Archive for Recenzje

Szef mafii

Tytuł: Spowiedź Fryzjera
Autorzy: Ryszard Forbrich, Adam Godlewski (jako wysłuchujący i spisujący)
Wydawnictwo: Wątek
Dostępna: wszędzie

„Spowiedź Fryzjera” kraju nie zmieniła, bo w sumie nie mogła. Autobiografia faceta, który stał się symbolem korupcji w polskiej piłce jest jednak pozycją obowiązkową. Nawet dla tych zmęczonych tematem, który w ostatnich latach zdominował strony sportowe naszych gazet, doprowadził do ograniczenia zainteresowania piłką nożną, do tego że piękny sport stał się żałosny. Mamy tu więc wyznanie faceta, który jest współodpowiedzialny zniszczenia polskiej piłki. Czy warto przeczytać? Tak samo jak warto przeczytać spowiedź każdego złoczyńcy, nawet takiego, który właściwie w swoim postępowaniu nie widzi nic złego. Tym bardziej że sporo tu pikantnych anegdotek, zupełnie nowych faktów, oskarżeń. Oczywiście nie będę tu namawiał Ryszarda Forbricha do samobiczowania. Każdy ma swój umysł, każdy sam wyciąga wnioski. Warto po prostu wiedzieć więcej. Po lekturze będziecie wiedzieć znacznie więcej.

