Archive for Reportaże

Lisy farbowane na zielono

Dziś kawałek historyczny o naszych przeciwnikach grupowych, Irlandczykach. O wielkiej rewolucji w irlandzkiej piłce. Napisałem go na EURO 2012, ale w większości pozostaje aktualny.

Giovanni Trapattoni był początkowo krytykowany za styl. Tak jak Jack Charlton ćwierć wieku przed nim. Dla Włocha najważniejsze jest nie stracić bramki. Taki sam był priorytet Anglika. Po raz pierwszy zaskoczył Europę w 1988 roku, gdy jego drużynę zaledwie kilka minut dzieliło od półfinału mistrzostw Europy.
– Cześć John, słyszałem że twoja babcia była z Irlandii. Może chciałbyś zagrać dla Republiki – rzucił dość bezpośrednio Jack Charlton, nowy selekcjoner kadry.
– W sumie niezły pomysł – odpowiedział John Aldridge. Było to w szatni, chwilę po meczu Oxfordu.
– Ale zaraz, zdaje się że mama Raya pochodzi z Dublina – przypomniał sobie Aldridge. – Ray, chodź tu na chwilę! Czy to prawda, że twoja matka jest z Dublina? – zapytał szkockiego pomocnika Charlton.
– Ojciec z Donegal – odparł Houghton.
– To może chciałbyś zagrać w reprezentacji Irlandii – zagadnął selekcjoner, który był zachwycony tym pomysłem, bo Houghton właśnie rozegrał znakomite spotkanie i asystował przy bramce Aldridge’a.
– Pewnie, z wielką przyjemnością – odpowiedział pomocnik Oxfordu.
W ten sposób reprezentacja Irlandii zyskała jednego dnia dwie wielkie gwiazdy.

Kompromis

20 tysięcy fanów z Irlandii jechało ze swojego kraju, głównie kamperami, aż do Stuttgartu, żeby przeżywać z drużyną historyczne dla nich mistrzostwa Europy. Irlandia po raz pierwszy w historii zakwalifikowała się do dużego turnieju.
Wielka rewolucja zaczęła się w 1986 roku. Władze federacji zwolniły Eoina Handa i ogłosiły konkurs na jego miejsce. Faworytem był Bob Paisley, który nieco ponad dwa lata wcześniej został emerytem. Rozstał się z Liverpoolem, z którym trzykrotnie sięgnął po tytuł najlepszej klubowej drużyny Europy. W pierwszej rundzie zdobył 9 z 18 głosów. Po trzy mieli Johnny Giles, Charlton i trener młodzieżówki Liam Tuohy.
Paisley wzbudzał jednak sporo kontrowersji. W drugiej turze jeden z delegatów wycofał swoje poparcie dla niego, pozostali głosowali na Charltona.
– Wzięli faceta, którego nikt nie chciał. Był to kompromis między działaczami. A więc w pierwszej rundzie Paisley dostał 9 głosów a Charlton 3, a mimo to wybrali Jacka. To się nazywa irlandzka logika – śmieje się Eamon Dunphy, dziennikarz, były reprezentant Irlandii, a w późniejszych latach wielki krytyk Charltona.
– Oczywiście dobrze byłoby grać u Paisley’a. Znałem go z Liverpoolu, pasował mi jego futbol, ale czas pokazał, że był to dobry wybór, bo Charlton odniósł wielki sukces – mówi „PS” Ronnie Whelan, pomocnik tamtej drużyny, który teraz przyjechał do Polski jako ekspert telewizji RTE.
Irlandia nigdy wcześniej nie zdołała zakwalifikować się do dużego turnieju. Najbliżej była w eliminacjach do mistrzostw świata w 1982 roku. Przegrała różnicą bramek z Francją. Nastąpił wielki kryzys. Eliminacje do kolejnego mundialu były już katastrofą. Ludzie powoli odwracali się od kadry, na jej mecze przychodziło ledwie po kilkanaście tysięcy osób.

Szkocki akcent

Nowy selekcjoner, mistrz świata z 1966 roku, uznał, że samymi Irlandczykami świata nie zawojuje, dlatego zdecydował się powołać pierwszą w historii drużynę „farbowanych lisów”.
Oczywiście już wcześniej byli zawodnicy mający jedynie korzenie irlandzkie – Steve Heighway, Mark Lawrenson czy Tony Cascarino, którego matka specjalnie zmieniła obywatelstwo, żeby syn mógł zagrać w kadrze. Ale to Charlton i jego asystent Maurice Setters zaczęli działać na masową skalę. Jeździli do kolejnych zawodników, w których żyłach płynęła choć odrobina irlandzkiej krwi i zadawali to samo pytanie: „Czy chcesz grać dla Republiki?”
Dla Irlandczyków sprawa była zupełnie naturalna. W latach powojennych wciąż był to kraj rolniczy, do Anglii emigrowały w celach zarobkowych tłumy ludzi z Zielonej Wyspy, w tym dziadkowie i rodzice późniejszych reprezentantów.
– Oczywiście, że była grupa niezadowolonych w prasie i wśród kibiców na temat „Plastic Paddys” (tak nazywa się ironicznie członków diaspory irlandzkiej niezwiązanych z Irlandią), ale spodziewaliśmy się tego. Niektórzy mówili, żebym poczekał z decyzją, ale chciałem grać dla Irlandii. Większość mojej drużyny pochodziła z tego kraju. Gdy tylko włożyłem zieloną koszulkę, poczułem się jakbym był u siebie – mówi „PS” Tony Galvin, lewoskrzydłowy „Armii Jacka”.
– Może gdyby byli to słabi zawodnicy, byłby problem. Ale przyszli do nas piłkarze takiego kalibru, jak choćby Aldridge, Houghton czy w późniejszym okresie Andy Townsend, więc nikt nie widział w tym problemu – uważa Whelan.
Eliminacje zaczęli źle, ale z czasem się rozkręcili. Tyle, że było już za późno. Choć wygrali trzy ostatnie spotkania, ich awans zależał od grających w Sofii Szkotów, którzy w tym czasie nie walczyli już o nic. Bułgarom wystarczał remis i taki wynik utrzymywał się do 86. minuty. Wtedy bramkę strzelił debiutant, Gary Mackay. – Dla nas był to mecz o nic, ale nie chcieliśmy narobić wstydu. Mi nie była potrzebna żadna specjalna motywacja. To był mój debiut, w dodatku wszedłem na zmianę, więc nie miałem nic do stracenia – mówi nam Mackay. – Na Bułgarach ciążyła straszna presja. Stadion w Sofii milczał przez całe spotkanie. To było niesamowicie dziwne. Po meczu rywale nie podziękowali nam, po prostu zeszli. Ja udzielałem wywiadu w telewizji, ale gdy bułgarska stacja przestała nadawać, po prostu odłączyli nam prąd.
Mackay w reprezentacji Szkocji wystąpił zaledwie cztery razy, jednak na zawsze pozostał bohaterem Irlandii.
– Na lotnisku w Glasgow czekał już na mnie bramkarz Irlandii Packie Bonner z butelką szampana. Dostałem mnóstwo kartek z życzeniami i podziękowaniami od irlandzkich fanów. Do dziś mnie rozpoznają. Trzy lata później na mojej uroczystej kolacji przemawiał Jackie Charlton – mówi szkocki pomocnik.
– Grałem ze Szkotami i znałem ich. Tak naprawdę wiedziałem, że nie odpuszczą, ale mimo to wątpiliśmy w ich wygraną. Komentowałem ten mecz dla telewizji i nie dowierzałem w to co się stało – mówi „PS” Kevin Moran, środkowy obrońca irlandzkiej drużyny.

Najważniejszy mecz w życiu
Irlandia na turniej jechała w roli chłopca do bicia. Choć nie przegrała dziesięciu meczów przed EURO ’88, w Dublinie pokonała prowadzoną przez Wojciecha Łazarka Polskę 3:1. – Czuliśmy, że możemy coś zwojować, ale większość ludzi w Irlandii myślała inaczej – uważa Whelan.
Pierwszy mecz w grupie był niezwykły nie tylko dlatego, że Irlandczycy debiutowali w rozgrywkach. Musieli zmierzyć się z „The auld enemy” (Odwieczny wróg), Anglią. Po raz ostatni Irlandczycy odnieśli zwycięstwo w tej konfrontacji w 1949 roku na Goodison Park.
– Anglicy mieli fantastyczną drużynę. Beardsley, Barnes… Wiedzieliśmy przeciwko komu gramy – dodaje pomocnik Liverpoolu. Na stadionie w Stuttgarcie bramkę na 1:0 zdobył Houghton, a potem Irlandczycy fantastycznie się bronili. Mecz życia rozegrał Pat „Packie” Bonner, bramkarz Celticu Glasgow. Dzięki niemu piłkarze Charltona dowieźli wygraną do końca.
– Anglia miała znakomity skład. Byliśmy bardzo podekscytowani. Ja grałem na Johna Barnesa, który był wielką gwiazdą, był w fantastycznej formie. I wygraliśmy! Zaraz po meczu do szatni wpadła cała grupa irlandzkich polityków, ważnych osobistości. Wszyscy płakali – opowiada „PS” Chris Morris, lewy obrońca ekipy.
– To było niewiarygodne. Najlepsze uczucie, jakiego doświadczyłem w futbolu. Było to trudne do uwierzenia, że zrobiliśmy coś historycznego. Nigdy też nie czułem się tak zmęczony – wspomina Galvin.
– Dwa lata później dotarliśmy do ćwierćfinału mistrzostw świata, ale wygrana z Anglią zawsze będzie dla mnie najważniejszym osiągnięciem w karierze – zapewnia nas Aldridge, napastnik drużyny Charltona.
Reprezentacja stała się kultową, pisano na jej temat poematy i piosenki. Najbardziej znaną stała się „Joxer goes to Stuttgart” Christy Moore’a o kibicu, który jedzie kamperem do Stuttgartu.

Anglicy w swoich Union Jackach nastawili się na wygraną
Aż do momentu, gdy Ray Houghton dostał piłkę i umieścił w siatce ją
Co stało się dalej to historia, która przyniosła szczęścia łzy
Dla wielu ludzi ten dzień będzie najważniejszym w życiu ich

Witał ich milion ludzi

Potem był remis ze Związkiem Radzieckim. Do dziś starsi fani uważają, że to najlepszy mecz w historii Irlandii, zapamiętany również ze względu na cudowną bramkę z woleja Whelana. – Mieliśmy niedosyt, większość meczu byliśmy lepsi. To na pewno był jeden a najlepszych meczów Irlandii, w których grałem – stwierdza Moran.
Było to zupełnie inne spotkanie niż dotychczasowe. Irlandczycy grali piłką, stwarzali sporo sytuacji. – Jack od początku chciał grać długą piłką. Bardzo bał się straty w środku pola. Zwłaszcza, że drużyny z Europy Wschodniej miały zazwyczaj bardzo kreatywnych zawodników w środku. Wiedział, że musi ich ominąć. Jako obrońcy mieliśmy przykaz: zero ryzyka – mówi Chris Morris.
Taktykę Charltona nazwano „Put’em on the pressure”, czyli „Poddajcie ich presji”. To powiedzenie zrobiło taką furorę, że tak zatytułowano nagraną przez U2 oficjalną piosenkę Irlandii na mundial we Włoszech.
– Eoin Hand, poprzednik Charltona, lubił grę po ziemi. Jack miał inny pomysł na wygrywanie. Długie piłki za bocznych obrońców. Ważne było, żeby gdy tylko rywal ma piłkę, naciskać go i szybko ją odzyskiwać. Wygrać piłkę bliżej ich terenu i robić wrzutki w pole karne z bliższej odległości – mówi Whelan. – To był prymitywny futbol, takie Division 2 – uważa Dunphy.
Taka gra oznaczała, że z drużyną narodową musiał się rozstać Liam Brady, być może najlepszy piłkarz w historii Irlandii, mający na koncie występy w Juventusie, Sampdorii i Interze. Brady pod koniec eliminacji i tak dostał czerwoną kartkę, więc w dwóch pierwszych meczach by nie zagrał, ale jak się okazało potem, nie pojechał też na mundial do Włoch. – To była wielka strata. Liam i Jack mieli inne podejście do futbolu. Myślę, że Jack go szanował, ale chciał grać po swojemu – mówi Galvin.
– Jack nie chciał Liama, bo uważał że ten grał zbyt ryzykownie. To było szaleństwo, bo Brady był wtedy jednym z najlepszych piłkarzy Europy – uważa Dunphy.
W tym szaleństwie była jednak metoda, bo Irlandczycy nie tylko weszli do mistrzostw, ale też zaprezentowali się naprawdę dobrze i zdobyli sympatię całego świata.
Ze Związkiem Radzieckim nie zdołali wygrać, stracili bramkę 15 minut przed końcem.
Potem, w meczu z Holandią, Irlandczycy znowu grali dobrze, choć głównie w defensywie, ale w 82. minucie wyeliminował ich Wim Kieft. – Byliśmy przekonani, że będziemy musieli co najmniej zremisować. Anglia oczywiście rozczarowała, gdyby wygrała z ZSRR, mogliśmy awansować nawet przegrywając z Holandią. To było największe rozczarowanie w mojej karierze. Broniliśmy się znakomicie, ale tak naprawdę Holandia miała najlepszą drużynę na świecie. Prawda jest taka, że powinniśmy wygrać ze Związkiem Radzieckim – mówi Galvin.
– Bramka Kiefta była dziwna, w dodatku strzelona ze spalonego. Wtedy to było spore rozczarowanie. Przyjechaliśmy do Niemiec jako zupełnie niedoceniona drużyna, a niewiele zabrakło, żebyśmy weszli do półfinału. Wynagrodziło nam to niewiarygodne przyjęcie w Dublinie – mówi Aldridge.
– Właśnie wtedy, kiedy wróciliśmy do Dublina po turnieju, zorientowaliśmy się jak wielki sukces odnieśliśmy. Na ulicach witało nas milion Irlandczyków – wspomina Whelan.

Dziedzictwo
To był dobry czas dla irlandzkiego sportu. Zaczęło się od kolarzy. W 1987 roku Stephen Roche wygrał Tour de France, rok później Sean Kelly zajął pierwsze miejsce w Vuelta Espana. Najważniejszy był jednak sukces piłkarzy. Najpierw wygrana z Anglią, dwa lata później awans do ćwierćfinału mistrzostw świata i w 1994 roku awans do drugiej rundy. W Irlandii do dziś te sukcesy wiąże się ze wzrostem gospodarczym z lat 90-tych i narodzinami celtyckiego Tygrysa. Cathal Dervan, znany irlandzki dziennikarz sportowy, napisał że „sukces drużyny piłkarskiej dał nam poczucie dumy narodowej i pomógł zasiać ziarno ekonomicznego odrodzenia”.
Co do wpływu Charltona na futbol w Irlandii nie ma wątpliwości nawet jego wielki przeciwnik, Eamon Dunphy: – Dziedzictwo Charltona jest ogromne. Dziś na ulicach jest znacznie więcej dzieci grających w piłkę. Wcześniej tak nie było. Dzięki drużynie Charltona piłka stała się naszym sportem.

Comments (1)

Derby rządzą się…

Stary tekst, z grudnia 2008 roku. Pociąg, autobus, 5 kilometrów z buta i dzwonek do drzwi sołtysa. A potem mecz.
Powstał z okazji El Classico. To był grudzień 2008 roku. Zbliżał się mecz Barcelony z Realem. Najlepszy d lat. To był czas, gdy Barcelona nagle stała się najlepszą drużyną naszych czasów. Oczywiście był to dłuższy proces, ale można było odnieść wrażenie, że wyszło tak z dnia na dzień. Wynikało to z tego, że 21–letni wówczas Leo Messi osiągnął nieprawdopodobną formę i wyrósł ponad resztę świata. Ale kogo, poza miliardem ludz na całym świecie, obchodzą ich gigantyczne długi, wielkie pensje i piękne bramki? Ludzie mają swoje problemy.


Tak, tak, wszyscy wiemy że derby rządzą się swoimi prawami. Gdy jednak mecz derbowy gra Juventus Poraż, prawa nabierają jednak wyjątkowego znaczenia. Na mecz z Drzewiarzem Rzepedź gotowa jest cała wieś. W okolicy porównywalnych jest niewiele spotkań, takich jak choćby Leśnika Baligród z Cosmosem Nowotaniec. Będzie się działo. W Porażu zawsze „się dzieje”.


Juve z Poraża

– Kiedyś sędzia nas skręcił w derbach z Niebieszczanami, to kibice złapali go i przytopili w kanałku – opowiada Wiesław Otta, były zawodnik Juventusu Poraż. Kanałek to ważna część boiska piłkarskiego. Miejscowi wiedzą, po których kępach stąpać. Przyjezdni czasem wpadną w błoto.
– Jest dosyć głęboko, jednego trzeba było wyciągać za chabety. Prawie już po nim było. Kwiczał ze strachu – śmieją się porażanie.
O Starej Damie z Poraża krążą legendy. Rywale opowiadają przedziwne historie, miejscowi im zaprzeczają.
– Było ponoć tak… Piłkarze z Poraża napisali list do Juventusu, tego prawdziwego. A w nim, że są fanami Bońka i tak dalej, i poprosili o trochę gadżetów. Dwa tygodnie później na stacji w Zagórzu czekała przesyłka. Wielkie pudło, a w środku cały komplet strojów. Najnowsze, oryginalne, z napisem „Ariston”! Szok w całym Porażu. To się działo. Najpierw konsternacja i wielka narada. W sobotę było wielkie świętowanie. A w niedzielę piłkarze założyli idealnie wyprasowane koszulki, spodenki i oczywiście lakierki, jak to w niedzielę. I wszyscy do kościoła, a potem w taksówki i na mecz. Jeden piłkarz na jedną taksówkę. Nie będą przecież jeździli w nowych koszulkach autobusem, bo by się napis „Ariston” pogniótł. I zbankrutowali na tych taksówkach – opowiada Jerzy Nachman, dziennikarz z Rzeszowa.
To tylko jedna z anegdot, którymi sąsiedzi od lat gnębią mieszkańców Poraża. Najczęściej przypominają dowcip lokalnej telewizji, jeszcze z lat 70-tych. Rozpoczynał się mniej więcej tak: „Opóźniony pociąg z Paryża do Poraża wjedzie zgodnie z rozkładem na tor pierwszy przy peronie pierwszym”.
W rzeczywistości do Poraża nie dojeżdża pociąg. Trzeba wysiąść w Zagórzu. Tu przyjeżdża po mnie dostawczym samochodem Sylwek Mach, prezes Juventusu. Ma 23 lata i chciałby, żeby jego „Juve” odzyskał dawny blask. Robi co może, żeby już nikt nie śmał się z Poraża. Ale to nie jest proste. W latach 60-tych jeden z mieszkańców sąsiedniej wsi, który dostał się do pracy w gazecie w Rzeszowie wpadł na pomysł, by na ostatniej stronie raz w tygodniu drukować „Kronikę z Poraża”. I zaczęło się. Poraż stał się „Wąchockiem Bieszczad”, później nawet „Wąchockiem południa”.
Nawet w Krakowie można usłyszeć kawały o Porażu. – Dlaczego w Porażu nikt nie ogląda meczów w telewizji? Bo sołtys kupił zasłony. – A dlaczego w Porażu nie odbył się pochód dziewic? Jedna zachorowała, a druga powiedziała, że sama nie pójdzie.
Sąsiedzi starają się wyśmiewać Poraż przy każdej okazji z zemsty, bo porażanie zawsze byli postrachem okolicy. Kto przyjeżdżał tu na mecz, mógł wrócić do domu z widłami w plecach. Zwłaszcza po meczach piłkarskich. A jak przyjeżdżali ci z Niebieszczan czy Tarnawy, to już zawsze musiało się skończyć fatalnie. Mówi się nawet, że drogę z Tarnawy do Poraża pokonuje się w godzinę, ale z powrotem już w dwadzieścia minut. Biegiem. I lepiej nie oglądać się za siebie, bo każda sekunda opóźnienia może skończyć się tragicznie.
Remix Niebieszczany i LKS Tarnawa grają teraz wyżej, ale mecze, jak dzisiejszy z Drzewiarzem Rzepedź, to też miejscowe klasyki. Z Rzepedzi do Poraża jest 20 kilometrów. W Rzepedzi jest wielki tartak, w którym pracowali kiedyś ludzie ze wszystkich okolicznych wiosek. Z Poraża również.
W klubie, postanowili ugościć mnie po swojsku – na stół postawili skrzynkę taniego wina. Do tego kawałek kiełbasy, przysmażanej na benzynie. Właściwie nic nadzwyczajnego. W Bieszczadach wiele osób spożywa tzw. prytę z kiełbasą. Porządni ludzie i mniej porządni. To tu chleb powszedni. Dyplomatycznie się wymiguję, przynajmniej od wina, tak, żeby nie urazić gospodarzy: – Piję piwo, wolę nie mieszać… – mówię. Nie uraziłem. Chłopaki się cieszą, będzie więcej na mecz.
Drzewiarz od początku rusza do natarcia. I nawet „Młody” nie może nic zrobić. „Młody” czyli 17-letni Damian Mielech to największy talent z Poraża. Miejscowi uważają, że mógłby grać wyżej. Szczyt marzeń w Porażu to czwartoligowa Stal Sanok. Tu na nikim nie robi wrażenia, że byłeś na meczu Realu czy Barcelony. To raczej tylko ciekawostka. Ale każdy kto grał w Sanoku ma zapewnioną pozycję w środowisku.
„Młody” zrywa się w końcu do ataku i strzela obok słupka. Ale za chwilę Drzewiarz kontruje. Dwa szybkie uderzenia i goście prowadzą 3:0. Próby ataków Juve nie przynoszą efektów. Piłkarze z Rzepedzia wybijają piłkę w stronę kanałku. Prezes Mach biegnie, żeby ją jak najszybciej wyciągnąć, ale jest już po meczu.
Wszystko jest uczciwe, to już nie te czasy, co kiedyś, kiedy mecze się kupowało, sprzedawało, ustawiało. Miejscowi z rozrzewnieniem wspominają, jak umówili się z konkurencją i spuścili Tarnawę czy Niebieszczany.
Przegrana z Drzewiarzem będzie też tylko ujmą na honorze. Martwić się o utrzymanie nie trzeba, bo z klasy C nie ma już gdzie spaść.


