, ale zazwyczaj grał na lewej stronie. Zresztą w głosowaniu na najlepszego polskiego piłkarza wszechczasów zorganizowanym w 1972 roku przez tygodnik Sportowiec Anczok zajął 5. miejsce wśród prawych obrońców, 11. wśród środkowych i z ogromną przewagą wygrał jako lewy obrońca.
W kadrze narodowej debiutował w meczu eliminacji mistrzostw świata ze Szkocją w październiku 1965 roku. Zagrał znakomicie, a Polska w obecności 107 tysięcy widzów wygrała 2:1.
– Wspaniały początek, potem jeszcze wygraliśmy z Polonią Puchar Lata i tournee po Ameryce – przypomina.
Anczok szybko wyrobił sobie niepodważalną renomę i w kadrze zagościł na stałe. W 1966 roku został wybrany piłkarzem roku w pierwszym plebiscycie katowickiego Sportu.
Na pewno jakiś wpływ na ten wynik miały jego bardzo dobre mecze z Brazylią i Argentyną podczas tournee kadry Antoniego Brzeżańczyka po Ameryce Południowej i przede wszystkim niesamowity występ przeciw Anglikom, 7 lipca, na stadionie Śląskim w Chorzowie.
– Miałem wtedy 21 lat. Anglicy przygotowywali się do mundialu. Pamiętam do dzisiaj, że zagrałem rewelacyjny mecz, cały czas odzyskiwałem piłkę. Na przeciwko mnie biegał wtedy Alan Ball. Ja grałem wtedy bardzo szybko, oddawałem dużo strzałów na bramkę, takich mocnych, które mijały światło bramki może o pół metra, może o metr. Znakomicie mi się grało. Przegraliśmy wtedy 0:1, Marian Szeja puścił strzał w okienko – mówi.
W pierwszej dziesiątce plebiscytu „Sportu” był jeszcze w 1969 i 1970 roku (odpowiednio 6 i 10 miejsce). Mimo to wciąż występował w Polonii, która od czasu do czasu była blisko czołówki, a w sezonie 1970/71 ledwo uratowała się przed spadkiem. Z kolei największe sukcesy reprezentacji Polski miał dopiero nadejść, więc powołanie go na mecz gwiazd światowej piłki było jakąś sensacją.
– To był szczyt mojej kariery, ale dla nas to było zaskoczenie, bo jednak wielcy piłkarze to byli dla nas ci zza żelaznej kurtyny. Wydawali się innymi ludźmi – mówi.
A jednak dwa tygodnie po spotkaniu to do niego obecny na spotkaniu niemiecki trener Helmut Schoen wysłał list gratulacyjny, w którym stwierdził, że widziałby Polaka w którymś z klubów ligi niemieckiej.
W Moskwie zagrał w II połowie. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni, złapał piłkę i ma ją do dziś.
– Widziałem, że i sędzia pobiegł w jej stronę, ale byłem szybszy. Piłkarze mnie obstąpili i uznali, że jest moja. Po spotkaniu wyczyściłem ją i zebrałem autografy od wszystkich.
Wieczorem wszyscy zawodnicy zebrali się na imprezie w jednym z luksusowych moskiewskich hoteli.
– Nazywał się Rossija albo Moskwa – przypomina sobie i opowiada jak pod koniec kolacji każdy wręczał prezent bohaterowi wieczoru. – Szliśmy za Węgrem (Meszolym – red.) który wręczył wspaniałą miniaturkę węgierskiego parlamentu z kości słoniowej, Facchetti miał piękny sygnet, a my… zestaw sztućców w czarnej walizeczce. Dali go nam przed wylotem jakoś tak na szybko. Takie zestawy to był wtedy popularny prezent na wesele. Czasami na jednym przyjęciu para młoda dostawała takie cztery. Zawinęli go jeszcze w szary papier. Był niezły wstyd, więc przynajmniej zerwaliśmy papier i nie przyznawaliśmy się za bardzo do prezentu – opowiada Anczok.