***
Ta scena na zawsze ich połączyła, Forbrich stoi, przed nim klęczy Adam Godlewski. Jakby składając mu hołd. Wymowne, domniemany szef domniemanej mafii i dziennikarz. Nie jakiś tam, ale jeden z dominujących w kraju, ten z pierwszego szeregu, wówczas gwiazda Przeglądu Sportowego, dziś szef Piłki Nożnej. Pewnie gdyby wiedział, że zostanie to wykorzystane przeciw niemu, nigdy nie zdecydowałby się na ten żart, wówczas wydawało się – niewinny.
– Zrobiliśmy sobie z kolegami jaja, które potem obróciły się trochę przeciw nam. Tylko, a może aż tyle… – mówi dziś Godlewski. – Scena jest dokładnie opisana w książce.
„Nawet podczas dość niesławnego baletu w Barlinku przed 14 albo 15 laty, kiedy wraz z byłym sędzią Markiem Olechem i moim starszym redakcyjnym kolegą Andrzejem Szymańskim, ostro zabalowaliśmy przy okazji spisywania historii Widzewa Łódź i postanowiliśmy dla hecy przywitać chlebem i solą, na dodatek na kolanach, wracającego akurat z Niemiec Forbricha słowami: – Witamy cię ojcze chrzestny, Fryzjer był zażenowany, wyraźnie się zarumienił. Nie miał pojęcia jak się zachować, co tylko spotęgowało naszą zabawę” A potem ktoś zrobił fotkę i sprzedał ją do tygodnika „Nie”.
Uważajcie więc na żarty. Wrzucę małą dygresję. Z pamięcią u mnie kiepsko, ale było to mniej więcej tak – jeden z kolegów redakcyjnych odwiedził Marka Saganowskiego w Troyes. A że to Szampania, to zaproponował zdjęcie z Szampanem (Saganowski miał się nim polewać, chyba nawet w wannie… tak, tak, w Fakcie mieliśmy mocne pomysły). Sagan spojrzał i odpowiedział (a dziennikarz był z nim blisko): – Dziś dobrze mi idzie i jestem „Gwiazdą w Szampanii”. Jutro przestanie mi iść i to zdjęcie będzie ilustracją do tekstu: ” Saganowski ma problemy z alkoholem”.
Na zdjęcia trzeba więc uważać tak jak na żarty. Najlepiej więc zastosować metodę „Na Janasa”: Nieruchomo, bez emocji.
Wspomniałem o tym dlatego, że przez to zdjęcie byli łączeni. Ja sam nigdy nie miałem wątpliwości, że to klasyczny pijacki żarcik, ale spotkałem się z różną interpretacją. Mówiąc w skrócie – ludzie są głupi. Jak sobie wbiją coś do łba, to nie przetłumaczysz. Opisałem więc tę scenę, żeby przejść do następnego wątku. Najpierw Rysiu i Adam, jeden stoi drugi klęczy. A potem odwrotnie. Jeden klęczy na stopniu konfesjonału, a drugi wysłuchuje i spisuje. Symboliczne.
Wracam więc do książki. I do pytania, które wydawało mi się całkowicie zbędne, a które zadawało mi kilka osób: „Czy nie uważasz, że pisanie książki z Fryzjerem to obciach? Wstyd? Kompromitacja?”. Padało kilka słów więcej, była gorąca dyskusja. Więc pytanie, aczkolwiek niechętnie, zadałem samemu autorowi.
– Przecież o możliwość napisania tej książki starało się kilkunastu autorów, również zajmujący się polityką, z pierwszego szeregu, ludzie piszący o sprawach społecznych, a nawet literaci. Skoro tyle osób chciało, a zgodził się właśnie na mnie (wydawcy, którzy doszli z nim do porozumienia w kwestii spisania wspomnień i przedstawili kilka kandydatur autorów – mw), to trudno było nie skorzystać z nadarzającej się okazji, którą potraktowałem jako szansę wejścia na Mount Everest. Oczywiście, miałem wiele wątpliwości, ale zwyciężyła dziennikarska ciekawość. Dotarłem do wiedzy, którą do tej pory mieli jedynie prokuratorzy, a w niektórych, mam na myśli te najbardziej odległe czasowo, kwestiach pewnie nawet dalej. Gdyby więc zwyciężyły wątpliwości, gdybym nie zdecydował się na taki krok, dziś bym tego żałował. Jeśli chodzi o „znajomość”, to w tamtych, czyli opisywanych na łamach, czasach wszyscy liczący się dziennikarze znali Fryzjera. Jeśli ktoś dziś mówi, że go nie znał, jest hipokrytą (Ja go nie znałem, ale i nikt nie znał mnie – mw). Można powiedzieć, że to taki znajomy z pracy, facet którego spotykało się, jeśli bywało się na meczach. Poza tym fantastyczny informator, kopalnia tematów, dla dziennikarza newsowego, nieoceniony kontakt – mówi Godlewski.
I to chyba wyczerpuje temat. Przynajmniej dla mnie. Potem było 40 godzin nagrań z Fryzjerem, 10 godzin rozmów ze świadkami, weryfikacji informacji i wyszła z tego ciekawa książka. Czy wstrząsająca? Trudno powiedzieć, czy ktoś w polskiej piłce czuje się jeszcze czymkolwiek wstrząśnięty. Ale na pewno pozycja ważna, do której czasem warto wracać. Również dla świetnych zdjęć. Na większości Fryzjer pije z kimś wódkę. To chyba w fajny sposób opisuje rzeczywistość w polskiej piłce. Wódka tu, wódka tam i rozmowy o piłce. Nihil novi. W swojej książce „Na dworze czerwonego Cara” brytyjski historyk Simon Sebag Montefiore opisuje, że właśnie przy oceanach wódki podejmowano decyzje w Związku Radzieckim, życie wielu osób zależało od tego czy ktoś akurat jest wcięty „na zabawnie” czy też ma „kaca agresora”. Zdjęcia w książce Forbricha pobudzają wyobraźnię. Zdjęcia zwykłych cepów w dresach walących wódę i zajadających śledzika albo i coś lepszego. I nad tym wszystkim Fryzjer, przebiegły chłop.
Mi niestety zabrakło w książce opisu całości, sieci, systemu. Czy więc nie mieliśmy do czynienia z działalnością zorganizowaną? Taką, że byli księgowi, była sieć powiązań, ktoś decydował o awansach i spadkach (być może przy wódce). Tu tego nie ma, jest raczej ciąg częstych, nawet bardzo, ale jednak incydentalnych zdarzeń. Gdzież ten Vito Genovese, gdzie Salvatore Lucania, gdzie Hymie Weiss Wojciechowski…
– W czasach opisanych w książce każdy organizował się na własną rękę. Tak twierdzi nie tylko Fryzjer, ale też wszyscy inni ludzie, z którymi miałem okazję na ten temat rozmawiać. Okres po wejściu ustawy o przeciwdziałaniu korupcji w sporcie, co miało miejsce w lipcu 2003 roku, to już inna bajka. A tę najlepiej opowiada wrocławska prokuratura – mówi autor książki.
To kwestia, która nie będzie rozstrzygnięta, wszak za przestępczość zorganizowaną kary są wyższe.
I jeszcze kilka technicznych pytań do autora Adama Godlewskiego.
Stałeś się bogatym człowiekiem po napisaniu książki?
Nie. W każdym razie jeszcze nie. Według mojej wiedzy trochę sprzedanych egzemplarzy nadal brakuje do miana bestsellera, bo rozumiem, że w tym kierunku zmierza pytanie. A pewnie granica musiałaby paść trzykrotnie, żeby można w ogóle mówić o godnym zarobku.
A wiesz dlaczego książka nie stała się bestsellerem?
Wciąż może nim być! Spokojnie, już naprawdę niewiele brakuje (chodzi o granicę 10 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Może już pękła. Rozmawialiśmy ok. miesiąca temu, ale potem miałem sprawy bardzo osobiste i chwilowo zawiesiłem prowadzenie bloga – mw). Powieść wydaliśmy w pierwszym tygodniu wakacji, a to trudny termin na podbój rynku wydawniczego. Poza tym w Polsce czytanie nie jest najbardziej ulubionym hobby. Niezależnie jednak od tych obiektywnych utrudnień, „Spowiedź Fryzjera” nie wypadła poza Top 20 w najbardziej prestiżowych branżowych rankingach. Ani w lipcu, ani w sierpniu. Według danych hurtowni Azymut, jednej z największych w Polsce, przez kilka tygodni była na pierwszym miejscu i już parę razy wracała zarówno do dziesiątki, a nawet do trójki najlepiej sprzedających się pozycji. Z półek schodzi falami, mimo że dotąd nie było jakiejś szczególnej kampanii promocyjnej. To jeszcze przed nami. A wiele wskazuje, że największą popularność zyskała we wrześniu.
Czasem odnoszę wrażenie, że Fryzjer ma wybiórczą pamięć, nie o wszystkim chce pamiętać.
– Ale wszystko, co mówi jest prawdą, to znaczy opisywane zdarzenia miały miejsce. Weryfikowałem informacje bardzo dokładnie, niemal wszystkie rozmowy są nagrane, jako zabezpieczenie. Powiedział zresztą publicznie, że zawarł w spisanych wspomnieniach może 1/3 wszystkiego co wiedział. Pewnie z różnych względów, także technicznych. Odnosiłem wrażenie, iż w niektórych sytuacjach po prostu podwójnie się zabezpieczał. Inna sprawa, że wśród ludzi, którzy brali udział w procederze byli też tacy, którzy nie żyją. Mówię również o ofiarach katastrofy w Smoleńsku i innych tragicznych wypadków. Była to swego rodzaju autocenzura ze strony Fryzjera.
Jak dziś czuje się Fryzjer? (możecie uznać, że to głupie pytanie, ale przyszło mi do głowy i wydało się interesujące, a jak wiadomo, głupich pytań nie ma, jedynie odpowiedzi).
Jest intelektualnym wrakiem, potrafi się nagle zawiesić niczym przestarzały komputer. I taki myślowy paraliż przytrafiał się dość często, co oczywiście nie ułatwiało mi pracy.