W oparach grochówki

Śląsk od Zagłębia oddziela rzeka Brynica. Stadion CKS-u leży już właściwie po śląskiej stronie. – Jest na osiedlu, które jest ostatnim śląskim przyczółkiem. Wsiądziesz w autobus numer 42. Tu ludzie ludzie mówią po polsku, przejedziesz jeden przystanek i już nic nie rozumiesz. Gwarą gadają – wprowadza mnie w miejscowe klimaty Palermo, kibic CKS Czeladź.
Między strefą polskiego i strefą gwary jest las, niemy świadek bitew Czeladzi ze Siemianowicami Śląskimi, Zagłębia ze Śląskiem, prawdziwych Polaków z tymi, jak zapewniają Zagłębiacy, nieprawdziwymi. Dzisiaj mecz wewnątrzpolski. CKS gra z Górnikiem Piaski, osiedlem na obrzeżach miasta. Chociaż mieszkańcy Piasków nie czują właściwie specjalnej więzi z resztą Czeladzi. Niektórzy lokalni separatyści, utrzymują, że są z Sosnowca.
Piaski wybudowano w XIX wieku jako sypialnię górników. Teraz jest biednie, bo kopalnia Saturn – główny żywiciel miejscowych rodzin, od 2004 roku jest w stanie likwidacji. Między Piaskami a Czeladzią jest potężne pole, na którym jeszcze niewyrosły bloki. Pole, które właśnie sprawia, że Piaskom bliżej jakby do Sosnowca niż Czeladzi.
– Na Piaskach do tej pory są miejsca, głównie puby, gdzie w łeb dostaniesz, jeśli jesteś z Czeladzi – ostrzega mnie pasażerka autobusu, którą pytałem o drogę na stadion. Sytuacja podobno się stabilizuje. Ale… – Ostatnio byliśmy na imprezie w Piaskach, domówce. Miejscowi się dowiedzieli, że chłopaki z Czeladzi przyjechali, wdarli się na krzywy ryj i zrobiła się jatka. Policja nas eskortowała – opowiada nam Adrian, pracownik działu reklamy w miejscowej gazecie.
Przed meczem, w Pucharze Polski, jest godnie, gra orkiestra górnicza, są cheerleaderki, jest grochówka.
– Jak jest senator Szaleniec, to zawsze jest grochówka – mówi „Chemik”. Zbigniew Szaleniec to senator z Czeladzi. Wraz z burmistrzem i panią wiceburmistrz, postanowili zrobić sobie małą kampanię wyborczą. Derby to idealna okazja, więcej ludzi może zgromadzić tylko lokalny festyn z przyzwoitą gwiazdą. A na to trzeba by już wydać ze 20 tysięcy złotych. Szaleniec i burmistrz na piłce się nie znają, nie to co pani wiceburmistrz. Jest z Piasków i dlatego w tym roku CKS Czeladź dostała mniejsza dotację z Urzędu.
Podczas meczu jest spokojnie. – Piasków nikt nie szanuje, już nie mają kibiców – utrzymują ci z Czeladzi. Ci z Piasków mieli mocną grupę, ale bardziej interesują ich teraz mecze Zagłębia.
– Coraz mniej mają kibiców, to nie chcą wsi robić. Same dziadki i menele – mówi „Chemik”.
– Ich kibice są w upadłości, syndyk już tam podobno wszedł – szydzi „Palermo” i chłopaki mają dobry ubaw.
Fani Czeladzi w zeszłym sezonie pokazali tym z Piasków, co o nich fanach. Założyli kurze szalik Górnika i wpuścili na sektor gości.
– No i był Kurnik, a nie Górnik – śmieją się. Goście w rewanżu wywiesili flagę z napisem „Czeladź farmers”. – Że niby wieśniakami jesteśmy. A Czeladź ma prawa miejskie od XIII wieku – irytuje się Palermo.
Na trybunach rządzi Czeladź, na boisku niewielką przewagę mają Piaski. I w końcu strzelają na 1:0, dosyć szczęśliwie. Teraz Czeladź rusza do natarcia, ale Michał Rokita dzisiaj gra mecz życia.
– Graliśmy swoje, jak zawsze – bagatelizuje bramkarz Piasków. Nie oszukujmy się, takiego meczu jak ten nigdy wcześniej nie zagrał i już nigdy nie zagra. Człowiek, który pokonał Czeladź wpisał się w historię klubu. Bo dla Piasków każda wygrana z Czeladzią ma wymiar historyczny.
Piaski to młody klub. Kiedyś tu była poważna piłka, ale władze lokalne w 1976 roku zlikwidowały założonego w 1922 Górnika i połączyły go z CKS-em. Później przyszedł wielki kryzys, działacze zaczęli znikać z kasą i padła Czeladź. Zostały tylko grupy juniorskie.
W 2000 roku klub z Piasków został reaktywowany. – Jesteśmy trochę w cieniu Czeladzi, oni mają bazę, tradycję, grupy młodzieżowe. Mieli do czego wrócić. My zaczęliśmy wszystko od zera, najpierw stworzyliśmy drużynę, później grupy młodzieżowe, dzisiaj mamy już pierwszych wychowanków w drużynie. Teraz staramy się przyciągnąć ludzi. Nie od razu Rzym zbudowano – mówi Marcin Paul, trener drużyny z Piasków. Na potwierdzenie jego słów, kilka dni później Piaski pokonują Czeladź w lidze 4:1.


Pasem w sędziego

Po latach stosunki Naprzodu Lipiny ze Śląskiem Świętochłowice znowu są w miarę poprawne. W przeszłości różnie bywało, niedawno nawet szło na noże.
„W tej krainie obcy ginie!” – gdyby ktoś miał wątpliwości kibice Naprzodu Lipiny witają go takim napisem na ścianie. Lipiny to przedmieście Świętochłowic, ostatni bastion śląskości. Kibice z Czeladzi nazywają tutejszych „patologami”. Piłkarzy z warszawskiego AWF-u, którzy przyjechali kiedyś na turniej do Chorzowa, przywitała tu grupa 3 młodocianych dresiarzy wymachujących w biały dzień na ulicy nożami i nunchaku.
Kibice z Lipin cieszą się złą sławą. Właściwie najgorszą jaką można sobie wyobrazić. – Kiedyś, gdy Naprzód grał jeszcze w II lidze na meczach było po kilka tysięcy ludzi. Połowa to policjanci – opowiada Andrzej Gowarzewski, historyk, autor encyklopedii piłkarskich. Do Lipin sprowadzano więźniów, którzy mieli pracować karnie w kopalniach, w najtrudniejszych warunkach. Mieszali się z miejscowymi. Czego by nie powiedzieć, to byli ludzie z charakterem.
Lipiny wielokrotnie były blisko awansu do ekstraklasy, ale na drodze zawsze stawały władze Polski Ludowej. Naprzód Lipiny w I lidze? Nigdy.
– W Lipinach nie było dworca, dróg, hoteli, dlatego robili co mogli, żeby nas nie dopuścić. Prowadziliśmy 4:1 do przerwy i na koniec remisowaliśmy 5:5, takie mecze były. Zawsze jakiegoś karnego przeciw nam dali w ostatniej minucie – mówi Reinhard Piontek, wieloletni działacz i legenda Naprzodu.
– Można Lipin nie lubić, mówić, że tu brudno i niebezpiecznie, ale to generalnie miejsce z duszą, jedno z niewielu takich starych miejsc z klimatem, jakie zostały jeszcze na Śląsku – mówi dziennikarz miejscowego „Dziennika Zachodniego” Łukasz Respondek.
Gdzie te czasy, gdy mecze Naprzodu ze Śląskiem gromadziły tłumy? Na świętochłowickim kolosie, mogącym pomieścić 26 tysięcy kibiców, tysiąc osób wygląda jak kropla w morzu. Niemal każdy trzyma w ręku słonecznik. To samo na ławce rezerwowych. Trener, lekarz, piłkarze – wszyscy gryzą słonecznik. Nie wiedzą dlaczego.
– Kiedyś mecze Naprzodu to było święto. Przychodziło po 7 czy nawet 8 tysięcy osób. Trybuny były napchane, ludzie na płotach siedzieli, na drzewach. Ale tak jak kiedyś, to chyba już nigdy nie będzie – mówi Piontek.
A wszystko skończyło się w 1961 roku. Miejscowi do dzisiaj opowiadają, jak na meczu z Garbarnią Kraków, o wejście do I ligi, sędziemu ucho urwało.
– Ale to nie do końca było tak – prostuje działacz Naprzodu Grzegorz Gabor. – Jakiś menel z wojska wrócił, nawalił się i przyszedł na mecz. Sędzia kręcił, więc zdjął pasek i śmignął… Ucho właściwie uciął a nie urwał.
– Szykował się odpust lipiński, a wtedy całe Lipiny bawią się przez tydzień. I finał przypadł na niedzielę. Przyszło kilku pijanych, zrobiła się awantura – to wersja Piontka.
Starsi kibice mówią o największej awanturze, jaką tu widziano. Do akcji wkroczyło ZOMO, kilkadziesiąt osób aresztowano, krewki żołnierz odpowiedział przed sądem wojskowym i swoje też odsiedział. PZPN wydał wyrok – czas skończyć z Naprzodem Lipiny.
– Od tej pory nic nie było już nigdy takie same. Zaczął się upadek zespołu, z którego do dzisiaj się nie podnieśliśmy. I chyba już nie podniesiemy – prorokuje Piontek.
Śląsk miał więcej szczęścia niż Naprzód, nigdy nie przeszkadzał władzom. Dlatego grał przez 2 sezony w I lidze. Dzisiaj oba kluby są w klasie A. Lipiny bronią się przed spadkiem.
Miejscowi mówią, że to niesprawiedliwość dziejowa.
– Naprzód został założony w marcu 1920 roku, jako zgromadzenie Ślązaków – Polaków. Śląsk powstał miesiąc wcześniej. W tym samym celu. Tak walczyliśmy z Niemcami, którzy chcieli zawłaszczyć Śląsk – mówi pan Józef, starszy kibic Śląska. Wielkie śląskie kluby powstawały później. Ruch Chorzów dopiero w kwietniu 1920 roku, a Górnik Zabrze w 1948.
Dzisiaj kibice w Świętochłowicach i Lipinach są podzieleni na kibiców właśnie Ruchu i Górnika. Miejscowym kibicują rodziny piłkarzy, sąsiedzi. Na trybunach jest spokojnie.
– W końcu jest normalnie. Jak trenerem u nich był Antek Jojko, to jakieś podchody robili. Były im potrzebne trzy punkty do awansu i zaczęli mnie wzywać na jakieś rady, posiedzenia, żebym się przyznał, że grał u nas piłkarz na lewo. Tak kombinowali, ale żem się nie ugiął – opowiada Piontek.
Po 20 minutach jest 3:0 dla Śląska, ale piłkarze z Naprzodu nie poddają się i doprowadzają do wyrównania. Jednak końcówka znowu należy do Śląska, który wygrywa 4:3. Radość nieopisana.
Piłkarze Naprzodu gratulują rywalom wygranej.
– Drobne uszczypliwości, to wszystko, co ich teraz może najwyżej spotkać – śmieje się piłkarz Naprzodu Marcin Fruehmark.


Butelką w głowie sędziego

„85 lat już mamy, wy komunistyczne chamy!” – taki transparent kibice Tura Bielsk wywiesili na stadionie Cresovii Siemiatycze, która powstała w 1947 roku. W rewanżu kibice z Siemiatycz zaśpiewali w rytm przeboju Mieczysława Fogga: „Ta ostatnia niedziela, więcej się nie spotkamy”. To była niedziela 1 czerwca, przedostatnia kolejka poprzedniego sezonu.
Jeśli w Siemiatyczach na mecz przyjdzie 200 osób, to już można mówić o wydarzeniu. Ale gdy przyjeżdża Tur, piłką interesuje się całe miasto, nawet starsze kobiety. Nawet jeśli władze klubu kombinują jak mogą, żeby o meczu ludzie się nie dowiedzieli – bo po co komu dodatkowe zabezpieczenia…
W ostatnich latach Cresovia jest znacznie lepsza. Teraz również. Przewaga Siemiatycz na boisku nie podlegała dyskusji. Cresovia prowadziła już 3:0, ale w 90. minucie Szmurło strzelił honorowego gola. Miał szczęście, bo fani z Bielska (jest ich ponad 100) wybaczą porażkę z Cresovią, ale tylko honorową, po ostrej walce.
– Wszyscy piłkarze wiedzą, że jak tylko trochę odpuszczą na boisku w meczu z Siemiatyczami, to na mieście nie mają się co pokazywać. Ale nie było jeszcze takiej sytuacji, bo naszych nie trzeba motywować na Cresovię – uważa Maciej, 22-letni kibic z Bielska.
W tym sezonie oba kluby nie grały ze sobą. Po reorganizacji rozgrywek Cresovia znalazła się w nowej III lidze, Tur w nowej IV.
– Za rok znów zagramy razem, bo dla Cresovii 3. liga to za wysoko – przewiduje Maciej.
Futbolowa wojna między tymi klubami zaczęła się w sezonie 1995/96, kiedy czterech kiboli z Siemiatycz przyjechało na mecz do Bielska.
– W końcówce dostaliśmy karnego w prezencie i nie wytrzymali, najpierw tylko krzyczeli, ale w końcu któryś rzucił butelką w sędziego. Nasi kibice stanęli w obronie arbitra, zaczęła się jatka. Jeden z nich wylądował w szpitalu. Sprawa była poważna, przebywał tam chyba kilka tygodni – twierdzi Maciej.
Na następny mecz kibice z Siemiatycz przyjechali z transparentem „Pamiętamy”. I pamiętają, do dzisiaj.
Dajcie człowieka, znajdzie się paragraf. W Bielsku Podlaskim zbudowano ścieżki rowerowe, w ogóle rower to popularny tu środek transportu. Kibice Cresovii zaczęli krzyczeć „Do Pekinu, do Pekinu”.
Na początku wszyscy zastanawiali się o co chodzi z tym Pekinem. Dopiero oni nam musieli wyjaśnić – śmieje się Krzysztof Grodzki, dziennikarz z lokalnej gazety.
Fani Tura odśpiewali triumfalnie: „Siemiatycze, miasto bycze, cztery domy, dwie ulice”. – Niech wiedzą, kto rządzi – cieszy się Maciej.
W Siemiatyczach mieszka 15 tysięcy ludzi, zaledwie 10 tysięcy mniej niż w Bielsku. Ale to wystarczy. Władze Siemiatycz chwalą się najniższym bezrobociem w regionie.
– W tym jednak nie ma ich zasługi. Po prostu bardzo duża grupa ludzi z Siemiatycz pracuje w Belgii. Nie wiadomo dlaczego, po prostu tam pracują. Z Siemiatycz nawet dwa razy w tygodniu odjeżdżają autobusy do Belgii – mówi Grodzki. Z kolei Bielsk Podlaski jest znany z tego, że są tu kościoły kilku wyznań, w tym sporo starych cerkwi. Rywale jeszcze tego nie wykorzystali.
Ostatnio do Siemiatycz chciał odejść syn prezesa Tura Karol Jakubowski. Kibice zablokowali transfer. Tak przynajmniej uważają. Na forach pojawiły się wpisy, że Jakubowski ma chyba coś nie tak z głową.
– To byłby wstyd dla naszego klubu. Co on sobie myślał? – zastanawia się Maciej.
Kiedyś Bielsk Podlaski rywalizował z Hajnówką, mecze zamieniały się w krwawe jatki. Ale teraz wszyscy są przeciw Siemiatyczom.
– To kibice Legii Warszawa, jedyni na Podlasiu – wyjaśnia powód Maciej. A zasada jest prosta – na Podlasiu kibicuje się Jagiellonii, albo nie kibicuje się w ogóle.

Mieszkanie za gola
Nowego stadionu zazdroszczą kibicom Startu ci z Chełma. I wszyscy inni w okolicy. – Ten obiekt to duma Krasnegostawu, zbudowali go za pieniądze z Unii Europejskiej – mówi Henryk Sieńko, dziennikarz z lokalnego serwisu internetowego.
W końcu coś trafiło się Startowi, bo przez lata zespół był w cieniu rywali z Chełma. Chełm to miasto, które ukochali lokalni przywódcy partyjni. To miasto symboliczne, w którym uchwalono manifest PKWN. W końcu Chełm wygrał w 1975 roku z Krasnymstawem walkę o miano stolicy województwa. Inna sprawa, że gdyby liczący wtedy 15 tysięcy mieszkańców Krasnystaw został stolicą województwa, byłoby to sporym nadużyciem. Ale miejscowi uważają, że to chełmski spisek i Chełmowi nie wybaczą.
– Start to drużyna wyjątkowa, założona jako pierwsza w Polsce po wojnie. Jeszcze w 1944 roku wygraliśmy 6:1 z reprezentacją Armii Czerwonej i następnego dnia powstał klub. Ludzie tu mają poczucie tej wyjątkowości. I pretensje o to, że Chełm był trochę jak Legia Warszawa, zabierał wszystkich najlepszych do wojska, nie potrafił uszanować historii – mówi Sieńko.
Ale to było jeszcze w czasach, gdy grała Granica Chełm, klub wojskowy. Wtedy rywalizował z Granicą Dorohusk i z Hrubieszowem. Dorohusk dopadł kryzys i zespoły długo się nie spotkają, z kolei Hrubieszów, z którego pochodzą Tomasz Kiełbowicz i Dawid Nowak, jest właściwie klubem upadającym i nic go nie uratuje. Na spotkanie z Roztoczem Szczebrzeszyn zawodnicy z Hrubieszowa nie byli w stanie uzbierać 11 graczy. Teraz największe klasyki to mecze Chełma ze Startem Krasnystaw, Spartą Rejowiec i Włodawianką. Z Rejowcem Fabrycznym Chełm już wygrał 4:2, na początku sezonu. Odegrał się za dwa sezony, kiedy w ostatniej chwili tracił awans do wyższej ligi po porażkach włąśnie z Rejowcem. Teraz trzeba ograć Start.
Grzegorz Gardziński, znany w okolicy weterynarz, prezes Chełmianki, przez laty wierny szalikowiec zaciera ręce – 1100 sprzedanych biletów, to przyzwoity zastrzyk finansowy dla klubu.
– Dla nas te mecze są bardzo prestiżowe, ale zdecydowanie bardziej dla naszych rywali. Każdy chciałby pokonać Chełm. To wielki zaszczyt – zapewnia Gardziński.
Motywacja też musi być szczególna. Niedaleko od dworca autobusowego w Krasnymstawie mieszka Tadeusz Zieleńczuk, weteran Startu. – Kiedyś obiecali mu mieszkanie, jeśli strzeli dwie bramki Chełmiance. Strzelił, w tym mieszkaniu mieszka do dziś – mówi jeden z miejscowych kibiców. Zaczynają się spierać czy to nie bylo przypadkiem w meczu ze Stalą Kraśnik, ale opcja Chełmianki wygrywa.
Kibice Startu przez lata szczycili się tym, że żaden piłkarz z Chełma nie grał w ich zespole. 3 lata temu, na chwilę pojawił się grający trener Sławomir Świadysz. Ale to trwało krótko i zostało uznane za wypadek przy pracy. Świadysz wrócił do Chełma. W meczu ze Startem zasiada na ławce rezerwowych.
Piłkarze z Krasnegostawu grali w Chełmie często, ale tylko pod wojskowym przymusem. Ostatnio Chełmianka chciała kupić piłkarza z Krasnegostawu. Działacze negocjowali telefonicznie, ale opór był mocny. W końcu udało się ustalić cenę i prezes Chełma przyjechał do Krasnegostawu podpisać umowę. Działacze Startu nie stawili się. – Dla niektórych to jeszcze trocę wstyd zasiąść przy jednym stole z człowiekiem z Chełma, podać mu rękę – mówi działacz Chełmianki. Oczywiście anonimowo, żeby nie podsycać niechęci.
Kibice z Chełma zaczynają ostry zorganizowany doping. Kiedyś i w Krasnymstawie tak dopingowano, ale w latach 60 klub kibica zlikwidowano. – A wszystko przez sędziego Wielguszaka. Oszukał zespół i kibice gonili go aż do dworca PKP. Można powiedzieć, że ledwo uszedł z życiem, bo tłum był żądny krwi – opowiada Sieńko. Dzisiaj młodzież z Krasnegostawu próbuje nawiązać do tych tradycji, ale to potrwa. Kibice wspominają też, że to oni a nie Chełm grali w III lidze. W Chełmie nazywają to wypadkiem przy pracy i śmieją się z Krasnegostawu, który w III lidze przegrywał po 0:10 albo i wyżej. Ale to były dawne czasy.
Dzisiaj na boisku w Chełmie, gospodarze mają wyraźną przewagę. Już w pierwszej połowie Krzysztof Fajman, najlepszy strzelec Chełmianki uderza dwa razy i zapewnia drużynie wygraną. Kilka tygodni później Chełmianka pokonuje jeszcze Włodawiankę 2:0. Trzy wygrane klasyki, czego więcej można chcieć?

