Archive for Wywiady

Zmieniliśmy zasady gry

Dlaczego?! Każdy z nich do końca życia musiał zadawać sobie to pytanie. Padało wiele odpowiedzi. Może nawet któraś była trafna. Przez całe życie udzielali wywiadów i wiedzieli, że dziennikarze prędzej czy później zawsze muszą zadać to pytanie: dlaczego Węgrzy nie zostali mistrzami świata w 1954 roku?

Ze Złotej Jedenastki zostało już tylko dwóch zawodników. Bramkarz Gyula Grosics przebywa w szpitalu na Węgrzech, w znacznie lepszej formie jest prawy obrońca Jenö Buzanszky. Dwa tygodnie temu z okazji 54. rocznicy powstania węgierskiego przyjechał do Warszawy i udzielił wywiadu „Magazynowi Sportowemu”. W kadrze zagrał 49 razy. Przegrał tylko trzy mecze. W tym ten najważniejszy: finał z Niemcami.

Winni dziennikarze
Na pytanie „dlaczego?” jako pierwsi odpowiedzieli węgierscy kibice. – Po powrocie do kraju zastaliśmy rewolucję – mówi nam Buzanszky. – Kibice wywracali tramwaje, wybijali szyby w sklepach. Byli przekonani, że sprzedaliśmy mecz. Nie mogli zrozumieć, że to nie wchodziło w grę. Jak możesz sprzedać mistrzostwo świata? To absurd! Ale ludzie pytali: „Jak to możliwe, że ten sam zespół wygrał 8:3 z Niemcami, by w drugim spotkaniu przegrać 2:3?”.

Po kraju kursowały więc plotki o tym, że każdy z zawodników dostał za mecz mercedesa. Buzanszky miał najwięcej szczęścia. Jako jedyny z kadry nie był zawodnikiem z Budapesztu, nie musiał przemykać się po ciemnych uliczkach stolicy. Zresztą kadra początkowo tam nie zawitała. Na wszelki wypadek, by nie prowokować tłumów. Reprezentanci wysiedli z pociągu w Györ i udali się autokarem do miejscowości Tata. Tam czekał na nich towarzysz Matyas Rakosi. Pogratulował wspaniałej walki, zawodnicy zjedli w milczeniu kolację i pod osłoną nocy zostali odwiezieni do domów.

Rewolucja jednak nie cichła. Pod ostrzałem znalazła się prasa. Zwolniono redaktora naczelnego „Nepsportu” (węgierski dziennik sportowy) i jednego z członków kolegium redakcyjnego. Drugi solidarnie zrezygnował. Dostało się dziennikarzom „Szabad Ifjusag”, którzy wcześniej codziennie poświęcali dwie strony na relacje z mundialu.

„Uważano, że radio oraz prasa podnieciły tłumy i wytworzyły taki nastrój, który po porażce na mistrzostwach świata przerodził się w niemożliwy do pogodzenia z politycznym systemem publiczny szał” – pisał Robert Zslot w książce „Piłkarze, sportowcy”.

Jeszcze przez długi czas Puskasa wyszydzano na wszystkich stadionach, syna trenera Sebesa pobito w szkole, zaś Grosics został zatrzymany jako szpieg.

– Ja miałem więcej szczęścia, bo pochodzę z małego miasta. Dostało mi się trochę, trochę prychali, trochę zaczepiali, marudzili. Ale generalnie miałem spokój – mówi Buzanszky.

– Z czasem wszystko się uspokoiło. Potem przez 18 meczów znów wygrywaliśmy, więc powoli nastroje się uspokoiły… – dodaje prawy obrońca Złotej Jedenastki.

Fakty mówią same za siebie
Po pierwsze: Tak naprawdę niemiecka drużyna nie była tą samą. W stosunku do meczu numer 1, Niemcy wymienili aż pięciu zawodników, m.in. bramkarza. Kwiatkowskiego zastąpił Turek.

Po drugie: Niemcy mieli szpiega. Urodzony w Rumunii Jupp Posipal doskonale mówił po węgiersku, o czym piłkarze Sebesa nie wiedzieli. Niemcy znali wszystkie ich plany.

Po trzecie: Herberger zastosował manewr taktyczny: Horst Eckel, teoretycznie prawy obrońca, w czasie meczu zajmował się głównie wyłączeniem z gry Nandora Hidekutiego, tajnej broni Sebesa.

Po czwarte: sędzia nie uznał bramki Puskasa w końcówce, która mogła doprowadzić do dogrywki. – Nigdy wcześniej ani nigdy później nie zdarzyła się sytuacja, żeby ten sam arbiter (William Ling) prowadził mecz grupowy i finałowy między tymi samymi drużynami – mówi Buzanszky. – Podczas pierwszego spotkania z Niemcami Puskas został trzykrotnie kopnięty, pewnie umyślnie, wskutek czego nie mógł grać w ćwierćfinale z Brazylią i półfinale z Urugwajem. A to oznaczało więcej biegania dla nas wszystkich – opowiada węgierski obrońca.

– W 10. minucie było 2:0, mieliśmy kilka doskonałych sytuacji… – wspomina. – Ale wygrywa ten, który strzeli więcej bramek, poza tymi golami, które nie zostaną uznane przez sędziów. To właśnie sędzia był głównym winowajcą. Przy drugim golu dla Niemców nasz bramkarz był odciągnięty za szyję. Potem Puskas strzelił bramkę, sędzia główny miał ją uznać, ale liniowy widział spalonego. Wtedy strzeliliśmy raz jeszcze w słupek. Gdybyśmy wyrównali, mecz zostałby powtórzony, siły byłyby równe, dawałoby nam to wielką przewagę.

– Proszę nie zapominać, że do tego spotkania podeszliśmy bardzo zmęczeni. W półfinale graliśmy mecz z Urugwajem. To był mecz mojego życia, nigdy nie zagrałem już tak dobrze – kontynuuje Buzanszky. – Ulewny deszcz, nasiąknięte boisko, każde podanie musiało być idealne. Urugwaj bronił tytułu mistrza świata, my przystępowaliśmy jako zespół, który właśnie pokonał wicemistrza, Brazylię. Fantastyczne starcie. Niestety przez dogrywkę spóźniliśmy się na pociąg i musieliśmy wracać taksówkami. W łóżkach byliśmy między 5 a 6 nad ranem. Niemcy zaś byli po łatwej wygranej z Austrią 6:1. Nie przemęczyli się za bardzo, a ich morale zostało bardzo podbudowane – analizuje dziś Buzanszky.

Tajemnice szatni w Bernie

Jest jeszcze ostatnia teoria: doping. Już w 1954 roku Ferenc Puskas stwierdził, że w szatni Niemców znajdowały się fiolki po dziwnych zastrzykach. W 2004 roku niemiecka telewizja opublikowała film dokumentalny, w którym głos zabrał Walter Bronnimann, gospodarz obiektu w Bernie. Przez 50 lat nikomu nie mówił o swoim znalezisku. Teraz potwierdził słowa Puskasa.

Franz Loogen, lekarz niemieckiej drużyny, przyznał wtedy, że dawał zastrzyki, ale… tylko z witaminy C. – Nie dawało to wymiernego efektu, ale piłkarze byli przekonani, że zwiększa ich wytrzymałość – stwierdził Loogen w wywiadzie sześć lat temu.

Franz Beckenbauer zaapelował wówczas o to, by nie szargać świętości, zaś Horst Eckel (ten sam, który krył w finale Hidegkutiego) stwierdził, że Niemcy nawet nie znali słowa „doping” i nazwał oskarżenia skandalicznymi.

Kilkanaście dni temu pojawiły się nowe teorie. Erik Eggers z Uniwersytetu Humboldta w Berlinie stwierdził, że istnieją poważne przesłanki ku temu, by stwierdzić, iż piłkarze niemieccy przed finałem zostali naszpikowani metaamfetaminą, a nie witaminą C. Ten sam środek stosowano w niemieckiej armii podczas II wojny światowej – wstrzykiwano go pilotom samolotów i czołgistom. Po mistrzostwach świata w 1954 roku wielu z niemieckich piłkarzy leczyło się w klinice. Osiem lat po finale Richard Hermann (urodzony w Katowicach) zmarł na marskość wątroby, co już wtedy budziło sporo kontrowersji. Faktem jest, że Hermann grał tylko w starciu grupowym z Węgrami.

– W tamtych czasach rzeczywiście nikt nie znał takiego słowa jak „doping”. Faktem jest, że potem we wrześniu sześciu albo siedmiu rywali trafiło do szpitala, ale z takiej perspektywy trudno to oceniać. Teraz jesteśmy zaprzyjaźnieni z poszczególnymi piłkarzami. Jak przez lata jeździliśmy do nich i oglądaliśmy tamto spotkanie, przy wyniku 2:2 Niemcy zatrzymywali film. Dziś nie ma wygranych i przegranych, po prostu jest przyjaźń – rozmywa sprawę Buzanszky. Po chwili refleksji dodaje: – Wcześniej nie przegraliśmy 34 meczów, ale tak jak nie istnieje wieczna miłość, tak każda seria musi się skończyć…

Wejście w nową epokę
Ich mecze przeszły do historii futbolu jako najwspanialsze widowiska. Mecz z Anglią (6:3) został nazwany „meczem stulecia”. Starcie z Brazylią (4:2) „bitwą o Berno”, spotkanie z Urugwajem (4:2) dziennikarze okrzyknęli „najwspanialszym meczem w historii futbolu”, zaś mecz z Niemcami (2:3) powszechnie znany jest jako „cud w Bernie”.

Węgrzy wprowadzili nową jakość do piłki nożnej. – Można wręcz powiedzieć, że zmieniliśmy zasady gry w piłkę. Przeszliśmy na zupełnie nieznany styl 4-2-4. Od 1952 roku graliśmy według tego systemu – mówi Buzanszky. – Dzisiaj trenerzy zastanawiają się nad tym, czy grać jednym czy dwoma napastnikami, a może w ogóle bez nich. Teraz bardzo ważne jest rozpoznanie tego, co robi przeciwnik, a my nie zwracaliśmy na to uwagi, ufaliśmy samym sobie – mówi zawodnik. Dodaje, że kluczem były jednak przygotowanie fizyczne i szybkość.

Historycy i specjaliści od taktyki oceniają, że ówczesne ustawienie Węgrów było formą przejściową między starodawnym systemem WM a nowym 4-2-4. Było to wejście w nową epokę futbolu – żegnano stary świat, witano się z nowym.

– Po latach tak grali już wszyscy, pierwszą nieeuropejską drużyną z tym systemem była Brazylia. Dzięki temu zaczęli wygrywać mistrzostwa świata. Proszę jednak nie zapominać, że oni mieli nie tylko system. Mieli też Pelego – mówi Buzanszky.