To tyle, zdecydowanie polecam książkę.

***
Swoją drogą na rynku wydawniczym zaczyna się coś dziać.
Stefan Szczepłek wznawia, o ile dobrze słyszałem, swoją legendarną książkę o Deynie, tyle że uzupełnioną o wątki zagraniczne. A książka jest podstawowym źródłem wiedzy o Deynie, jednym z największych polskich piłkarzy (ciekaw jestem czy doczekamy się kiedyś jakiejś rzeczy o Bońku, Wilimowskim – ponoć w drodze, ale znakomity dziennikarz/kronikarz, który ją pisze pracuje spokojnie, bez pośpiechu, a także Pohlu/Polu, może o Janku Tomaszewskim może o Grzesiu Lato. Fajnych niezależnych, ze wspomnieniami znalezionymi gdzieś pod kamieniem).
Ciekaw jestem tej książki o Deynie, liczę na bestseller, wielka postać, do tego doskonały dziennikarz, jeden z ostatnich łączników złotych lat polskiego dziennikarstwa (lata 70-te i pierwsza połowa 80-tych) ze współczesnością.
Hit zapowiada też Krzysztof Stanowski (ten sam, który wstrząsnął sceną kibicowską ujawniając swoją tożsamość jako założyciela i głównego machera weszlo.pl). Szykuje Andrzeja Iwana, a Iwan oznacza imprezy, anegdoty, fortunę wydaną w kasynie, pijackie burdy. I co najważniejsze, jest to facet bardzo szczery, prawdomówny, ze znakomitą pamięcią. Kiedyś miałem okazję rozmawiać z nim. Powiedział mi tak: – Z tego wszystkiego najbardziej żałuję, że nie kupiłem sobie domku na wsi. Miałem tyle kasy, że mogłem go kupić setki razy. I nie kupiłem, bo nie pomyślałem o tym. Dziś mnie nie stać.
Prawda że wzruszające? Z przyjemnością przeczytam o pobiciu kelnerki i takich tam historiach. Fantastyczny opowiadacz z jednej strony, a z drugiej ten Maradona/Lord Vader polskiego dziennikarstwa – mieszanka wybuchowa.
Tak więc przełom roku, czy nawet okres do EURO 2012, zapowiada się mocno, naprawdę mocno. Postaram się również uzupełnić tę ofertę. Praca idzie ostro, czasem po nocach. To też jeden z powodów, dla którego musiałem ostatnio zawiesić bloga, za co przepraszam.

Reklamy

4 Komentarze

Historia genialnej myśli

Tytuł: Ajax Barcelona Cruyff. The ABC of the obstinate maestro
Autorzy: Frits Barend, Henk Van Dorp
Rok wydania: 1997 (w Holandii), 1999 (w Anglii)

Fragment wywiadu
Ludzie, którzy cię znają wiedzą, że jeśli czegoś chcesz, to to się stanie…
– Zgadza się, tak właśnie jest.

Oto on, człowiek który nigdy się nie myli, nawet wtedy gdy nie ma racji. Mógłby więc kłócić się bez końca, bo przecież w każdej niekorzystnej sytuacji można znaleźć korzystne strony („Every disadvantage has its advantage” – jak to głosi znana na świecie Jego myśl).

Teraz teoretycznie zupełnie od drugiej strony…
Czytałem ostatnio sporo o Andresie Inieście TU i TU

