Archive for Dominacja Premier League

Dominacja Premier League

Oto artykuł, który mówi o dominacji Premier League w Europie. Dlaczego są tacy… najlepsi? Opowiadają o tym ludzie, których nazwiska powinni znać wszyscy. Tony Cascarino, Paul Parker, Gordon Strachan, Pini Zahavi… pogadaliśmy z kim trzeba 🙂 Tekst powstał przed zeszłorocznym finałem LM w Moskwie, gdzie Manchester pokonał Chelsea. W tym roku wygrała Barca ale nie zmienia to faktu, ze PL jest najlepszą ligą w Europie. Pewnie teraz co roku będzie odbywała się bitwa Anglia – reszta kontynentu. Raz wygra Anglia, raz reszta…

oto artykuł!

Dwa angielskie kluby w finale Ligi Mistrzów to nie przypadek. Premier League zdominowała europejski futbol I nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się w najbliższym czasie zmienić. Przepaść między ligą angielską a włoską Serie A czy hiszpańską Primera Division powoli się powiększa. Co powoduje, że to właśnie Premier League jest najlepsza i tak dominująca?

Wartość pieniądza

– Odpowiedź na wasze pytanie jest bardzo prosta. Nie ma tu sensu szukać podtekstów. Pieniądze i nic więcej. Nasze kluby wykładają najwięcej na transfery, a przede wszystkim stać je na niesamowicie wysokie pensje – wypala na dzień dobry Paul Parker. 19-krotny reprezentant Anglii, dziś komentator w telewizji Setanta. Spotkał się z nami w kawiarni w centrum Londynu, zaraz przy Picadilly Circus.

Zgadza się z nim Tony Cascarino. Felietonista Timesa, w przeszłości 86-krotny reprezentant Irlandii. Napastnika Chelsea, Fulham i Olympique Marsylia odwiedziliśmy go w Chislehurst, na przedmieściach Londynu. Cascarino słynie z ciętego języka, dlatego telewizje chętnie zapraszają go jako eksperta. Kiedyś powiedział o ówczesnym selekcjonerze reprezentacji Anglii, Glennie Hoddle’u: “To najbardziej zakochany w sobie facet na świecie. Gdyby był lodem zalizałby się na śmierć”. Cascarino co chwila się unosi, żartuje, gestykuluje. Tak bardzo, że kończy się rozlaną kawą i zmianą stolika.

– Angielskie kluby mają najlepszy marketing, spróbujcie w dniu meczu kupić na Old Trafford koszulkę w oficjalnym sklepie. Kolejka ciągnie się kilkanaście metrów na zewnątrz. Angielska liga ma też najlepszą oglądalność, najbogatszych sponsorów, a najsilniejsze kluby właścicieli miliarderów – wylicza Cascarino. – Zarobki w Anglii są zdecydowanie najwyższe. We Włoszech, czy Hiszpanii kilku czołowych zawodników zarabia fantastyczne pieniądze. W takiej Chelsea możesz być człowiekiem numer 16 i wciąż dostajesz takie pieniądze, o jakich na Kontynencie mogą tylko pomarzyć.

– Myślę, że nie można sprowadzać wszystkiego do finansów. Chodzi także o ducha i tradycje – protestuje Pini Zahavi. “Superagent” z Izraela menedżer m.in. Rio Ferdinanda czy Ashleya Cole’a, to on pośredniczył w zakupie Chelsea Londyn przez Romana Abramowicza. – Ten kraj jest całkowicie zwariowany na punkcie futbolu. Kibicowanie danej drużynie jest naturalną rzeczą. Ojciec bierze syna po raz pierwszy na mecz, gdy ten ma trzy, cztery lata. Wychowuje go na kibica, i to lojalnego – mówi Przeglądowi Sportowemu Zahavi. – Tutaj nawet finał Pucharu Anglii pomiędzy Cardiff a Portsmouth wzbudza ogromne zainteresowanie. Byłem w sobotę na Wembley i nie było ani jednego wolnego miejsca. We Włoszech na finał miedzy drużyną środka tabeli, a niemalże spadkowiczem z drugiej ligi przyszłoby może 10 tysięcy osób. W Anglii nie dość, że Wembley pękało w szwach, to jeszcze na całym świecie mecz oglądało pół miliarda osób w telewizji. Angielska piłka jest jak magnes.