Serby na Szewców
– Łaskarzewa nie lubię i tak już zostanie – przesądza sprawę napastnik Zrywu Sobolew Piotr Piorun, który gra tu od trzech lat. Wcześniej kopał piłkę w klubach z Warszawy i o Sobolewie słyszał niewiele. Ale poznał dziewczynę stąd, ożenił się i przeprowadził. – A wtedy automatycznie przestajesz lubić Łaskarzew – śmieje się.
Ale to nie jest wcale śmieszna historia. Sobolew nigdy nie wybaczy Łaskarzewowi świństwa sprzed lat, gdy piłkarze tamtejszego Promnika odpuścili mecz drużynie z Węgrowa, żeby tylko spuścić z ligi sąsiadów zza miedzy.
– Zrobili to celowo, ale nawet gdyby wtedy Promnik wygrał, nie wpłynęłoby to na stosunki między sąsiadami. Sobolew Łaskarzewa nie polubi nigdy ≠ przyznaje Jan Tywonek, prezes Zrywu.
W Łaskarzewie tłumaczą, że przegrali wtedy, bo po prostu byli słabsi i przypominają sytuację sprzed lat, gdy to Sobolew spuścił ich z ligi, chociaż nie musiał tego robić. W Sobolewie pamiętają tę sytuację i zapewniają, że to też był rewanż, za jakiś wcześniejszy niecny postępek Łaskarzewa. I tak dalej, i tak dalej…
– Ci z Łaskarzewa zawsze mieli się za lepszych. To szewcy, w latach 90-tych zarabiali kupę kasy. Dzieci na osiemnastki dostawały mercedesy – ujawnia powody niechęci pan Krzyszof, starszy kibic z Sobolewa, który jeszcze pamięta jak po wygranym meczu wyjazdowym musiał uciekać przez pola. Trudno zapomnieć taki 12-kilometrowy bieg. Pan Krzysztof popija opowieści sobolewskim specjałem, który ma ponad 60 procent i jest idealny do schabowego z kapustą. Sobolewski specjał znają wszyscy „Serbowie”, jak nazywają ich rywale. Nie wiedzą dlaczego. Miejscowy specjalista od historii tłumaczy, że tutejszy teren był kiedyś został podarowany serbskim szlachcicom przez polskiego króla Jana Sobieskiego.
No więc „Serbowie” z Sobolewa mówią, że ci z Łaskarzewa chodzą z nosami zdecydowanie za wysoko uniesionymi, uważają się za wielkich miastowych, a Sobolew za wieś.
W dawnych czasach Łaskarzew był najbogatszą gminą w okolicy. Miejscowym zazdrościł i Sobolew i Garwolin. Szewcy robili fortuny. A po otwarciu granicy był już totalny szał. Na stadionie X-lecia buty z Łaskarzewa szły na pniu. W Łaskarzewie wspominają, jak w 1986 roku, zaraz po mistrzostwach świata w Meksyku, przyjechał tu na dwa treningi Antoni Piechniczek. Taka kasa tu była! Później Łaskarzew przegrał rywalizację z Chińczykami, ale do dzisiaj na głównej ulicy pozostały ślady świetności – w co drugim domu coś się produkuje: sznurówki, zelówki, podeszwy, zwęża cholewki, wymienia klamry.
W tym roku Sobolew z Łaskarzewem nie grał. Czekają. I mają szansę się doczekać, bo Zryw jest bliski spadku do okręgówki. Wtedy znowu zagraliby w jednej grupie – Promnik, Zryw i dopełniająca magiczny trójkąt, Wilga Garwolin. Tak jak w poprzednim sezonie, kiedy Zryw pokonał Promnika 4:1.
– Na ten mecz czekaliśmy wszyscy z utęsknieniem. Wielu kibiców z drżeniem serca myślało o nadchodzących derbach, bo wyniki meczów sparingowych nie napawały optymizmem… – ostrzegał autor na stronie internetowej Promnika. Miał powody do obaw, bo w Łaskarzewie trwa przebudowa. Starzy działacze powoli stają się niewydolni i władze chcą przejąć młodzi. Trenerem został Bogumił Sobieska, najlepszy zawodnik w historii klubu, który grał w Radomiaku i był nawet bliski ekstraklasy, ale plany pokrzyżowała mu kontuzja. Wierzy, że kibice obejrzą niedługo triumf jego drużyny w meczu ze Zrywem.
– I pewnie znowu będzie awantura, bo tam jest zawsze gorąco. Nie ma meczu między nami, żeby nie było ostrej zadymy – mówi Marcińczak, który w Zrywie gra 20 lat i niejedno widział.
Sobolew wypomina Łaskarzewowi, że kibice Promnika spalili kiedyś stadion rywala. – Były jakieś drobne zamieszki i ktoś podpalił krzesełko, ale to chyba nie powód, by zaraz mówić o spalonym stadionie? – pyta retorycznie pan Edward.
Z kolei ci ze Zrywu ponoć donieśli, że w Łaskarzewie nielegalnie na meczach alkohol sprzedają. – Nic takiego nigdy nie miało miejsca, proszę im nie wierzyć – zapewnia prezes Zrywu Tywonek. Na zarzuty o ustawianie sędziów nie odpowiada, bo uważa, że są niepoważne. Jego brat Zbigniew przeszedł kiedyś do Promnika, ale mu wybaczono. To były lata 70-te, gdy Promnik budował w okolicy futbolową potęgę i z gry w piłkę można się tam było utrzymać na dobrym poziomie.
– Ja miałem trzy oferty z Łaskarzewa, ale ich nie przyjąłem. Nie wszystko można kupić – uważa Marcińczak.
W Łaskarzewie mówią, że niedawno jeden piłkarz ze Zrywu chciał przejść do Promnika. Interweniowali miejscowi przestępcy, którzy zagrozili zawodnikowi poważnymi konsekwencjami. I jeszcze jedno – że ich czołowy zawodnik Tomasz „Babilon” Zackiewicz został zmuszony do gry w Sobolewie. Ma tam dziewczynę i jako piłkarz Łaskarzewa nie mógłby do niej przyjeżdżać. A tak jest jakoś tolerowany.
W drugą stronę też to działa. Bramkarz Zrywu Grzegorz Tomala mieszka w Łaskarzewie. Sam zapewnia, że wszystko jest w porządku, ale w Sobolewie zauważyli, że wieczorami jakoś nie wychodzi na ulice.

Wszyscy wyjechali do Anglii
Lokalna legenda mówi, że gdy Huragan Basznia Dolna gra z Orkanem Załuże, nigdy nie świeci słońce. W Huraganie zarejestrowanych jest 50 zawodników. W Orkanie 46. Na tegoroczne derby trudno było zebrać dwie jedenastki.
– Czekaliśmy na nich, bo prosili. Wiedzieliśmy, że mieli problemy. W końcu uzbierali 11 i przyjechali – mówi Łukasz Mazurkiewicz, prezes klubu. Ma 25 lat i marzenia, by zbudować porządny klub w Baszni Dolnej. To miejscowość, w której kiedyś kwitło życie. Miejscowy PGR i kopalnia siarki dawały zatrudnienie lokalnej społeczności. Dzisiaj jest bieda, szczytem marzeń jest polonez, na podwórzach króluje disco polo, przez cały rok czeka się na pożegnanie lata organizowane przez klub. W tym roku udało się uzbierać kilka tysięcy złotych na festynie.
Łukasz Mazurkiewicz pokazuje kilkadziesiąt podań o dofinansowanie. Są już pierwsze odpowiedzi na tak. Przydałoby się więcej kasy i nawet władze powiatowego Lubaczowa są gotowe dać więcej, ale najlepiej, gdyby Basznia Dolna stworzyła jeden wspólny klub z Załużem. A do tego nikt nie dopuści.
Z Baszni do Załuża idzie się 20 minut polną ścieżką, która niejedno pamięta. – Ostatnio jedna dziewczyna od nas szła, zapytali ją skąd jest. Powiedziała, że z Załuża i dostała po głowie – opowiada Jan Załuski. Z Załuża ruszyła odsiecz, polała się krew. Później nadciągnęły posiłki z Baszni, znowu było ostro. Na drugą kolejkę rundy jesiennej zapowiadano wielką bitwę w Baszni Dolnej. Przyjechała policja, straż pożarna, miejscowi zebrali się w odpowiedniej sile.
Miejscowe legendy o rywalizacji miast sprowadzają się do opowieści o latających sztachetach. Ale tym razem z Załuża nie przyjechał nikt poza piłkarzami. Po 20 minutach przegrywali 0:3 i chcieli zejść z boiska.
– Poprosiliśmy ich, żeby dograli. Nie strzelaliśmy więcej bramek, trochę odpuściliśmy – śmieje się Łukasz Mazurkiewicz. Zaznacza, że Huragan jeszcze nigdy nie przegrał z Orkanem. I pewnie długo nie przegra.
– W Załużu ciężko o pracę, prawie wszyscy zdolni do gry wyjechali do Anglii. Tam można zarobić i później żyć na poziomie. Kiedyś jeszcze na derby wracali, dzisiaj nawet jak są tego dnia w domu, to nie chcą grać. Jak trafi się kontuzja, to kto chłopaka z powrotem do pracy przyjmie? – mówi ze zrozumieniem prezes Załuski, który niedawno sam wrócił zza granicy i założył warsztat samochodowy. Jeśli któregoś dnia znów nie uzbiera jedenastu, więcej derbów z Basznią Dolną nie będzie.

4 komentarze

Dzieci i ojcowie rewolucji

Dziś uzupełniam archiwum. Jeden z ważniejszych tekstów jakie robiłem. Gdyby tylko ktoś ważny zechciał się z nim zapoznać… Jest to o zmianach w niemieckiej piłce, o tym jak nasi sąsiedzi przystosowali się do współczesnego futbolu i skąd nagle ich liga zrobiła taki skok jakościowy. Tekst powstał prawie 20 miesięcy temu, ale nic się nie zmieniło, poza ludźmi w PZPN. Odeszli jedni, przyszli drudzy, tacy sami, tylko młodsi. Nadziei jak nie było tak nie ma. Poprawił się jedynie PR. A więc to, że Zibi Boniek zrobi sobie zdjęcia z Mourinho i lemingi uważają, że dzięki temu polska piłka poszła do przodu. Ja mam zdjęcie ze Zbigniewem Religą, ale nie wziąłbym się za przeprowadzenie operacji przeszczepu serca.

Tekst ma 3 fazy. 1 to krótko o obecnej reprezentacji, o tym, że gra szybko. Tylko skąd się to wzięło? 2. A zmniejszeniu średniej wieku, dostosowaniu się do nowych realiów. Tylko skąd brać dobrych młodych piłkarzy? 3. O rewolucji w szkoleniu, o tym jak przeprowadzono zmiany, co wniosły.

Schneller, schneller czyli Niemcy chcą długiego życia na szczycie

Szybki, szybszy, najszybszy, reprezentacja Niemiec. Tak ma wyglądać stopniowanie według Joachima Löwa. Szybkość. Niemiecki selekcjoner ma obsesję na punkcie tego słowa. Wszystko kręci się wokół niej. Od lat niemieccy futbolowi inżynierowie na czele z Löwem, pracują nad
udoskonaleniem piłki nożnej, doprowadzeniem gry do perfekcji, stworzeniem Naddrużyny. Apogeum może nastąpić już za rok, 22 czerwca w Kijowie. Löw mówi, że jego celem jest zwycięstwo tego dnia z Hiszpanią w finale EURO 2012.

Jeśli polscy piłkarze zostawią za dużo przestrzeni – Niemcy to wykorzystają. Jeśli ktoś powiedział w prasie, że obawia się rywala – oni już to wiedzą. Jeśli ktoś ma ma właśnie podpisać nowy kontrakt – zastanawiają się czy wpłynie to na niego pozytywnie czy negatywnie. I nie zawahają się tego użyć. Wiedzą o nas więcej niż może się nam wydawać. Wszystko jest rozpracowane. Za polską kadrę odpowiedzialne są cztery osoby, dwie mówiące po polsku.

Profesor doktor Jürgen Buschmann w środę dostarczył Joachimowi Löwowi materiał do przemyśleń. Wszystko co trzeba wiedzieć przed meczem z Polską. Teraz to mecz towarzyski, więc zaledwie kilka stron. Nie tak jak w 2008 roku, gdy Löw miał na 50 stronach wszystko czego potrzebował.
Co w tym niezwykłego, przecież każdy rozpracowuje rywala? Różnica polega na skali przedsięwzięcia. W naszej kadrze cała praca spoczywa na głowie Huberta Małowiejskiego. U Niemców mamy do czynienia z działaniem na skalę przemysłową, z dotarciem do najgłębszego zakamarka. Wszystko jest obliczone co do centymetra. Jeśli któryś z obrońców rywala spóźnia się o sekundę z reakcją, oni to wyłapią, bo mają do tego program. Jeśli któryś nie utrzymuje optymalnej
odległości ośmiu metrów od drugiego zawodnika w obronie, zaatakują jego stroną.
Zatrudnienie Buschmanna i kilkudziesięciu jego studentów było kolejnym krokiem rewolucji, która ma miejsce w niemieckiej piłce.
– Zadzwonili do mnie o 1 w nocy z pytaniem czy chce współpracować, następnego dnia byliśmy dogadani – opowiada ,,PS” profesor, z którym spotkaliśmy się w Bonn. Zaraz po nocnym telefonie 100 studentów Wyższej Szkoły Sportowej, największego tego typu uniwersytetu na świecie, dostało laptopy i niezbędny sprzęt. Oglądają wszystko co się da, z całego świata. Analizują i wnioski przekazują kadrze. Znany przykład miał miejsce w 2006 roku, gdy podczas mistrzostw świata Niemcy grali ze Szwecją i rzut karny wykonywał Henrik Larsson.
– Trudno było go rozgryźć. Jest znakomity technicznie, ma mocne nerwy. Czeka na to co zrobi bramkarz i reaguje. Dlatego Lehmann do końca stał nieruchomo. Nie mógł wykonać żadnego gestu zdradzającego swoje zamiary. Larsson przestrzelił – dodaje Buschmann.
– Nauka jest ważna, przy podobnym poziomie daje kilka procent różnicy. Ale zdajemy sobie sprawę, że w piłce nożnej, w przeciwieństwie do wielu sportów, nie jest najważniejsza. Gdyby tak było, reprezentacja NRD byłaby najlepsza w historii piłki nożnej – mówi Buschmann.
Wykorzystanie nauki w grze reprezentacji to przykład na to jak nowocześni są dziś Niemcy.
– Dziś jesteśmy pod tym względem pierwsi w Europie – przekonuje profesor.
Rozpracowanie rywala na masową skalę, to jeden z pomysłów. Najważniejsza jest gra własna.

Niemcy wierzą, że obecna drużyna jest tą, która może przejść do historii. Drużyną, która łączy piękno gry ze wszystkimi dotychczasowymi cechami niemieckiego futbolu – zaciętością, twardością, walką do końca. Ale bez mistrzostwa świata czy Europy nie sposób zestawić jej z największymi historycznymi ekipami.
Pierwszą wielką niemiecką drużyną, jest ta z 1954 roku. To zespół który odbudował naród i wyciągnął z powojennej izolacji. Cud w Bernie to nie tylko wygrany 3:2 finał mistrzostw świata z Węgrami. – Ten mecz spowodował odrodzenie narodu. Ludzie mówili: ,,Znowu mamy powód, by w
siebie wierzyć”. Wygrana reprezentacji spowodowała wielki boom ekonomiczny, to dzięki piłce do przodu ruszyła niemiecka gospodarka – opowiada Gregor Derichs, dziennikarz agencji DAPD.
Punktem odniesienia dla niemieckich kibiców jest jednak drużyna z 1972 roku. Ówcześni mistrzowie Europy grali futbol przyszłości, szybki, ofensywny, piękny. Idealny. Od tego czasu nigdy nie udało się stworzyć podobnego zespołu, choć Niemcy zdobywali jeszcze dwukrotnie mistrzostwo świata i tyle samo raz mistrzostwo Europy..
Drużyna Joachima Löwa ma wszelkie dane ku temu, by nawiązać do tej ekipy. Kadra naszych zachodnich sąsiadów pędzi z prędkością niemieckiego pociągu ICE trzeciej generacji, a przecież w jeszcze kilka lat temu rewolucja wisiała na włosku.
– Media na początku nie przyjęły nas optymistycznie. Potem po porażce z Włochami (1:4 w marcu 2006 – mw) ludzie chcieli mojej krwi. DFB szykowała się do zmiany na stanowisku. Uratowała mnie wygrana ze Stanami Zjednoczonymi (4:1 trzy tygodnie później). Nie chcieli rewolucji, chcieli konserwatywnego podejścia – przypominał Jürgen Klinsmann, ojciec rewolucji, w tekście napisanym dla BBC.
Zmiany była niewygodne dla wielu osób. Klinsmann przyniósł ze sobą cały sztab, wydział prasowy, dyrektora kadry, specjalistów od przygotowania fizycznego z USA (Mark Verstegen i Shad Forsythe z grupy Athletes Performance). Był zakochany w idei amerykańskiego sportu. Zresztą wiele pomysłów zaczerpnął z rozmów z legendarnym trenerem koszykówki Philem Jacksonem.
Najważniejszym człowiekiem w jego sztabie był Joachim Löw. Obecny selekcjoner został w 2005 roku właśnie zwolniony z Austrii Wiedeń i był wolny. Klinsmann cenił Löwa za niezwykłą umiejętność wdrażania skomplikowanych schematów taktycznych w życie.Zebrał więc zupełnie nową grupę ludzi myślących w podobny sposób. Ludzi niezależnych od związku, ale działających za jego przyzwoleniem.
Przełom nastąpił w 2006 roku, po meczu z Polską w Dortmundzie. Znakomity styl Niemców, ale też niezwykła dramaturgia spotkania pozwoliły uwierzyć niemieckim kibicom, że droga wyznaczona przez Klinsmanna jest słuszna.
– Wtedy cały naród docenił nas i powiedział: ,,Oto jest nasz drużyna, oto sposób w jaki chcemy grać” – opisywał Klinsi. – Przeforsowaliśmy futbol ofensywny, który polega na tym, żeby grać po ziemi, wychodzić z głębi pola do ataku tak szybko jak to możliwe.
W 2006 roku wychodziło to tylko nieźle, choć mecz ze Szwecją był sygnałem, że można grać pięknie. Cztery lata później, w RPA, widzieliśmy efekty, dla wielu fanów szokujące. Najlepiej
w meczach z Argentyną (4:0) i Anglią (4:1), gdy błyskawiczny atak Niemców rozrywał linie defensywne rywali. Niemcy w ciągu kilku sekund potrafili serią podań przenieść grę spod swojej bramki na drugą stronę boiska. Zupełnie niegroźnie wyglądająca sytuacja mogła skończyć się bramką. Bo jak mówi profesor Buschmann: „Sytuacja bramkowa jest wtedy, kiedy masz piłkę przy nodze”. Niemcy we wspomnianych meczach udowadniali tę karkołomną teorię.
Wszystko wynika z szybkości.
– Najważniejsza w nowoczesnej piłce jest szybkość – mówi Löw.
Błyskawiczne oddawanie piłki i wychodzenie na pozycje, pomaga w poszukiwaniu przestrzeni, tak deficytowej w dzisiejszej grze.
Według statystyk niemiecki piłkarz w 2006 roku podczas ataku, przetrzymywał piłkę przeciętnie przez 2,5 sekundy. W niektórych meczach po EURO 2008 było to już tylko 1,4 sekundy. Podczas meczu z Rosją w Moskwie w 2009 było momentami 1,2 sekundy. Ideał Löwa to Barcelona. Jej piłkarze trzymają piłkę 0,1 sekundy krócej.

Gdy kadra narodowa poniosła klęskę dwa razy z rzędu, w 1998 i 2000 roku, średnia wieku w drużynie wynosiła między 28 a 30 lat. Klinsmann zszedł do 25, Joachim Low schodzi niżej. Średnia wieku kadry, która przyjechała do Gdańska wynosi nieco ponad 23 lata. Jeszcze w 1998 roku w drużynie nie było żadnego zawodnika poniżej 23 lat. Dziś jest ich 14.
Jest to podyktowane względami racjonalnymi. Młode organizmy szybciej się regenerują, co jest kluczowe podczas turnieju. Poza tym młodzi zawodnicy są głodni sukcesu, nie kalkulują, również w meczach towarzyskich. Löw korzysta z tego, że ma duży wybór i stawia warunek:
,,Albo grasz na maksimum, albo nie ma cię w drużynie”.
Ofensywne supertrio: Müller – Özil – Götze (który w perspektywie ma wskoczyć na lewą stronę w miejsce Podolskiego) to na pewno najmłodsza taka formacja wśród liczących się reprezentacji na świecie.
Umiejętność stworzenia odpowiedniego klimatu w drużynie i odwagi w podejmowaniu decyzji, stawianiu na młodych piłkarzy – to na pewno wielkie zasługi Löwa.
Ale ma ten system też swoje wady. W meczu z Hiszpanią w półfinale mistrzostw świata młodzi piłkarze nie byli w stanie unieść ciężaru odpowiedzialności.
– Okazaliśmy zbyt dużo respektu, za bardzo się cofnęliśmy – powiedział „PS” Piotr Trochowski. Za pomocą specjalnego programu komputerowego studenci Buschmanna wyliczyli gdzie powinni ustawić się niemieccy piłkarze w meczu z Hiszpanią. Niemcy nie wytrzymali psychicznie, zagrali o 7 metrów głębiej.
Rozczarowanie nie spowodowało jednak zwątpienia w sens rewolucji. Niemcy wciąż przyspieszają. Już teraz nie brakuje głosów, że niedawny mecz z Brazylią (3:2) był jednym z najlepszych w historii reprezentacji.
– W każdym meczu musimy grać jak najlepsze drużyny w Lidze Mistrzów – mówi Löw. To oznacza, że Polska nie może liczyć na jakieś specjalne przywileje z okazji spotkania.
Gdy dziś zachwycamy się drużyną niemiecką, trudno wyobrazić sobie, że ten wielki kryzys, który wstrząsnął Niemcami miał miejsce zaledwie 11 lat temu.