Jest w tych dwóch artykułach pewna część wspólna, którą od razu odnajdziecie. Obaj nasi świetni dziennikarze wychwycili więc porównanie Andresa Iniesty do Rudolfa Nuriejewa, rosyjskiego maestro baletu.
Chciałbym więc przytoczyć tu fragment starego wywiadu (z książki „Brilliant Orange”) z Rudim Van Dantzigiem, holenderskim choreografem, przyjacielem Nuriejewa, autorem wielu jego występów.
A więc mówi Van Dantzig: „Rudolf powiedział, że Cruyff powinien być tancerzem. Był zaintrygowany sposobem w jaki się rusza, tym jak potrafi nagle zmienić kierunek ruchu, zostawić wszystkich z tyłu, zrobić to wszystko z perfekcyjną kontrolą, równowagą i gracją. Był zachwycony tym, że umysł Cruyffa jest tak szybki, że potrafił tak szybko wyprzedzać ruchy rywali. Jak szachista. Występ Cruyffa to jest coś co zawsze chciał umieć robić. Ten magnetyzm! I w pewnym sensie myślę, że Cruyff był lepszym tancerzem niż Nuriejew. Lepiej się ruszał”.
Tak właśnie twierdzi przyjaciel obu panów.
Przechodzimy więc w miarę płynnie do serii wywiadów Fritsa Barenda i Henka van Dorpa z Cruyffem, najlepszym piłkarzem w historii.,
Kiedyś już to mówiłem, że nie ma dla mnie problemu czy lepszym piłkarzem był Pele czy Maradona. Zdaję sobie sprawę z geniuszu obu tych wielkich mistrzów, ale oglądanie Cruyffa jest czymś więcej. Nie tylko oglądaniem piłki samej w sobie. Gra Cruyffa a potem jego praca była zmaterializowaniem myśli. Najbliższym ideału z możliwych w futbolu.
Leżała sobie na półce, od czasu do czasu do niej zaglądałem, ale po obejrzeniu kolejnego meczu Barcelony postanowiłem pochłonąć i również wam to polecam. Jakaż myśl doprowadziła do istnienia tej najwspanialszej drużyny, którą nasze pokolenie ma okazję oglądać? Jak w ogóle jest możliwe wytworzenie czegoś co wydaje się na dziś produktem doskonałym? O ile produkt to słowo pasujące do Barcelony. Produkt…
Czytając książkę Ajax, Barcelona, Cruyff zrozumiecie, że myśl największego piłkarza w historii futbolu musiała doprowadzić do takiego końca, o ile o końcu w ogóle jest sens mówić.
Jest on bowiem opętany swoją wizją i nie dopuszcza innej. Toczy więc nieustanne walki z różnymi urzędnikami futbolu, wiedząc że w dalszej perspektywie musi zwyciężyć. Dokładnie wie, że największym zagrożeniem dla futbolu jak i każdej innej dziedziny życia wymagającej kreatywności są urzędnicy niższego szczebla (ci oczywiście, którzy mają ambicje wielkich karier, a nie mają wizji i talentu), którzy otaczają się urzędnikami jeszcze niższego szczebla (tymi oczywiście, którzy mają jeszcze mniej talentu). Tak jak wybitna myśl przyciąga otwarte umysły, tak wspomniani urzędnicy niższego szczebla przyciągają brak myśli.
Na pewno spotkaliście się z tym w życiu, to jest wszędzie, jest zarazą.
Cruyff walczy więc z tą zarazą, przegrywa, napotyka murowane wiatraki, ale ostatecznie wiemy, że to on triumfuje, że to on jest tym bohaterem tragicznym i zwycięzcą jednocześnie, tym któremu życzymy dobrze, tym którego przeciwników nienawidzimy. Inni, choćby ci przeciwnicy, podłączają się pod jego myśl, płyną na skonstruowanym przez niego statku, na tymże statku zajmują nowe pozycje, stoczą na nim nową walkę o stanowiska.
Natknąłem się ostatnio znowu na zrobiony w maju znakomity wywiad Darka Wołowskiego z Joanem Vila Boschem, dyrektorem szkolenia w szkółce La Masia (której pomysłodawcą wg. wikipedii był Cruyff)
zdecydowanie go polecam, jest unikatowy.
Pomoże zrozumieć w pewnym minimalnym stopniu, czym jest myśl Cruyffa. A jeśli wam się spodoba, to wpiszcie na allegro… wiecie co!

Jeszcze fragment o Leo Beenhakkerze, którego ja osobiście jestem wielkim zwolennikiem, a którego nie znosił Cruyff.
Było to podczas zjazdu holenderskich trenerów, po nieudanych eliminacjach Mistrzostw Świata w 1986 roku, w których prowadzona przez Don Leo drużyna przegrała baraże z Belgią.
Cruyff powiedział więc: „Leo nie popełnił błędów tym razem, zresztą nie popełnił ich nigdy w przeszłości, a więc skoncentrujmy się na przyszłości”
Czujecie ten słodki jad?
W tej książce nie znajdziecie rozmów o niczym. To jest pewnie tylko promil tejże przelanej na papier największej myśli w historii futbolu.
Książka została wydana z okazji 50 urodzin Cruyffa. Uparty Maestro dostał 5 propozycji książkowych i autoryzował właśnie tę jedną. Nie wiem czy była najlepsza, w przedmowie Cruyff zaznacza, że przede wszystkim nie chciało mu się wysilać, stąd jedynie przejrzał wywiady, zaakceptował je i dorzucił jeden podsumowujący wszystko. Jak zawsze szczery do bólu.

Moja ocena: 5+/5 a więc maksymalna

5 Komentarzy

Szczerość Lubańskiego

Tytuł: Ja, Lubański
Autorzy: Włodzimierz Lubański, Krzysztof Wyrzykowski
Rok wydania: 1990