Pamiętne Wembley
Świat poznał Węgrów w 1952 roku, gdy zdobyli złoty medal igrzysk w Helsinkach. 5 meczów, 5 wygranych, 20:2 w bramkach i eksperymentalny styl. Potem był mecz z Włochami w ramach Pucharu Europy Środkowej. Węgrzy uważają dziś, że to były nieformalne mistrzostwa Europy.

– O tym mało się dziś mówi. My uważamy się jednak za mistrzów Europy. Po meczu z Włochami doszło do poważnej próby zwerbowania Puskasa przez jeden z rzymskich klubów – mówi Buzanszky. – Włosi zaczęli poić go alkoholem. Myśleli, że nie zdąży na pociąg i będzie musiał zostać we Włoszech, a potem zobaczymy… Ale Puskas w pewnym momencie wstał i zapytał: „Czy wy głupki myślicie, że naprawdę jesteście w stanie mnie upić?”. Na pociąg oczywiście zdążył. Dzięki temu wystąpił w „meczu stulecia”, czyli starciu z Anglikami, 25 listopada na Wembley. Węgrzy wygrali 6:3, zdeklasowali Anglików. Właśnie wtedy wyspiarze zobaczyli węgierski trick z Hidegkutim. Harry Johnston, obrońca Blackpool, nie bardzo wiedział, jak zareagować na nowe u stawienie przeciwników. Gdy odpuszczał Hidegkutiemu, ten miał sporo miejsca w środku pola. Jak go atakował, miejsce mieli napastnicy. Gdy Johnston się tak zastanawiał, Hidegkuti strzelił trzy gole.

Do końca swoich dni zupełnie inaczej interpretował to spotkanie sir Alf Ramsey, wówczas obrońca Tottenhamu. Nigdy nie zgodził się z tym, że Anglicy zostali zdeklasowani. Zauważył, że cztery bramki dla Węgrów padły po strzałach z dystansu, co nie świadczy o jakiejś wielkiej przewadze. Faktem jest jednak, że tym spotkaniem skończył karierę reprezentacyjną w roli piłkarza.

– Gdybym dziś miał wymienić najważniejszych zawodników naszej drużyny, na pewno numerem 1 był Ferenc Puskas, a potem Jozsef Bozsik i właśnie Hidegkuti – opowiada Buzanszky. Puskas był więc fenomenem, zaś ci dwaj pełnili rolę łączników między obroną a atakiem.

Po prostu zbierał ludzi

Hidegkuti wiosną 1972 roku trenował piłkarzy Stali Rzeszów, w tym Jana Domarskiego. Niewiele to dało rzeszowianom, bo spadli do II ligi. Domarski nieco ponad rok od spotkania z Hidegkutim powtórzył jednak to, co udało się Węgrowi – zmusił do płaczu angielskich kibiców na Wembley.

Drugim polskim akcentem w Złotej Jedenastce był Geza Kalocsay, w latach 1954-55 asystent Sebesa, a później trener Górnika Zabrze, który – jak twierdzi Hubert Kostka – zrewolucjonizował w pewnym sensie polski futbol. Buzanszky przemawiał zresztą na pogrzebie Kalocsaya.

Fenomen drużyny węgierskiej zrodził się z wielu czynników. Nowatorska taktyka to jedno, fenomenalni piłkarze to drugie. Trzecie, to Gustav Sebes. – Nie wiem, czy był wielkim trenerem. Był po prostu tym, który zbierał ludzi. Wtedy wszyscy grali na Węgrzech w jednym stylu. W tym czasie siedmiu grało w Honvedzie, trzech w MTK i tylko jeden był z prowincji. To ja – mówi Buzanszky. Faktem jest, że Sebes do Honvedu wcielał zawodników z urzędu. Był to w końcu zespół wojskowy, o niemal nieograniczonych możliwościach.

– Były takie momenty w piłce, że w jednym czasie zebrało się wiele talentów myślących podobnie. Tak jak my – mówi.

Koniec tej drużyny nastąpił w 1956 roku, gdy na Zachodzie zostali trzej zawodnicy: Kocsis, Czibor i ten najważniejszy – Puskas.

– W tym samym czasie na Zachodzie została niemal cała drużyna młodzieżowa, której piłkarze byli uważani za naszych następców – mówi Buzanszky. – Potem piłka zaczęła umierać powoli, a w latach 70. nikt już nie traktował jej poważnie. Myślę, że zawinili nasi trenerzy, którzy nie potrafili zareagować w odpowiednim momencie…

Czyli jednak: Polak, Węgier, dwa bratanki.

MAREK WAWRZYNOWSKI
Za pomoc dziękuję tłumaczce Aleksandrze Bacie-Bocian oraz Istvanowi Gordonowi, dyrektorowi Instytutu Kultury Węgierskiej w Warszawie, który zorganizował nasz wywiad… w swoim samochodzie.

Dodaj komentarz

Długopisy służyły do przewijania taśm

Ten wywiad dla „PS” robiliśmy z Jarkiem Kolińskim w Chorzowie w lokalu na Stadionie Śląskim. Poszedł w dodatku ligowym, 8 marca 2014. Od tego czasu lead trochę się zdezaktualizował, reszta nie. W sumie Łukasz Surma i Marcin Malinowski rozegrali 945 meczów.

Łukasz Surma i Marcin Malinowski łącznie rozegrali w ekstraklasie 855 meczów. Przed sezonem mówiono, że „tych dwóch dziadków razem grać nie może”. Tymczasem duet weteranów Ruchu okazał się objawieniem ligi.


Jarosław Koliński, Marek Wawrzynowski: Dziś piłkarze przynoszą do szatni smartfony. Co wy przynosiliście?

Surma: Mieliśmy walkmany. Dziś chłopaki nie wiedzieliby, co to jest, jak to się obsługuje.
Malinowski: Pewnie myślą, że długopis służy do pisania, a każdy z naszego pokolenia wie, że do przewijania taśm. Ale my głównie w karty graliśmy
Surma: Jest taka kawiarnia na stadionie Ruchu. Maszyny, karty przed treningami, kawka. Tak to było.
Malinowski: Fajne, bo byliśmy w grupie. Jak ktoś nawet nie grał, to się przysiadał.

Była większa integracja.
Surma: I mniej wynalazków. A wiadomo, jak nie masz co robić, musisz coś stworzyć. Nuda rodzi pomysłowość.

Sir Alex Ferguson powiedział, że przez lata pracy trenerskiej musiał się zmienić, bo gdyby traktował piłkarzy obecnych, tak jak tych z lat 80., to po prostu nic by nie wyszło.
Surma: Mądre słowa. Teraz jest bezstresowe wychowanie. Kiedy miałem 19 lat, to można było oberwać. Nawet nie fizycznie, ale słownie. Teraz to razi i człowiek, który wchodzi do gry, może się zrazić, jeśli za bardzo oberwie.
Malinowski: Bywało, że powiedziałeś coś młodemu na treningu za ostro i wtedy przychodził trener i pytał: „Po co to robisz?”. Dziś większość trenerów jest wyczulona na traktowanie młodych piłkarzy.
Surma: Kiedyś było odwrotnie. Było takie przyzwolenie na falę. I wbrew pozorom, czasem to jednak pomagało. Charakter się kształtował.
Malinowski: I nabierało się szacunku.

Pan nabrał szacunku po awanturze z Pawłem Sibikiem?
Malinowski:
Straciłem miejsce w składzie i walczyłem. Całą rundę jesienną nie grałem. Pojechaliśmy na obóz. Złapaliśmy się tam, doszło do przepychanki, ale po treningu podszedłem, przeprosiłem Pawła. Emocje czasem biorą górę, ale trzeba mieć odwagę i podejść, pogadać. Inaczej ludzie ciebie odbierają.

Powiedzenie „Pokorne cielę dwie matki ssie”…
Surma:
…nie pasuje do sportu. Oczywiście, musi być szacunek. Młodzi ludzie teraz często nie znają starszych trenerów. Gdy wchodziłem do Wisły czy do jakiegokolwiek innego klubu, znałem wszystkich piłkarzy, wiedziałem, co zrobili, znałem dorobek trenera, historię klubu. Wydaje mi się to naturalne.

Panie Marcinie, jak pan przychodził do Ruchu, to wiedział, kto to jest Łukasz Surma?
Surma:
Nie przesadzajcie…
Malinowski: Znałem go. Minęliśmy się, Łukasz właśnie odchodził.
Surma: Zagrałem jeszcze pięć meczów i odszedłem do Legii, więc długo razem nie pograliśmy. Teraz, gdyby Marcin nie podpisał, też byśmy się minęli.

Przyszedł pan na jego miejsce?
Malinowski:
Możliwe, że miało to tak wyglądać. Takie słyszałem opinie, że tych dwóch dziadków nie może ze sobą grać.

Ponad czterysta meczów w lidze, ale gdyby dziś wymienić 20 wielkich postaci ligowych…
Malinowski:
To nie ma szans, żebym wśród nich się znalazł. Zawsze byłem na drugim planie. Nigdy nie strzelałem goli, nigdy nie trafiłem do jakiegoś topowego klubu. Starałem się po prostu pracować jak najlepiej. A że nikt tego nie zauważył, to może byłem za słaby.
Surma: Ja grałem w lepszych klubach i zapewniam, że trafiali się zawodnicy znacznie gorsi. Ludzie zagadki.
Malinowski: Trener Lenczyk potwierdził, że był jakiś temat transferu, gdy pracował w Wiśle. Kałużny złapał kontuzję i pojawiłem się na jakiejś liście. Ale tak szybko, jak się pojawiłem, tak szybko zniknąłem.

Dla pana, panie Łukaszu, Wisła to jak piękna dziewczyna z sąsiedztwa, którą się kocha, ale ona wybiera innego.
Surma:
Przyszli lepsi zawodnicy i przestałem być piłkarzem Wisły. Grałem jeszcze pół roku, ale ogony. Przyszła oferta wypożyczenia i odszedłem.

Chciał pan odejść?
Surma:
Chciałem grać. Nie po to trenowałem całe życie, żeby patrzeć, jak grają inni. Przyszli Bukalski, Czerwiec, Kałużny. Oni występowali w reprezentacji, a w lidze się bawili. Po latach widzę, że faktycznie nie było miejsca dla mnie. Ale zmiany rozwijają. Widzę po moich dzieciach, chodziły do różnych szkół, uczyły się innych rzeczy. Ja sam, zmieniając kluby, też stworzyłem sobie fundament na przyszłość. Widzę chłopaków, którzy jeśli nie mogą grać w swoim klubie, to nie chcą iść na wypożyczenie i to jest błędne myślenie. Ja zawsze chciałem występować w ekstraklasie i nie miałem wątpliwości, że trzeba iść tam, gdzie cię chcą.