Rewolucja numer 1
Rudi Völler, który jako piłkarz zdobył mistrzostwo świata w 1990 roku, zaś jako trener wicemistrzostwo w 2002 mówi: – Proszę pamiętać, że gdy zaczynałem pracę w 2000 roku, miałem znacznie mniejszy wybór zawodników. Warunki, w których pracuje Löw, to prawdziwy raj.
I tu kryje się podstawa sukcesu. Bo rewolucja w niemieckiej piłce, to nie tylko zmiany taktyczne i przyspieszenie gry. Naddrużyna to tylko efekt końcowy. Najważniejsze są zmiany w szkoleniu młodzieży. Mają one zapewnić Niemcom dominację w światowym futbolu na lata.
– My Niemcy, zawsze wiedzieliśmy jak szkolić młodzież, ale nie było w tym systematyczności. Nie było takiej potrzeby, bo mieliśmy piłkarzy. Ale inne kraje poszły do przodu, my nie, i przyszło wielkie rozczarowanie. To, co robią dziś kluby wspólnie z DFB, to fantastyczna sprawa, może nam zapewnić dobre życie na długo – mówi Pierre Littbarski, 73-krotny reprezentant Niemiec.
Czas wielkich zmian rozpoczął się w 2000 roku. Niemcy wprowadzili w życie plany, które były przygotowane przez Bertiego Vogtsa. Zresztą tego samego, który później namówił, wg. Bilda, szefów związku na zatrudnienie Klinsmanna na stanowisku selekcjonera.
Ulf Schott, szef wydziału szkolenia młodzieży w DFB: – Wcześniej było wiele znakomitych pomysłów, ale nie było ciśnienia, żeby je wprowadzić. Rewolucyjne zmiany wymagają historycznych momentów. Dla nas takim stał się kryzys pierwszej reprezentacji podczas mistrzostw świata w 1998 i mistrzostw Europy w 2000 roku, gdy w kiepskim stylu odpadliśmy w fazie grupowej. Ciśnienie społeczne było tak duże, że gdy podniesiono sprawę wielkich zmian, nikt nie odważył się zaprotestować.
Dziś na terenie Niemiec działa 366 centrów szkolenia młodzieży. W zasięgu każdego z nich znajduje się kilkadziesiąt klubów. Uzdolnieni juniorzy trenują na co dzień w klubach, ale znajdują się pod stałą obserwacją trenerów z centrów młodzieżowych. Najzdolniejsi przyjeżdżają raz w tygodniu na trening specjalistyczny.
– Najlepsi grają z najlepszymi, kształcą się indywidualnie. Poza tym są pod obserwacją trenerów z najlepszych klubów – mówi Schott.

Poza tym w idei centrów współpracujących ściśle z profesjonalnymi klubami, kryje się jedna z najważniejszych rzeczy w całym programie. Stworzony przez Niemców system ma to do siebie, że przez sito selekcji profesjonalnych klubów nie prześlizgnie się żaden uzdolniony chłopiec.
Jeśli w Niemczech jest zdolny piłkarz, zostanie wyłowiony.
Niedopuszczalne są więc sytuacje, gdy ktoś nie zauważy piłkarza o potencjale przykładowo Ireneusza Jelenia, Sławomira Peszki czy Adriana Mierzejewskiego. W Polsce ci zawodnicy musieli czekać na skok jakościowy do 23. roku życia, albo dłużej. 23-letni zawodnik jest podstawowym graczem kadry narodowej. Na wszelki wypadek centra młodzieżowe wyławiają zawodników do 18 roku życia.
– Są piłkarze tacy jak Thomas Müller, którzy już w wieku 10 lat są znani w całych Niemczech. Ale jest też Andreas Schürrle, który początkowo nie dostał się do Akademii Młodzieżowej. Dopiero z czasem był na tyle dobry, że trafił do centrum i stamtąd został wyłowiony – mówi Schott.
Oczywiście nie jest tak, że całe Niemcy żyją ideą centrów.
Manfred Dubski, trener młodzieży w Schalke 04 Gelsenkirchen, odkrywca talentu Sebastiana Bönischa, docenia starania związku choć przypomina, że najważniejsza jest dobra praca w klubach. – Neuer, Howedes, Özil, Draxler… ci wszyscy zawodnicy byliby u nas bez względu na program związku. Na pewno trzeba przyznać ze DFB wykonuje dobrą pracę, ale też nie można powiedzieć, że to dzięki nim odkryliśmy tych zawodników – mówi w rozmowie z ,,PS”.
Sami zawodnicy często podkreślają, że programowi DFB zawdzięczają wiele. Również wspomniany Özil. Chodzi tu nie tylko o centra, ale o kolejną zmianę, jaką jest obowiązek posiadania akademii piłkarskiej przez każdy profesjonalny klub.
W Polsce akademii jest ledwie kilka, w Niemczech posiadają je nawet niektóre trzecioligowe kluby. Młodzi piłkarze mieszkają zazwyczaj u rodzin współpracujących z klubem. Przykładowo młodzi piłkarze Bayeru Leverkusen mieszkają w promieniu 60 kilometrów od siedziby klubu. Codziennie
autokary klubowe przywożą ich na treningi i zajęcia szkolne, a po południu odwożą do domów. W sumie w klubie pracuje 23 trenerów, każda drużyna ma 3, 4 lekarzy, dwóch fizjoterapeutów, sześciu skautów, nauczyciel, psycholog, pedagog, dwóch specjalistów od strzyżenia trawy i dziesięciu kierowców busów.
Ulf Schott: – Początkowo nie wszystkie kluby chciały inwestować w Akademie. Mówili, że to zbyt drogie rozwiązanie. Minęło 10 lat i już wiadomo, że dzięki inwestycji kluby dziś sporo oszczędzają na sprowadzaniu zawodników. Dziś nie znajdzie pan nikogo, kto powie, że to był zły pomysł.
To właśnie ten system dał Niemcom wysyp talentów.

Kto pamięta o kryzysie
Jurgen Klinsmann opowiada: – Jest niesamowite, jak niemiecki futbol poradził sobie z kryzysem 2000 roku. Współpraca między drużynami a DFB była doskonała.
Słowo ,,rewolucja” kojarzy się z jakimś nieprzemyślanym zrywem. który przynosi tak samo wiele szkody jak pożytku. W przypadku Niemców, wszystko jest perfekcyjnie zorganizowane i połączone. Od zmiany systemu gry, przez zatrudnienie specjalistów od motoryki i przygotowania fizycznego z USA, laboratoria futbolowe profesora Buschmanna aż do systemu szkolenia młodzieży.
Zanim jednak zastanowimy się, czy to wszystko byłoby możliwe w Polsce, warto pamiętać, że w Niemczech stało się tylko dzięki odważnym decyzjom kierownictwa DFB. My mamy PZPN.

9 komentarzy

Legenda

Śmierć człowieka gór, cz. 1

LEGENDA

4-letni Wojtek obudził się z krzykiem. Właśnie śniło mu się, że jest w windzie z ojcem i nagle zaczynają spadać. Ciocia powiedziała, żeby nie przejmował się i poszedł spać. Tak zrobił.
Dworzec kolejowy w Katowicach. 24-letni Wojtek Kukuczka idzie specyficznym, ale pewnym krokiem. Niezbyt wysoki, nie przywiązuje uwagi do ubrania, na głowie dredy. Matka mówi, że jest podobny do ojca. Ale tylko z charakteru. Cechy fizyczne, rysy, budowę odziedziczył starszy z braci, Maciek. Matka mówi, że jest jak ojciec tyle, że „w ciemnej oprawie”.
Wojtek na co dzień robi zdjęcia. Skończył Akademię Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Pracował przez chwilę w katowickim oddziale Faktu, można powiedzieć, że jest na etapie poszukiwania miejsca w życiu. Ostatnio zaczął zbierać materiały o ojcu. Zainteresował się wspinaczką. Na razie trenuje na skałkach ale ostatnio zapytał Ryszarda Pawłowskiego czy nie zabierze go na wyprawę w Himalaje.
– Jeszcze za wcześnie – odpowiedział Pawłowski.
Wojtek na razie pojechał tylko pod Lhotse, na grób ojca. Nie pamięta go. Ale nigdy nie miał do niego pretensji.
– Był niezależny, dokonał swojego wyboru, szanuję to – mówi.
20 lat temu Jerzy Kukuczka wyruszył na swoją ostatnią podróż. To miała być jego ostatnia tak ekstremalna wyprawa. Nigdy nie obiecał, że porzuci góry. Nie mógłby tego zrobić. Nawet gdy już zdobył Sziszepangmę, swój ostatni, czternasty ośmiotysięcznik. Wydawało się, że ma już wszystko.
Ale południowa ściana Lhotse nie dawała mu spokoju. To było największe wyzwanie himalaizmu końca lat 80-tych. A jak mówi Wojciech Kurtyka: „Gdy pojawiało się jakieś medialne wyzwanie, możliwość pokazania całemu światu kto jest najlepszy, wtedy Jurek po prostu ruszał do akcji”.
– Chciał udowodnić sobie, że może to zrobić. Innym nie musiał nic udowadniać, tylko sobie – uważa Cecylia Kukuczka.
W twarzy, oczach, w sposobie bycia pani Cecylii wyczuwa się pewną melancholię. Nawet gdy opowiada o swoim mężu, z pasją, z wielkim zaangażowaniem, gdy nagle się ożywia, z jej twarzy nie znika zaduma czy nawet smutek. Jesień to sezon dla dziennikarzy. Przyjeżdżają, pytają o męża. Tak jest rok w rok, teraz bardziej, bo to dwudziesta rocznica jego śmierci. Ale nawet po dwudziestu latach można odnieść wrażenie, że niektóre pytania sprawiają ból.

Wraca wspomnienie…
Ligota, dzielnica Katowic. IX piętro na wielkim blokowisku. Już ostatnie tygodnie tutaj, bo niedługo się wyprowadzą. Jerzy za osiągnięcia dostał przydział na bliźniaka. Cieszy się, że będzie miał swój własny pokój. Od kilku dni nie było od niego wiadomości. Choćby kilka słów w radiu czy telewizji. Pani Cecylia wieczory spędza przyklejona do radioodbiornika. W końcu coś powiedzą. Listy od Jerzego dochodzą czasem kilka dni po jego powrocie z wyprawy. Ale z odbiornika zawsze coś można usłyszeć.
– Nie czekasz na dobrą czy złą wiadomość. Po prostu na jakąkolwiek. Choćby jedno zdanie – mówi.
Wtorek to już najwyższy czas na jakiś meldunek. Dzwonek do drzwi, pani Cecylia wychodzi na klatkę. Janusz Majer, przyjaciel Jerzego, pojawia się z żoną za szklaną szybą. Patrzą na nią, spuszczają wzrok. Ona już wie. Jako pierwsza. To jest stalowa zasada, najpierw trzeba powiadomić rodzinę, za wszelką cenę zanim przedostanie się do mediów. Te w dalszej kolejności. Najgorsze co może być, to
dowiedzieć się z telewizji.
Kilka godzin później do agencji prasowych przedostaje się informacja: „Podczas wspinaczki na południowej ścianie Lhotse spadł i poniósł śmierć polski himalaista, Jerzy Kukuczka”.

Może się panie przysiądą?

Pani Cecylia kończy właśnie oprowadzać turystów, młode małżeństwo z dwójką dzieci. Opowiada z pasją. Dzieci chciałyby już iść ale rodzice słuchają z niezwykłym przejęciem, zadają pytania.
W Istebnej, w rodzinnym domu Kukuczków, wygospodarowała małą salkę i stworzyła izbę pamięci swojego męża. Tutaj znajdował czas na odpoczynek, zabawę z synami, Maćkiem i Wojtkiem, śpiewał przy ognisku piosenki „Starego Dobrego Małżeństwa”. I przyśpiewki góralskie. Po polsku i słowacku.
Kompletnie nie umiał tańczyć ale za to świetnie śpiewał. Uwielbiał to miejsce. Przyjeżdżał tu czasem, żeby choć na chwilę uciec od mediów. W domu czasem nie dało się już wytrzymać.
– Gdy Jurek zaczął zdobywać kolejne szczyty w domu cały czas ktoś był, cały czas dzwonił telefon. Wtedy wsiadaliśmy w samochód i jechaliśmy do Istebnej – mówi Cecylia Kukuczka.
Nie rozmawiali dużo o górach. Co tam czuł, jak niezwykłą walkę podejmował? Wszystkiego dowiedziała się już po jego śmierci, redagując  autobiografię męża.
– Naprawdę musieliśmy się natrudzić, żeby cokolwiek z niego wyciągnąć. Góry były tylko jego. W domu była rodzina – mówi pani Cecylia.
Opowiada zwiedzającym o sprzęcie, o wyprawach, o każdym szczycie. Ciężko uwierzyć, że gdy poznali się na początku lat 70-tych nie miała o tym pojęcia. Poszła z koleżanką na kawę do jednej z katowickich restauracji a Jerzy świętował swoje urodziny w towarzystwie kolegów z Głównego
Instytutu Górniczego. Panie nie miały gdzie usiąść, więc zaproponował jej miejsce obok.
– Skromny i jednocześnie bardzo przyjazny, bardzo mi się to spodobało – mówi Cecylia Kukuczka. – Widziałam w jego oczach że to bardzo dobry i uczciwy człowiek. Spodobaliśmy się sobie i tak od randki do randki…
Nazwisko Jerzego było wtedy już znane w środowisku polskich wspinaczy. Miał też bolesne doświadczenie ze śmiercią, która później będzie mu towarzyszyć, gdy w latach 80-tych po kolei ginąć będą jego partnerzy i przyjaciele.
W 1971 roku jednym z najważniejszych problemów polskich wspinaczy było zimowe przejście tzw. direttissimy Kazalnicy, czyli najprostszej drogi prowadzącej na szczyt. Ta sama ściana, która latem wydawała się dość prosta, zimą stanowiła niezwykłe wyzwanie. Wielką wyprawę szykowali
Krakowiacy pod wodzą młodego talentu, Wojciecha Kurtyki. Kukuczka próbował zmierzyć się ze wschodzącą gwiazdą taternictwa.
– Gdy przyjechaliśmy do schroniska nad Morskim Okiem zorientowaliśmy się, że Ślązacy z Harcerskiego Klubu Taternickiego są już w ścianie. Wiedzieli, że szykujemy swoją wyprawę i postanowili uprzedzić nas o jeden dzień – opowiada Kurtyka. Był Kukuczka, Zbigniew Jaworowski i
Piotr „Jim” Skorupa, przyjaciel Jerzego, być może najbliższy, z którym wspinał się od kilku lat.
Krakowiacy byli zirytowani, wręcz wściekli. Podjęli rękawicę. Wyprzedzili Ślązaków, bo ci postanowili przeczekać dwa dni z powodu załamania pogody. W końcu Kukuczka i koledzy zaczęli gonić. Pogoda
beznadziejna, teren ciężki, Kurtyka prze naprzód, metr po metrze, zostawia wszystkich w tyle, Kukuczka nie odpuszcza, narzuca ostre tempo.
Warunki są na tyle ciężkie, że jeden z „krakowiaków” pomaga ślązakom, użycza im liny.
Kukuczka wchodzi pierwszy na półkę skalną. Zaczyna grzać zupę dla kolegów. Skorupa jest tuż za nim. Kukuczka właściwie wyciąga do przyjaciela rękę… Mówi: „Chodź, dawaj”. Lina jest oblodzona. Jim łapie za tzw. węzeł Prusika. To niedopuszczalny błąd, wręcz śmiertelny… Węzeł zaczyna się zsuwać…
– Usłyszałem jakiś niewiarygodny krzyk, niemalże pisk, i za chwilę głośne rąbnięcie. Nie wiedziałem co się dzieje, mój partner Tadek Gibiński nie chciał nic powiedzieć. „Idź dalej, wszystko jest w
porządku, coś spadło” – rzucił. Dopiero nad ranem przyznał, że Skorupa zginął – opowiada Kurtyka. Ślązacy opuścili ścianę.
Kukuczka przyznał po latach, że przez kilka tygodni bił się z myślami, wrócić w góry czy nie.
Wrócił. Przechodził przez kolejne szczeble. W Dolomitach kamień oderwany od skały trafił go w głowę. Szedł dalej. W Alpach sam spadł z Marmolaty. Z ośmiu metrów. Podniósł się i osiągnął szczyt.
Dalej był McKinley na Alasce, gdzie ledwo przeżył i stracił kawałek palca, później Hindukusz. Zawsze w bardzo dobrym stylu. W końcu trafia w Himalaje. Cały czas wyżej, cały czas trudniej.
Pierwsze podejście na Nanga Parbat zakończyło się niepowodzeniem. Jednak Kukuczka odsuwa od siebie piętno tego, który źle znosi wysokość,  które przylgnęło do niego po McKinleyu.
– Wtedy, po Alasce, kilku ekspertów z klubu stwierdziło, że Jurek w wysokie góry się nie nadaje – przypomina Ryszard Warecki, przyjaciel Kukuczki.
Wyprawa w Himalaje to koszty. Milion złotych. Kukuczka i koledzy malują kominy. Są szybsi niż wszechpotężne Hutnicze Przedsiębiorstwo Remontowe. Znacznie szybsi. Podczas gdy „konkurent” potrzebuje na pomalowanie 80-metrowego komina kilka miesięcy, oni robią to… w tydzień.
„Bo my proszę pana, malujemy bez rusztowania. Na linach” – tłumaczy Kukuczka dyrektorowi jednej z wielkich kopalń. Dyrektor robi wielkie oczy, ale w końcu wykłada pieniądze. Jeszcze kilka kominów, kilka wizyt w gabinetach i można ruszać…
4 października 1979 roku wraz z Andrzejem Czokiem staje na szczycie Lhotse. Nie używają dodatkowego tlenu, co jest w tym czasie ogromnym osiągnięciem.
Kolejny sukces to Mount Everest. W maju 1980 roku, już nową trasą. Od tej pory Kukuczka będzie szukał nowych wyzwań, nie zadowoli się tym co banalne, osiągalne dla „zwykłych śmiertelników”.
W 1981 roku podejmuje próbę zdobycia Makalu. W stylu alpejskim z Wojciechem Kurtyką i Anglikiem Alexem McIntyre. Załamanie pogody powoduje, że muszą się wycofać. Nie kryją żalu. Kukuczka próbuje przekonać Kurtykę do powrotu ale ten postanowił, że to koniec.
– W takim razie pójdę sam – wypala Kukuczka. Koledzy są trochę zdezorientowani… Nie protestują. Kurtyka odpowiada: „Zatem idź, ale nie widzę szansy. Weź ode mnie wszystko czego potrzebujesz”.
Kilka dni później znowu są razem. Kukuczka ze swoim trzecim ośmiotysięcznikiem na koncie. Tyle nie osiągnął jeszcze żaden z polskich himalaistów. Znowu zwyciężył. Gdy dochodzi do siebie podczas kolacji, rzuca: „Dalibyście coś zapalić”.
Zdębieli.

Twardziel i geniusz

W pierwszej połowie lat 80-tych stworzył z Kurtyką duet marzeń. Himalajski dream team.
Bronowice, obrzeża Krakowa. Kurtyka otwiera drzwi, kończy załatwiać telefonicznie swoje interesy w Indonezji, uśmiechnięty od ucha do ucha. Mówi się o nim, jako o człowieku mocno ekscentrycznym, niechętnym mediom. Obraz ten okazuje się nieco zafałszowany. Pracuje właśnie nad opowiadaniem. Chce wykorzystać motywy autobiograficzne, chociaż przyznaje, że choć jest to już zaawansowane to nie wyklucza, że nigdy nie zostanie wydane…
Kurtyka, legenda świata alpinistycznego, w Polsce nieco w cieniu wielkich, medialnych nazwisk. Na zachodzie, wśród swoich, uznawany za mistrza. Jeden ze znanych wspinaczy mówi o nim tyle, że jeśli w alpinizmie można mówić o geniuszu czy jakimś nieprawdopodobnym talencie, to właśnie dotyczy to na pewno Kurtyki.
Reinhold Messner, czyli człowiek mający w tym świecie niemal patent na nieomylność, nazwał Kurtykę tym, który miał największy wpływ na europejskie wspinanie.
Kukuczka i Kurtyka, duet co najmniej dziwaczny. Nawet nie tyle niezwykły jest fakt, że się ze sobą wspinali, ile że po prostu w ogóle lubili spędzać ze sobą czas.
Kukuczka – typowy sportowiec. Czołg. Człowiek który zakłócił elitaryzm himalaizmu. Ślązak, elektryk. Kurtyka – człowiek o duszy artysty, syn Henryka Worcella, autora legendarnych „Zaklętych Rewirów”, niejako więc ucieleśnienie tego elitaryzmu.
Najtwardszy człowiek, jaki kiedykolwiek chodził po górach i geniusz wspinaczki.
Z jednej więc strony twardziel, Jurek, normalny i naturalny facet, któremu podobało się zainteresowanie mediów i popularność. Jego znajomi nie ukrywają, że o nią zabiegał, gdyż rozumiał, że wiąże się to z dofinansowaniem wypraw, ale też wynikało ze zwykłego ludzkiego cieszenia
się swoimi pięcioma minutami.
Z drugiej strony geniusz, Wojtek, wyjątkowo inteligentny facet ze skłonnościami do filozofowania, dbający niezwykle o formę wypowiedzi, w miarę możliwości stroniący od mediów, gdyż każdy udzielany wywiad jest jego zdaniem przyznaniem się do własnej słabości, którą jest próżność.
Jurek, tradycyjny katolik z krzyżykiem na szyi, w każdą niedzielę obowiązkowo meldujący się w kościele i Wojtek, wiecznie poszukujący prawdy o absolucie.
Jurek, prący na przekór wszystkiemu, przekonany o tym, że opatrzność chroni go przed śmiercią i Wojtek, którego wyobraźnia podsuwała najgorsze możliwe obrazy śmierci. Efektem tej jego przesadnej z pozoru ostrożności był fakt, że na wyprawach z jego udziałem doszło do zaledwie
jednego, niezbyt groźnego wypadku.
Ta oto „niezwykła dwójka” stanowiła, jak uważa Janusz Kurczab, prawdopodobnie najlepszy zespół w historii polskiego himalaizmu. Razem zdobyli 3 ośmiotysięczniki w zaledwie 2 lata. Wydawało się, że razem są w stanie zdystansować całą elitę światowego himalaizmu.
– Wbrew pozorom te wszystkie przeciwności doskonale się uzupełniały – uważa Kurtyka. – Jurek miał niezłomność i żelazną konsekwencję w dążeniu do celu, ja miałem spore możliwości techniczne. To było dobre połączenie.

Ich trawers Broad Peaków przeszedł do historii himalaizmu. Rozstali się wkrótce po tym, schodząc po udanej wyprawie.