Zahavi uderza w romantyczne tony, ale to twardy biznesmen. Dopiero po chwili przechodzi do sedna sprawy. – Biznes widzi to niesamowite zaangażowanie ludzi w angielską piłkę. To dlatego, każdy chce się reklamować przed telewizyjną transmisją meczu, albo na koszulkach. Kibice w Anglii to bowiem fantastyczni klienci – puentuje Izraelczyk.

Telewizja płaci

To właśnie rekordowa umowa ze stacją telewizyjną Sky Sports sprawiła, że kluby angielskie są dziś najbogatsze na świecie. Każdy kolejny kontrakt był wyższy od poprzedniego, ale ten najnowszy został wywindowany do niebotycznych rozmiarów. Za wszystkie prawa w latach 2007-2010 stacje telewizyjne, Sky i Setanta zapłaciły 1,7 miliarda funtów. Część praw wykupiły też inne telewizje. Pierwszy raz tak ogromne pieniądze pojawiły się w angielskiej piłce w 1992 roku, kiedy stacja telewizyjna BSkyB zapłaciła za pięcioletnie prawa do pokazywania Premiership 100 milionów funtów.

Nigdy jednak nie było tak, że angielskie kluby zadowalały się dostawanymi pieniędzmi i je przejadały. Od 92 roku kluby zainwestowały w infrastrukturę aż 1,7 miliarda funtów! Podczas, gdy na przykład we Włoszech kluby wciąż grają na starych (wybudowanych na mistrzostwa świata w 1990 roku) stadionach. – Za sam fakt bycia w Premiership, czyli załapania się do podziału pieniędzy z telewizyjnych kontraktów, dostaje się około 60 milionów funtów. Oczywiście im lepiej danemu klubowi idzie i im częściej pokazuje go telewizja, tym więcej dostaje pieniędzy – mówi dziennikarz „The Times” Tom Dart. – A do tego dochodzą przecież jeszcze indywidualne umowy ze sponsorami, z producentami strojów itd. Najgorszy zespół Premiership zarabia jakieś 40 milionów funtów. A nawet jak spadnie, to przez trzy sezony dostaje po 12 milionów funtów rekompensaty. 12 milionów funtów, to jakieś 54 miliony złotych. Dla porównania budżet mistrza Polski w przyszłym sezonie nieznacznie przekroczy 30 milionów złotych.

– Popatrzcie na naszą drugą ligę, czyli Championship – mówi Cascarino. – Tam krążą pieniądze porównywalne z tymi we francuskiej Ligue 1. To dlatego zespoły Championship mogą brać czołowych piłkarzy z takich krajów jak chociażby Polska. Pieniądz robi pieniądz Wielkie pieniądze w angielskiej piłce stały się magnesem dla… najbogatszych ludzi świata. Można nawet odnieść wrażenie, że posiadanie zespołu Premiership stało się modą i jest w dobrym tonie.

– O tak! Wielu ludzi marzy o tym, by być właścicielem klubu Premier League – śmieje się Zahavi. Dlaczego tak bardzo najbogatsi ludzie świata garną się do ligi angielskiej? – Z bardzo prostego powodu. Na tym biznesie po prostu nie można stracić – odpowiada Zahavi. Dziwnie brzmią te słowa, kiedy słyszy się ile Abramowicz wydał na zakup kolejnych gwiazdorów do Chelsea, gdy czyta się o długach Manchesteru United, czy Liverpoolu. – Jasne. Abramowicz na razie traci, nie da się ukryć – przyznaje Zahavi. Ale za chwilę mówi ze śmiechem: – Zapewniam was jednak, że już niedługo zbilansuje wydatki. Przejrzy księgi, dokona kilku korekt. Klub to inwestycja długofalowa. Roman to bardzo dobry biznesmen i odzyska swoje pieniądze, możecie być spokojni.

