Archive for Karmazyn nigdy nie spadnie

Karmazyn nigdy nie spadnie

A to jeden z moich pierwszych tekstów, właśnie się na niego natknąłem, mam do tego spory sentyment. Dzisiaj pewnie zrobiłbym to inaczej, ale… W Gazecie Wyborczej pisałem teksty z III ligi i szukałem jakiś tematów od czapki. Trochę nieśmiało zapytałem kierownika czy to się nada. Powiedział, że tak. Karmazyn Warszawa grał wtedy w klasie C w tej samej grupie co ja i moja ekipa z Otwocka. Generalnie byłem bramkarzem, ale tego dnia coach Leon Piskorski wstawił mnie do ataku. Drugi taki przypadek miał w meczu z zespołem Fala Kazuń. Efekt? ok. 25 minut na boisku, 3 bramki, 2 asysty. Ostatnim piłkarzem z tak imponująca statystyką był Gerd Mueller. Żeby jednak była jasność mecze wygrywaliśmy odpowiednio 18:0 i 15:0.

Dzisiaj Karmazyn, który rościł sobie prawa do tego by być najgorszym klubem w Polsce, już nie istnieje. Najgorszy jest więc podobno Odlew Poznań. A oto mój tekst o Karmazynie:

Zespół Karmazyna Warszawa: Nigdy nie spadniemy!

Pośmiewisko piłkarskich salonów. Czerwona latarnia polskich boisk – tak reklamują się piłkarze Karmazyna Warszawa na oficjalnej klubowej stronie internetowej. W ciągu dwóch lat wstępów w klasie C Karmazyn stracił ponad 400 bramek!

Na początku był prysznic. To właśnie pod nim po finale rozgrywek szkolnych w warszawskim liceum im. Stefana Batorego powstał pomysł założenia klubu. – Wtedy miał to być klub z prawdziwego zdarzenia – opowiada jeden z założycieli i obecny prezes Piotr Skarżyński. – Chciałem, żeby powstało tu kilka sekcji: koszykówka, siatkówka, piłka ręczna.

Czerwony sprany

Piłkarze Karmazyna mieli być chłopcami do bicia. Ale wtedy po Warszawie i okolicach rozeszła się wieść, że wyniki są tak słabe, gdyż piłkarzy, którzy jeszcze nie wrócili z wakacji, zastępują zawodnicy z sekcji wioślarskiej. – To po części prawda. Ja sam byłem piąty na mistrzostwach Polski, Szymon Muster uchodził za czołowego polskiego wioślarza, a Łukasz Bruski zdobył nawet tytuł mistrza Polski – mówi Skarżyński.

Po dwóch kolejkach prawdziwi piłkarze wrócili. Niestety, okazało się, że umiejętnościami nie przewyższają kolegów „z osady”.

Nie tylko wyniki były nie na miarę oczekiwań. O strojach z prawdziwego zdarzenia mogli pomarzyć. – Każdy miał sobie kupić na własną rękę koszulkę w kolorze czerwonym i jednakowe spodenki. Ale i to było dla nas problemem – wspomina Łukasz Gnoiński.

W końcu, jak na prezesa przystało, za kilku piłkarzy założył Skarżyński. Fundusze zdobył, wygrywając pokaźną sumę w zakładach piłkarskich. – Zwrócili mi za to chyba dopiero po pół roku – wspomina. – Ale do tego czasu i tak się zdekompletowały. Jeden zgubił koszulkę, inny zabrał do domu i więcej się nie pokazał. Zdarzało się, że na meczach występowaliśmy w różnych strojach. Chodziło tylko o to, żeby były czerwone. Jeden z chłopaków występował na przykład w koszulce reprezentacji Czech. Inny z braku koszulki musiał założyć czerwoną kurtkę z polaru. Sędzia nie zgodził się, by grał bez numeru, więc napisaliśmy mu go kredą.

– Kiedyś zapytałem Piotrka, jakie mam wziąć getry na mecz – opowiada jeden z założycieli Paweł Lisiecki. – Zastanowił się chwilę i odpowiedział, że jeżeli mam, to żółte. A jak nie mam, to trudno.

Do dziś w klubowym Info w rubryce „rezerwowe barwy” wpisane jest: kolor koszulek – czerwony sprany.

Pomylili daty

Długo myśleli nad nazwą. Były trzy propozycje. Uran szybko przepadł. – Zastanawialiśmy się nad Dynamem – mówi Skarżyński. – Jest Dynamo Moskwa, Dynamo Bukareszt i jeszcze kilka drużyn o tej nazwie. Pomyśleliśmy, że dlaczego Warszawa nie miałaby mieć swojego Dynama. Ale ostatecznie został Karmazyn. Postanowiliśmy, że będziemy jedyni w swoim rodzaju.