Za udział w spotkaniu każdy dostał pokaźną sumę 500. Tym z Europy zachodniej płacono w dolarach, tym ze wschodniej w rublach. Przeliczenie wynosiło 1:1, ale tylko teoretycznie.
– 500 dolarów to były dla nas olbrzymie pieniądze, a 500 rubli? Za 300 kupiliśmy sobie transformatory do telewizorów. Takie do podtrzymywania napięcia w Rubinach, bo jak spadało, to były zakłócenia w obrazie. Zostało nam po 200 rubli. Przywiozłem jeszcze froterkę. A reszta? Postanowiliśmy się też pokazać i kilka minut po wręczeniu prezentów kelner wwiózł na salę 50 szampanów „Od Polaków”. To były Ruskoje Igristoje, 1,20 za sztukę. A co! – śmieje się Anczok.
O ósmej rano byli już w Warszawie, w siedzibie PZPN, przy Alejach Ujazdowskich.
– Rozliczyliśmy chyba delegacje. Mieliśmy jeszcze 7 godzin do „Pociągu do Jumy”. Tak go nazywaliśmy, bo odjeżdżał do Katowic zawsze o 15.10. Wracaliśmy nim często ze zgrupowań kadry. Poszliśmy do Parku Łazienkowskiego, usiedliśmy pod drzewem i zasnęliśmy na trawie. Sen przerwał starszy pan wymachujący laską: „Co wy tu pijaczki śpicie na trawniku!”.
Jeszcze w drodze powrotnej z Moskwy Lubański zaczął go namawiać na transfer do Górnika.
Anczok wrócił do klubu gdy wszyscy piłkarze wyjechali nad morze. Złożył do Polonii podanie o możliwość transferu.
– Nawet jak dwa, trzy razy byłem proszony na jubileusze, to po oczach widziałem, że starsi działacze do dziś czują żal – mówi. W końcu to z Polonii wyszedł w świat.
Choć przeniósł się do Górnika, nie zmienił adresu. Kibice Polonii przez dwa miesiące, codziennie o 5 rano, urządzali mu pobudkę.
– Chłopaki, którzy pracowali w zaopatrzeniu stawali pod moim oknem i krzyczeli „Anczok Ch…” albo „Zdrajca” – mówi. Ale Górnik to wtedy było marzenie.
– To była zmiana na lepsze. Nie sądziłem tylko, że będzie na tak krótko – rozkłada ręce. Były to najlepsze lata jego życia. Był pewnym punktem drużyny Kazimierza Górskiego, która rok później, w 1972 roku, sięgnęła po olimpijskie złoto.
Anczok był jedynym zawodnikiem, który zagrał we wszystkich meczach zarówno w eliminacjach jak i podczas IO’ 72.
Podczas turnieju w Monachium nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że ma poważną kontuzję. Może i dobrze, że nie poszedł do lekarza przed Igrzyskami, bo przypuszcza, że nie miałby szansy wyjechać do Niemiec.

To koniec
– Poczułem takie niewielkie ukłucie. Kość już była pęknięta. A potem, już w sezonie, zbliżał się mecz Górnika z Bytomiem, a ja nie chciałem przeciwko swoim. Poszedłem do lekarza z nadzieją, że coś tam mi wykryje i będę mógł odpuścić, a on stwierdził że jest pęknięcie kości śródstopia. Nawet się ucieszyłem. Nie grałem kolejne 20 dni. Ale przyszedł mecz pucharowy z Dynamem Kijów. Miałem nie jechać, ale kontuzję odniósł Stasiu Oślizło. Nie miał go kto zastąpić, więc prezes poprosił lekarza, żeby zrobić zdjęcie rentgenowskie. Nie zrosło mi się jeszcze, ale było „zalane”. Zagrałem więc jeden mecz. A potem jeszcze ligowy i rewanż na stadionie śląskim z Dynamem. I kość się złamała – mówi.
Miał jeszcze nadzieję na mistrzostwa świata. W marcu 1973 roku zagrał w meczu z Walią, swoim pożegnalnym w kadrze. Sam mówi, że „słabo się grało”. Jesienią miał operację.