– Jerzy w pewnym momencie chciał iść na Gaszerbrum IV, tak zwaną „Świetlistą Ścianę”. Ja powiedziałem, że nie, bo pogoda nie jest odpowiednia. Choć od lat było to przecież moje marzenie… – mówi Kurtyka. – Jurek w swojej książce wyrażał rozczarowanie, że ja nie chciałem wejść w ścianę. Ta próba to był błąd w sztuce, nie wchodzi się w takie monstrum, prawie 3 kilometry, kiedy pułap chmur sięga 6 tysięcy metrów, kiedy każdego dnia po południu prószy śnieg. Nie wchodzi się w
takich warunkach w stylu alpejskim gdy już nie ma odwrotu!
Czy więc Kukuczka był szaleńcem?
Kurtyka odpowiada: – Nie, Jurek wierzył, że człowiek potrafi wytrzymać o wiele więcej niż to się utarło, organizm ludzki według niego jest o wiele mocniejszy niż się mówi, zaś wypadki to są po prostu… wypadki. Jakby nie zdawał sobie sprawy że na przykład można umrzeć z wyczerpania. A
przecież siła ludzka w końcu się kończy. Jurek myślał, że zawsze można coś zrobić, zawsze można mieć wpływ na swój los.
Kiedyś Jerzy zwierzył się przyjacielowi, że gdy nie zdołał zdobyć góry, pytał w duchu najwyższego: „Boże mój, dlaczego nie pozwoliłeś mi wejść, przecież nic złego nie zrobiłem?”.
Janusz Majer, przyjaciel Kukuczki, dziś współwłaściciel firmy Hi-Mountain opowiada: – Siedzieliśmy z Jurkiem pod Świetlistą ścianą, patrzył na nią i opowiadał jak ją „ugryźć”, którędy pójść. Wróciliśmy do
bazy i wtedy pogoda się naprawdę zepsuła. Trzech z nas postanowiło, że schodzimy, wtedy Wojtek Kurtyka powiedział: „My z Jurkiem też schodzimy”. Jurek nie chciał. Miał takie podejście, że jeśli
zapłaciliśmy za zdobycie ściany, to musimy spróbować.

Ta sytuacja była katalizatorem. Kurtyka miał dość, załatwiał większość wyjazdów, pozwoleń, żywności. Chociaż Jerzy był mistrzem gdy przyszło do załatwiania golonki i szynki w puszkach. Nieoznakowanych. Tylko on wiedział, w której jest golonka, w której szynka. Wąchał puszkę i mówił.
Nigdy nie chybiał. Ale to wszystko było tłem. Jerzy miał inne cele. Chciał zdobyć wszystkie ośmiotysięczniki. Kurtyka żył swoimi marzeniami.
– Sporą rozbieżność między nami można było zauważyć przy wyborach celów. Ja wybierałem te, gdzie mogłem podziwiać naturę, cieszyć się wyzwaniami. Jurek był mentalnie w pełni ustawiony na największe wysokości. Gdy ja ujrzałem szczyt Trango Tower, spędziłem tam ranek i byłem tak roztrzęsiony, że ciężko mi było dojść do siebie, byłem jak po jakimś ciężkim kataklizmie wewnętrznym, tak to porażająco odebrałem. A on? Nie sądzę by w ogóle zrobiło to na nim jakieś wrażenie. Góra i tyle, nawet niezbyt wysoka… Jurek wybierał kolejne zdobycze z listy. Już
wiedział, że chce gonić Messnera – mówi Kurtyka.
Coraz częściej dochodziło do kłótni. Często z byle powodu. Ich rozejście było niezwykle symboliczne. Schodzili lodowcem Baltoro, w pewnym momencie jeden poszedł w prawo, drugi w lewo. Jurek skręcił na niespełna siedmiotysięczny Biarchedi i stamtąd na przełęcz Masherbrum La i do
doliny Hushe.
Gdy Kukuczkę zobaczył miejscowy nauczyciel stwierdził, iż wątpliwe aby stamtąd przyszedł samotnie. Do tej pory udało się to tylko sporej grupie amerykańskich przewodników. „To niemożliwe. Poza nimi nikt się tędy jeszcze nie przedostał” – stwierdził nauczyciel. Jerzy wzruszył ramionami. Nie starał się go przekonać. Próbował za to przekonać Kurtykę do dwóch wypraw zimowych i udziału w wyścigu po 14 ośmiotysięczników. Bezskutecznie. Kukuczka mówił, że zimą można zrobić dwa i zacząć gonić
Messnera.

– Dla Jurka to było zupełnie naturalne, gdyż on traktował wspinaczkę jako sport. Dla mnie było to wręcz niedopuszczalne – mówi Kurtyka.

Marsz

Kukuczka miał trochę racji. Kolejne ośmiotysięczniki padały, jeden po drugim.
Styczeń 1985, Dhaulagiri, razem z Andrzejem Czokiem.
Luty 1985, Cho Oyu razem z Andrzejem Heinrichem.
Lipiec 1985, Nanga Parbat razem z Heinrichem, Sławomirem Łobodzińskim i Carlosem Carsolio. Młodym Meksykanin, który później jako czwarty na świecie osiągnął wszystkie ośmiotysięczniki, tak napisał nam w mailu:
– Spotkałem go w bazie Rupal. Miałem pożyczony sprzęt albo taki domowej roboty a miałem spotkać legendarnego Kukuczkę, faceta który pewnie ma najlepszy sprzęt świata, najlepszego himalaistę świata… Co on pomyśli jak zobaczy ten mój sprzęt? Byłem bardzo zawstydzony. Gdy dotarłem do
bazy trochę byłem kompletnie zaskoczony. Zobaczyłem jak Kukuczka z Zygą Heinrichem szyją i cerują swoje ubrania. też mieli takie domowej roboty, z rosyjskich materiałów”.

Do końca roku miał już 9 szczytów. Kolejny rok i kolejne rekordy.
Styczeń 1986, Kanczendżonga, pierwsze zimowe wejście, z Krzysztofem Wielickim.
Lipiec 1986, K2, razem z Tadeuszem Piotrowskim. Międzynarodową wyprawę organizował słynny Karl Herrligkoffer. Wziął kilku Polaków i międzynarodowe towarzystwo, z Austrii, Szwajcarii, Niemiec.
Kukuczka wspomina w swojej autobiografii „Mój pionowy świat”: – To ty jesteś ten Kukuczka? Wcale nie wyglądasz na alpinistę… Markus, szwajcarski przewodnik, patrzy przy tym nie tyle na moje oczy, co znacznie niżej, tam, gdzie pod paskiem rysuje mi się niezbyt sportowy brzuch. (…) – Pogadamy na ośmiu tysiącach metrów – mruczę do siebie”. Markus ma jednak rację. Jerzy zdecydowanie nie przypomina herosa. Dopiero gdy zaczyna się wspinać zadziwia zachodnich mistrzów.
– Później spotykałem w swoim życiu wielu himalaistów z najlepszym sprzętem, wysokich, wysportowanych atletów, którzy psychicznie wysiadali w tych ciężkich warunkach na największych wysokościach. A niepozorny Kukuczka ze swoimi przerzedzonymi włosami, brakami w uzębieniu i
sporawym brzuchem, chyba od wódki, był tak niezwykle silny psychicznie i fizycznie. Nigdy nie słyszałem by się poddał. Był to na pewno najsilniejszy facet jakiego w życiu spotkałem. Jeśli coś mu nie szło po prostu rzucał co chwila to wasze charakterystyczne słowo na K, ale nigdy się przy tym nie skarżył i nie rezygnował – pisze Carsolio, uczeń Kukuczki.
Listopad 1986, Manaslu razem z Meksykaninem i Arturem Hajzerem.
Wszystkie te zdobycze w znakomitym stylu, wiele z nich okupionych śmiercią przyjaciół.
Na Nanga Parbat blok skalny, jakby specjalnie wyskoczył z lawiny i trafił Piotra Kalmusa, na Kanczenżondze z wycieńczenia zmarł przyjaciel Kukuczki, Andrzej Czok. Ta śmierć, jak opowiadała Cecylia Kukuczka, zabolała go najbardziej. Razem zdobywali swoje dwa pierwsze ośmiotysięczniki. Czok, wydawało się najtwardszy z ludzi, po prostu zaczął gasnąć. Gdyby Kukuczka zdał sobie sprawę z jego stanu i zamiast atakować szczyt sprowadził do na dół, mógłby przyjaciela uratować.
Na K2 zginął Tadeusz Piotrowski. Zgubił raki, spadając zsunął się po Kukuczce. Jerzy nic nie mógł zrobić. Wbił się ze wszystkich sił w ścianę i chciał tylko przeżyć.
W międzyczasie, podczas zakończonej niepowodzeniem wyprawie na Lhotse zginął Rafał Chołda. Kukuczka w pewnym momencie się odwrócił i zobaczył, że go nie ma…
Brnął dalej. Z Messnerem już przegrał. Włoch w 1986 roku wszedł na Lhotse. Miał komplet. Chociaż w pewnym momencie Kukuczka mógł liczyć na wygraną. Przecież gdyby Włoch musiał się wycofać, gdyby musiał odpuścić… Ale Messner, który przez lata dokonywał wyczynów nadludzkich i wyprzedzał swoją epokę, pod koniec wiedział, że nie tym razem nie może pozwolić sobie na czysto sportową rywalizację. Użył wszelkich środków i wygrał. Kukuczka musiał zadowolić się drugim miejscem.
Luty 1987, Annapurna z Arturem Hajzerem…
I w końcu, 18 września 1987 roku Sziszapangma z Arturem Hajzerem. Cel został osiągnięty.
„Stało się… Wszystko dociera do mnie powoli. Jak zawsze na tej wysokości, musi torować sobie drogę przez zmęczenie, łomot spracowanego serca, oddech szarpany głodem tlenu. I nie potrafię w sobie wyzwolić radości proporcjonalnej do przeżycia” – pisze Kukuczka w swojej autobiograficznej książce.
Gdy w pewnym momencie zbliżył się na odległość zaledwie dwóch szczytów do Messnera (10-12) szansa na wygranie tego pasjonującego śmiertelnie niebezpiecznego wyścigu stała się realna. Po latach zwolennicy zarówno jednego jak i drugiego przekonują, że to „żaden wyścig, bo Messner
pierwszy ośmiotysięcznik zdobył 9 lat wcześniej, więc Kukuczka nie miał szans”. Sam Kukuczka przyznał jednak, że zajął drugie miejsce w konkurencji 14 razy 8000. A więc wyścig był. Przecież gdyby Messner się zawahał, gdyby raz czy drugi przegrał z pogodą, wtedy sprawa byłaby otwarta…

Popiersie w honorowym miejscu

– Messner, słucham – głos w słuchawce jest mocny. Właściwie od razu słychać, że należy do człowieka zdecydowanego, niezwykle pewnego siebie. Znacznie zresztą łatwiej o takie wnioski, gdy wiadomo z kim mamy do czynienia. Reinhold Messner. Fenomen. Numer 1. Człowiek, który jako pierwszy zdobył czternaście ośmiotysięczników, jako pierwszy wszedł na Mt. Everest bez tlenu, człowiek, który zdobył Koronę Ziemi czyli najwyższe szczyty wszystkich kontynentów, który w końcu przejechał na
nartach Antarktydę. W końcu człowiek, którego sam Kukuczka uważał za swojego idola.

Czy choć przez chwilę myślał Pan, że Kukuczka może panu zagrozić w wyścigu 14 razy 8000?
– Nie. Ja nigdy nie traktowałem tego jako zawodów. Jerzy był cztery lata młodszy ode mnie i znacznie później wszedł w wysokie góry. Gdy on startował, byłem po środku mojej drogi. Zmagania to nie jest odpowiednie słowo. Wiem, że Jerzy, szczególnie pod koniec miał spore ciśnienie ze strony polskich mediów. Tyle tylko, ze ja zaczynałem na Nanga Parbat w 1970 roku a on, na tej samej górze 7 lat później. Nie ma natomiast wątpliwości, że on, między 1980 i 1986 rokiem był najsilniejszym wysokogórskim wspinaczem świata. Ja nie byłem już tak silny, choćby ze względu na wiek. Mój okres największej świetności przypadał na czas, gdy Jerzy jeszcze wspinał się w Alpach. Proszę też zauważyć, że Jerzy swoje szczyty zdobył podczas zaledwie 12 wypraw, ja miałem ich aż 18. Nie chcę powiedzieć, że on był słabszy, wręcz odwrotnie, był silniejszy. Ale miałem na starcie tak dużą przewagę, że nie było właściwie szansy by nawiązał rywalizację. Byłem w uprzywilejowanej sytuacji, mogłem sobie pozwolić na to by dokonywać innych rzeczy, nie ścigać się.

Czyli nie było więc nawet momentu gdy obawiał się pan o to, że Kukuczka może jednak wygrać?
– Nie, nigdy nawet o tym myślałem. Wiedziałem, że jeśli nie zginę na ośmiotysięczniku, zdobędę je wszystkie. W 1982 roku zdobyłem 3 ośmiotysięczniki w ciągu zaledwie 2 miesięcy, znałem więc swoje
możliwości i miałem sporą rezerwę. Proszę zresztą zwrócić uwagę, że w 1984 roku zamiast jechać po kolejne ośmiotysięczniki „do kolekcji” pojechałem zrobić dwa Gaszerbrumy, które już przecież zaliczyłem w poprzednich latach. To pokazuje, że nie spieszyłem ale po prostu realizowałem swoje kolejne założenia, swoje idee, które przychodziły mi do głowy . Ostatnią z takich idei było właśnie zrobienie samotnego trawersu dwóch ośmiotysięczników bez zejścia do bazy. Później mogłem
spokojnie zdobyć ostatnie szczyty.

Czy miał on coś, jakąś cechę, która była dla Pana szczególnie imponująca?
– Niezwykła była odporność i surowość z jaką traktował sam siebie. Potrafił marznąć, cierpieć, głodować i w końcu wchodził na szczyt. Dlatego właśnie był najlepszym wspinaczem lat osiemdziesiątych. W moim muzeum stoi jego popiersie z brązu, które dostałem od Polaków.
Postawiłem je wśród najwybitniejszych wspinaczy w historii, jak Andreas Heckmair czy Walter Bonatti. Jerzy zdecydowanie jest w jednej grupie z najlepszymi, jacy kiedykolwiek się wspinali. Niesamowicie silny i co ważne, wspinał się w znakomitym stylu. Jego wejście, razem z Tadeuszem
Piotrowskim na K2, w 1986 roku, było wręcz niezwykłe.
Wiele osób mówiło, że on nie wyglądał na alpinistę, mówiono nawet że był… po prostu gruby.
– Taki był, ale to nie był żaden mankament. Miał lekką nadwagę ale potrafił użyć tego w trudnych momentach, uczynił z tego swoją broń, był w tym niezwykle inteligentny. Na pewno nie będę krytykował Jurka za cokolwiek. Jest jedna rzecz, której żałuję… W 1982 roku jechałem na Czo Oju i zaprosiłem z Polski tylko Wojtka Kurtykę, jednego z największych alpinistów swojej epoki. To niezwykle inteligentny facet, którego filozofia, znajomość historii i praktyczne podejście bardzo mi
pasowało. Mieliśmy możliwość, żeby wziąć jednego alpinistę z Polski. Poza tym byli Włosi, Niemcy, Szwajcarzy. Powinienem zrobić wszystko, by zaprosić ich obu. Dziś z perspektywy czasu żałuję tego ale chciałbym podkreślić, że przyczyną śmierci Jerzego nie był wyścig ze mną.

Co więc było?
– Myślę, że presja polskich mediów. Po zdobyciu wszystkich ośmiotysięczników presja na niego była na tyle duża, że myślę iż nie do końca sam miał wpływ na to, co robić dalej, jaki cel sobie obrać.

Być może zginął, bo wiedział, że musi coś udowodnić, musi wejść na południową ścianę Lhotse, ścianę marzeń…
– Wie pan pewnie, że ja dwukrotnie poległem na tej ścianie. Raz w 1975 i później w 1989 roku. Wtedy powiedziałem moim przyjaciołom, że nie jestem wystarczająco silny by wejść na tę ścianę. To było wiosną. Jerzy przyjechał jesienią i chyba czuł zbyt duże ciśnienie, czuł że musi to zrobić. Na tej wysokości, w tych warunkach, ten wypadek zdarzyłby się każdemu…

Kiedy po raz pierwszy zdał pan sobie sprawę, że w ogóle jest ktoś taki jak Kukuczka?
– Pamiętam go z 1979, ale bardzo słabo. Spotkaliśmy się, gdy schodził z Lhotse, porozmawialiśmy trochę o wyprawach na Nanga Parbat. Wiedziałem kto to jest od kiedy wszedł na Mount Everest, a po tym jak z Kurtyką zrobili trawers Broad Peaków, dokładnie wiedziałem z kim rozmawiam, kojarzyłem go już bardzo dobrze. Zrobił też świetnie wejście na Gaszerbrum II, można powiedzieć, że robił te rzeczy, które i ja chciałem robić. I robił to w pięknym stylu. Zacząłem się wtedy interesować jego
osiągnięciami. Później jeszcze Erhard Loretan miał takie osiągnięcia w wyprawach na ośmiotysięczniki. Kukuczka wchodził nowymi drogami, wchodził zimą, samotnie na Makalu… Po nas trzech, większość himalaistów wchodziło na ośmiotysięczniki niemal na grzbietach jaków. To nie miało już nic wspólnego z naszą ideą alpinizmu. Kukuczka, Loretan i ja byliśmy tymi, którzy pokazali największą klasę. Później było niewielu takich wspinaczy.

Czyli mam rozumieć, że wyprzedzaliście swoją epokę o 10 czy 20 lat?
– Na pewno. Dzisiaj zresztą mało kto robi takie wejścia. Ludzie używają normalnych dróg. Dzisiaj mówi się, że wspinacze są szybsi niż ci w dawnych czasach jak my czy choćby Wanda Rutkiewicz. Wchodzi nawet sporo kobiet. Ktoś im przymocowuje liny i szybko wchodzą po tych linach… no to rzeczywiście jest szybciej. To nie to samo co robił Kukuczka, ja czy Loretan. My wyznaczaliśmy nowe, trudne trasy, zimowe wejścia. Ja dwukrotnie poległem w zimie, ale my próbowaliśmy, robiliśmy coś nowego.
Teraz zbyt dużo osób zalicza szczyty najłatwiejszymi drogami, najłatwiejszym stylem. Mówią: „Jesteśmy tam”.
Faktem było, że Kukuczka sporo ryzykował, wokół niego ginęło wiele osób, czy aby nie było tak, że jego śmierć była kwestią czasu? Czy jego styl nie był za bardzo ryzykowny?
– Wspinanie się w sposób w jaki to robiliśmy jest ryzykowne. On to wiedział, tak jak i ja czy Loretan. Generalnie Polacy w latach 80-tych bardzo ryzykowali. To nie jest niczyja wina. Po prostu Polacy tak się wspinali. Ryzykowali życiem. Dzisiaj wspinaczy ubezpiecza masa ludzi, helikoptery i tak dalej. My tego nie mieliśmy. W dzisiejszych czasach niewielu jest ludzi, którzy uprawiają alpinizm w takiej postaci. Polacy mieli niezwykle silną grupę wspinaczy, jeden pchał drugiego do przodu. Gdy kilku zginęło, miałem nadzieję, że Kukuczka zrezygnuje, zejdzie na niziny i zacznie szukać nowych wyzwań. Tak jak chociażby wyprawy na Antarktydę, pustynię… coś bezpieczniejszego. Ja tak zrobiłem i wciąż
żyję. Ale powiedzmy szczerze, żyję bo miałem też dużo szczęścia. Przecież na Nanga Parbat w 1970 roku byłem bliski śmierci.

Czy zdążyliście poznać się prywatnie?
– Nie, nigdy nie było takiej okazji, żebym poznał jego żonę czy dzieci. Ale oczywiście kilka razy pogadaliśmy w górach. Mogę powiedzieć tylko tyle, że w Katmandu czy w bazie zawsze było to bardzo miły facet, świetna osobowość. Był bardzo otwarty, lubił napić się wina z innymi
wspinaczami a następnego dnia, z samego rana startował na szczyt.

Gwiazda

Być może Messner miał rację. Jerzy mógł zejść na niziny, szukać nowych wyzwań. Miał od francuskich zdobywców (Jeana Louisa Etienne’a) ofertę przeprawy przez Antarktydę, którą jednak odrzucił. A przecież osiągnął swój najważniejszy cel w Himalajach. Musiał go osiągnąć. Kurtyka mówi o
„obsesyjnej wręcz żądzy pokonywania kolejnych szczebli”.
– Znany szwajcarski naukowiec, Dr. Oelz, który badał himalaistów, ustanowił jednostkę, którą nazywał imperatywem sukcesu. Jerzy miał tu niezwykle wysoki współczynnik – tłumaczy Tomasz Malanowski, współautor autobiograficznej książki Kukuczki „Na szczytach świata”.

Dr. Oelz potwierdził to w mailu. Napisał nam, że „Kukuczka miał wszystkie wskaźniki w normie, poza właśnie pragnieniem sukcesu, które było zupełnie niezwykłe”.

Malanowski pod koniec lat 80-tych, jeszcze za komuny, załatwił Kukuczce jedną z pierwszych komercyjnych reklam.
„Siła, sprawność, wytrzymałość” – brzmiał slogan reklamowy Biovitalu, którego butelkę trzymał w ręku Jerzy. Można ją było zobaczyć głównie na Śląsku, bo choć podziwiano go w całym kraju, to jednak tu był czczony niczym bóg. Cieszyło go, gdy ludzie proponowali by zrobił zakupy bez
kolejki, czy gdy dostawał kolejne ordery od lokalnych władz.
Rozpoznawano go z daleka, gdy podjeżdżał swym maluchem z charakterystyczną rejestracją KT 8000, którą załatwiła mu koleżanka z klasy pracująca w wydziale komunikacji. Bardzo lubił ten samochód,
kłócił się często ze swoim przyjacielem Ryszardem Wareckim, czyj maluch „ma więcej jadu”. Wkrótce zamienił go jednak na Poloneza, tego z kolei na Toyotę Corollę, jeden z niewielu tak klasowych samochodów na Śląsku i w końcu, niedługo przed wyprawą na Lhotse, sprowadził z Niemiec
Volkswagena Passata, jeden z pierwszych modeli o opływowych kształtach.
Wyróżniał się w Katowicach. Cieszyło go to, bo jak mówi Ryszard Warecki, „samochód to był jego drugi żywioł. Za kierownicą mógłby siedzieć godzinami”.
Był ulubieńcem mediów. Sam też powoli przekonał się do kamer i mikrofonów. Nigdy nie przepadał za dziennikarzami, ale zawsze starał się być miły. Malanowski wspomina, że „na początku kontakt był dosyć trudny. Jurek chciał pomóc ale miał jakąś blokadę. Dopiero po kilku spotkaniach rozluźnił się i
otworzył bardziej”.