– Nad tym, by się zgadzały cyferki siedzą sztaby księgowych. Mówimy o najbogatszych ludziach na świecie, nie możemy na nich patrzeć tylko poprzez pryzmat klubów Premiership – dodaje Cascarino. – Prasa pisze, że Abramowicz stracił na Chelsea 100 milionów funtów, ale wystarczy, że gdzieś na Kaukazie kupi nowe złoże gazu, albo ropy i już zarobił 300. Poza tym angielskie kluby są jak obrazy Van Gogha. Z czasem zyskują na wartości. Dziś jest wart 50 milionów, jutro 100. W 1997 roku pewien milioner chciał kupić Manchester United za 11 milionów funtów. Ostatecznie mu się nie udało. Dziesięć lat później Malcolm Glazer zapłacił za United 670 milionów. Minie następna dekada sukcesów i triumfów i Manchester wart będzie 2 miliardy. I Glazer za tyle może go sprzedać. Ile zarobi na czysto? Nie wszyscy są jednak Abramowiczami.

Nie każdego tak po prostu stać na kupno klubu Premiership. Na pewno nie było stać na Liverpool duetu amerykańskich milionerów Georga Hicksa i Toma Gilleta. – Oni wykupili klub za jego pieniądze. Wpędzili klub w dług, by go kupić. Działało to mniej więcej tak – tłumaczy Tom Dart. – Powołali do życia nową firmę. Nazwali ją Kop Holding Ltd. Pożyczyli 500 milionów funtów od banku. Spłacają teraz 20 milionów rocznie. Skąd biorą pieniądze? Jak to skąd? Są właścicielami klubu więc oczywiście z przychodu który generuje Liverpool. Zahavi doskonale pamięta, jak wielkie oburzenie wywołał w Anglii fakt, że właścicielem klubu z Londynu został Rosjanin. – Pamiętam jak ówczesny prezes Arsenalu David Dein mówił, że oto pojawiły się rosyjskie czołgi strzelające pieniędzmi. Dziś pan Dein wszedł w spółkę z innym Rosjaninem, Osmanowem i razem są właścicielami Arsenalu. To tylko pokazuje, że liczą się wyłącznie cyferki – mówi Zahavi.– Jestem pewien, że już niedługo właścicielami wszystkich klubów Premiership będą zagraniczni miliarderzy. Rosjanie na pewno stanowić będą znaczną ich część. Ten naród traktuje Anglię, a przede wszystkim Londyn w specjalny sposób. Coś symbolicznego jest w tym, że pierwszy w historii wewnątrzangielski finał Ligi Mistrzów odbędzie się w Moskwie.

Koniec splendid isolation

To właśnie dzięki ogromnym sumom krążącym w angielskim futbolu, Premiership stała się najbardziej międzynarodową ligą na świecie. Dziś tylko 37 procent piłkarzy w Premier League to Anglicy. Coś, co jeszcze 10 lat temu wydawało się niemożliwe, czyli mecz na Wyspach bez udziału wyspiarzy, dziś już nikogo nie dziwi.

– Napływ obcokrajowców niesamowicie zmienił ligę – mówi dziennikarz Timesa. – Dzięki temu powstał nowy styl. To kolejny powód dominacji angielskiej piłki. Zespoły z Kontynentu po prostu sobie z naszymi klubami nie radzą. Technikę i umiejętności przybyszów z kontynentu uzupełniają tradycyjnie brytyjska waleczność, szybkość i zawziętość.

– Nazwijmy ten styl kosmopolitycznym – żartuje Cascarino. – Wpływ zagranicznych piłkarzy a przede wszystkim zagranicznych menedżerów jest trudny do przeceniania Jednym z naocznych świadków zmian w angielskim futbolu jest legendarny stoper Arsenalu i reprezentacji Anglii, Tony Adams. W rozmowie z „Przeglądem Sportowym” Adams wspomina: – Zawsze na rozgrzewkach biegałem gdzieś z tyłu. Najczęściej z Ray?em Parlourem, Stevem Bouldem czy Paulem Mersonem. Nagle zaczęliśmy sobie zdawać sprawę z tego, że przed nami biegają głównie obcokrajowcy: Duńczyk, Holendrzy, Francuzi. To były bardzo ciekawe czasy. Wygrywaliśmy i uczyliśmy się od siebie nawzajem.