To były ciężkie czasy w Ruchu.
Surma:
W Ruchu zawsze są ciężkie czasy i dobrzy piłkarze.
Malinowski: Jeden były piłkarz Ruchu powiedział mi ostatnio: „W tym klubie nic się nie zmienia”.
Surma: Od tego 2002 roku nic. Może tyle, że jest boczne boisko, wtedy za bramkami. Ale drużyna trzyma się w czołówce. Może bieda konsoliduje? Wielkim plusem jest to, że są śląscy piłkarze, bo oni oddają całe serce.
Malinowski: Śląski charakter. Śląsk jest specyficzny. Odrę Wodzisław też wszyscy skazywali na pożarcie, a trzymaliśmy się czternaście lat. Poza tym śląscy kibice… Bez nich nic by nie było. Nieraz graliśmy przeciwko całemu światu. Dzisiejsze wyniki Ruchu też są niektórym nie w smak. To, że klub próbuje wychodzić na prostą, że potrafimy zrobić coś z niczego…

Inni mają od lat dobre warunki, zarobki. A wy poczucie niesprawiedliwości?
Malinowski:
Od dwudziestu lat się z tym zmagam. Zawsze wszyscy mieli. Śmiejemy się, że innym brakuje ptasiego mleka, a to nie zawsze idzie w parze z dobrą grą.
Surma: Ale tu przychodzi dziadek na mecz z wnukiem, który ma szalik. Kibice, siła tradycji… Nie ma przypadku, że rozpadł się Groclin czy Amica.
Malinowski: Łukasz już poszedł do Legii, kiedy spadliśmy z ligi. Nie było niczego. Kibice przynosili nam odżywki i bandaże, żebyśmy przetrwali.
Surma: Nie byłem tu dziesięć lat i ten sam pan Kaziu dalej się kręci przy klubie, cały czas jest w tej samej kurtce, tej samej czapce.
Malinowski: Paulek, który kosi trawę, jest tu zawsze.
Surma: I murawa jest zawsze w bardzo dobrym stanie. W dużym klubie, zanim zdążysz się do kogoś przyzwyczaić, często już go nie ma. Jak w korporacji.

Gordon Strachan, obecny trener Szkotów, też grał profesjonalnie niemal 30 lat. Żeby trzymać formę, trzymał dietę, jadł banany, owsiankę i wodorosty. Trzeba bardzo dbać o siebie?
Malinowski:
To oddam głos Łukaszowi…
Surma: Najważniejsze są chęci, żeby być w formie. Ale nie widzę złotej recepty. Umiar to sposób. Trzeba być normalnym.
Malinowski: A nie do domu przyjść i wywalić pół zgrzewki.
Surma: Trzeba wiedzieć, kiedy i ile.
Malinowski: I z kim.

A papierosy?
Malinowski:
Dajcie spokój!

Basler, Boruc, jest pan w dobrym towarzystwie. Nie ma się co irytować.
Malinowski:
Ale i nie ma się czym chwalić. Powiedziałem to kiedyś i się afera zrobiła. Palenie to moja pięta achillesowa, gdybym jeszcze raz się urodził, nie paliłbym.


To jest jednak coś, że tak długo pan gra, mimo nałogu.
Malinowski:
Wiadomo, jak to jest. Młody człowiek wszystkiego chce spróbować. Nie chciałbym tego tematu za bardzo rozwijać.

Spokojnie, nie rozmawiamy o tym przecież jak o zabójstwie.
Malinowski:
Jak to nie? Przecież palenie zabija! Nigdy nie próbowałem rzucać, traktuję to jako sposób na odstresowanie. Nie wiem jak ty, Łukasz, ale ja bardzo przeżywam wszystkie mecze. Do pewnego momentu było nawet tak, że miałem bóle brzucha i musiałem węgiel brać. Wraz z pierwszym gwizdkiem stres puszcza, ale do tego momentu denerwuję się tak, że mi się ręce trzęsą.
Surma: Właśnie, a ludzie myślą, że im jesteś bardziej doświadczony, tym stres jest mniejszy. A to wcale nie jest tak. Ja mam podobnie jak Marcin, dla mnie każdy mecz to jest duże przeżycie, co nie jest przyjemnym uczuciem. Ręce masz zimne, stopy zimne…

Czyli można zrobić karierę, będąc słabym psychicznie?
Surma:
Nie, to nie tak. Sport bez stresu nie może istnieć, stres do pewnego momentu jest bowiem mobilizujący. Nie widzę zawodnika, który przed meczem byłby superspokojny.
Malinowski: Chociaż kiedyś widzieliśmy film o Brazylijczykach. Ci wyglądali na wyluzowanych.
Surma: No tak, grali na bębnach i tańczyli. Ale to też może być forma jakiejś ucieczki.
Malinowski: Każdy ma inny sposób na odstresowanie. Jeden słucha muzyki, drugi coś innego…

…a pan idzie na „dymka”.
Malinowski:
Ale oczywiście nie w taki sposób, że już mamy wychodzić na boisko, a ja jeszcze proszę trenera o pięć minut, żebym mógł zapalić. Spytajcie jakiegokolwiek trenera, czy kiedyś widział mnie z papierosem. Myślę, że nie.

Czy z perspektywy czasu wiecie, że jako kapitanowie swoich drużyn zachowaliście się kiedyś nieodpowiednio i drugi raz byście tego nie zrobili?
Surma:
Ja się cieszę, że w Ruchu jest Marcin, bo to bardzo trudna rola. Jak jesteś kapitanem, przeżywasz mecze podwójnie: za siebie i za resztę drużyny. Byłem nim w Legii, Lechii i Ruchu, więc teraz czuję ulgę, że uniknąłem znowu tej roli. Marcin fajnie scala zespół, a ja jestem nieco z boku. Błędy na pewno popełniłem. Kiedyś myślałem, że moja rola to przede wszystkim krzyczenie na boisku i podpowiadanie. A chodzi o to, by przede wszystkim dobrą grą dać innym przykład. Gdy byłem kapitanem w wieku 24 lat, to ciągle podpowiadałem kolegom.
Malinowski: Właśnie, i wtedy często przytrafia ci się jakiś klops, bo patrzysz na innych, zamiast na siebie. Często ludzie z władz klubu oczekują od tych doświadczonych, żeby opieprzyli młodych. I nieraz spotykałem się z takimi opiniami, że nawet jeśli nie mam racji, powinienem to robić.
Surma: Czasem słychać, jak ktoś mówi: „Ten to nie ma charyzmy, bo nie krzyczy”, a to zupełnie inaczej działa. Krzyczeć – tak, ale w odpowiednim momencie. Bo jeśli sam zagrasz słabo, to jak możesz krzyczeć na kolegę? Trzeba zacząć od siebie, pokazać się jak najlepiej. To najważniejsze.
Malinowski: Zagraliśmy kiedyś słaby mecz. Przegraliśmy i ktoś mi mówi: „Dlaczego nie wejdziesz do szatni i ich wszystkich nie opieprzysz?”. A jak ja miałem to zrobić, skoro sam przyczyniłem się do tej porażki? Byłem tak samo słaby, jak oni. Zresztą pamiętajcie, że to nie jest tak, że w Ruchu od mobilizowania jestem tylko ja i Łukasz. Mamy jeszcze Marka Zieńczuka i Marka Szyndrowskiego, więc ta odpowiedzialność jest rozłożona na kilku zawodników.

Myśli pan, panie Łukaszu, że wyprzedzi Marka Chojnackiego jeśli chodzi o liczbę meczów w ekstraklasie?
Surma:
Fajnie by było, ale mam w sobie wielką pokorę (z perspektywy czasu wiemy, że obaj wyprzedzili Chojnackiego – mw). Przede wszystkim co tydzień muszę udowadniać, że wciąż mogę grać. Przecież ja jeszcze rok temu miałem być zawodnikiem Garbarni Kraków, bo nie było wielkiego zainteresowania moją osobą w ekstraklasie.

Już wiemy, że pan Łukasz zostanie trenerem. A Marcin kim? Działaczem czy górnikiem?
Malinowski:
Będę w domu z żoną produkował tytoń (śmiech). Powiem wam szczerze: nie mam pojęcia, co będę robił po zakończeniu kariery. Fajnie byłoby zostać przy piłce, ale nie wiadomo, co z tego wyjdzie. Nawet nie wiem, w jakiej roli miałoby to być. Na trenera chyba bym się nie nadawał.

Mamy wrażenie, że to dla pana drażliwy temat.
Malinowski:
Zgadza się.

Zawsze widzi pan czarne scenariusze? Kiedyś wspomniał pan nawet o możliwości pracy w kopalni.
Malinowski:
Nigdy nie mów nigdy. Ale zostawmy to. Zobaczymy, co życie przyniesie. Podobnie jak Łukasz, też myślałem, że więcej już w ekstraklasie się nie pojawię. To było po spadku z Odrą Wodzisław. Nie wierzyłem, że nagle może ktoś się po mnie zgłosić. Dlatego również bardzo spokojnie podchodzę do kolejnych moich meczów w lidze. Nigdy nie wiesz, co będzie jutro, zwłaszcza w takim kraju, jak Polska. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że tu wszystko ci wybaczą, tylko nie sukces. A dla mnie to jest ogromny sukces, zagrać tyle razy w tej – jak to niektórzy określają – śmiesznej ekstraklasie.

W wieku 32 lat zrobił pan maturę. To krok do zadbania o przyszłość?
Malinowski:
Też. Nigdy nie ukrywałem, że nie odłożyłem na graniu na tyle dużo, by po zakończeniu kariery leżeć i odpoczywać lub zająć się szkoleniem dzieci w ramach hobby.

Na pewno nie zostanie pan taksówkarzem.
Malinowski:
Zgadza się. Chyba, że trafię szóstkę w totolotka, to kupię sobie taksówkę i… będę jeździł jako pasażer.

Czemu nigdy nie zrobił pan prawa jazdy?
Malinowski:
Zawsze miałem na tyle dobrych kolegów, że mnie podwozili. Za to im serdecznie dziękuję. Tak naprawdę nigdy nie miałem pociągu do kierownicy, nie było mi to potrzebne, ale wiem, że niedługo będzie. Nie wyobrażacie sobie, ile rozmów na ten temat odbywam z żoną. Jest pierwszą osobą, która mnie namawia, że bym poszedł na kurs. Zaproponowała mi, że wykupi mi go na urodziny, ale nie zgodziłem się. Bo jeśli sam nie poczuję, że chcę to zrobić, to nic z tego nie będzie. Mam gdzieś z tyłu głowy, że wkrótce będę musiał się za to wziąć, bo nie wiem, czy da się przejść przez życie bez prawa jazdy. Dla was pewnie to bułka z masłem, ale dla mnie to duża sprawa.

A co jest w tym trudnego?
Malinowski:
Nie wiem. Przyznam się, że jeszcze nigdy nie jeździłem. Był jeden epizod, gdy jeszcze nie byliśmy małżeństwem z moją żoną. Miała malucha i mnie posadziła za kierownicę. Jak zacząłem coś robić, to od razu powiedziała: „Dobra, wyłaź”.