Po nazwie i strojach przyszła pora na problem z boiskiem. Najbardziej gościnnym klubem okazała się warszawska Delta. Kiedyś Karmazyn grywał swoje mecze na płycie głównej. Dziś przeniósł się na boczną, która pozostawia wiele do życzenia. – Na lepsze nie było nas stać. Utrzymujemy się ze składek w wysokości 35 zł miesięcznie – opowiada Piotr Skarżyński. – Ale i tak jesteśmy wdzięczni klubowi z Sadyby. To boisko stało się dla nas swego rodzaju symbolem. Prezes Delty, pan Janusz Mańkowski, bardzo nam pomógł i podpowiedział w wielu sprawach związanych z organizacją. A samo boisko? No cóż… Przez środek biegnie ścieżka rowerowa, dookoła szuwary, a gdy nie gramy meczu, służy jako pastwisko dla krów.

Boisko, jakie by nie było, dało możliwość rozpoczęcia treningów. – Właściwie w naszej dwuletniej historii były tylko dwa – mówi Skarżyński – Pierwszy przeprowadziliśmy krótko przed debiutem w klasie C, na zwykłym szkolnym boisku. Z drugim treningiem wiąże się ciekawa historia. W pewną sobotę pojechaliśmy na mecz ligowy z AON Rembertów. Na miejscu okazało się, że spotkanie jest w niedzielę więc, żeby nie tracić czasu, pograliśmy w piłkę. Tak się zmęczyliśmy, że następnego dnia przegraliśmy z Rembertowem 2:21. Na bramce stanął zawodnik, który debiutował w tej roli, ale i tak trzy strzały udało mu się obronić.

Chęci oczywiście nie brakowało. Inny z piłkarzy wspomina: – O ile pamiętam, był opracowany jakiś plan treningów. Ale tak naprawdę, nikt nigdy nie miał na to czasu. Większość z nas stawiała na naukę, a w przyszłości karierę zawodową. Bo zawodnicy, którzy tu grają, to obecnie w większości świeżo upieczeni studenci dobrych wydziałów renomowanych uczelni. Do tego gra jeszcze kilka osób z liceum Batorego.

Kto tu nie grał…

Na stronie klubowej znajdujemy również kącik dla kibiców. A tam napisane: „Tu możesz ściągnąć mnóstwo ciekawych rzeczy. Wkrótce zamieścimy liczne konkursy z atrakcyjnymi nagrodami: autograf Piotra Skarżyńskiego, przejażdżka w jego samochodzie, a nawet dwuminutowy występ w meczu Karmazyna!”

Choć pierwsza edycja konkursu jeszcze się nie odbyła, niektórzy piłkarze sprawiają wrażenie, jakby już wygrali ostatnią z tych nagród. Na jednym ze spotkań na pytanie: „Co robisz człowieku?”, strofowany zawodnik odkrzyknął: „No co? Ja pierwszy raz w życiu gram w piłkę”.

– To był mój brat cioteczny. Nie szło mu za bardzo, ale on na co dzień trenuje pływanie. A że ma samochód i prawo jazdy, więc nas zawiózł na mecz. Na wszelki wypadek wziął buty do gry, czerwoną koszulkę i siadł na ławce. Akurat potrzebna była zmiana, więc trochę pobiegał – wspomina prezes.

W ciągu pierwszego sezonu przez klub przewinęło się ponad 60 graczy. W skrupulatnie prowadzonej kronice jest zapis i skład z każdego meczu. W większości przypadków obok nazwisk w nawiasie napisane „i jeszcze kilku innych”. Rekordowa liczba tych „innych” to dziewięciu podczas meczu z Rokolą Otwock Wielki.

– Byliśmy wtedy po jakiejś „osiemnastce” – wspominają piłkarze. – Nikomu nie chciało się wstawać. Z pierwszego składu zagrało tylko kilku. Przed meczem ci, którzy wystąpili „z łapanki, uczyli się na pamięć swoich nazwisk, żeby rywal się nie zorientował. Nie baliśmy się. Kto chciałby sprawdzać karty zawodnikom Karmazyna? Zresztą, przegraliśmy wtedy 1:5.

– Takie sytuacje to już przeszłość – mówi Lisiecki. – W normalnych warunkach oddalibyśmy walkowera. Ale to zbyt drogo by nas kosztowało.