Adams dziś jest właścicielem kliniki leczącej znanych ludzi z choroby alkoholowej, w którą zresztą wpadł w czasie swojej kariery. – To był właściwie klub pijaków. Niemal po każdym treningu ludzie z Arsenalu szli się napić. To był ich sposób na skonsolidowanie drużyny. Nie ma co się zresztą dziwić. To kwestia brytyjskiej tradycji, zresztą z tego co mi wiadomo, także polskiej. Nic tak nie integruje jak wspólnie się upić – śmieje się Dart biorąc łyka Guinessa. – Wielu z nich, także Adams, przepłaciło to chorobą alkoholową. Nagle nie mieli już z kim wychodzić. W klubie było coraz więcej zagranicznych piłkarzy, którzy po treningu szli jak najszybciej do domu.

Poza tym pojawił się Arsene Wenger. To prawdziwy pionier nowoczesnego brytyjskiego futbolu. Można go śmiało nazwać człowiekiem, który zrewolucjonizował Premiership. To on jako pierwszy wprowadził specjalną dietę dla piłkarzy, to on skutecznie pomieszał obcokrajowców z Anglikami. W tamtych czasach grał też Cascarino. – Potrafiliśmy i lubiliśmy się napić – uśmiecha się Irlandczyk. – Ale nigdy nie było tak, że nie przychodziliśmy na trening, albo przechodziliśmy koło zajęć. Zaciskało się zęby i trenowało na kacu. – Myślę, że właśnie dlatego Anglicy nie radzili sobie na kontynencie. My lubimy być razem, pójść na piwo po treningu, pogadać. A ludzie z kontynentu, Włosi czy Hiszpanie, to indywidualiści.

– Myślę, że to największy problem – mówi nam Mark Hatley, 35-krotny reprezentant Anglii, były zawodnik m.in. AC Milan czy Monaco. Angielscy piłkarze doznawali szoku wyjeżdżając do Europy. Tak było z Cascarino, który w połowie lat 90-tych przeszedł do Olympique Marsylia. – Tam po raz pierwszy spotkałem się z czymś takim jak dieta przeznaczona dla piłkarzy. Lekkie, kontynentalne, lunche. Wtedy też się zorientowałem, że we Francji po treningu nie idzie się całą bandą na piwo. W pewnym momencie zacząłem słuchać tego, co mówili moi francuscy koledzy i trenerzy. Zacząłem się rozważnie odżywiać, mniej pić i nagle poczułem, że osiągam formę życia. Stałem się po prostu lepszym piłkarzem.

Cascarino do dziś z rozbawieniem wspomina swój debiut w Premiership w barwach Gillingham. – Przed meczem byłem cholernie głodny. Wiadomo, że nie można się obżerać przed spotkaniem, ale nie mogłem wytrzymać. I tak nie liczyłem na to, że zagram, bo od jakiegoś czasu łapałem się do kadry, ale całe mecze przesiadywałem na ławce. Wyskoczyłem więc do baru na fish and chips. Obżarłem się straszliwie. Siedziałem na ławce i zaczęło mnie mdlić. Było mi strasznie niedobrze. Nagle dostałem sygnał, że mam wejść na boisko. W tym wszystkim najlepsze jest to, że jeszcze udało mi się strzelić gola.