Czyli ma pan motywację do kontynuowania kariery – im dłużej będzie pan grał, tym dłużej koledzy będą podwozić.
Malinowski:
Mam nadzieję, że jeszcze wszystkich kiedyś zaskoczę i podjadę pod klub. Choćby rowerem.

Dodaj komentarz

Przyjechałem , bo jestem od was lepszy

To wywiad z Andrzejem Szarmachem, który robiliśmy razem z Piotrkiem Wołosikiem tuż przed EURO 2012. „Diabeł” to wyjątkowy piłkarz. Jeden z tych kilku polskich piłkarzy, którzy naprawdę zrobili wielką karierę na zachodzie. Jako piłkarz AJ Auxerre, strzelił 94 gole w lidze francuskiej w zaledwie 4,5 sezonu.
Naprawdę odkrył pan Erica Cantonę?
Ja tam nigdy nie chciałem tego mówić.
Gerard Bourgoin, były sponsor Auxerre, powiedział nam, że to pan jako pierwszy poznał się na Cantonie, a nie Guy Roux, który bał się go wystawiać, i toczyliście o to spory.
Była grupa młodych obiecujących zawodników, właśnie Eric, Jean-Marc Ferreri, Gerard Lanthier – to byli chłopcy, którzy powinni mieć miejsce w podstawowym składzie. Gdy grali, to świetnie nam szło. Ale Guy Roux miał swoich pupilków, wstawiał ich na siłę. „Canto” miał charakter, chodził napompowany, a Roux nie takich lubił. Wolał tych, którzy nie wychylili się ponad wysokość stołu. Ericowi nie podobało się, że trener był wścibski, wyciągał rodzinne sprawy, spisywał liczniki w samochodach piłkarzy.
Po co?
W Auxerre piłkarze nie mieli prawa wyjść na miasto, Roux miał wszystko obstawione, wszędzie byli jego ludzie. Gdy któryś z nas pojawił się w lokalu, to zaraz był telefon do klubu. Na porannym treningu jego ludzie chodzili od samochodu do samochodu, zaglądali przez okna i zapisywali. Jeśli było dodatkowe 200 kilometrów, to wiadomo, że zawodnik pojechał na dyskotekę do Paryża.
Piłkarze zawsze coś wymyślą, żeby się napić.
Zawodnik nie wytrzyma ciężkiego treningu ciągle pijąc. Organizm nie jest w stanie tak funkcjonować. Cantona nie lubił tej ciągłej ingerencji. Kiedyś pokłócił się z Roux i ten na drugi dzień zadzwonił do Martigues. Eric pojechał na wypożyczenie. Cantona taki był, że nie mógł się pogodzić z niesprawiedliwością. Potem, już po powrocie, złapał za klapy Bruno Martiniego i musiał odejść do Marsylii.
A pan go zawsze bronił, bo pan był „Le Grand Contestateur”, kręcił pan wąsa i coś marudził pod nosem…
Miałem swoje zdanie. Do Francji przyjechałem pod koniec rundy jesiennej sezonu 1980/81. Auxerre debiutowało w Ligue 1 i broniło się przed spadkiem. Pamiętam, jak pojechaliśmy na mecz do Monaco. Nie rozumiałem po francusku, w szatni obok mnie siedział Heniek Wieczorek i tłumaczył. Trener mówi na odprawie: „Wiecie sami, co to za zespół, niedawny mistrz Francji. Jak przegramy tam 1:2 czy 0:2, to nic się nie stanie, to będzie dobry wynik”. Słucham tłumaczenia Heńka i nie dowierzam. Mówię do niego: „To przetłumacz mu pytanie ode mnie: – Po ch… my tam w ogóle jedziemy?”. I Heniek mu to tłumaczy. A ja pytam, czy nie lepiej wysłać pismo do Monaco, że zgadzamy się na przegraną 1:2. Zaoszczędzimy na hotelu i na samolocie. Po co mamy ponosić straty? Obok mnie siedzą Joel Bats, Jean Marc Schaer, Dominique Cuperly i ro bią wielkie oczy. A ja mówię: „Albo jedziemy i gramy, albo zostajemy. Powalczmy, jak dostaniemy w pałę, to trudno, będziemy gorsi, to przegramy”. Bats klepie mnie po plecach i coś mówi. Pytam Heńka, co on ode mnie chce? Heniek: „Mówi, że masz rację”. Pamiętam, że w Monaco na bramce stał Jean-Luc Ettori. Przerzuciłem go ze środka boiska. Wtedy rzeczywiście przegraliśmy 1:2, ale od tego momentu zmieniło się podejście wszystkich i zaczęliśmy nagle wygrywać. Zamiast spaść z ligi, skończyliśmy na 10. miejscu.
Roux uchodzi we Francji za półboga, a pan tu obala mity.
Rozpowiadane przez tych, którzy patrzą z zewnątrz. Faktem jest, że Roux był świetnym menedżerem. Poza tym Auxerre jest jedynym na tym poziomie klubem we Francji, jeśli nie w Europie, gdzie obiekty są własnością klubu. Dziś również dzięki niemu jest to bogaty klub. Zresztą trenera rozlicza się po wynikach, a Roux je miał, miał też nosa do zawodników, potrafił ich wyszukać. To był maniak, przychodził o 8 rano na stadion, a wychodził wieczorem. Zresztą, z tego co wiem, odeszła od niego przez to żona. Ale to było silniejsze od niego. Zanim wyszedł z klubu, pokazywał sprzątaczce, że gdzieś jeszcze coś zostało na podłodze, pogadał z gospodarzem obiektu. Ale był to też cwany facet. I któregoś dnia wybuchła afera, gdy okazało się, że częś_ 3 zawodników szła z Auxerre do Marsylii, stamtąd do Bordeaux, a potem z powrotem do Auxerre. Taki trójkąt. A przy każdym transferze jakiś procent.
Lepiej czuje się pan we Francji czy w Polsce?
Mam podwójne obywatelstwo, ale mentalność polską. Tu przeżyłem najlepsze lata swego życia. 30 lat mieszkałem w Polsce, a następne 30 we Francji. Francja to świetny kraj, ale przede wszystkim dla Francuzów. Kiedyś miejscowy piłkarz stracił miejsce w składzie i powiedział mi: „Każdy powinien grać u siebie”. Odpowiedziałem mu: „Nie przyjechałem, żeby zająć ci miejsce. To wy przyjechaliście po mnie”. On pyta: „Dlaczego? Jak to?”. To mu mówię: „Bo jestem od was lepszy”.
Czuje się pan dziś niewykorzystany przez polską piłkę?
Ale ja się nie pcham.
Ale nie o to pytamy.
Dobrze, ale to nie tylko mnie dotyczy. A Włodek Lubański? Wielu jest takich zawodników. Mamy doświadczenie, jesteśmy fachowcami. Przecież Joachim Marx prowadził państwową szkółkę dla młodzieży we Francji. Lepszego fachowca się nie znajdzie. Nie wykorzystać kogoś takiego w naszym kraju, to jest tragedia.
Ale próbował pan swojej szansy jako trener w Zagłębiu Lubin i tak sobie to wyszło. Mówiono, że był pan za miękki dla drużyny, że trzymał pan ze starymi.
Czyżby? Ja właśnie chciałem starych złodziei wyrzucić. To ja wprowadzałem do drużyny Andrzeja Niedzielana, Dariusza Żurawia czy Mariusza Lewandowskiego. To byli trzecioligowi piłkarze. Jeden z Żar, drugi z Wielunia, a trzeci z drużyny juniorów. Chciałem odstawić innych, ale prezes się uparł, że muszą zostać, więc odszedłem. Jak brałem drużynę przeznaczoną do spadku, koledzy mówili: „Po co się pchasz? Przecież ten zespół spadnie”. Ja się pytałem: „Skąd to przekonanie? A nawet jeśli jest do spadku, to przecież nie mam nic do stracenia”. I zespół się utrzymał. A potem nie chciałem akceptować pewnych rzeczy i musiałem odejść. Niektórzy piłkarze wiedzieli, że jeśli ja zostanę, to ich nie będzie. A że miałem prezesa przeciw sobie, to zostałem, można powiedzieć, przegłosowany. Poszła o mnie w świat zła opinia i nie dostałem więcej propozycji. Właściwie była jedna, z Bełchatowa, ale już wtedy byłem we Francji.
Chciałby pan podjąć jeszcze pracę w zawodzie?
Teraz mam licencję menedżera i nie mam możliwości innej działalności w piłce.
Jak się pan odnajduje na rynku menedżerskim, który w Polsce słynie raczej jako kłębowisko żmij?
Rzeczywiście sparzyłem się na transferach dwa razy. Załatwiłem zawodnika, a ktoś inny pojechał podpisać. Jeden kolega mówi: „Mam takiego i takiego zawodnika”. Ja mówię: „Daj mi materiały, ja zawiozę i pogadam”. A potem przeczytałem w gazecie, że zawodnik podpisał kontrakt. A więc wszystko dobrze, tyle że według umowy miałem brać w tym udział. OK, dałem się oszukać, moja wina. Z kolegą menedżerem stosunków już nie utrzymuję.