Dziś do działu recenzje kolejna pozycja z później epoki dinozaurów czyli zanim zły kapitalizm przyniósł komputery i nasze dzieci zaczęły grać w piłkę jedynie na małym ekranie.
Autobiografia Lubańskiego jest bardzo szczera, momentami ostra. Bardzo dobrze napisana. Spodziewałem się tego, bo w końcu autorem jest Krzysztof Wyrzykowski, jeden z niewielu wielkich żyjących dziennikarzy pamiętających lata 80-te (część się ostała, ale większość wyrżnęło pokolenie Romana Kołtonia).
Z Lubańskim ostatnio miałem szczęście spotkać się w jego mieście Lokeren. On sam mówi, że woli te drugą książkę, napisaną wspólnie z Przemysławem Słowińskim. Jest według niego ona bardziej dojrzała i przemyślana. Z perspektywy czasu wiele rzeczy widzi inaczej.
To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że właśnie po tę pierwszą książkę warto sięgnąć. Skoro są tu rzeczy nieprzemyślane,to może udało się przemycić pewne rzeczy bez cenzury?
Udało się. Lubański okazuje się świetnym rozmówcą, pamiętającym mnóstwo anegdot, nie kryjącym ich.
Nienawidzę rozmówców, którzy mówią coś fajnego, a później dodają: „Niech pan lepiej tego nie pisze, absolutnie nie”. Takich jak Jerzy Engel.
U Lubańskiego tego nie ma, dlatego jego wspomnienia są tak ciekawe.
Czy był najlepszym polskim piłkarzem w historii?
W plebiscycie zorganizowanym z okazji 50-lecia UEFA tak stwierdzono, ale w Polsce pierwszeństwo oddaje się Zbigniewowi Bońkowi lub Kazimierzowi Deynie. Dlaczego? Poruszałem to ostatnio przy okazji Leo Messiego i porównania go do Pelego czy Maradony.
Aby być najlepszym, musisz zaistnieć w Mistrzostwach Świata.
To jest właśnie dramat Lubańskiego. Nie zagrał w drużynie z 1974 roku, a w 1978 był w składzie, ale pojawił się na boisku może na kilka minut. Jacek Gmoch uznał, że ma lepszych. Lubański nie kryje do niego urazy.
Szkoda, bo miał wtedy zaledwie 31 lat.
Był jednak wspaniałym liderem Górnika Zabrze, który w sezonie 1969-70 awansował do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. To właśnie Lubański był głównym aktorem wspaniałych widowisk z Romą, był wtedy na ustach całej Europy, powoływano go na mecze reprezentacji świata, miał ofertę z Realu Madryt, stał się celem terrorystów…
Czy ktoś z dzisiejszego pokolenia piłkarzy napisze kiedyś książkę, po którą ludzie chętnie sięgną? Niekoniecznie, dlatego warto poszperać po księgarniach i sięgnąć po Lubańskiego.
Moja ocena: 4,5

PS. Nie zapominajcie, że właśnie mija 40. rocznica wspaniałego marszu Górnika do finału PZP. Polecam jutrzejszy Przegląd Sportowy, w kolorowym magazynie znajdziecie trochę ciekawych kawałków.

3 Komentarze

Wacław Kuchar

Tytuł: Wacław Kuchar
Autor: Jacek Bryl
Rok wydania: 1982

Historia Wacława Kuchara to historia Pogoni Lwów. Wspaniale, choć nieco szowinistycznie i staromodnie napisana. Jacek Bryl przekopał niezliczone ilości archiwów, wykonał wspaniałą researcherską pracę. Mamy tu historie najwspanialszego polskiego sportowca w przedwojennej historii. Piłkarza, łyżwiarza, akrobaty, hokeisty, lekkoatlety. Ale przede wszystkim piłkarza, który strzelił we wszystkich swoich 1052 meczach 1065 bramek.
Powiecie – nie było Ligi Mistrzów. No nie było.
Ciekawe, że ówczesne wyniki lekkoatletyczne Kuchara odpowiadają tym, które dzisiaj robią juniorzy. Ależ sport wykonał skok. Ale faktem jest, że juniorzy wybitnie utalentowani.
Kuchar był fenomenem, który całe swoje życie poświęcił sportowi. I tego właśnie się z tej książki dowiecie – jak rodziła się piłka nożna i sport w Polsce w ogóle. Z jakimi trudnościami zmagali się pionierzy. Jak kombinowano środki na funkcjonowanie.
No i w końcu – jak Pogoń Lwów pomagała wygrać dla Polski plebiscyt o Górny Śląsk 🙂 a jest to naprawdę piękna historyjka.
Poza tym znakomite są opisy rywalizacji lwowsko-krakowskiej. Otóż proszę państwa: działacze byli, są i zawsze będą pierwszymi podejrzanymi. I tego się dowiecie, zresztą nawet za kilka linijek.
Wacław Kuchar wychował się w patriotycznej polskiej rodzinie. Nawet jeśli jego ojciec był Węgrem… Rodzice byli ludźmi dość majętnymi, dbali o rozwój synów. Zresztą całe ich życie poświęcone zostało Pogoni.
Ludwik Kuchar, ojciec pana Wacława – po cichu, w tajemnicy przed żoną, wpłacał pieniądze do klubu. Z kolei żona jego robiła dokładnie to samo. Nic nie wyszło na światło dzienne mimo iż w zarządzie zasiadał jeden z ich synów – Tadeusz.
Pogoń rodziła się w pięknych i romantycznych czasach, na rozgrywki juniorów ściągała więcej widzów niż dzisiaj Polonia Warszawa w ponad 1,5 milionowej stolicy na ekstraklasę.
Znakomite są w końcu teksty profesora Rudolfa Wacka, nauczyciela Kuchara, wydawcy i dziennikarza numer 1 lwowskiego „Sportu”. Momentami takie, że dzisiaj włos na głowie się jeży.
To było dziennikarstwo – fachowe, agresywne, bezkompromisowe.
Zresztą, kawałek ze „Sportu” po drugim meczu kadry, przegranym 0:3 z Węgrami w Krakowie…
„Takiej sposobności do zwycięstwa Polska już mieć nie będzie i tym jaskrawiej występuje wina tych trzech, którzy reprezentatywkę nasz ułożyli. Tym trzem panom zupełnie nie chodziło o najlepszą drużynę w Polsce. Im chodziło o podwórko Cracovji, Wisły, a nawet Jutrzenki. Siedmiu z Krakowa! Od biedy przyczepiono tam Wacka Kuchara – bo ten zanadto w Polsce okrzyczany, wreszcie i Lotha z Warszawy bo ten też okrzyczany. Zatkano wiec tak gębę Pogoni i Polonii, a z Poznańskiem i z Łodzią nawet się nie liczono. Targ ubito przy misce soczewicy krakowskiej…
A czy prócz tego nie jest lekceważeniem sportu polskiego,naszej godności, naszego prestige – układanie drużyny dopiero na trzy dni przed zawodami? Taka drużyna powinna być złożona na miesiąc na przód, by dać możność wypowiedzenia się krytyce fachowej, opinii publicznej itd. (…) Winowajcy niedzielnego nas pogromu są dobrze znani i obowiązkiem moim jest oddać ich pod sąd opinii publicznej. Popełnili fatalny błąd, który wynikł tylko z powodu ich zaciekłości klubowej, szowinizmu lokalnego, co mówią też inni znawcy – obcy, bezpartyjni, jak np. mr. Kimpron, trener Polonii Warszawa, zawodowy piłkarz angielski, dla nas zatem miarodajniejszy od miarodajnych swojskich wielkości. Tych Trzech Panów złożyło dowód, że albo na piłce nożnej się nie znają, albo są bezdennie naiwni. Ubolewanie też muszę wyrazić Dr. Lustgartenowi, był on u nas na meczu Pogoń – Cracovia 3:0 i bezwarunkowo mógł się starać i inny skład. Wszak ten słynny Sperling z Cracovji – jakiż on był w tym meczu biedny wobec naszego Ludwika Schneidera, który potrafił z miejsca opanować go i unieszkodliwić”
Czasem „jedzie ostro” również po swoich. Tak było w latach dwudziestych.
A dzisiaj? Dzisiaj dziennikarze w znacznej części są przedstawicielami umownych działów Public Relations pojedynczych piłkarzy (od których mają newsy i możliwość zrobienia wywiadu na kolanach), całych klubów (gdzie pojawiają się codziennie, więc boją się podskoczyć) albo nawet stacji telewizyjnych. Więc po co się wychylać?
Jest to jednak wpis o Pogonii, nie o dziennikarstwie, chociaż nie mogłem się powstrzymać.
Dlatego na Pogoni zakończę. Autor przytacza wiele świadectw zagranicznej prasy, która nie boi się stwierdzić jednoznacznie – Wacław Kuchar to był piłkarz klasy światowej, wspaniały mistrz.
Czytając tę piękną książkę, przenoszę się myślami do Lwowa. I wam też polecam jej poszukać, gdzieś na targach staroci i w antykwariatach.
Sam wierzę, że w najbliższych latach będziemy mieli w Polsce modę na historyczne powroty i wróci też pamięć o Wacławie Kucharze.