– Zrobili mi przeszczep kości z biodra na śródstopie, ale to nie były te metody co dziś. Teraz jak miał to Beckham i wielu innych zawodników, to potrzeba czterech, może pięciu tygodni i można grać. A ja w październiku jak miałem operację, to trzy miesiące siedziałem w gipsie, a potem uczyłem się chodzić.
Na początku 1974 roku jeszcze trenował, myślał o powrocie.
– Zacząłem grać w sparingach, przyszła wiosna, płyta zielona, tyle że zmrożona. Kaziu Górski powołał kadrę 33 zawodników. Przyjechał na mecz Górnika z Odrą Opole. Piękna pogoda, przed końcem pierwszej połowy przyszedł taki ruch, lewa noga, prawa, oparłem się na na prawej nodze i poczułem, że strzeliło wszystko. Najpierw pomyślałem: „Na mistrzostwa nie jadę”. A chwilę później doszło do mnie, że to chyba w ogóle koniec – wspomina.
Jesienią 1974 roku zakończył karierę i wyjechał do Stanów Zjednoczonych.
W USA grał w Chicago Katz na amatorskim poziomie i pracował na budowie. Potem w gazecie polonijnej z kolegami znaleźli ogłoszenie, że w Norwegii poszukiwani są zawodnicy do klubu. Zgłosili się wszyscy ale odpowiedź dostał tylko Anczok. To był Skeid Oslo.
– Zdecydowałem się, bo to zawsze bliżej Polski. W Norwegii to były początku poważnej piłki. Powstawały te wszystkie szkółki dla młodzieży, które potem przyniosły im sukcesy w latach 90-tych. Po jakimś czasie w końcu przyjechała do mnie żona i dzieci. Nie widziałem ich dwa lata – opowiada. W Norwegii mógł zostać na stałe, ale nie chciał.
– Byliśmy bardzo związani z rodziną – tłumaczy.
W Lublińcu został trenerem Sparty. Raz jego zespół był nawet blisko awansu do III ligi, ale przegrał baraże z Kaliszem. W międzyczasie pracował w zakładach energetycznych a potem jeździł na taksówce. W połowie lat 80-tych został porwany przez młodzieńca z granatem. Sytuację na dworcu w Częstochowie rozwiązała milicja, która zatrzymała „terrorystę”.
Na taksówce jeździł jeszcze kilka lat, potem założył sklep spożywczy, ale z czasem kontuzja biodra była coraz poważniejsza i nie mógł pracować fizycznie. Sytuacja była dość ciężka. W pewnym momencie razem z żoną zarabiali nieco ponad tysiąc złotych. Dzięki prezesowi PKOl Stefanowi Paszczykowi zrobiono mu operację w Siemianowicach Śląskich, a gdy ustępował Aleksander Kwaśniewski, w jednej z ostatnich decyzji postanowił uhonorować medalistów olimpijskich. Anczok dostał 2,5 tysiąca złotych brutto.
– Niektórym dobrze się wiodło, więc wzruszali ramionami. „Co to za pieniądze, oddamy na domy dziecka”. Ale dla starszych olimpijczyków, którzy sobie nie poradzili, to było cudo. Dla mnie też – mówi. Odzyskał równowagę, wrócił do życia. Potem był też radnym w Lublińcu, jakoś sobie wszystko ułożył.

Mnie tam nie było
Czasem wspomina mundial z 1974 roku, który obejrzał w telewizji. Chyba właśnie dlatego, że na niego nie pojechał, ten najlepszy lewy obrońca w historii polskiej piłki nie funkcjonuje dziś w masowej świadomości jak wielu jego kolegów z drużyny Kazimierza Górskiego.
Zastanawia się: – Niby mówiłem sobie, że takie życie, nic wielkiego. Ale jak włączyłem telewizor i Rodowicz wyszła z piłki i zaśpiewała… łezka mi pociekła. Smutno było jak wyprowadzali drużyny na pierwszy mecz i mnie tam nie było. Jeszcze pewnie bym przeleciał te mistrzostwa, Igrzyska w Montrealu. Czasem myślę, że brakuje mi połowy kariery.

Comments (1)