Byliśmy świadkami tego, że w Auxerre wypowiadają pana nazwisko z nabożeństwem.
Żeby tylko w Auxerre… Są ludzie, którzy strzelili więcej bramek ode mnie, jak Bernard Lacombe, który ma ponad 200 goli. Ale on tam grał przez 20 lat. A ja? Strzeliłem prawie 100 bramek w 4,5 sezonu, takiej średniej nie ma nikt. Teraz byłem w Stade Reims, na zaproszenie klubu, Platini wręczał odznaczenie Kopaczewskiemu. Oczywiście od razu mnie zauważył i wymienił z nazwiska.
W końcu był pan do niedawna jedynym Polakiem na okładce „France Football”.
I to dwa razy.
Czyli tam bardziej szanują pana niż tu?
Na pewno, ale nie mówmy o tym. Nie pcham się i tyle. Szkoda, bo gdzieś pewnie bym się przydał. Jestem za to ambasadorem EURO 2012.
Skąd ten pomysł?
Było tak, że Adam Olkowicz szukał kogoś, kto pojedzie na turniej z młodzieżą do Kijowa. Nie było chętnych, więc zadzwonił do mnie. Pyta: „Pojedziesz?”. Marudzę: „Tydzień w Kijowie, no wiesz…”. Ale on się uparł, że to promocja polskiej piłki i tak dalej. To wsiedliśmy w pociąg i następnego dnia byliśmy w Kijowie. Chłopcy grali, a my siedzieliśmy z tymi działaczami. Gdy trzeba było wybrać ambasadora, pamiętano o tym, że się poświęciłem. Niektórzy dziś się dziwią: „Dlaczego akurat ja?”. No to macie odpowiedź.
Kto się dziwi?
Czasami coś w wywiadach czytam, któryś z dziennikarzy wciąż nie dowierza. U nas utarło się, że stara kadra to leśne dziadki. Na początku jak zostało ogłoszone, że będę ambasadorem, to czytałem: „Dlaczego Szarmach, a nie Dudek albo ktoś inny?”. Takie życie, każdy ma swoich kolegów. Tak już jest, że naszego pokolenia trochę się nie docenia, wielu ludzi wychowało się z pokoleniem po nas.
Młodsi, piękniejsi i bogatsi…
Mają pieniądze i tak dalej, ale im nie zazdroszczę ani nie mam do nich żalu. Jak dają, to trzeba brać. Ja grałem na trzech mundialach, na igrzyskach, swoje możliwości wykorzystałem. Może jakbyśmy dostawali za dużo, to też by się nam poprzewracało w głowach? Kto wie.
Pan się wychował w trudnych warunkach?
Mieszkaliśmy na Siedlcach w Gdańsku, to normalna dzielnica. Ojciec pracował w stoczni, mama pilnowała domu, a ja miałem jeszcze siedmiu braci. Ojciec szukał pewnie dziewczyny i się nie doszukał. Urodziłem się pięć lat po wojnie. Niedaleko osiedla był poligon, na którym znajdowaliśmy pociski jeszcze z czasów wojny. Chłopaki wrzucali je do ogniska i z tego co wiem, kilku z nich zginęło.
Na początku grywał pan w piłkę ręczną i w siatkówkę.
Szczególnie gra w siatkę dużo mi dała. Naszym nauczycielem WF był Józek Kopaczel, reprezentant Polski. Graliśmy na SKS-ach. I stąd mój wyskok i moment zatrzymania w powietrzu. Wisisz i celujesz. Jak dziś widzę zawodnika, który idzie do główki i wybija się z dwóch nóg, to mówię: „Ten chłopak grał w siatkówkę”. Piłkarze skaczą z jednej nogi.
Dlaczego w piłkę zaczął pan grać tak późno?
Miałem 17 lat. W 1968 roku w Lublinie była młodzieżowa spartakiada szkół średnich. Zajęliśmy tam drugie miejsce. Zaczepił mnie trener juniorów Polonii Gdańsk i mówi: „Przyjdź do nas na trening”. A ja mówię, że nie ma szans, bo rodzice mnie nie puszczą. Wtedy nie było czasu myśleć o piłce. Chciałem nawet iść na studia, ale też nie miałem możliwości. Musieliśmy pracować. Rodzice początkowo nie pozwalali mi trenować, więc chodziłem tylko na mecze. Potem gdy pracowałem w stoczni, ćwiczyłem po pracy. W końcu matka mnie przyłapała i zapytała: „Co ty kombinujesz?”. Mówię jej: „Jeszcze mnie w telewizji zobaczysz”. A potem prezes Polonii powiedział: „Jak będziesz tak dalej grał, to możesz pracować cztery godziny”. No to wtedy rodzice byli zadowoleni. Praca za cztery godziny, a płaca za osiem, nieźle co?
Pracował pan z Lechem Wałęsą?
Skończyłem Zasadniczą Szkołę Budowy Okrętów i technikum wieczorowe, więc przez trzy lata pracowałem w stoczni na pochylni na wydziale K-3. Byliśmy na jednym wydziale z Lechem Wałęsą, tyle że on był elektryk, a ja monter kadłubów. Po latach nawet o tym rozmawialiśmy. Ale o strajki mnie nie pytajcie, byłem wtedy na obozie przygotowawczym.
Prawdziwa kariera rozpoczęła się jednak po transferze do Górnika Zabrze. A wszystko odbyło się w atmosferze małego skandalu…
Przyszedłem do Arki i jesienią strzeliłem kilka bramek. Na wiosnę w pierwszym meczu jechaliśmy do Wrocławia i tam złamałem obojczyk.
Sport to zdrowie.
Obojczyk to nie problem, bo tego nie widać. Gorzej z nosem. Trzy razy miałem złamany. Raz w Koszalinie na meczu Pucharu Polski z Gwardią. Zyga Szołtysik dośrodkował, ja wyskoczyłem i… obudziłem się w szatni. Nie wiem, kto to zrobił, ale słyszałem, że jest sześciu albo siedmiu, którzy powtarzają, że to właśnie oni złamali nos Szarmachowi.
A co z tym skandalem?
Chociaż grałem tylko jedną rundę w Arce, to byłem w czołówce strzelców II ligi. Przyjechał wtedy szperacz z Górnika i mówi: „Bierzemy cię do Zabrza”. Nie uwierzyłem mu, tam grało 15 reprezentantów Polski! Pytam go: „Panie, potrzebujecie chłopca do podawania piłek?”. Z Arki jak się dowiedzieli, to zaczęli mnie przepytywać: „Co ty tam kręcisz?”. A ja na to, że nic, ale może by mi tak jakąś kawalerkę załatwili. No bo jak mam dwa treningi, to kursuję między stadionem w Gdyni a domem rodziców w Gdańsku, a więc wychodzę w nocy i wracam w nocy. „No jasne – mówią – nie ma problemu, dostaniesz, co chcesz”. Po sezonie pojechaliśmy z Arką do NRD na roztrenowanie. Wracamy, a na peronie czeka na mnie brat. „Nie idź do domu, WSW na ciebie czeka” – widzę przerażoneg o Mariana. Mówi, że mają bilet dla mnie do jednostki wojskowej w Ustce. Okręty podwodne na 3 lata. Ładne mieszkanie, co? Ustaliliśmy, że Marian zabierze moją torbę do domu, a matka upierze brudne rzeczy i da nowe. Umówiliśmy się wieczorem na dworcu. Wskoczyliśmy w pociąg do Katowic, a o 6 rano byliśmy na Śląsku. Miałem adres tego faceta z Górnika, poszedłem do niego z rana i mówię: „Chcieliście mnie, więc jestem”. Zamknął mnie na tydzień w pokoju hotelowym na stadionie w Zabrzu. Przez tydzień brat mi żarcie donosił, a potem byłem już zatrudniony w kopalni.
Skąd wziął się pański pseudonim „Diabeł”?
Jurek Kasalik wymyślił. Graliśmy z Niemcami w eliminacjach młodzieżowych mistrzostw Europy i w drugiej połowie strzeliłem gola głową. Muszą panowie wiedzieć, że wtedy mówili na mnie „Anioł”. I po tej mojej bramce Jurek krzyknął: „Jaki tam z niego anioł, to diabeł”. I wtedy właśnie zostałem „Diabłem”.
A dlaczego „Anioł”?
Jako młody chłopak pojechałem z Polonią Gdańsk na zgrupowanie do Szklarskiej Poręby. Tak dostawaliśmy po tyłku, że po treningu od razu padałem na łóżko. Podobno spałem jak aniołek, musieli mnie budzić na drugi trening. Miałem też inną ksywkę, „Stojanow”. Wiadomo dlaczego. Tłumaczyłem chłopakom: „Role na boisku są podzielone. Jedni są od bronienia, drudzy, tak jak ja, od grania. A jeżeli ktoś nie potrafi, to zostaje mu bieganie”. Ja tam miałem stać i wykańczać. Jak to mówił trener Górski: „Ten chłopak ma jedną okazję, a trzy bramki strzeli”.