I odbiło nam

1:5 to dla Karmazyna był niezły wynik. Tak zawodnicy traktowali każdy mecz, w którym nie stracili więcej niż pięć bramek – czasami im się udawało. W końcu nadeszły jednak ciężkie czasy. – To było po meczu, w którym rozgromiliśmy Koronę Jadów 8:2 – mówi Skarżyński. – I odbiło nam. W następnym tygodniu prowadziliśmy 2:1 do przerwy z Wolfem Całowanie. Myśleliśmy, że już jesteśmy wielcy. Chciałem, żeby wszyscy, którzy przyjechali, weszli na boisko. Kilku kolegów za wszelką cenę chciało utrzymać wynik i sprzeciwiło się wpuszczeniu tych z ławki. Mecz i tak przegraliśmy, a skończyło się na tym, że rezerwowi się poobrażali i pod koniec sezonu nie było komu grać. Na spotkanie z Junakiem Warszawa wyszliśmy w ośmiu. Ale przegraliśmy tylko 1:11.

Karmazyn wkracza na salony

To już przeszłość. Dziś Karmazyn to odmieniona drużyna. Miały to ilustrować wyniki na początku obecnego sezonu. Zawodnicy Karmazyna pokazali, że wiedzą na czym polega gra w piłkę.

Na mecz z Wisłą II Zakroczym stawili się w komplecie. Na stronie Karmazyna można przeczytać: „Po zbiórce przed kinem Wisła widać, że nastroje są optymistyczne. (…) Na mecz jechaliśmy w trzy samochody: trener, 12 piłkarzy i jeden niezniszczalny Ultras Karmazyna, niestety, bez barw. Kibicowsko nie prezentujemy się najlepiej. Szaliki jeszcze nie zrobione na drutach, koszulki nie do kupienia na Stadionie Dziesięciolecia. Ale wszystko idzie ku lepszemu…”

Tak właśnie było. Po raz pierwszy w historii jedynego jak do tej pory szkoleniowca Jerzego Ksiondy drużyna wygrała na wyjeździe 2:0. Tydzień później przed meczem z Goliatem Leoncin autor pisze na stronie: „Napaleni na grę piłkarze Karmazyna, szczególnie po zwycięstwie sprzed tygodnia, pragnęli pobić karmazynowy rekord meczów bez porażki. Dotychczas najdłuższa passa trwała jedno spotkanie.”

I udało się. Karmazyn szybko strzelił bramkę. Później prowadzenie objął Goliat. Jeszcze na pięć minut przed końcem gospodarze prowadzili 3:2. Szybka akcja Karmazyna i… 3:3 – dwa kolejne mecze bez porażki! Klubowy rekord wygranych z rzędu trzeba było, niestety, odłożyć na kiedy indziej.

„Karmazyn wkracza na salony” – ogłosił dumnie tworzący stronę internetową bramkarz Karmazyna Konrad Jerzak vel. Dobosz.

O co chodzi z tym spalonym?

Wiele wskazuje na to, że Karmazyn od przyszłego sezonu zmieni nazwę, gdyż pozyska prywatnego sponsora. W końcu będzie mógł działać jako legalny podmiot gospodarczy. – Dotychczas było to dla nas nieosiągalne – opowiada Skarżyński. – Po prostu do tego, by stać się stowarzyszeniem, trzeba mieć odpowiedni budżet, własną siedzibę, opłacać regularnie księgowego i tego typu rzeczy. To wszystko kosztuje ogromne pieniądze. A my po dwóch latach odłożyliśmy dopiero na koszulki piłkarskie jednej z najlepszych firm.

Czy to oznacza, że ostatni bastion prawdziwego amatorskiego futbolu w Polsce nie przetrwa? Czy pozostanie tylko legenda, którą można odnaleźć na karmazynowej stronie: „Przez drużynę Karmazyna przewinęły się setki piłkarzy. Bywało, że poznawali się na rozgrzewce. Niektórzy znają się nawet do dziś tylko z widzenia. Pojawiali się w zespole zawodnicy, którzy grając na odpowiedzialnej pozycji stopera, uczyli się przepisów w trakcie meczu od bramkarza. Szczególnie tego o spalonym…”

Czasami, gdy Piotr Skarżyński pojawia się na zebraniach prezesów, przedstawiciele innych klubów na nazwę Karmazyn Warszawa reagują śmiechem. Ale zespół Skarżyńskiego ma nad nimi jedną wielką przewagę. Wystarczy wpisać: http://www.karmazyn.warszawa.prv.pl, by przekonać się, że: „Karmazyn Warszawa – pośmiewisko piłkarskich salonów i czerwona latarnia polskich boisk – Nigdy nie spadnie!”.

6-7 października 2001, Gazeta Wyborcza (Stołeczna) nr 234 (3838)

Postaram się odszukać więcej moich dziwnych tematów z Wyborczej.

Comments (2)