Ściana

– Dopiero pod koniec jego życia czytałem wywiad z nim, gdy stwierdził: „Z upływem lat widzę, że alpinizm to jednak coś więcej niż sport”. Pomyślałem wtedy: „A tu cię mam” – śmieje się Kurtyka.
Może właśnie południowa ściana Lhotse była czymś więcej? A może jednak, jak twierdzi Ryszard Warecki, „było to czysto komercyjne wejście, które zapewniało zdobywcy miano najlepszego”.
Najbliżsi przyjaciele odradzali, dalsi znajomi podpuszczali.
– Pytali go: „Messner nie wszedł, ale ty Jurek chyba wejdziesz?” – mówi Ryszard Warecki. Uległ.
– Celina, żona Jurka oponowała. Bała się, z każdą wyprawą bardziej. Nie oszukujmy się, to jest prawo serii. Na każdej niemal wyprawie ktoś ginął. Ja też byłem przeciwko. Wszystko było „na nie”, poza finansami, bo akurat w sprawach finansowych wszystko ułożyło się idealnie – mówi Warecki.
Jerzy jako jeden z nielicznych nie miał wątpliwości. Na lotnisku w Warszawie na pytanie „Po co?” reportera TVP odpowiedział pytaniem: „A dlaczego rezygnować, skoro tak dobrze idzie?”.
Po opuszczeniu wioski Chuckung dochodzi się na Chuckung Ri, niewielki szczyt położony na wysokości 5,5 tysiąca metrów. Stamtąd widać całą ścianę. Jest potężna i robi piorunujące wrażenie. Nawet gdy idzie się pod Everest, właśnie południowa ściana Lhotse przytłacza już z daleka swoją potęgą najwyższy szczyt świata. Od podstawy kotła do szczytu jest prawie 4 kilometry niemal idealnej pionowej skały miejscami pokrytej śniegiem. Jej niezwykłość dostrzega się jednak dopiero podczas zachodu słońca, gdy pławi się w czerwono-złocistych barwach.
– To legenda. Ściana marzenie – mówi Ryszard Pawłowski. Kto ją zdobędzie, będzie nieśmiertelny.
Pogoda pod Lhotse nie dopisywała. Dyskusje trwały. Padła propozycja, żeby atakować z lewej strony. Zdecydowali się odrzucić tę wersje, wrócili do pierwotnego planu. Większość zeszła w stronę bazy. Kukuczka został z Pawłowskim. Chcieli spróbować.
– Wiedzieliśmy czym ryzykujemy. Byliśmy zmęczeni ale decyzja była świadoma – mówi Pawłowski. Po trzech dniach marszu byli już na wysokości ponad 8 tysięcy metrów. Szczyt był tuż, tuż. Szykowali decydujący atak.

Poszli spać wcześnie. Trochę rozmów o wszystkim i o niczym. Jak to zwykle w górach. Mało kto rozmawia tam o wzniosłych tematach. Dziewczyny, samochody, futbol. Kto co lubi. Wtedy oczywiście doszła polityka, bo Mazowiecki właśnie tworzył pierwszy rząd. Jerzy bardzo mu kibicował. Tak jak i całej „Solidarności”. Zazwyczaj czytał jeszcze trochę angielskiego, który przydawał mu się w wywiadach z zagraniczną prasą. Przy minus 30 stopniach nie rozmawia się za długo. Wstali chwilę
po 4. Pogoda akurat dopisała.
– Zjedliśmy jakieś słodycze, wypiliśmy coś ciepłego. Do szczytu brakowało nam niecałe 500 metrów. Nie wiedzieliśmy co nas czeka, byliśmy gotowi na to, że będziemy wracali po nocy.
Zostali we dwóch. Reszta czekała w bazie na morenie, na wysokości 5 tysięcy metrów.
Ruszyli o 8. Jerzy zaproponował, że poprowadzi pierwszy wyciąg.

– Ja asekurowałem. Wspinaliśmy się na cieńszej ale dłuższej, 80–metrowej linie – relacjonuje Pawłowski. Kukuczka założył dwa przeloty. Przeszedł już ponad 50 metrów i nagle zaczął się zsuwać.
– To jest normalne, takie rzeczy się zdarzają. Jakiś przelot zawsze zadziała – mówi.
Za chwilę wyrwał się pierwszy, musi zadziałać drugi. Nie zadziałał. Jerzy zsuwa się coraz szybciej, zaczyna obijać się o skały.
Pawłowski: – Wtedy było wiadomo, że całe uderzenie przejdzie na mnie… Jezus Maria, to koniec… skuliłem się zacisnąłem przyrząd do asekuracji… Nagle lina zahaczyła o jakiś występ skalny i przerwała
się. Podniosłem głowę, spojrzałem jeszcze na Jurka, spadał 3 kilometry w dół, do kotła. Zostałem sam z kawałkiem liny, chwila szoku, co teraz…
Ryszard Warecki wyszedł przed namiot, wyciągnął lornetkę. Od dwóch dni nie było żadnego kontaktu „z górą”. – Spojrzałem w górę i zobaczyłem, że schodzi jeden. Wtedy myślisz, który żyje? Odpędzasz od siebie te myśli, ale one wracają, nie masz na to wpływu. Patrzyłem i byłem przekonany, że
to Jurek zginął…

Winda

Skończył się weekend w Istebnej. Pani Cecylia pojechała z 9-letnim Maćkiem do Katowic. Musiał iść do szkoły. Wojtek został u cioci w górach. Szkoda było pięknej pogody. Wojtek przypomina sobie koszmar z windą: – Byliśmy z tatą w windzie. Nie chciała się zatrzymać. Tata naciskał „stop”, ale nie działało. Ktoś krzyknął „alarm” i zaczęliśmy spadać. Obudziłem się. To była czwarta rano. W Himalajach była 9. Rano przyszła wiadomość, że tato zginął. Nie wierzysz mi, co? Nieważne, tak
właśnie było.

Dodaj komentarz

Szczelina

Śmierć człowieka gór cz. 2

SZCZELINA

– Czy ja wyglądam jak wdowa? – pyta Olga Morawska. Na spotkanie przyszła z 2–letnim synem Gustawem. Starszy o 2 lata Ignacy pojechał gdzieś z wujkiem. Olga zapewnia, że tak jest lepiej, bo gdyby byli obaj, „roznieśliby knajpę na strzępy”. tym razem skończyło się na jednej zbitej solniczce i jednej zaginionej. Odnalazła się kilka dni później w domu.

Chłopcy powoli zaczynają rozumieć, co to znaczy że tata poszedł do nieba. Coraz częściej o nim rozmawiają. Gdy zapytali po raz pierwszy chciała płakać.

Zadzwonię do ciebie jutro…

– Gardło się ścisnęło. Łzy naszły do oczu… ale postanowiłam sobie, że jak ja zacznę płakać to oni przestaną pytać o Piotrka. A mi zależy żeby pamiętali, żebyśmy o tym mówili. Przecież mi nie jest przykro, że oni pytają, ale dlatego, że Piotrek nie żyje. Zacisnęłam zęby i odpowiedziałam – opowiada Olga. Chłopcy nabrali śmiałości. Ignacy zapytał ostatnio czy w niebie tata chodzi w czapce. Odpowiedziała, że oczywiście, przecież chłopaki zawsze chodzą w czapkach.

– Ignacy często opowiada jakieś historie, przypomina sobie co robił z tatą. Zawsze tą są prawdziwe historie, ma świetną pamięć. „A pamiętasz mamo jak wracaliśmy z tatą z przedszkola i cię spotkaliśmy?”, „A pamiętasz jak tata przywiózł naszego kota Marmurkę?” – mówi Olga.

piotr_morawski_szczyt

Jej samej wytłumaczenie śmierci Piotra nie przyszło łatwo. Przez kilka dni nie docierało do niej, że to prawda. Nawet gdy już wszystko było powiedziane. Nawet gdy było to wydarzenie dnia w telewizji… Właściwie do końca nie przekonał jej nawet telefon z kondolencjami z kancelarii prezydenta.

Gdy leciała do Nepalu, była przekonana, że zastanie go na lotnisku.

– Oglądałam film o Wandzie Rutkiewicz. Jej matka myśli, że córka jest gdzieś w klasztorze w Himalajach. Pomyślałam sobie: „No tak, stara kobieta”. I teraz to spotkało mnie… – mówi.

Gdy wylądowała na lotnisku w Katmandu, poszukiwała wzrokiem Piotra. Nie było go. Na przeciwko wyszedł tylko Peter Hamor… jego partner.
– Wtedy zrozumiałam, że Piotr naprawdę nie żyje, że to nie był żaden głupi kawał. Chciałam umrzeć na tym lotnisku – mówi.
„Kochanie, zadzwonię do ciebie jutro z bazy, może się uda pogadać dłużej” – to był ostatni sms, jakiego wysłał.

– Nie chodzi o to, że nie miał czasu. To ja go nie miałam. Nigdzie się nie spieszyłam. Wszystko przecież zdążymy zrobić – mówi.

Poznali się na imprezie w podwarszawskich Łomiankach. Przypadki sobie do gustu, być może dlatego, że mieli wspólną pasję. Uwielbiali podróże. Na pierwszą wspólną wyprawę pojechali do Karpacza. Autostopem. W Karkonoszach nie dopisywała pogoda, dlatego spakowali plecaki i ruszyli dalej, trochę na oślep. Wylądowali… w Barcelonie. Piotr jechał z uczelni na konferencje, później zostawał i zwiedzali. Grecja, Dania, wyprawa stopem z Pekinu do Szanghaju, na pół roku na
stypendium do Durbanu. Oświadczył się na Nord Capie.

Do gór wrócił dzięki żonie. W latach 90-tych chodził trochę po Tatrach ale kariera naukowa wzięła górę.
Olga Morawska: – Ja czytałam te wszystkie książki o Wandzie Rutkiewicz, o Zawadzie, chodziłam na spotkania z wielkimi alpinistami, Leszkiem Cichym czy Krzysztofem Wielickim… zaczęłam mu mówić: „Skoro tak ciągle myślisz o tych górach, to dlaczego do tego nie wrócisz?”.

100 dolarów piechotą nie chodzi

Dwa miesiące przed ślubem, z ciekawości, poszedł na spotkanie Klubu Wysokogórskiego Warszawa.

Planowano wyjazd na siedmiotysięczny Chan Tengri. Ustalano szczegóły transportu z bazy wojskowej Majda Adyr do bazy, z której zamierzano przypuścić atak. W dyskusję włączył się chłopak z drugiej strony sali.

Zapytał czy zamiast lecieć do bazy helikopterem nie lepiej przejść się na piechotę. Dla rozruszania kości. Różnica jest taka, że śmigłowcem leci się 20 minut a na piechotę idzie 4 dni. Ale idąc nie potrzebujesz aklimatyzacji… Wszyscy spojrzeli z politowaniem. Bez przesady, to żaden argument, warto jednak dopłacić te 100 dolarów za śmigłowiec.

– To co, nikt się nie pisze? – zapytał chłopak. Piotrek podniósł rękę.

100 dolarów jednak przemówiło mu do wyobraźni. Poszli we dwóch. Tak spotkał się z Marcinem Kaczkanem, z którym pracował na Politechnice Warszawskiej. Właściwie ich pokoje dzieli 100 metrów a jednak nigdy wcześniej o sobie nie słyszeli. Podczas wędrówki trochę się poznali.
Narzucili ostre tempo, zamiast czterech dni, szli trzy.

– Gdy wchodzisz coraz wyżej, wychodzą coraz to nowe choroby. A to brzuch boli a to głowa… a Piotrek miał taką postawę, że poboli i przestanie. Iść trzeba. To nas łączyło – opowiada Marcin. Na Chan Tengri weszli jako jedyni z całej wyprawy.

Rok później Piotr zderzył się z pierwszą przeszkodą nie do przejścia. Poległ na Piku Pabiedy.

– Myślałem, że się zniechęci. W pewnym momencie był zrezygnowany. Bardzo szybko przeszedł w góry wysokie, nie wiedział, że czasami tak jest, że łapiesz kryzysy. Wtedy trzeba je przeczekać – mówi Marcin, który na szczyt wszedł jednak samotnie.

Wakacje na K2
Piotr nie zrezygnował ze wspinania. Któregoś dnia dostali maila od Artura Paszczaka, szefa warszawskiego klubu: „Cześć chłopaki, czy nie mielibyście ochoty spędzić trzymiesięcznych wakacji w temperaturze minus 40?”. Wiadomość była zatytułowana K2. Wyprawę organizował sam Krzysztof Wielicki.

Piotrek bardzo chciał jechać, ale bał się powiedzieć żonie. Odpisał: „Sorry Paszczu, ale Olga i uczelnia”. Rzucił jej jakoś mimochodem, że była fajna oferta ale z niej zrezygnował. Nie mogła uwierzyć…

– Powiedziałam mu, że jeśli teraz tego nie wykorzysta, to nigdy już takiej szansy nie będzie. Mówiłam do kumpli: „Zobaczcie, miał taką propozycję i odmówił”. Zadzwonił do Krzyśka Wielickiego, zapytać czy to jeszcze aktualne. Pojechał – wspomina Olga.

Szli z Marcinem w karawanie jako nowicjusze. Myśleli, że będą czyścić buty i nosić plecaki. Właściwie dopiero przed wyjazdem zaczęli szukać zdjęć i opisów K2 w internecie.

– Po przylocie podczas karawany nie widzieliśmy góry ale powiedziano nam, że w pewnym momencie, gdy będziemy szli z chińskiej bazy do tzw. bazy pośredniej, KA 2 się odsłoni – opowiada Marcin.

Po wyjściu z bazy długo go wyglądali. Jak wygląda naprawdę? Czy jest dokładnie taki jak sobie go wyobrażali?
– Patrzyliśmy na kolejne góry i mówiliśmy zastanawialiśmy się: To ten!, Nie, jest tam, nie, tam, teraz to musi być to!” W końcu zobaczyliśmy… to musi być K2. Zaczęliśmy wynajdywać sobie różne formacje, tutaj żleb, tu coś tam, rozpracowywać górę… – opowiada Marcin. Gdy wyszli na
otwartą powierzchnię, ich oczom ukazał się niezwykły widok. Po prawej  stronie wyrosła monstrualna ściana, przy której ich dotychczasowa „K2” była jedynie małym pagórkiem.

– Staliśmy kilka minut, nie odzywaliśmy się. W momencie gdy zobaczysz prawdziwe K2 nie masz żadnych wątpliwości, że to jest to – mówi.

Podczas wyprawy okazało się, że są najmocniejsi. Piotrek, Marcin i Kazach Denis Urubko, jeden z najlepszych w swoim fachu. Doszli na wysokość 7630 metrów, wyżej niż ktokolwiek przed nimi. Piotrek przypłacił do utratą palca u nogi. Przez jakiś czas… nosił go w formie wisiorka.

W drodze powrotnej do bazy Marcin odwrócił się i zobaczył, że ktoś zbliża się do niego ze sporą prędkością. Sylwetka za chwile stała się wyraźniejsza, to nadbiegał Piotr. Człowiek biegnący na tej wysokości to dość niecodzienny widok…

Zapytał: „Czemu biegniesz?”
Piotr odparł: „Jeszcze przez godzinę będzie działał środek przeciwbólowy. Muszę w tym czasie zrobić jak największy dystans”.

Pobiegli razem.

Piotr zdobył uznanie. Zaczęto wymieniać go wśród obiecujących alpinistów. Drogę do wielkiej kariery utorowało pierwsze zimowe wejście na Sziszępangmę, z Włochem Simone Moro.

Pierwsza próba była nieudana. Podczas drugiej przyszła chwila zwątpienia. Kilka dni przed wylotem do Katmandu nadeszła wiadomość, że góra padła zimą. Uprzedził ich Francuz Jean Claude Lafaille. Za chwilę kolej na wiadomość. Zrobił to jednak poza sezonem i wejście nie zostało zaliczone jako zimowe. Jeśli wejdą, będą pierwsi, przejdą do historii himalaizmu.

Z Simone Moro, jednym z najlepszych obecnie himalaistów świata, porozumiewaliśmy się za pośrednictwem Internetu. Znak czasów.
– Podczas pierwszej, niedanej wyprawy byłem silniejszy od niego. Później sporo trenował i podczas udanego ataku był już bardzo silny. Nigdy nie było takiej sytuacji, żeby jeden musiał na drugiego czekać. Podczas ataku szczytowego byliśmy naprawdę szybcy. Wystartowaliśmy około 8 rano
i w około 4-5 godzin byliśmy na szczycie. Kilka godzin później byliśmy już na dole. Mimo przeraźliwego wiatru i zimna. Szybki w tych warunkach, to znaczy że możesz zrobić 30-40 kroków bez odpoczynku. To nie był facet, który marudził: „Jestem zmęczony, źle się czuję, jestem głodny,
chcę do domu” – pisze Simone.

Wejście na Sziszepangmę zimą zrobiło z niego gwiazdę świata himalaistycznego. Piotr Pustelnik, słynny zdobywca 13. ośmiotysięczników zaprosił go na wyprawę na Annapurnę w 2005 roku.

Pustelnik to w świecie himalaistów legenda. Na co dzień, normalny facet, pracownik BRE Banku. Spogląda ze swojego pokoju, z 13. piętra jednego z  łódzkich wieżowców. Ma widok na kominy. Kilka z nich malował, żeby zdobyć fundusze na wyprawy.

– Spotkaliśmy się w jednym z warszawskich lokali, w „Pędzącym Króliku”, przy Placu Teatralnym. Wyszliśmy z niego prawie w stanie mocno wskazującym, a Piotrek jeszcze musiał wrócić do domu na rowerze. „Pędzący Królik” stał się pewnym symbolem. Później spotykaliśmy się już w lokalu obok, gdzie nie mieli alkoholu – śmieje się Pustelnik.

Trafiony piorunem

To była wyprawa dla niego. Annapurna to jego przekleństwo, tylko jej brakuje mu do kompletu czternastu ośmiotysięczników. Pierwsza wspólna wyprawa, w 2005 roku, nie przyniosła powodzenia. Zaskoczyła ich pogoda. Podczas drugiej było bardzo blisko.

Byli blisko, od szczytu głównego dzieliło ich niecałe 100 metrów. Nie weszli. Po drodze natknęli się na chińskiego wspinacza, który doznał ślepoty śnieżnej. Na tej wysokości, bez pomocy, był już właściwie
martwy. Zrezygnowali z finiszu, by sprowadzić Chińczyka do bazy.

– Wtedy był w życiowej formie. Miałem świadomość, że jestem dla niego za słaby. Właściwie moja rola skończyła się, gdy skojarzyłem go z Hamorem. Idealnie do siebie pasowali – przyznaje Pustelnik.

Później wszystko przychodziło Piotrowi łatwo, jakby od niechcenia. Piotr Pustelnik mówi: „Jego kariera przypominała trochę moją, tyle że w pigułce. Wszystko było przyspieszone”.

W 2006 roklu z Peterem Hamorem zdobył Czo Oju, podczas tej samej wyprawy samotnie wszedł na Broad Peak. Później z Hamorem i jego rodakiem Dodo Kopoldem wspiął się na Nanga Parbat. I znowu z Hamorem, tym razem zrobił w fantastycznym stylu trawers Gaszerbrumów (I i II), co dało mu kolejne dwa ośmiotysięczniki do kolekcji i uznanie na całym świecie. Simone Moro uważa, że był coraz bliżej ścisłej światowej czołówki.
– Miał niezwykłą motywację by spełnić swoje marzenia, stać się sławnym, mieć lepsze życie – uważa Włoch. Ojciec Piotra, również naukowiec, nadużywał alkoholu, to nie była bogata rodzina. Piotr bał się o przyszłość swoją i dzieci, bał się że pójdzie w ślady ojca. To była właśnie jego dodatkowa motywacja.

Dlatego ta „łatwizna” to tylko pozory. Piotrek mocno się przygotowywał. Codzienne treningi na ściance wspinaczkowej, jazda na rowerze, w końcu bieganie… nie jakieś tam, ale bieganie maratonów. Poniżej trzech godzin. Był w życiowej formie. – Myślę, że mógł być nowym Kukuczką – uważa Simone.

Podczas kolejnej wyprawy na Annapurnę musieli zrezygnować z powodu załamania pogody. Piotrek napisał żonie sms-a. „Cześć, jesteśmy na 7 tysiącach metrów, właśnie dostałem piorunem”. Kilka godzin wcześniej nie było im do śmiechu. W pewnym momencie znaleźli się w samym środku burzy.
Wtedy trzeba zejść na dół, bo błyskawice uderzają zawsze w najwyższy punkt. Pioruny uderzając w powierzchnie rozpryskiwały się i trafiały „odłamkami” w Morawskiego, Hamora i Pustelnika.

Wydawało mu się, że jest nieśmiertelny

– Jest to cholernie bolesne. Nie zabija ale jeśli stracisz równowagę, to jest po tobie. Szczególnie na Annapurnie, gdzie po jednej stronie grani jest bardzo stromo – mówi Pustelnik. Bali się o życie. Odetchnęli dopiero po 6 godzinach marszu.

– Otarliśmy pot z czoła… – mówi Pustelnik.