Comments (1)

Punktem zwrotnym była praca z Beenhakkerem

Oto rozmowa z Adamem Nawałką. Ukazała się 17.10.2013, a więc bardzo krótko przed tym jak został ogłoszony selekcjonerem reprezentacji narodowej. Oczywiście wprost tego nie mówi, ale od początku było dla nas obu oczywiste, że to wywiad z przyszłym selekcjonerem.

Kto powinien prowadzić kadrę? Polak czy obcokrajowiec? Michał Probierz uważa, że idealizujemy zagranicznych trenerów, przez co krzywdzimy Polaków.
Coś w tym jest. Selekcjoner powinien być z kraju, z którego reprezentacją pracuje. Powinien być to ktoś, kto zna piłkę danego kraju, mentalność ludzi, czyli to, czego poznanie zajmuje obcokrajowcowi więcej czasu. Ale podchodzę do tego liberalnie. Liczą się przede wszystkim kompetencje.
Pan jest poważnym kandydatem.
Widziałem się na okładce waszej gazety, ale na razie nie ma dla mnie tematu.
Mówimy o panu jako kandydacie, a przecież jakieś 5 lat temu był pan zaledwie przyzwoitym ligowym trenerem.  Nagle objął pan GKS Katowice, potem Górnika Zabrze i wskoczył do ścisłej czołówki. Pojawiają się opinie, że jest pan dziś najlepszy w kraju. Co takiego się stało?
Doszedłem do tego przede wszystkim ciężką pracą. Ale punktem zwrotnym była praca z kadrą narodową. Wtedy spojrzałem na piłkę inaczej. Praca z Leo Beenhakkerem, ale też z Bobo Kaczmarkiem, Darkiem Dziekanowskim, Fransem Hoekiem i Andrzejem Dawidziukiem pozwoliła mi dostrzec umiejętność funkcjonowania w sztabie szkoleniowym. Wcześniej wiele rzeczy wydawało mi się oczywiste.Teraz obraz stał się szerszy, zacząłem wychwytywać więcej szczegółów.
Na przykład?
Chodzi choćby o przygotowanie mentalne. W tym Leo był naprawdę dobry. Potrafił dotrzeć do piłkarza głębiej niż inni. Wydawało się, że wszystko jest OK, ale on jeszcze wyłapywał rzeczy, które sprawiały, że zawodnicy dostawali dodatkowego kopa energetycznego. Było to bardzo wartościowe doświadczenie. Od tego momentu moja praca stała się niezwykle efektywna.
Był pan wtedy w trudnym momencie.
Tak. Dopiero podjąłem pracę w Wiśle. Zaczęło się obiecująco, od wysokiej wygranej z Górnikiem, a potem przyszły cztery remisy i się rozstaliśmy. Pojechałem do Włoch, byłem krótko w Romie i Lazio. Gdy wróciłem, zadzwonił Leo. Zapytał, czy chcę być asystentem. Pytam: „Od kiedy?”. On mówi: „Jak to od kiedy? Samolot czeka na ciebie w Balicach”. Po etapie w kadrze podjąłem pracę w GKS Katowice, hartowałem się w bardzo trudnych warunkach. Bez pieniędzy, ale z charakterem. Trzeba było przekonywać zawodników, że warto. Organizować wszystko od podstaw. Łączyć funkcje trenera i menedżera. Byłem w klubach bardzo bogatych, jak Wisła i Zagłębie, średnich – jak Jagiellonia, a potem w biednych jak Sandecja. I w GKS te wszystkie doświadczenia zaczęły procentować.
Czyli tak hartowała się stal, ale większość woli pracować w normalnych warunkach.
Oczywiście, ale praca w takim klubie to bardzo dobre doświadczenie. Prawdziwa szkoła jest tam, gdzie walczysz o przetrwanie, o życie.
Mówiło się sporo o włoskim selekcjonerze. Ciekawe, że jeździ pan cały czas na staże akurat do Włoch.
Uwielbiam oddychać tym powietrzem, lubię ten styl życia. Rzym to najpiękniejsze miasto na ziemi, cały świat jest tu w jednym miejscu. A proszę pamiętać, że jako piłkarz byłem niemal wszędzie, więc wiem, co mówię. Lubię ten zapach historii.
Imponują panu włoscy trenerzy?
Każdego warto podpatrywać, ale na końcu trzeba mieć własny przepis na zupę, wiedzieć, jaką przyprawę dosypać i zrobić to z wyczuciem.
Skąd fascynacja Włochami?
Mój ojciec był piłkarzem, grał w Orlętach Rudawa, a wujek Jan, brat mamy, też grał w piłkę w IV lidze. Wszyscy byli zakochani w piłce nożnej, a wujek we włoskiej. Zresztą od 30 lat mieszka w Rzymie, jest dominikaninem. To były czasy Interu, Milanu, Helenio Herrery. Graliśmy razem, byliśmy Rivą, Riverą, Mazzolą. Nie pamiętam, kim ja akurat byłem, ale piłka włoska była u mnie od zawsze. Imponuje mi, jak zorganizowane są kluby. Jak funkcjonują sztaby trenerskie. Prowadzenie klubu, strategia, taktyka – to najwyższa półka. Włosi kiedyś byli wzorcowym krajem, jeśli chodzi o futbol. Teraz odradzają się, kadra wciąż gra o najwyższe trofea.
Tak, ale nie używają zbyt często czasownika „pracować”, mają opinię leni, a pana drużyny są znane  z ciężkiej pracy. 
Ale mówimy o codziennym życiu, przyzwyczajeniach, nawykach.
A skąd, Arigo Sacchi mówił o tym też w kontekście piłkarskim.
Gdy jestem we Włoszech, czasem przecieram oczy, widząc, jak ciężko tam pracują nad przygotowaniem fizycznym i taktycznym. Pierwszy raz byłem tam w 2000 roku, gdy Romę prowadził Fabio Capello. Było to w Trigorii, ośrodku treningowym. Wprowadził mnie Zbyszek Boniek, przed którym wszystkie drzwi były otwarte. Capello wtedy rozbudził wielkie nadzieje, a w pewnym momencie wyglądało to naprawdę źle. Zespół odpadł z Pucharu Włoch, była tragedia. Przegrał kilka gier kontrolnych. Pod ośrodek przyjechały tłumy kibiców, którzy chcieli wyrazić niezadowolenie. Kilka tysięcy osób chciało wyważyć bramy. Ochraniali nas carabinieri, latały śmigłowce. Zawodnicy wjeżdżający do ośrodka byli obrzucani wszystkimi możliwymi składnikami pizzy. Szokujące. Jakoś to w końcu zostało załagodzone. Zarząd utrzymał na stanowisku trenera, zespół zaczął wygrywać. Zaczęła się fantastyczna seria, Roma w 2001 roku zdobyła mistrzostwo Włoch. To pokazuje, że liczy się konsekwencja w realizowaniu koncepcji. Wszystko, co dzieje się wokół, trzeba dostrzegać, ale nie może to mieć wpływu na pracę. To wiele razy sprawdziło się w moim przypadku.
Myśli pan na przykład o Miliku?
Chociażby. Kibice nie mieli już do niego cierpliwości. Chcieli, żebym go przestał wystawiać, ale byłem przekonany do jego talentu. W meczu z Koroną w końcu strzelił dwie bramki, przełamał się.
Ma pan opinie trenera, który pracuje głównie z młodymi.
Zaczynałem pracę jako trener młodzieży, miałem dobre wyniki. To wdzięczna praca, bo łatwiej jest ulepić zawodnika młodego niż tego z nawykami. Ale… jeśli piłkarz jest pozytywnie nastawiony do pracy, to choćby był starszy, dostosuje się. Lubię pracować z doświadczonymi graczami, o ile chcą się nadal uczyć i są głodni sukcesu. W szatni doświadczeni piłkarze mają bardzo duży wpływ na młodych, są przez nich cały czas obserwowani. Świetnym przykładem do naśladowania był Michał Bemben. Miał 37 lat i w dalszym ciągu był żądny gry, chciał poznawać nowinki taktyczne. To się udzielało młodym. Doświadczeni zawodnicy o takim podejściu są niezwykle wartościowi. A ci, którzy marudzą, zamiast pracować…
…to – jak pan mówi – zgniłe jabłka.
Dokładnie. A zgniłe jabłka trzeba wyrzucać, żeby się nie zepsuły inne. W Górniku trafiłem na świetną grupę a potem wyselekcjonowałem kolejnych piłkarzy o dobrej mentalności. Umiejętności są różne, ale nastawienie do pracy ciągle musi być pozytywne.
Wiosna zachwiała pańską pewnością siebie?
Proszę nie żartować. Nabrałem jeszcze większego przekonania do tego, co robię. Jak słucham analiz, że to była fatalna runda…
Przegraliście 10 spotkań.
Proszę patrzeć na realia. Sami sprowokowaliśmy sytuację, w której mówiono o nas jak o faworytach. Jesienią wyróżnialiśmy się świetną organizacją gry, ofensywnym nastawieniem, dobrą defensywą. Posiadaliśmy piłkę, co zresztą coraz lepiej nam wychodzi. A przecież, żeby mieć piłkę, trzeba umieć ją odebrać. Pressing to nasza broń. Na wiosnę straciliśmy Arka Milika, nie mogli grać boczni obrońcy Michał Bemben i Seweryn Gancarczyk. Z Pucharu Narodów Afryki z kontuzją wrócił Prejuce Nakoulma i dopiero w ostatnim spotkaniu zagrał na swoim poziomie. Drużyna, żeby się rozwijać, musi mieć więcej niż 11 zawodników na wysokim poziomie.
Na prawą obronę miał pan akurat Pawła Olkowskiego. Mówi się, że to następca Piszczka.
Ja o tym doskonale wiem, ale trzeba czasu, żeby młodego zawodnika dostosować do tej pozycji. Ma wielki potencjał, ale przed nim sporo pracy, zanim wskoczy na „international level”. Poza tym straciłem go jako prawoskrzydłowego. A więc daje to pięciu zawodników. Na 10 przegranych meczów w ośmiu mieliśmy inicjatywę, przegrywaliśmy minimalnie. Nawet przez chwilę, nawet przez sekundę nie było załamania, utraty kontroli. Zawodnicy nie spuścili głów. Wiedzieliśmy, czego nam brakuje, pracowaliśmy, by to poprawić. Byliśmy rozczarowani, ale nie straciliśmy pewnego komfortu. Wiedzieliśmy, że idziemy do przodu. Czasem, gdy są wielkie oczekiwania i przychodzą porażki, następuje załamanie. U nas tego nie było. Widziałem, gdzie są braki. To była kwestia czasu, kiedy się odbudujemy i z jeszcze większym rozmachem wystartujemy.
A pan stał się rzecznikiem polskich trenerów. Mówią: „Nawałka przegrał 10 meczów i został.  To i mi dajcie czas”.
I bardzo dobrze. Jest konsekwencja. Mamy plan, wiemy, że jest dobry i trzymamy się go. Oczywiście, trzeba robić korekty.
Mówił pan, że na końcu wynik rozlicza trenera, a pan wtedy tych wyników nie miał.
Mieliśmy walczyć o utrzymanie, a zajęliśmy piąte miejsce, najlepsze od 25 lat. Zaczynaliśmy od I ligi, co sezon jesteśmy lepsi.
Trener Bela Guttmann mówił, że idealny czas dla trenera w klubie to dwa lata.
Tak było 50 lat temu, teraz cztery okresy przygotowawcze to minimum, żeby trener odcisnął piętno. Oczywiście mówimy o klubie, który ma potencjał organizacyjny i ekonomiczny.
Na co stać Górnik?
Mówimy o najbliższym meczu. Wiem, nie brzmi to zbyt oryginalnie, ale taką przyjęliśmy strategię.
Teraz jedziecie do Śląska, zespołu, który grał w europejskich pucharach.
To bez znaczenia. Każdego przeciwnika szanujemy, ale chcemy grać swoją piłkę, czy to z ostatnim zespołem, czy z Legią.
Mówi się, że Legia jest w tej lidze poza zasięgiem.
Każdy, kto do niej przyjeżdża, od razu cofa się na 16 metr, co Legii odpowiada. My nie chcieliśmy tego robić i mogło być różnie (2:1 dla Legii – przyp. red.).
Tracicie do niej dwa punkty, jesteście  kandydatem do tytułu.
Nie ma się co zachłystywać. Budujemy zespół. Jest morale, jest fantastyczna praca zawodników. Tego się trzymajmy.

Dodaj komentarz

Malarz z Holandii

wywiad z Robertem Maaskantem (wrzesień 2011), pamiętacie gościa? Fajny facet, ale trochę nerwowy.