Moja ocena: 5/5

Dodaj komentarz

Nerwy, radość, zwycięstwo, zwątpienie

Tytuł: Espana ’82. Nerwy, radość, zwycięstwo, zwątpienie
Autor: Andrzej Makowiecki
Rok wydania: 1982

Dzisiaj do działu recenzje książka Andrzeja Makowieckiego. Właściwie książeczka, spory reportaż pisany ekspresowo, bo niemal na żywo – obrazek z mistrzostw świata w 1982 roku.
Makowiecki to pisarz, autor opowiadań, ostatnio pracował nad autobiografią Michała Urbaniaka.
Warszawiak, który całe życie mieszkał w Łodzi.
A więc i jego książka spaczona jest myślą łódzką.
Najfajniejszym piłkarzem jest tu więc Marek Dziuba a najmniej fajnym Zbigniew Boniek.
Nie jest to jednak istotne.
Książka ta to bardzo fajnie, na luzie napisany dokument o mistrzostwach świata, z punktu widzenia pisarza, nie dziennikarza. Znajdziemy tu więc kilka rzeczy tzw. ekstra – np. wywiad z Mario Vargasem Llossą, dowiemy się sporo o Hiszpanii, trochę o naszych dziennikarzach, trochę o charakterach i charakterkach piłkarzy i niewiele o samej piłce, bo nie to było zamysłem Makowieckiego.
Pisarz to dobry, więc książkę czyta się luźno, na pewno pomaga ona w zwiększeniu wiedzy na temat wydarzeń z 1982 roku ale wiele nowego nie odkrywa.
Trochę za dużo tu autopromocji, ale czy rozmawialiście kiedyś z pisarzem czy dziennikarzem, który choć trochę nie byłby zakochany w sobie?
Są przypadki umiarkowane i są przypadki ekstremalne, ludzi pałających do siebie samych naprawdę szczerą miłością. I zazwyczaj uczucie to jest odwzajemnione. To ważne.
Makowiecki nie jest tu więc wyjątkiem. Z jego punktu widzenia, dziennikarze sportowi biegają dookoła niego i właściwie gdyby nie on, to prawdopodobnie do Hiszpanii by nie dolecieli. Gdyby dolecieli, spaliby pod mostem. Gdyby jednak dali radę załatwić sobie hotel, nie wiedzieliby jak uruchomić windę. I tak dalej.
Ze swoim wpływem na trzecie miejsce naszej drużyny narodowej Makowiecki nie przesadza.
Faktem jest, że jest to dokument wartościowy, dobrze napisany i zdecydowanie go polecam. Do odnalezienia w antykwariatach i na różnego rodzaju allegropodobnych.
Zaczyna się od wywiadu z piłkarzem, który na mistrzostwa nie pojechał, mianowicie z Janem Tomaszewskim. I tu kolejny ważny dokument – jaki był Tomaszewski przed przemianą, która się dokonała, jaki był zanim zamienił się w tropiciela spisków prawdziwych i wyimaginowanych. Sporo można się dowiedzieć.
Moja ocena: 4,5