To była wyprawa absolutnie niezwykła. Piotr zapamiętał z niej też najbardziej dziwaczne ze swoich spotkań w Himalajach. W swoich pamiętnikach pisał: „Siedzę na grani i patrzę na człowieka, który siedzi obok mnie. Idzie ze mną od samego wierzchołka. Wiem, że go nie powinno tutaj być. Nie powinno być nikogo oprócz mnie. Nie podejdę, bo jest zbyt daleko, a ja jestem zmęczony. Nie ma go tak naprawdę. Wstaję. On też. Schodzimy razem. Kiedy zmęczony wpełzam do namiotu on zostaje na
zewnątrz. Gotuję śnieg na wodę, chwilowo o nim zapominam. Kiedy się wychylam z namiotu, nikogo nie ma”. Później wyglądał czasem tej zjawy na ławce w warszawskim parku.

Na Annapurnie nie udało się. To już trzecie podejście. Trudno. Uda się następnym razem. Simone Moro uważa, że to była kwestia czasu.

– Miał wielkie plany. Chciał wejść na wszystkie ośmiotysięczniki, ale nie jakoś banalnie. Chciał to zrobić po swojemu, nowymi trasami, trawersami. Jedyne o co się martwił to o finanse – pisze Simone.

Żeby wyjechać na Dhaulagiri i Manaslu zapożyczył się u rodziny i znajomych. Będzie sukces, to pieniądze się zwrócą. Proste.
Urszula Domańska- żelazna, promotor Piotra, jak zwykle przyrządziła mały poczęstunek. Zawsze robiła to przed jego wyprawami w góry. Na Politechnice Warszawskiej wszyscy wiedzieli, który pokój należy do Piotra. Cały wyklejony plakatami i pamiątkami z wypraw, ozdobiony ramami od rowerów, starymi siodełkami.

– Gdyby ktoś zapytał, który należy do Piotra wystarczyło powiedzieć: „Zajrzyj do wszystkich to rozpoznasz” – mówi Aneta Pobudkowska, koleżanka Piotra z uczelni. Ze względu na rodzaj wykonywanej pracy na Politechnice nazywali go „wysokociśnieniowcem”. Jego praca miała
wykorzystanie przy kosmetykach. Na uczelni wspierali go i pasjonowali się jego wyprawami, chociaż czasem narzekali, że za bardzo zaniedbuje pracę naukową. Znajomi z uczelni namawiali go, by się zdecydował. Ale Piotr nie wiązał z karierą naukową przyszłości.

– Chciał żyć z robienia zdjęć i z prelekcji. Związać swoje życie z górami – mówi Pustelnik.

Zdjęcia to była jego pasja. Na każdą wyprawę zabierał obowiązkowo aparat, zeszyt i długopis. Wszystko notował. Prowadził dzienniki. Sam siebie nazywał grafomanem. Wchłaniał niezwykle szybko wiedzę. Na jednej z wypraw w dwa dni przeczytał „Wahadło Foucaulta” Umberto Eco. Tyle samo
zajęło mu przeczytanie „Historii Europy” Normana Daviesa. Wrzucał na uszy słuchawki, włączał „Pink Floyd”, „Led Zeppelin”, albo jakąś elektroniczną muzykę i czytał. Zaczytywał się zwłaszcza w historii. Był warszawiakiem i kochał stolicę, wręcz się nią pasjonował. Wolny czas spędzał odkrywając nowe miejsca w swoim mieście by później pokazać je znajomym. Na inną wyprawę wziął z kolei podręcznik do nauki Photoshopa. Pustelnik z niedowierzaniem pokręcił głową. Piotrek przeczytał „cegłę”
jak jakieś pasjonujące opowiadanie.

Dhaulagiri. Właściwie żadne wielkie wyzwanie dla kogoś takiego jak Morawski. Razem z Hamorem chcieli tę górę zdobyć niejako przy okazji. Może nawet ją zlekceważyli…

– Góra jak każda inna, nie chciałbym jej umniejszać ale mieliśmy tu się tylko przygotować na Manaslu – mówi Hamor. Spotykamy się w Popradzie, w hotelu o tej samej nazwie. Niedaleko dworca autobusowego. Przy dobrej pogodzie widać stąd Gerlach. Peter prowadzi coś w stylu agencji
turystycznej. Uczy wspinaczki. Pustelnik mówi, że Peter i Piotr byli od siebie niemal uzależnieni. Stworzyli jak twierdzi: „Doskonały duet, można nawet powiedzieć, że to był drugi najlepszy duet jaki chodził w tym czasie po Himalajach”.

Tego dnia schodzili z drugiego obozu do bazy. Właściwie biegli po płaskim odcinku, który przypomina gigantyczne boisko piłkarskie. Hamor na chwilę się pochylił. Gdy podniósł głowę, Piotra już nie było.

„No tak, szczelina” – pomyślał.

Każdy himalaista kilka razy w życiu wpada w szczelinę. Nic specjalnego. Piotr wpadł w taką z gatunku najgorszych. Zabójczy 25 metrowy lejek. Zakleszczył się. Znalazł się między dwiema bryłami lodu.

Hamor wezwał pomoc i zjechał do niego. Czas uciekał. W pewnym momencie doszło do niego, że wygląda to dramatycznie. W tych warunkach najlepsi himalaiści umierają po godzinie z wyziębienia organizmu. Piotr był uwięziony już trzecią… Wytrzymał kilkakrotnie więc niż w tych warunkach mógłby wytrzymać przeciętny człowiek.

– Nie mogłem nic zrobić tylko trzymać go w świadomości. Gadaliśmy. To była taka rwana rozmowa, „trzymaj się, dasz radę, musisz wytrzymać”. Nie pozwoliłem mu się żegnać. To by oznaczało, że się poddał – mówi. Po trzech godzinach z bazy dotarła ekipa TOPR-owców. Wyciągnęli Piotra.

Hamor wjechał po kilku minutach na górę i zobaczył, że lekarz płacze…

Zrozumiał, że to koniec.

– Piotr był jak tur, torował drogę, niezwykle silny – mówi Hamor. W starciu z górami nawet ten, wydawałoby się nadczłowiek, musiał polec. Okrutne jest to, że stało się to w tak banalnych okolicznościach. Na tym prostym ale jednak niezwykle podstępnym terenie zlekceważył zasady
bezpieczeństwa. Jakby zapomniał, że chodzenie po górach to coś zupełnie innego niż zwykłe przejście przez pasy. Olga mówi, że „Wydawało mu się, iż jest nieśmiertelny”. W końcu nigdy nic poważnego mu się nie stało. Jeśli nie liczyć odmrożonego palca, właściwie nigdy nie miał choćby najmniejszego wypadku.

Olga Morawska powoli dochodzi do siebie. Właśnie wróciła z Nepalu. Pod Dhaulagiri postawiła pamiątkowy czortem i wmurowała tablicę. Mówi, że jest znacznie lepiej, że bardzo jej ta podróż pomogła. Jest znowu pełna zapału. Przygotowuje się do napisania książki o Piotrku. Chce
wykorzystać jego zapiski. Rozmawia też w sprawie filmu dokumentalnego.

Zdjęcie przysłał mi do wykorzystania Simone Moro.

Comments (1)

Marzenie

Śmierć człowieka gór cz. 3

MARZENIE

Pani Jadwiga wyciąga album z wycinkami z gazet. Zbiera wszystko od 24 lat. Właściwie nie jest tego dużo, bo przecież Piotrek nie zdążył zrobić wielkiej kariery. „Jest tutaj” – mówi w pewnym momencie i wyciąga nieco wyblakły papierek zapisany po angielsku. To telegram, który dostała pod
koniec lipca 1985 roku. Wtedy jeszcze nie znała angielskiego na tyle dobrze, żeby dokładnie przetłumaczyć.
– Czuliśmy z mężem, że coś jest nie tak, ale nie wiedzieliśmy co oznacza to słowo – mówi pani Jadwiga. Słowo to „Avalanche”.
– Ten listonosz… wręczył nam telegram, więc starym zwyczajem poszłam po jakieś drobne. Gdy wróciłam, już go nie było jakby uciekł. Człowiek się trzyma, że to jest nie to, że to może pomyłka. Dzwoniliśmy po znajomych, czy mają słownika, ale nikt nie miał. Szukaliśmy tak kilka godzin. W
końcu jeden nauczyciel od angielskiego przetłumaczył telegram.
Wtedy dowiedzieli się, że „Avalanche” to lawina.
Całość telegramu brzmiała: „Jadwiga i Aleksander Kalmus. Z wielkim smutkiem informujemy państwa, że Piotr Kalmus spadł z lawiną 10 lipca. Ciało zostało odnalezione i pochowane przez członków ekspedycji”.
Co by było gdyby… czy dalej byliby szczęśliwym małżeństwem z Basią? Czy zostałby znanym himalaistą? Czy zdobyłby wszystkie ośmiotysięczniki tak jak inny debiutant z tej wyprawy, słynny Carlos Carsolio? A może zostałby uznanym inżynierem? Czy losy jego najbliższych potoczyły by się inaczej? Pytania natrętnie się nasuwają…
Dla Piotra Kalmusa wyprawa na Nanga Parbat była pierwszą w najwyższe góry świata. Wcześniej był w Alpach, na Kaukazie. Ale Himalaje, to było marzenie. Jeszcze ta gigantyczna 4,5–kilometrowa ściana, która już tam na miejscu, na kilka minut zatrzymała go w bezruchu.
Na początku nawet nie mówił głośno o wejściu na szczyt, chciał tam po prostu być. Cieszył się, że będzie w gronie przyjaciół i znajomych, których przecież podziwiał, Heinricha, Piotrowskiego, Kukuczki.

Jako nowicjusz włożył, razem ze swoim najbliższym przyjacielem Pawłem Mularzem, najwięcej pracy w przygotowania. Kukuczka napisał w książce, że to właśnie oni byli duszą tej wyprawy. Piotrek jeździł do Warszawy załatwiać sprawy związane z wyprawą, jeśli trzeba było to i do Szwajcarii. Pracował po godzinach, żeby dorobić. Odłożył wszystko, nawet pracę dyplomową z mechaniki, którą już miał na wykończeniu.
„Wszystko idzie dobrze, skończę gdy wrócę” – powiedział matce.

W ślady brata
Początek czerwca: „Jesteśmy w Dehli, z drobnymi przygodami, bagażem który został w Moskwie i dopiero za trzy dni doleciał innym samolotem. Startujemy do Lahore i Islamabadu a na razie poznajemy Dehli. Obłędne upały, po 40 stopni, pijemy po kilka litrów napojów, jakoś da się
przeżyć, całuję wszystkich, Piotrek.”

Aleksander, mąż pani Jadwigi, pochodził ze Lwowa. Uwielbiał żeglować i chodzić po górach z żoną i dwoma synami, Markiem i 4 lata młodszym Piotrkiem. Gdy byli w Tatrach, w Dolinie Chochołowskiej, Marek mieszkał nieopodal w obozie akademickim, a Piotrek z rodzicami w leśniczówce.
Przy każdej okazji wymykał się do starszego brata i jego znajomych. Gdy miał 16 lat Marek regularnie zabierał go na wyprawy ze studentami.
Marek był dla Piotrka idolem. Piotrek z kolei był ulubieńcem znajomych Marka. Znakomicie grał na flecie, na gitarze i śpiewał piosenki studenckie, lubił polskiego rocka i Jacka Kaczmarskiego, znał się z
Wojciechem Bellonem z Wolnej Grupy Bukowina.
– Robił furorę, Był urodzonym kabareciarzem, cięty dowcip, czytał bajki dla dzieci tak, że ludzie płakali ze śmiechu – wspomina Marek Kalmus.
Piotr kochał muzykę. Tata zaraził go miłością do Bacha i Bethovena. Piotr grał nawet nieźle na skrzypcach, ale problemy zdrowotne nie pozwoliły mu iść w tym kierunku.
Wcześnie poznał Basię, swoją żonę, która była zakochana w górach. To pod jej wpływem został ratownikiem górskim. Szkolił młodych taterników w zakresie bezpieczeństwa. Pomagała mu w tym Tora, jego pies, który pomagał wydobywać spod śniegu ofiary lawin. Tora to była wielka miłość
Piotra. Wygrywała różne zawody. Piotrek lubił się nie chwalić. Najpierw gubił ślady, rzucał klucze w śnieg a Tora zawsze je odnajdywała. Dla zabawy wysyłał ją na spacer z psem rodziców albo po gazetę do kiosku. Nigdy nie zawodziła. Dopiero po jego śmierci zmarniała, stała się obojętna i szybko zdechła.
W nocy w namiocie, przed wyjściem w góry, rozmawiał z Pawłem Mularzem: „Gdyby coś mi się stało, obiecaj że zaopiekujesz się moimi dziewczynami” – poprosił.

Tata wpadł w dziurę!
„Baza 24 czerwca 85 roku. Kochani, jestem zdrów, cały i świetnie się czuję. Mamy założony trzeci obóz na wysokości 6120, od ponad tygodnia akcja górska jest zatrzymana przez fatalną pogodę i warunki w górach (bardzo duże opady śniegu). (…) Uważam na siebie i nie przeceniam swoich możliwości. Góra jest naprawdę piękna ale trzeba być rozsądnym. To wiem i stosuję. (…) Całuję mocno, Piotrek”.

– Piotrek włożył w tę wyprawę sporo pracy, był silny, dobrze zaaklimatyzowany, miał spore szanse na szczyt – mówi Paweł Mularz.

Piotrek szedł w drugiej grupie, z Mirosławem Gardzielewskim i Tadeuszem Piotrowskim. Przechodzili przez gigantyczny żleb, przez który co jakiś czas leciały lawiny seraków, wielkich lodowych brył. Lecą dość regularnie. Niemal jak w niemieckiej kolei. Sztuka polega na tym, żeby w odpowiednim momencie przejść przez kuluar. Piotrowskiemu i Gardzielwskiemu się udało. Przebiegli szybko bez zakładania raków. Piotrek postanowił „dopełnić formalności”.

– Zginął dlatego, że dopilnował wszystkich wymogów bezpieczeństwa. Gdyby postąpił tak jak koledzy i trochę te wszystkie reguły zlekceważył, to by przeżył… – mówi z żalem Marek Kalmus.
Piotr założył raki, przeszedł. Był już po drugiej stronie korytarza, na wypukłym polu śnieżnym. Wtedy góra wydała charakterystyczny dźwięk. „Uważaj, lawina!” – krzyknął Piotrowski. Teoretycznie był bezpieczny.
Nagle z lawiny wyskoczyła potężna lodowa bryła wielkości plecaka. Piotr wbił czekan w ścianę, mocno się zaparł, ale bryła była w niego jakby wycelowana.
Przyjaciele znaleźli go 900 metrów niżej. Przy skale przypominającej kształtem serce.
– Zobaczyłem w śniegu porozrzucane rzeczy i żółty pogruchotany kask. To był Piotrek. Sprawdziłem, już nie żył – mówi Mularz.
Jerzy Fridiger, lekarz wyprawy stwierdził, że zginął na miejscu od uderzenia. Diagnoza: „Złamanie podstawy czaszki”.
Pani Jadwiga: „Baśka była w górach a ja zostałam z dziewczynkami. Wieczorem powiedziałam, że najwyższy czas na paciorek. Kasia krzyknęła: „Nie!”. Mówię: „Ale Kasiu, za tatusia trzeba się pomodlić”. Ona krzyknęła: „Nie, tata wpadł w dziurę!”.
Następnego dnia przyszedł telegram.
Pani Jadwiga: – Basia przed wyprawą pojechała do Warszawy z dziewczynkami, żeby pożegnać Piotra. Mówiłam jej, że nie ma sensu, że droga jest długa i dzieci będą zmęczone. Nic nie powiedziała. Piotrek zadzwonił z Warszawy, że jest wzruszony, że Basia przyjechała z dziećmi. Pomyślałam: „Jaka ona uparta”. Ale po tym wszystkim co się stało, pomyślałam sobie, że dobrze że pojechała, że postawiła na swoim.
Pokazuje nam zdjęcia Piotra. „O proszę, a tutaj gra na gitarze w kabarecie Pod Budą na konkursie studenckim”. Ciemna karnacja, zawadiacki wąs, cygańska uroda.
Po chwili namysłu dodaje: – Później słuchałam wiadomości i co jakiś czas mówili kolejne nazwisko. Ci wszyscy chłopcy, których tu gościliśmy w domu, ginęli jeden po drugim…

Post Scriptum
28 lipca. Dzwonię do Gdańska, do firmy budowlanej BIS: – Dzień dobry, rozmawiam z panem Andrzejem? Świetnie. Chciałbym przyjechać do pana, porozmawiać o waszej tragicznej wyprawie na Mt. Everest sprzed 20 lat.
– Tak, oczywiście, zapraszam. Proszę zadzwonić do mnie w poniedziałek. Nie ten najbliższy, ale ten następny. Po 9 sierpnia. Umówimy się.
Rozmawiałem z Andrzejem Marciniakiem. W piątek, 7 sierpnia w słowackich Tatrach, oderwał się razem z potężnym blokiem skalnym i spadł na ziemię. Zginął na miejscu.

5 komentarzy

Pogromcy gigantów

Na weekend ku pokrzepieniu serc druga część opowieści o wielkim Widzewie, który na początku lat 80-tych był jedną z najlepszych europejkich drużyn. Tekst robiliśmy z Romkiem Brzozowskim w serii „Top 10 najlepszych polskich występów w europejskich pucharach”

Pogromcy gigantów

Gdy schodziliśmy z boiska kibice na trybunie The Kop wstali i bili nam brawo. Przeszły mnie dreszcze, to było zupełnie niezwykłe uczucie – wspomina Włodzimierz Smolarek, napastnik Widzewa. Kilka chwil wcześniej sędzia odgwizdał koniec meczu. Liverpool wygrał u siebie z Widzewem 3:2, ale wcześniej w Łodzi poległ 0:2 i to mistrz Polski awansował do półfinału Pucharu Mistrzów.
Dzięki temu Widzew może rościć sobie prawo do tytułu największej klubowej drużyny w historii polskiej piłki. Dwa lata wcześniej pozostawił w pokonanym polu Manchester United i Juventus, teraz Liverpool, być może najlepszą ówcześnie drużynę świata.

Gruntowny remont
– Nie zapominajmy jednak, że te dwa zespoły Widzewa znacznie się różniły – mówi Władysław Żmuda, ówczesny szkoleniowiec łódzkiej jedenastki, który był zmuszony w ciągu dwóch lat znacznie przebudować drużynę. Przede wszystkim odszedł Zbigniew Boniek, najlepszy piłkarz, lider zespołu.
– Zbyszek był mózgiem, decydował niemal o wszystkim. Teraz nie było piłkarza, który mógłby mieć aż taki wpływ na zespół, dlatego zdecydowałem się rozłożyć odpowiedzialność na kilka osób. Część obowiązków miał przejąć Krzysiek Surlit, część Zdzisiek Rozborski, część Mirek Tłokiński, który przecież od dłuższego czasu domagał się wręcz, by uznano go za lidera – mówi Żmuda.
Poza Bońkiem odeszli też: środkowy obrońca Władysław Żmuda, lewy obrońca Andrzej Możejko, skrzydłowy Marek Pięta.
– Potrzebowałem wysokiego obrońcy w miejsce Żmudy. Idealnym kandydatem był Roman Wójcicki ze Śląska. Na lewą stronę poszedł Krzysiek Kamiński, którego przekwalifikowałem z pomocnika, do zespołu doszło też kilku młodych piłkarzy, których znalazłem w reprezentacji juniorów, między innymi Wiesiek Wraga i Mirek Myśliński. Do ataku doszedł Marek Filipczak. Kilku podstawowych zawodników zostało, ale była to jednak inna drużyna. Miała jednak ten sam charakter. Można powiedzieć, że zawodników dobierałem właśnie pod kątem owego słynnego widzewskiego charakteru. To musieli być ludzie, którzy nigdy się nie poddają – mówi Żmuda.
Nieco w cieniu zostawał Józef Młynarczyk. – Józio bardzo mało mówił, nie chciał rządzić, ale dla młodych chłopców był prawdziwym idolem, podziwiali go – opowiada trener. – Fajne było też to, że starsi gracze bardzo dobrze przyjmowali młodych.
Nie znaczy to jednak, że nie bali się o miejsca.

Nowy – stary Widzew
Krzysztof Surlit zostawał po godzinach by eliminować swoje słabości.
– To był chłopak z kompleksami, nie można było go za dużo krytykować, tylko delikatnie zwrócić uwagę. Czasem nawet gotów był trenować takie podstawowe techniczne sprawy. Miał jednak dość duży rozrzut. Czekał aż wszyscy wyjdą, bo nie chciał pytać przy innych zawodnikach i prosił mnie, żebym trochę z nim poćwiczył po zajęciach – mówi Żmuda.
Autorytetem był też Andrzej Grębosz. – Chłopcy bardzo go szanowali i bardzo lubili. Wiedzieli, że mogą sobie pożartować z nim. No i oczywiście z niego, bo „Adaś” nigdy się nie obrażał – mówi Żmuda.
Największe problemy Żmuda miał ze skompletowaniem ataku.
Dlatego w sezonie 1982/83 w ofensywie zagrał Tłokiński.
– Mirek był taki, że chciał wszystko robić. Kiedyś powiedziałem, że mamy problem z napastnikiem, to on od razu wypalił: – Ja mogę grać w ataku, dam sobie radę. Popatrzyłem niepewnie, ale odpowiedziałem: „Ok, spróbujesz”. Spróbował i był naprawdę dobry. Strzelil 15 bramek w sezonie, był naszym najlepszym strzelcem – mówi Żmuda. A Tłokiński swoją uniwersalność potwierdził właśnie w meczach z Liverpoolem. W pierwszym grał jako napastnik, w drugim zastąpił Andrzeja Grębosza na środku obrony. Chociaż w ataku zagrał zaledwie co trzeci mecz, zarówno w lidze polskiej jak i w Pucharze Mistrzów, to jednak i tu, i tu zajął pierwsze miejsce w klasyfikacji strzelców. W lidze polskiej wspólnie z Mirosławem Okońskim, w Pucharze Europy z Paolo Rossim… może robić wrażenie.
Żmuda utrzymał tradycyjne środowe gierki – legendarne treningi Widzewa, na których piłkarze wrzucali banknoty do kapelusza i walczyli o kasę.
Zlikwidował jednak palenie. Za czasów Jacka Machcińskiego kopcili wszyscy, czasem w kącie, czasem nawet w szatni czy w autobusie jadącym na mecz. Trener, asystent, zawodnicy…
– Jestem wielkim przeciwnikiem papierosów, dlatego wprowadziłem absolutny zakaz palenia. Zdarzało się, że jechaliśmy na mecz autokarem i nagle ludzie zaczęli odczuwać wielką potrzebę… zatrzymywaliśmy się, wyskakiwała grupa piłkarzy i kopcili – mówi Żmuda, który był zupełnie innym szkoleniowcem niż jego poprzednik Jacek Machciński, prawdziwy naturszczyk, zwolennik teorii, że zespół należy wybrać i tak nim kierować by zawodnicy mieli przekonanie o pełnej demokracji. Był jakby jednym z piłkarzy, zwracano się do niego „per pan” ale traktowano jak kolegę.
Żmuda to taktyk, psycholog. Mówiono, że jest za dobry dla piłkarzy, on sam się z tym nie zgadzał. – Po prostu uważam, że najważniejsza jest spokojna, rzeczowa rozmowa – mówi.
Można powiedzieć, że Widzew został szybko i sprawnie przebudowany.
Żmuda mówi tak: – Kiedyś, jeszcze za czasów Zbyszka Bońka graliśmy jakiś turniej a najważniejsi gracze wyjechali na kadrę. Boniek w autobusie powiedział: „Bez nas ten zespół przegra wszystkie mecze”. Młodsi zawodnicy to słyszeli, dlatego założyłem się o koniak, że wygramy przynajmniej dwa z czterech spotkań. Wygrałem. Widzew jednak mógł istnieć bez wielkich gwiazd.