ROBERT MAASKANT: Lubię sposób w jaki Co Adriaanse myśli o piłce. Mówi o sobie, że na szachownicy zawsze gra białymi, czyli atakuje, chce żeby styl jego drużyny był atrakcyjny. Jest prawdziwym holenderskim trenerem, myśli jak atakować, jak dać radość kibicom.
Pan woli grać czarnymi?
Na pewno sporo się nauczyłem, obserwując prowadzone przez niego zespoły. Mam taką samą ideę w głowie: ofensywną. Lubię atakować… Pracuję jednak w kraju, gdzie trzeba myśleć bardziej realistycznie. W naszej grupie Ligi Europy jest trzech holenderskich trenerów. Adriaanse jest bardzo ofensywny, Martin Jol zaczyna budować drużynę od tyłu, ja z kolei staram się balansować. Być pośrodku.
Być realistą… to dość uniwersalne, każdy może tak powiedzieć.
Zawsze staram się patrzeć na to czym dysponuję i na to przeciwko komu gramy. W ekstraklasie staramy się grać ofensywnie. Ale w Lidze Europy czy w innych najważniejszych meczach, staramy się zmieniać system i grać dwoma defensywnymi pomocnikami.
Mówi się, że największe drużyny są przewidywalne, wy nie jesteście…
Gramy różnymi systemami, to oczywiste. Na pewno chcemy jednak dążyć do jednego. Jak jednak powiedziałem, jestem realistą. Muszę dostosować grę do możliwości zawodników. Mam różnych piłkarzy: Kirma i Małeckiego, Jirsaka i Meliksona. Pojawienie się na boisku każdego z nich powoduje zmianę stylu gry drużyny. Pan narzeka, tymczasem porównuję nas i Lecha sprzed roku i jednak jest spora różnica…
Tak, bo Lech grał z Manchesterem City, Juventusem, Red Bullem i wygrywał. A wy na razie przegraliście z Odense, teoretycznie najsłabszym zespołem w grupie.
Cóż, ludzie patrzą czasem tylko na wynik, a przecież naprawdę dobrze graliśmy. Powinniśmy wygrać 2:1 lub 3:1 i wtedy wszyscy mówiliby, że graliśmy dobrze. Zmieniłby się wynik, nie gra.
Tak to już w piłce jest, że wynik jest najważniejszy.
Nie zawsze lepsza drużyna wygrywa. Weźmy taki Śląsk Wrocław. Wygrali z nami wiosną, ale czy powiedziałby pan, że Śląsk jest lepszą drużyną od Wisły? Że gra lepszą piłkę?
Sporo pan ryzykuje, trener Śląska Orest Lenczyk w Polsce jest postacią niemal kultową.
Wiem, bardzo go cenię. Podoba mi się, że jest zakochany w piłce, że zna się na tym, co robi, że ma silną osobowość. Johanowi Voskampowi poleciłem zresztą transfer do Śląska. Ale wracając do porównań, to my staramy się grać bardziej ofensywnie. Nie tylko kontratakować, ale dać naszym fanom spektakl.
A wygląda to tak, że na 24-tysięcznym stadionie macie 16 tysięcy ludzi w meczu z Ruchem, nieco ponad 12 w Lidze Europy z Odense, tyle samo z Bełchatowem… Czyżby oczekiwania fanów co do spektaklu były odmienne w stosunku do tego, co im oferujecie?
Ależ to mało inteligentne pytanie!
Niby dlaczego?
Czy sądzi pan, że nie ma żadnych innych powodów?
Z chęcią je poznam.
Po pierwsze pieniądze. Kibice na pewno wydali spore sumy na nasze mecze w Lidze Mistrzów. Po drugie wakacje. Ludzie zabrali rodziny na urlopy, mają mniej pieniędzy do wydania. Po trzecie zaczęły się szkoły, a to znaczy, że dzieci i część młodzieży nie przyjdzie na nasz mecz w Lidze Europy, który gramy o 21.05, nie ma dobrego transportu publicznego, to też ma swoje znaczenie. Z Bełchatowem graliśmy w poniedziałek wieczorem, z Ruchem w niedzielę po południu…
No cóż…
To są moje odpowiedzi. Pańskie pytanie zawierało tezę, że ludzie są znudzeni naszą grą, a ja uważam, że powody są znacznie głębsze. Ale w porządku, jestem otwarty na pytania. Ludzie, którzy przyszli na nasz stadion w niedzielę po południu, na pewno nie byli znudzeni.
Mówi pan o ostatnim meczu ligowym, fajnym, otwartym. To cieszy, ale Wisła ma budżet kilka razy wyższy niż Ruch. Żaden z zawodników Ruchu nie usiadłby nawet na ławce rezerwowych w waszym klubie…
Ruch gra bardzo dobrze, a różnice w pieniądzach nie są aż tak duże. Oczywiście mamy szerszą kadrę, większy budżet, lepszy zespół. Pewnie to dlatego my zdobywamy tytuły mistrzowskie w ostatnich latach, a nie Ruch. Jeśli jednak myślelibyśmy w ten sposób, to Wisła nigdy nie byłaby mistrzem Polski. Lech, Polonia i Legia płacą znacznie lepiej. Nawet Zagłębie Lubin płaci niewiele mniej. Zdziwiłby się pan… Wracając do ostatniego meczu. Znacznie trudniej namalować obraz niż go zniszczyć. Co tydzień my musimy malować, zaś nasi rywale po prostu chcą go zgnieść i wyrzucić do kosza. Trzeba wziąć też pod uwagę inne czynniki, jak choćby zmęczenie. Graliśmy w poniedziałek w Bełchatowie, potem w czwartek puchar w Świnoujściu na samym końcu Polski, a potem z Ruchem u siebie w niedzielę. To naprawdę męczące, a jednak zdołaliśmy wygrać wszystkie mecze. Proszę to docenić.
Z Twente to wy zagracie z kontrataku?
Na pewno bardziej niż zazwyczaj.
Tak jak z APOEL-em?
To była inna sytuacja, to był mecz na zasadzie „wszystko albo nic”. Wygraliśmy w pierwszym spotkaniu 1:0, dlatego obraliśmy normalną, logiczną taktykę. Chcieliśmy ich naciskać, ale to się nie udawało.
Jeszcze przez jakiś czas ludzie będą mówić o APOEL-u. Mecz w Nikozji to pańskie Waterloo?
Nie, dlaczego, to takie typowe…
Mówię o ogólnopolskim punkcie widzenia. Były spore oczekiwania, byliście tak blisko…
Zabrakło nam kilka minut do awansu, ale wiemy, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Znaliśmy wartość rywala, który zatrudnia dwa razy droższych piłkarzy niż my. A zabrakło nam tak niewiele, zaledwie centymetrów…
Ale wasz awans byłby fartem.
Oczywiście, że tak, ale wciąż byliśmy niesamowicie blisko od wyeliminowania bardzo dobrej drużyny, która na przywitanie z Ligą Mistrzów pokonała mistrza Rosji. Proszę znaleźć pozytywy. Rok wcześniej Wisła przegrała z Karabachem, musieliśmy kompletnie przebudować zespół. Zaczynaliśmy prawie z niczym, a doszliśmy na odległość 3 minut od Ligi Mistrzów. Rzadko zdarza się, by w futbolu ktoś zrobił tak wielki krok.
Brak Meliksona i Małeckiego to poważna strata. To świetni zawodnicy do kontry.
Tak, jednak z Ruchem bez ich udziału strzeliliśmy dwie bramki z kontrataków, mogliśmy dołożyć jeszcze jedną… Mamy dobrych piłkarzy do kontr, mamy szybkość w drużynie.
Jak pan zapatruje się na sprawę Maora Melliksona? Chyba sporo na tym stracił…
Podjął decyzję.
Czyżby? Mieliście spotkanie na Wiśle: pan, Smuda, Dahan (menedżer Meliksona – red.) i sam zawodnik. Czy nie poddaliście go zbytnim naciskom?
To nie tak. Maor był niedoceniany w Izraelu, więc dostał propozycję z Polski. Dalej była to jego decyzja. Myślę, że nie wiedział, co zrobić i chyba dalej jest zagubiony. Nie spodziewał się takiego zamieszania. Podjął decyzję, która dla niego była pozytywna, ale w ciągu jednego dnia wszystko się odwróciło. Media z Polski i Izraela wystąpiły przeciw niemu.
Piłkarz z Izraela zastanawia się nad grą dla Polski? Czy w Holandii byłoby to dopuszczalne?
Są podobne sytuacje, w naszej kadrze grają zawodnicy, choćby z Maroka, którzy wychowywali się w Holandii.
Melikson tu się nie wychował.
Jeśli chodzi o Maora, to proszę pamiętać, że jest polskiego pochodzenia, więc ma prawo grać w kadrze.
Melikson powinien grać dla Polski?
Nie zajrzę w jego serce, ale z piłkarskiego punktu widzenia byłoby to ogromne wzmocnienie. To zawodnik, który wprowadza nową jakość, może zadecydować o wyniku jednym zagraniem.
Robi to w meczach ligowych, ale na przykład w meczu z APOEL-em nie był w stanie nic wielkiego zrobić.
Tak, ale wcześniej z Liteksem grał fantastycznie. Jeśli znowu wracamy do meczu z APOEL-em, to trzeba wziąć pod uwagę, że oni zagrali swoje najlepsze spotkanie w ciągu ostatnich 5 lat.
Nie przesadza pan? Dwa lata temu zremisowali z Chelsea i Atletico Madryt.
Widziałem tamte mecze, wtedy grali dobrze, ale uważam, że z nami zagrali lepiej. Jeśli chodzi o kadrę, gdyby Maor tworzył duet w pomocy z Adrianem Mierzejewskim, gdyby wymieniali się pozycjami… Nie chciałbym grać przeciwko takim zawodnikom.
Zakłada pan, że Maor wygrałby rywalizację ze Sławomirem Peszką, Ludo Obraniakiem lub Kubą Błaszczykowskim?
Zakładam, że gdyby któryś z nich, w tym Maor, pojawił się na boisku na ostatnie 25-30 minut, mógłby znacznie zwiększyć jakoś drużyny. Gdybym był trenerem przeciwnika Polski, bałbym się zespołu z taką siłą ognia.
Czego możemy się spodziewać po Wiśle w meczu z Legią?
Na pewno chcemy wygrać, ale biorę pod uwagę również zdobycie punktu…
Co za minimalizm, stracicie dystans do prowadzących.
Nie jestem minimalistą! Po prostu biorę pod uwagę okoliczności. Zresztą nigdy nie patrzę na tabelę. Chcę na koniec sezonu spojrzeć na trofeum. Tabela mnie nie interesuje, jest nieważna. Ważne są wyniki, sposób, w jaki wygrywamy. Przykładowo w tej rundzie gramy na wyjeździe z Legią, Koroną, Lechem, Polonią i Widzewem. Z całą czołówką. Oznacza to, że w rundzie rewanżowej będziemy grali z nimi u siebie. W takim układzie mówienie o tabeli nie ma sensu przed końcem sezonu. Jest nie na miejscu.

Dodaj komentarz

Rosjanin bierze nóż i idzie obalić kamienny mur

Wywiad z Andriejem Arszawinem zrobiony kilka tygodni przed EURO 2012 w jednym z moskiewskich hoteli, zdaje się w Sheraton Palace.