Comments (1)

Ojciec futbolu

Tytuł: Father of football. The story of Sir Matt Busby
Autor: David Miller
Rok wydania: 1970

Kiedyś pisałem tu o skautingu, o tym, że według Jana Urbana nie ma sensu wydawać pieniędzy na skauting. Otóż Matt Busby, jeden z największych menedżerów wszystkich czasów korzystał ze swojej sieci informatorów, wsiadał w samochód z Jimmym Murphym i jechał. Zanim zbudował wielką drużynę osobiście oglądał dziesiątki, setki talentów, zjeździł Anglię, Szkocję, Walię, Irlandię Pn., w końcu Irlandię… Dlatego też jego pierwsza wielka drużyna zawierała zaledwie 3 zawodników, za transfer których trzeba było zapłacić.
Zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma sensu szukać tu idealnego odwzorowania, gdyż czasy były inne, ale coś w tym jest bo przecież ten sam model zastosował trochę ponad 30 lat później później następca Busby’ego Sir Alex Ferguson, mający do dyspozycji albo kilku wspaniałych wychowanków albo kilku innych zawodników ściągniętych do drużyny zanim jeszcze pod ich nosem pojawił się zarost. Do tego kilka transferów i mamy zespół…
W pierwszej drużynie byli więc tacy piłkarze wyciągnięci z podwórek, szkolnych boisk i konkurencyjnych drużyn oraz wychowani od dziecka w „Duchu United”: Duncan Edwards, Bill Whelan, Geoff Bent, Bobby Charlton, David Pegg, Eddie , Roger Byrne, Bill Foulkes, Colman, Dennis Viollet, Jackie (właściwie John) Blanchflower, Kenny Morgans, Albert Scanlon, może Ray Wood (przyszedł już jako 18-latek, a więc wąs trochę urósł).
W tej z 1999 roku byli za to: Nicky Butt, David Beckham, Ryan Giggs, Gary Neville, Phil Neville, Paul Scholes.

Matt Busby był więc człowiekiem który myślał wiele lat do przodu, wprowadzał futurystyczne modele budowy drużyny. Jeśli ktoś taki kieruje firmą sukces jest gwarantowany. Niestety tacy, to rzadkość.
Davida Miller napisał biografię w 1970 roku, ja nabyłem ją kilka tygodni temu w jednym z dobrych antykwariatów, które są rozsiane na terenie naszego pięknego kraju.
Historia Matta Busby’ego to historia wejścia Manchesteru United na szczyt światowego futbolu. To właśnie od tego szkockiego menedżera zaczęła się wielka sława Czerwonych Diabłów. Zaczyna się więc od budowania wielkiej drużyny, która miała podbić świat, jej tragedii, katastrofy lotniczej w Monachium i odbudowy zakończonej wspaniałym triumfem w meczu z Benfiką Lizbona na Wembley.
Miller, który jest apologetą Busby’ego przekonuje o jego wyjątkowych metodach i wyjątkowym charakterze. Jest to biografia napisana w starym stylu, gdzie autor koncentruje się na wychwalaniu swojego podmiotu pod niebiosa, ale trzeba przyznać, że ta hagiografia jest napisana zgrabnie, a nawet pasjonująco. Miller w końcu był nie byle jakim dziennikarzem. Mój kolega napisał mi: „Jeśli to on napisał, to możesz założyć z góry, że będzie to bardzo dobra rzecz”.
Nie dziwię się autorowi, w końcu Busby to człowiek uwielbiany, jeden z kilku największych menedżerów w historii. Gdybyście mieli wybrać tego jednego jedynego w historii Wielkiej Brytanii, kto to by był? Bill Shankly, Bob Paisley, Alf Ramsey, Brian Clough, Alex Ferguson, Jock Stein, Bobby Robson a może właśnie Busby?
Trudny wybór.
Czytając tę książkę zadaję sobie pytanie, czy Busby miał szansę zbudować najlepszą drużynę w historii futbolu? Czy gdyby nie katastrofa w Monachium, zdominowałby europejski futbol w latach 60-tych?
Mając do dyspozycji Duncana Edwardsa (w wieku 21 lat miał na koncie 18 meczów w reprezentacji Anglii i 5 goli i, gdyby dożył starości, zapewnione miejsce najlepszego piłkarza w historii Anglii…), Tommy’ego Taylora (19 meczów i 16 bramek dla Anglii, dla Man Utd 112 goli w 166 meczach, imponujące, co?) i jeszcze kilku znakomitych zawodników mogliby to zrobić. Czy w końcu Anglia sięgnęłaby po więcej trofeów? A może wygrałaby jeszcze w 1958 roku? Cóż, Anglicy… pewnie oni tak sądzą i nie przekonasz ich, że jest inaczej. Pytania bez odpowiedzi.