Legenda Boba Paisleya
W pierwszej rundzie sezonu 1982/83 Widzew trafił na maltański Hibernians Paola. Kaszka z mleczkiem. W drugiej przeciwnik był już poważniejszy. W składzie Rapidu Wiedeń występowali przecież zawodnicy z najwyższej europejskiej półki, choćby Antonin Panenka, wielka gwiazda reprezentacji Czech i strzelec najsłynniejszego karnego w historii futbolu, czy Hans Krankl, genialny snajper, już wtedy mający na koncie tytuł króla strzelców Primera Division. Przegrana 1:2 w Wiedniu ale zwycięstwo 5:3 w Łodzi dały Widzewowi awans. Teraz miała nadejść najtrudniejsza przeszkoda – Liverpool legendarnego Boba Paisleya.
Już wtedy zespół z miasta Beatlesów miał na koncie trzy tytuły klubowego mistrza Europy. Paisley po sezonie miał odejść w glorii jednego z największych trenerów w historii. Jego nazwisko było potem wielokrotnie przywoływane, choćby w kontekście ostatniego finału Ligi Mistrzów. Gazety przypominały przecież, że Alex Ferguson miał szansę wyrównania rekordu Paisley’a, który jako jedyny menedżer sięgnął trzykrotnie po najważniejsze trofeum Starego Kontynentu. Po finale w Rzymie, gdy pokonał Borussię Moenchengladbach stwierdził: To nie pierwszy raz gdy pokonałem tu Niemców, poprzednio było to w 1944 roku, wjechałem w swoim czołgu i wyzwoliliśmy miasto”. Po debiucie Alana Kennedy’ego wyznał: „Zabili nie tego Kennedy’ego” lub… „Jeśli jesteś w polu karnym i nie wiesz co zrobić z piłką, po prostu strzel do bramki a pozostałe opcje przedyskutujemy później”.
Oto Bob Paisley, uznany niedawno przez gazetę „The Times” za szóstego najlepszego menedżera w historii futbolu. Jego wielkość złamał Widzew lub zbyt duża pewność siebie…
Żmuda opowiada: – Przed pierwszym meczem pojechałem do Manchesteru na mecz z Liverpoolem, nagrywaliśmy go. Później wracałem z Liverpoolem, siadłem koło Paisleya i o wszystko go pytałem, a on… po prostu odpowiadał. Opisywał swoich zawodników. Był po prostu niezwykle pewny siebie. Z kolei do Łodzi na obserwację przyjechał jego asystent. Przyszedł na trening popatrzył 10 minut, machnął ręką i poszedł się napić.
Żmuda wrócił do Łodzi z Liverpoolu w poniedziałek rano, dwa dni przed meczem. Zastał żałosny widok.
Krzysztof Kamiński: Wszyscy się pochorowaliśmy. Pojechaliśmy do Spały i zamiast trenować, leżeliśmy w łóżkach. Żmuda wziął zespół na spacer, we wtorek był lekki trening, w środę Widzewiacy nie mogli pozwolić sobie nawet na odrobinę wątpliwości. Na stadionie ŁKS przyszło 45 tysięcy kibiców…
Liverpool przyjeżdżał jako wielki faworyt.

Papież przewidział
Kamiński: – To była fantatsyczna drużyna. Znaliśmy ich nazwiska, cała Europa znała. Kenny Dalglish, Ian Rush… Wiedzieliśmy, że same umiejętności nie wystarczą, że są lepszymi piłkarzami.
Tłokiński: – Przed meczem po raz pierwszy w historii mojej gry w Widzewie baliśmy się, że rywal jest poza naszym zasięgiem. Liverpool był przecież obrońcą Pucharu Europy. Poszliśmy nawet do prezesa, aby zmienił system premiowania. Dotychczas Ludwik Sobolewski płacił za przejście kolejnej rundy. Tym razem chcieliśmy, aby zapłacił nam za punkty. Czyli jeśli np. wygramy w Łodzi, a odpadniemy po rewanżu, to coś byśmy i tak zarobili. Pan Sobolewski się nie zgodził. „Dam wam więcej, ale wyeliminujcie ich” – stwierdził. Miał większą wiarę w nasze możliwości niż my sami.
Żmuda: Przypomniałem chłopakom, że przecież papież powiedział nam, że tego meczu nie przegramy. No to chyba przegrać nie możemy…
Z Janem Pawłem II widzewiacy spotkali się na kilka tygodni przed meczem. Załatwił to przewodnik, niejaki Johny River, przyjaciel Zbigniewa Bońka. Ojciec Święty przyjął piłkarzy Widzewa o 6 rano w swojej osobistej kaplicy w Watykanie. – Zastanawialiśmy się, co na siebie założyć, w końcu wybraliśmy dresy, tak by wszyscy wyglądali jednakowo – mówi Żmuda. – Jan Paweł II był w znakomitej formie, sporo o nas wiedział, znał się na piłce. Z każdym starał się zamienić słowo.
Wizyty nie zapomni Wiesław Wraga, którego Ojciec Święty pogłaskał po głowie… ale o tym później.
Słowa Jana Pawła II okazały się prorocze.
– Clive mój kolega z Anglii powiedział, że Jan Paweł II nie da nam przewagi, bo przecież kilka tygodni wcześniej był też na mszy w katedrze w Liverpoolu. A jednak? – śmieje się Wojciech Filipiak, dziennikarz z Łodzi, naoczny świadek wydarzeń.

Trzęsienie ziemi w Łodzi
Na wszelki wypadek trener Widzewa przygotował plan taktyczny.
– Trener był w szatni bardzo spokojny, jeśli miał jakieś obawy przed Liverpoolem to nie dał tego odczuć. Był nawet pewny siebie, był pewien, że ma dobrą taktykę – mówi Roman Wójcicki.
Żmuda: – To było dość proste. Zaobserwowałem, że Liverpool gra dość prostym systemem w obronie. Przesuwali się całą linią do przodu i do tyłu. Mirek Tłokiński i Włodek Smolarek przesuwali się razem z nimi i w odpowiedniej chwili mieli dostawać z pomocy podania krzyżowe.
W pierwszej połowie naciskał Liverpool, a Widzew starał się wyprowadzać kontrataki. Młynarczyk i Grobbelaar zachowali czyste konta. – Wtedy już wiedzieliśmy, że nasze szanse są coraz większe. Nie byliśmy od nich gorsi – wspomina Żmuda.
Na boisku praktycznie nie istniał Kenny Dalglish, kreator gry Liverpoolu.
Tadeusz Świątek: Dostałem za zadanie indywidualne pilnowanie Kenny Dalglisha, ikony Liverpoolu a zarazem mojego idola, bo z zagranicznych klubów od zawsze uwielbiałem The Reds. No i w drugiej minucie meczu w Łodzi tenże Dalglish wszedł mi brutalnie w nogi. Wywołał we mnie sportową złość. Skończył się szacunek. Jak ocenił później trener Żmuda, on nawet dobrze piłki nie powąchał. Pamiętam, że po meczu szedłem przez halę ŁKS zatrzymał mnie Antoni Piechniczek, ówczesny selekcjoner reprezentacji i złożył szczere gratulacje.
Pierwszego gola zaraz po przerwie strzelił Tłokiński.
– Był to efekt przemyślanej taktyki. Trener Żmuda nakazał mi, abym przy każdym dośrodkowaniu, czy strzale był jak najbliżej Grobbelaara. Oczywiście mogło się zdarzyć, że przez 90 minut nic by to nie dało, ale od tego jest napastnik, by być cierpliwym i zdyscyplinowanym – mówi Tłokiński.
Druga bramka padła po kontrataku wyprowadzonym przez Andrzeja Grębosza. Obrońca Widzewa wymienił podania z Włodzimierzem Smolarkiem i dośrodkował przed pole karne. A tam był malutki Wiesław Wraga. Strzelił z 16 metrów głową… którą wcześniej pogłaskał Jan Paweł II. Grobbelaar nie miał szans.
– Może coś w tym było? – zastanawia się dzisiaj Wraga, który gola strzelił 10 minut po tym, jak wszedł na boisko w miejsce Filipczaka. Ta bramka został zapamiętana jako jedna z najważniejszych w historii Widzewa.
Tłokiński opowiada: – Nie jestem zazdrosny, że z tego meczu większość kibiców pamięta bramkę Wiesia. Moje trafienia nie były tak spektakularne. Gol Wragi zasługuje na to, by być tym niezapomnianym. Był wyjątkowy z wielu powodów. Strzelił go najmniejszy piłkarz na boisku, głową, z 16 metrów, w dolny róg bramki. To wszystko w meczu przeciwko najlepszej drużynie Europy. Takie gole zdarzają się raz na wiele, wiele lat.

Kto krył Rusha?
Anglikom spodobało się kilku piłkarzy. Głośno było m.in. o Włodzimierzu Smolarku i o Romanie Wójcickim, który doskonale stopował ich najlepszego napastnika Iana Rusha.
– Był wszędzie, szybko się przemieszczał, bardzo trudny rywal, zdecydowanie zalazł mi za skórę – mówi Wójcicki. Dziennikarze z Anglii sugerowali, że świetnie spisałby się w tamtejszej lidze, pasował idealnie. – Szkoda, że nigdy nie dostałem propozycji, marzyłem o tym – mówi Wójcicki. A Rush? Niewiele pograł, chociaż rzeczywiście był wszędzie, bo Krzysztof Kamiński z kolei uważa, że to on grał przeciw Walijczykowi.
– Było trudno, ale daliśmy radę. Nie był taki straszny – śmieje się Kamiński, który zresztą sam przyznaje że nigdy nie słynął ze skromności.
– Gdy jeszcze grałem w Żyrardowie, przyjechałem z kolegą na mecz Legii, popatrzyłem i powiedziałem do mojego kolegi: „Wiesz co, myślę że spokojnie dałbym sobie z nimi radę” – śmieje się piłkarz, który zaczynał karierę jako napastnik, skończył jako obrońca.
Skąd wrażenie, że obaj kryli Rusha?
Tłumaczy Żmuda: – On był bardzo niebezpieczny, ale tak naprawdę w obronie graliśmy strefą. Nie dawałem indywidualnego krycia, bo po prostu rywal miał zbyt wielu zawodników, których trzeba było indywidualnie pilnować. To nie miało sensu.
Tadeusz Świątek przyznaje, że odetchnął z ulgą: – Przed meczem w Łodzi udzieliłem wywiadu Tomkowi Zimochowi z Polskiego Radia. Powiedziałem, że oglądaliśmy mecze Liverpoolu na wideo i moim zdaniem Anglicy wcale nie są tacy silni, jak wskazywałyby ich wyniki w lidze. Później się zastanowiłem, co palnąłem. „Pojadą nas siódemką, i pięknie będę wyglądał z tym moim wywiadem” – martwiłem się. Na szczęście stanęło na moim – wspomina prawy obrońca Widzewa.
Na pomeczowej konferencji prasowej Żmuda starał się zachować dyplomację. Paisley sypał żartem, ale wciąż nie przyjmował do wiadomości, że jego zespół może odpaść.
– Dzisiaj Widzewowi pomógł Jan Paweł II, ale myślę, że przejdziemy do kolejnej rundy – stwierdził.
– Ależ on mnie wtedy zdenerwował, miałem takie poczucie że wciąż uważa nas za znacznie słabszych – mówi Żmuda.
Widzew był na ustach Europy. Mirosław Tłokiński uważa, że właśnie ten mecz był najważniejszym w historii Widzewa.
– Graliśmy z wielkimi klubami, ale ten mecz w Liverpoolu był tym najlepszym. Oczywiście nie graliśmy jak dzisiejsza Barcelona – finezyjnie, technicznie. Raczej jak Manchester United. Każdy atak był szybki, nie było zmiany tempa, wycofywania piłki, kalkulowania – mówi legenda Widzewa.
Anglicy zapamiętali Polskę jako kraj ubogi lecz gościnny.
Martin Tyler, komentator telewizyjny pisał: „Ubóstwo w Polsce było bardzo widoczne, mimo że przyjechaliśmy na tak krótko. Nigdy nie zapomnę uśmiechu i wdzięczności starszej pracownicy hotelu, gdy David Hodgson dał jej tabliczkę czekolady. Jest za to bogactwo ducha u tych ludzi o ciepłych sercach, a najlepiej świadczy o tym wielki banner, z którym kibice paradowali przed hotelem: „Zgadza się, nie mamy nic w naszych sklepach, ale i tak pokonamy Liverpool”.

Próba sił na stołówce
Do miasta Beatlesów Widzew nie jechał w roli faworyta. Liverpool mógł odrobić każdą stratę, łodzianie o tym wiedzieli. Tym bardziej, że byli poważnie osłabieni. W obronie za kartki nie mógł zagrać Grębosz.
Żmuda mówi: Cóż, mieliśmy przecież Mirka Tłokińskiego. Mógł grać wszędzie. Chciał wziąć odpowiedzialność, dlatego postawiłem go na obronie.
– Wciąż mieliśmy do nich ogromny szacunek, wiedzieliśmy że stać nas na awans ale wiedzieliśmy też, że to jedna z najlepszych drużyn w Europie – mówi Smolarek.
Paisley w przedmeczowym programie wydawanym przez klub pisał tak: „Tak, znamy wynik. Jestem przekonany, że będzie to wielki mecz i mamy szansę awansować do półfinału. I nie mówię tego dla samego gadania”. Paisley przypomniał mecze ze Śląskiem Wrocław w III rundzie Pucharu UEFA, wygrane w listopadzie i grudniu 1975 roku 2:1 i 3:0. Zaznaczył jednak, że Widzew jest drużyną lepszą od Śląska, przypomina raczej Dynamo Drezno (Liverpool wygrał z Niemcami po ciężkich bojach, 0:0 i 2:1, w ćwierćfinale Pucharu UEFA w sezonie 1975/76). Trener Liverpoolu dodawał: „Mówiąc krótko, Widzew jest dobrą drużyną i co najważniejsze, o dwa gole za dobrą”. Na wszelki wypadek przypomniał mecze, w których angielskie drużyny wracały z „dalekich podróży”.
Anglicy woleli się jednak asekurować. Dzień przed meczem piłkarze Widzewa nie mogli o czasie rozpocząć rozgrzewki. Anglicy tłumaczyli, że taki mają regulamin.
– To miały być takie małe gierki, który wytrąciłyby nas z równowagi. W dniu meczu, gdy jedliśmy śniadanie, cały zespół Liverpoolu przeszedł przez naszą stołówkę. Po prostu przeszli, groźnie patrzyli. To banalne zagrywki, chcieli pokazać nam, że mają przewagę psychologiczną. Skończyliśmy jeść i rzuciłem komendę: „Teraz my idziemy przez ich stołówkę”. Muszą wiedzieć, że się ich nie boimy” – opowiada Żmuda.

Zasłużyli na szacunek
Rewanż to nerwy. Co jeśli Liverpool strzeli pierwszy gola? Żmuda mówi: – Na pewno musieliśmy uważać na początek, gdyby strzelili pierwsi, mielibyśmy poważne problemy…
W 14. minucie strzelili. Konkretnie Phil Neal z karnego. Marek Filipczak niepotrzebnie wystawił ręce w polu karnym, jakby chciał złapać piłkę. Sędzia nie miał wątpliwości.
Ale Widzew nie poddał się. Widzew nigdy się nie poddawał.
Za chwilę na polu karnym Liverpoolu Włodzimierz Smolarek został sfaulowany przez Bruce’a Grobbelaara i do karnego podszedł Tłokiński.
– To był najważniejszy gol w moim życiu. Nie najtrudniejszy technicznie, ale bardzo obciążający psychicznie. Kiedy szedłem do wykonania karnego, miałem w głowie setki myśli. Co zrobię jak nie strzelę? Jak zareagują kibice? Jak działacze? Co powie rodzina? Czy zdołamy to odrobić? Wiedziałem, że muszę strzelić silnie po ziemi, bo murawa była bardzo śliska . Podczas wykonywania miałem uczucie całkowitej izolacji z otoczeniem, jak ktoś zamknięty w szklanej kuli. Pamiętam tylko wrzask kibiców Liverpoolu, po strzeleniu bramki. Grobbelaar rzucił się we właściwą stronę, ale nie miał szans na złapanie piłki – wspomina Tłokiński, uważany wówczas za lidera drużyny.
Po przerwie drugiego gola strzelił Włodzimierz Smolarek. Widzew wymienił kilka efektownych podań, piłka w końcu trafiła do Marka Filipczaka i ten mógł się w końcu zrehabilitować za głupiego karnego.
– Wtedy wiedzieliśmy już, że jesteśmy blisko celu, ale staraliśmy się nie tracić koncentracji – mówi Smolarek. – Niesamowite było to, że doping nie osłabł nawet na minutę, to co działo się na trybunach, było absolutnie fantastyczne.
Liverpool strzelił w końcówce dwa gole, ale było już za późno. Widzew awansował do półfinału!
– Gdy schodziliśmy kibice wstali i bili nam brawo. Standing Ovation na Anfield? Jedyne przeżycie w swoim rodzaju – mówi Smolarek, który, wraz z Tłokińskim opuszczał boisko w czapkach angielskich policjantów. To wyraz szacunku od funkcjonariuszy za znakomitą grę.
– Ten mecz był bardzo stresujący. Schudłem 4 kilogramy i nie był to tłuszcz. Raczej odwodnienie na skutek stresu – mówi Tłokiński.
Prasa napisała, że Anglików Polacy pokonali na dwóch frontach. Również w ćwierćfinale Aston Villa, obrońca tytułu, musiała uznać wyższość Juventusu Turyn, a fantastyczne mecze rozgrywał wtedy Zbigniew Boniek.
W półfinale z Juventusem Turyn nie poszło już tak dobrze. Widzew przegrał w Turynie 0:2, a u siebie zremisował 2:2.
Kamiński: – Myślę, że Zibi nas rozgryzł, cóż trudno mieć pretensje, teraz miał nowego pracodawcę.
Wójcicki: – To był zespół jednak lepszy niż Liverpool, bardziej dojrzały. Wystarczy spojrzeć na skład, kilku mistrzów świata, do tego Platini i Boniek.
Żmuda: – Juventus był jednak nie do przejścia.

Imperium przed upadkiem
Widzew choć nie awansował do półfinału, to przeszedł do historii polskiej piłki jako zespół, który w ciągu kilku sezonów pokonał najlepsze drużyny świata. Historia klubu z Łodzi w tym okresie dzieli się jednak na dwa etapy – z Bońkiem i bez.
– Ten pierwszy zespół był bardziej romantyczny. Piłkarze trzymali się razem przed meczami i po. Drugi Widzew był jednak bardziej profesjonalny, mniej rodzinny – ocenia Wojciech Filipiak.
Mirosław Tłokiński tak opisuje różnice: – W pierwszym Widzewie nikt nie potrzebował starszego brata. Wszyscy byliśmy równi, mocni, tak samo ważni. To była właściwa DRUŻYNA z CHARAKTEREM. Piłkarsko ten stary Widzew był dobry. Na papierze nawet lepszy, bo grali w nim piłkarze o wielkich nazwiskach. Gdy odchodzili Zbyszek Boniek i Władek Żmuda, wszyscy pisali , że bez nich Widzew spadnie do drugiej ligi. Nie spadł. Ba, awansował do czwórki najlepszych w Europie. To ten i tylko ten sezon i ci zawodnicy pozwolili na używanie nowej nazwy, formuły dotyczącej zespołu: WIELKI WIDZEW – mówi Tłokiński. Trudno mu się dziwić, w końcu w tej drugiej drużynie odgrywał znacznie ważniejszą rolę.
Szkoda tylko, że w ciągu zaledwie dwóch sezonów wszystko się popsuło. Szefowie klubu nie potrafili znaleźć następców tych, którzy wyjeżdżali za granicą. Hitem miał być Dariusz Dziekanowski, który przyszedł do klubu za 21 milionów złotych. Gigantyczna suma dla utalentowanego zawodnika, który jednak zniszczył atmosferę w zespole.
Ostateczne rozbicie zespołu część starszych piłkarzy zarzuca Orestowi Lenczykowi.
– Zabił widzewski charakter. Narzucał swoje idee, nie rozmawiał z zawodnikami, starał się zepchnąć najważniejszych piłkarzy do poziomu początkujących juniorów. To nie mogło się udać – mówi Krzysztof Kamiński.
Żadne imperium nie jest wieczne, szkoda jednak że to widzewskie było tak krótkotrwałe…

9 komentarzy

Older Posts »