Co ciekawe, jednak nawet wtedy Anglicy byli przekonani, że mają najlepszą ligę na świecie: – Tak naprawdę to kwestia ta nie podlegała nigdy dyskusji – mówi Dart. – Jesteśmy bardzo aroganckim narodem. Mniej niż sto lat temu w skład Imperium brytyjskiego wchodziło niemal trzy czwarte świata. Nam się zawsze wydawało, że wszystko co angielskie, jest lepsze. Termin splendid isolation oznacza taką postawę życiową, że świadomie odrzucało się wszystko co niebrytyjskie. Podobnie było w futbolu. Wystarczy spojrzeć jak późno angielskie kluby zaczęły rywalizować z europejskimi w rozgrywkach pucharowych. Jak późno nasza reprezentacja wzięła udział w mistrzostwach świata. Wówczas w Anglii panowało myślenie, że my ojcowie i wynalazcy futbolu, nie mamy czego szukać w konfrontacjach z Europejczykami. Tymczasem futbol na kontynencie niesamowicie się rozwinął i gdy w końcu zaczęliśmy grać z resztą świata dostawaliśmy straszne baty. U nas wciąż grało się jak w pod koniec XIX wieku, a w Europie ten sport bardziej już przypominał dzisiejszą odmianę futbolu.

Co to znaczy brytyjski?

Dziś to Premiership wyznacza najnowsze trendy w europejskim futbolu. Trzy czwarte zawodników to obcokrajowcy, także większość menedżerów pochodzi z importu. Wydaje się jednak, że kibice tęsknią za starym dobrym brytyjskim futbolem. Cały czas wywalczenie przez drużynę rzutu rożnego wywołuje brawa i okrzyki. Podobnie jak wślizg na granicy faulu.

– Jasne, że fani wciąż uwielbiają twardą grę. Gdy jeden piłkarz przecina rywala niemal na pół. Ale i to się zmienia. Po tym jak Martin Taylor niemal urwał nogę Eduardo w Anglii rozpoczęła się wielka debata – odpowiada Dart. – Pytano, czy dla takich tradycyjnie brytyjskich bandytów jest jeszcze miejsce w nowoczesnej piłce. Co ciekawe natychmiast w obronie starej dobrej szkoły wystąpiło kilku zawodników z przeszłości. Norman Hunter z Leeds, czy Ron Harris z Chelsea mówili, że w dzisiejszych czasach zostaliby wyrzuceni z boiska już po pięciu minutach. Coraz trudniej być typowo brytyjskim zawodnikiem w angielskiej lidze.

Tak samo jest z tradycyjnie angielskim stylem gry – zwanym kick and rush (kopnij i biegnij). – Nie da się już tej ligi wygrać grając kick and rush – mówi Cascarino. – Dzisiaj w Premier League zdecydowanie bardziej liczą się umiejętności, technika. – Mógłbym zrobić dwa osobne treningi. Na jednym boisku umieściłbym wyspiarzy, na drugim przybyszów z kontynentu – mówi trener Celticu Glasgow, Gordon Strachan, w przeszłości zawodnik Manchesteru United i Coventry. – Na tym pierwszym wszystko działoby się szybciej i aż by furczało. My Brytyjczycy jesteśmy bardzo szybcy. Szybko jemy, szybko mówimy, szybko jeździmy i szybko wydajemy pieniądze – mówi Strachan żywo gestykulując i wydając z siebie dziwne dźwięki. – Chcemy szybkich akcji, chcemy goli. Dlatego podajemy szybko piłkę do przodu, od razu w pole karne przeciwnika. A tacy Hiszpanie? Oni nawet jedzą dwie godziny. A mecz? Podają sobie tę piłkę, ja do ciebie, ty do mnie. Świeci słońce, jest cudownie. U nas jest zimno, cały czas pada, wszędzie leży błoto. Dlatego wszystko się dzieje szybko.

Ale brytysjki styl przestaje istnieć. – Nie wiadomo co znaczy termin brytyjski. Popatrzcie na Londyn. Tu mamy cały świat w pigułce. Ludzie wszystkich ras i religii. Sklepy z szyldami po arabsku, czy polsku mieszają się z tradycyjnymi angielskimi pubami. Cały naród przechodzi przez kryzys tożsamości, a co dopiero futbol – zastanawia się Dart.

Quo Vadis Premiership?