Kluby zareagowały różnie. Liverpool zaproponował wypożyczenie swoich zawodników Manchesterowi United, tak by klub mógł przetrwać. Większość klubów powiedziało jednak „Nie”. Apogeum niesmaku nastąpiło, gdy Jimmy Murphy, asystent Busby’ego, dostał ofertę od jednego z klubów, którego nazwy z tej książki się nie dowiemy. Murphy oferty nie przyjął, bo był człowiekiem Manchesteru United. Później odrzucał oferty Juventusu, Arsenalu i reprezentacji Brazylii. Wolał być asystentem Busby’ego.

Ale to tylko wycinki z książki. Całość polecam, gdybyście mieli możliwość ściągnięcia tego z netu. Uprzedzam jednak, że jest ona napisana dość ciężkim językiem.

Moja ocena: 5/5

Dodaj komentarz

Osobista Historia Olimpiad

Autor: Tadeusz Olszański

Jeśli jesteś fanem sportu i umiesz czytać, oczywistym jest, że prędzej czy później po tę książkę sięgniesz.
Dziś w dziale recenzje ostatnie dzieło w dorobku Olszańskiego, jednego z ostatnich wielkich polskich dziennikarzy sportowych, znowu zostało wystawione na półki empików, dlatego zdecydowanie polecam by wybrać się do najbliższego i sprawdzić.
Ta nachalna reklama spowodowana jest niczym więcej jak moim stosunkiem do tej książki i twórczości autora w ogóle.
Niewielu było bowiem dziennikarzy, których możemy określić mianem wybitnych. Na pewno jest nim Olszański, będę się upierał. I tenże Olszański napisał książkę podsumowującą w pewnym sensie swoje dziennikarskie życie. Oczywiście książka nie traktuje o dziennikarstwie ale o Igrzyskach.
Zygmunt Broniarek recenzując ją zwrócił uwagę na znakomitą historię radzieckich oszczepników, Dainisa Kulę oraz Aleksandra Makarowa, którzy wygrali Igrzyska w Moskwie, chociaż znacznie lepsi byli Węgrzy, Istvan Paraga i Miklos Nemeth oraz Fin Hannu Sitonen. Trenerzy węgierscy przez dwa dni oglądali taśmy a na nich jak wół: Węgrzy i Fin rzucali dobrze a Ruscy topornie.
Trzeciego dnia wałkowania taśm zauważono, że a każdym razem gdy rzuca reprezentant Kraju Rad, z tyłu wjeżdża melex, albo wchodzi sprzątaczka z kubłem albo wykonywana jest jakakolwiek inna czynność, która wymaga otwarcia przejścia do tunelu na tyłach stadionu, pod trybunami. Przejście to usytuowane było dokładnie na przeciw głównego tunelu. To powodowało ciąg powietrza, który niósł radzieckie oszczepy.

Ja z poruszeniem przeczytałem wspaniałe historie Jima Thorpe’a, Ray Ewry czy Janusza Kusocińskiego. Między innymi. I koniecznie Felippe Munoza, który zapowiedział, że popełni samobójstwo jeśli nie zdobędzie złotego medalu. Niestety nie powiem czy zdobył, abyście kupili książkę. W erze googla możecie oczywiście podstępnie obejść ten mój wybieg.
warto więc odświeżyć sobie te stare historie.
Przyznaję, że zmienił nieco mój pogląd Olszański na sprawę TTommiego Smitha i Johna Carlosa, dwóch czarnoskórych biegaczy, którzy po wygranym sprincie na 200 metrów w Meksyku w 1968
unieśli do góry dłonie ubrane w czarną rękawiczkę, zaciśnięte w pięść. Smith miał prawą, Carlos lewą. Obaj nie mieli butów, byli w czarnych skarpetach.
Zaprotestowali więc przeciw dyskryminacji rasowej, za co zostali wyrzuceni z wioski olimpijskiej.
Popierałem ten wspaniały gest wtedy i popieram go teraz. Uważam, że to jedna z najpiękniejszych olimpijskich historii.
Dziś jednak, czytając książkę Tadeusza Olszańskiego, nie jestem już tak jak dawniej oburzony na wyrzucenie zawodników z Igrzysk.
Może było to zasadne.
Pewnie i oni się z tym liczyli.
Pewnie wiedzieli czym ryzykują, gdy wtrącają politykę w Igrzyska. Mają być one bowiem wolne od polityki, od zamachów terrorystycznych w Monachium, od wycofywania się reprezentacji zachodu z Moskwy czy wschodu z Los Angeles.
Polityka w sporcie zniszczy go, dlatego należy za wszelką cenę (co właściwie jest nierealne) powstrzymać ingerencję polityków.
Z takiego założenia wychodzili szefowie MKOl.
Dlatego nieco ich rozumiem.
Uważam jednak, że czasem polityka musi mieszać się ze sportem.
W tym przypadku tak było. Sport zwrócił uwagę na niesprawiedliwość.
W polskim przypadku też byłoby to zasadne, gdyby nie fakt, że politycy na ministrów sportu wybierali gorszych przekręciarzy niż ci, którzy mieli zostać usunięci ze stanowisk.
W tym momencie odszedłem zbyt daleko od samej książki, w której znajdziecie sporo takich „politycznych” historii. Głównie jednak historii dramatycznych, pięknych i jak mówi tytuł książki, osobistych. No i oczywiście jak to w przypadku tego autora: „Samo się czyta”.

Moja ocena: 5/5

Dodaj komentarz

Older Posts »