Dominacja pieniądza i zagranicznych piłkarzy przyniosła angielskiej piłce klubowej wielkie sukcesy. Dzisiejszy wewnątrzangielski finał Ligi Mistrzów jest tego najlepszym potwierdzeniem. Czy przepaść między Premiership, a resztą świata będzie się powiększać? – Premiership patrzy w kierunku Ameryki i się uczy. W Stanach to norma, że właścicielami klubów NBA, czy NHL są miliarderzy. Oni wyprzedzają Europę o 20 lat, chcesz wiedzieć jak będzie zorganizowana piłka u nas za jakiś czas, zobacz jak teraz jest w Stanach – mówi Cascarino.

– Niedawno w Londynie mieliśmy mecz NHL, co roku gwiazdy NBA grają w Azji. To ewidentnie przyszłość Premiership. Następny krok, który trzeba wykonać – stwierdza Dart. – To się stanie bardzo niedługo. Azjaci uwielbiają brytyjską kulturę: Beatlesów, Bonda i angielską piłkę. To ogromny rynek do spenetrowania. Rozgrywanie meczów ligowych w Azji jest kwestią kilku lat. Nie wszyscy jednak dają się ponieść hurraoptymizowi.

– Czy Premier League jest najlepszą ligą Europy? Nie. Jest nudna i przewidywalna. Mogę już dziś powiedzieć, że za rok pierwsze cztery miejsca zajmą dokładnie te same zespoły. Być może nawet w tej samej kolejności – mówi Paul Parker. – Idziemy w kierunku ligi szkockiej, czy portugalskiej. Zdominowanej przez trzy-cztery zespoły, a reszta stanowi tylko tło. Przestało się liczyć miejsce jakie zespół zajmie w tabeli, liczą się tylko pieniądze. Jak któryś z zespołów osiągnie te magiczne 40 punktów, które zapewniają utrzymanie, przestaje grać. Po co się wysilać, jak 60 milionów na przyszły sezon jest już zapewnione? Zespoły środka tabeli w ogóle się nie wysilają w meczach z czołową czwórką. Menedżer Sheffield United w zeszłym sezonie oszczędzał swoich najlepszych piłkarzy podczas meczu z Manchesterem. Od razu założył porażkę i chciał mieć wypoczętych piłkarzy na mecz z Wigan, czy Boltonem, z którymi walczył o utrzymanie. Za moich czasów nie było ważniejszej rzeczy niż pokonać United na Old Trafford. Co gorsza napływ zagranicznych piłkarzy i presja sukcesów powoduje, że w ogóle nie grają młodzi Anglicy. Po co szkolić Anglika, jak można sprowadzić za kilka milionów funtów Włocha, czy Francuza. Gotowego do gry. Widzicie co się dzieje z naszą reprezentacją? Znacie chociaż jednego dobrego angielskiego trenera?

– Starałem się o pracę w Holandii – wspomina Tony Adams. – Od razu usłyszałem jednak, że nie mam a co liczyć, bo mam złą narodowość wbitą do paszportu. Angielskich trenerów dziś nikt na świecie nie szanuje.

– Ludzie siedzą przed telewizorem i słyszą jak komentatorzy pieją z zachwytu nad najlepszą ligą świata. Potem kupują gazetą i czytają to samo. Mało kogo stać na to , by powiedzieć, że ta liga jest nudna – z goryczą mówi Parker. – Ale kryzys przyjdzie prędzej czy później. Telewizje się zorientują, że sprzedają przereklamowany produkt. Ligę, gdzie nie ma walki. Nic się nie dzieje. Wtedy powiedzą: stop. Więcej pieniędzy już nie damy. I to będzie początek końca.

– Nie przesadzajmy. Glasgow Rangers od lat gra z Celticem I Szkotom to się nie znudziło. Na mecze przychodzi jeszcze więcej ludzi, oba kluby są coraz bogatsze. Dlaczego nam miałaby się znudzić nasza liga? – odpiera Cascarino.

Jaka więc przyszłość czeka Premiership? Totalna komercjalizacja, czy kryzys? Trudno zgadywać. Na razie na pewno wiadomo, że dziś po Puchar Mistrzów śięgnie angielska drużyna.

Marek Wawrzynowski, Piotr Żelazny z Anglii

Reklamy

Dodaj komentarz