Jesteście dziś starsi o 4 lata niż podczas EURO 2008. Starszy zespół to bardziej doświadczony, ale też wolniejszy – jaki jest wasz?
Faktycznie jesteśmy wolniejsi, ale czy bardziej doświadczeni? Już cztery lata temu był to zespół ze sporym doświadczeniem. Przewaga jest taka, że graliśmy od tego czasu jeszcze więcej meczów razem i na pewno lepiej się poznaliśmy, nabraliśmy automatyki w grze. Co do reszty… nie mam pojęcia.
Co musicie poprawić przed pierwszym meczem?
Przede wszystkim grę w obronie, to jest nasz największy problem. Teraz drużynie ubył Wasilij Bierezucki. Problem jest taki, że mamy zaledwie kilku obrońców. Anjukow, bracia Bierezyccy, Ignaszewicz… nie mamy na przykład lewego obrońcy, dlatego Żirkow musi grać w defensywie, a przecież to nie jego pozycja. Każda strata w obronie to dla nas duża strata. Poza tym Wasilij i Siergiej Ignaszewicz grali razem dziesięć
lat, świetnie się rozumieli.
Pan się zmienił przez te cztery lata?
Czy ja wiem…
Wtedy poszedł pan do Arsenalu i strzelał sporo goli. Teraz już pan nie strzela. Dostał pan jakieś inne zadania?
Nie. Staram się grać tak samo. Gdyby grał cały czas w Rosji, wciąż strzelałbym sporo bramek.
Czyli mógł pan osiągnąć więcej?
To temat, na który nie lubię rozmawiać. Powiedzmy, że zdziałałem tyle ile mogłem. Ale teraz mógłbym podać pełno wytłumaczeń, to nie ma sensu.
Przez niepowodzenie w tym ostatnim okresie wrócił pan do Rosji?
W Anglii nie miałem wystarczająco dużo czasy gry, więc gdy tylko zgłosił się Zenit, wiedziałem, że muszę skorzystać, bo po prostu potrzebuję gry. Przyjechałem tu i zdobyłem tytuł, co na pewno dobrze na mnie wpłynęło. Zresztą wszyscy piłkarze, którzy opuścili Arsenal zdobyli tytuły. Oprócz Cesca (Fabregasa – mw).
Miał pan obawy, że nie pojedzie na EURO 2012, jeśli zostanie w Arsenalu?
W składzie na pewno bym się znalazł, ale wychodzę z założenia, że do turnieju muszę być jak najlepiej przygotowany, a żeby to osiągnąć
muszę grać. I jestem zadowolony z tego wyboru.
Rozwinął się pan w Arsenalu jako piłkarz?
Nie sądzę.
Nawet na początku? Pierwsze pół sezonu miał pan rewelacyjne.
Zgadza się, ale to nie znaczy, że się rozwinąłem. Oczywiście nie jestem rozczarowany wyborem, myślę że ten pobyt to była dla mnie dobra lekcja. Zobaczyłem nową kulturę, wiele rzeczy których nie znałem. Nauczyłem się sporo o piłce, o kulturze, jakie są relacje między piłkarzami, ale też jakość gry. Myślę że Premier League jest jednak najlepszą ligą na świecie.
Gdy rozmawialiśmy po meczu z Holandią w 2008 roku, powiedział pan, że woli ligę hiszpańską.
Tak powiedziałem, bo wychowałem się na Barcelonie. Poza tym hiszpański styl bardziej mi pasuje, ale to angielska liga jest najlepsza.
Skąd to zamiłowanie do Barcelony?
Kiedyś oglądałem mecz Barcelony z Sampdorią w finale Pucharu Mistrzów w 1992 roku i od tego czasu im kibicuję. Uwielbiam ten styl. Pamiętam sytuację sprzed kilku lat – wygrywali 7:3, by za tydzień przegrać 2:6. Ale to nie miało znaczenia, liczyło się to, że grali tak jak chcieli
grać. Myśleli bardziej o tym, żeby dać ludziom szczęście niż o tym, żeby dowieźć wynik do końca. To jest piękny futbol, to jest to co lubię.
Ma pan podobne podejście – przede wszystkim piękna piłka?
Wierzę w to, że jeśli będziesz grał dobrze i będziesz czerpał z tego przyjemność, wynik w końcu przyjdzie.
W Polsce jeśli myśli o reprezentacji Rosji, wciąż mamy przed oczyma ten niezwykły mecz z Holandią w 2008 roku. Co się zmieniło od tej pory?
Taki mecz zdarza się raz w życiu. Zresztą już wcześniej byłem przekonany o tym, że są pewne drużyny, które możemy pokonać raz. Jeśli mamy dobry dzień, jeśli dojdzie do połączenia wielu zdarzeń… i tak było wtedy. Teraz jesteśmy starsi i nie mamy za sobą nowej generacji piłkarzy. W innym wypadku nie grałoby nas w drużynie aż tylu. Mam na myśli wiekowych zawodników.
Po takim meczu, jak tamten z Holandią, normalnie nie opędziłby się pan od prasy, którą z tego co słyszałem, delikatnie mówiąc średnio pan lubi…
Ale wyręczyła mnie komisja antydopingowa. Byłem wtedy wykończony i po prostu nie mogłem przejść testów, siedziałem tam dwie godziny. Gdy wyszedłem po dwóch godzinach, w strefie prasowej została garstka osób. I dobrze.
W 2002 roku był taki mecz, w którym Zenit przegrał 1:7 z Dynamo Moskwa, zaś prezydent klubu musiał pić wódkę z kibicami, żeby wam odpuścili. Potem do Zenita przyszły ogromne pieniądze. Czy wpłynęło to pozytywnie na pana jako piłkarza?
W ogromnym stopniu. Jeśli grasz z lepszymi zawodnikami, to się rozwijasz.
Trafił pan na niezwykły okres dla rosyjskiej piłki. Jeszcze 8 lat temu w klasyfikacji UEFA liga zajmowała 21. miejsce, dziś jest 7. Czy może być wyżej?
To będzie dość trudne. Teraz jest trudny czas, żeby wykonać taki skok. Musimy podejść do tego realistycznie. Jeśli na przykład weźmiemy Rosję i sześć lig za nami, jest spora różnica pomiędzy tym, co płacą zawodnikom kluby. Jeśli porównasz Rosję i te ligi, które nas wyprzedzają, pieniądze są mniej więcej takie same. A więc co możesz dać więcej – środowisko do gry w piłkę, lub utalentowanych piłkarzy. W Rosji tego nie mamy na poziomie zachodnim i to wyznacza granicę, której nie możemy przekroczyć.
Kilka lat temu Dick Advocaat powiedział, że istnieje coś takiego jak mentalna ściana dla ludzi z zachodu. On sam odrzucił kilka ofert z Rosji, zanim przyjął tę z Zenitu. Będąc w Londynie odczuł pan takie postrzeganie Rosji?
Większość ludzi boi się Rosji. Opinia na zachodzie jest taka, że na ulicach Moskwy jest niebezpiecznie, bo można zostać zaatakowanych przez niedźwiedzia. Słyszałem takie opinie. raz oglądałem program w angielskiej telewizji. Padło tam pytanie – gdzie jest bliżej z Londynu, do Moskwy czy do Waszyngtonu. Dwóch młodych ludzi naradzało się i jeden powiedział: „Rosja jest taka wielka, zajmuje całą mapę, więc to musi być Waszyngton”. Dla mnie było to dziwne i śmieszne.
Bardziej dziwne czy śmieszne?
Chyba śmieszne. Czy oni tam nie uczą się geografii? Jest pełno opinii i stereotypów o Rosji. Na wiele z nich zasłużyliśmy, nie będę się kłócił. Ale wiele jest… no nieważne. Każdy kto przyjedzie raz do Rosji, zmieni o niej zdanie, to pewne. Pewnie, że mamy inny styl, ale nasi ludzie są życzliwi, zwłaszcza dla obcokrajowców.
Czy jako piłkarze jesteście też inni? Niewielu Rosjan poradziło sobie na zachodzie, Aleksandr Mostowoj czy Andriej Kanczelskis to wyjątki…
Jesteśmy inni jako naród, charakterystyczni. Zobacz na przykład na Niemców. Jako ludzie generalnie są zorganizowani, wszystko jest poukładane. I tak samo jest na boisku. I my nasze cechy narodowe przekładamy na boisko. Lubimy atakować, bo naszą cechą narodową jest to, że się nie boimy. Rosjanin bierze nóż i idzie obalić kamienny mur, nawet jeśli nie ma szans. Dziś się uda, jutro nie. I takie jest nasze życie.
Tak jak w tym pamiętnych eliminacjach do EURO 2008. Najpierw graliście fantastyczny mecz z Anglią, ludzie świętowali awans, a wy zawaliliście spotkanie z Izraelem.
Dokładnie, ale takie sytuacje możemy przywoływać bez końca.
Ale ten z Izraelem, był wyjątkowy, to chyba jeden z waszych najgorszych meczów?
Tylko pod względem wyniku, bo przecież graliśmy nieźle. Mieliśmy już prawie awans i przegraliśmy. Po tym meczu pomyślałem: „To koniec, straciliśmy wszystko”. Musieliśmy wtedy jechać grać z Andorą. Nie mieliśmy nawet ochoty na trening. Pojechaliśmy na ten mecz, bo musieliśmy. I jeszcze ta Andora, która nic nie gra… Mam z tego wyjazdu tylko jedno pozytywne wspomnienie – trenowaliśmy wtedy w ośrodku treningowym Barcelony, a obok nas trenowała pierwsza drużyna Barcy, Guardiola i jego piłkarze.
A potem miał pan czarno-biały wieczór. Dobra informacja – Chorwacja wygrała w Anglii i jedziecie na EURO 2008, zła wiadomość – pan będzie zawieszony.
Ale wtedy ta zła informacja do mnie nie docierała. Nie miałem tej świadomości, że mogę być zawieszony. Dopiero potem ktoś mi powiedział: „Możliwe, że będziesz zawieszony na trzy mecze”. Zacząłem się naprawdę bać, ale skończyło się na dwóch spotkaniach.
Rosyjska ofensywa i holenderska organizacja to idealne połączenie?
Pracowałem z Dickiem w Zenicie, z Guusem w Rosji i na pewno dobrze mi się w tym układzie pracuje.
Przeczytałem w prasie rosyjskiej takie porównanie – Piotr I ściągnął do budowy miasta holenderskich inżynierów i ta tradycja przetrwała. GazProm ściągnął do Advocaata, zaś wcześniej federacja piłkarska Hiddinka.
Różnica jest taka, że Holendrzy, których ściągnął Piotr I budowali miasto od podstaw. Wszystko było tworzone krok po kroku. Holendrzy, którzy przychodzili do nas w ostatnich latach dostawali miejsce na szczycie góry, nie musieli na nią wchodzić.
Ten zespół z 2008 to była najlepsza rosyjska reprezentacja ostatnich lat?
Wynik pokazuje, że tak. Ale gdyby wziąć nazwiska piłkarzy, jakość poszczególnych zawodników, to myślę że dziesięć lat temu zespół był lepszy.
Nie było jednak wtedy tak mocnych klubów jak Zenit czy CSKA…
Zgadza się, ale wtedy wszyscy grali gdzieś w zachodnich klubach. Chochłow czy wspomniani Mostowoj, Kanczelskis… Tyle, że nie potrafili stworzyć drużyny.
Dziś niewielu Rosjan gra na zachodzie.
Bo w Rosji mogą zarobić znacznie więcej.
Kiedyś pan chciał grać w Barcelonie, a teraz młodzi chłopcy chcą grać dla Spartaka, Lokomotiwu i Zenita?
Nie, myślę że to się nie zmieniło, każdy po cichu marzy o wielkich klubach z zachodu. Po prostu inaczej myśli mały chłopiec, a inaczej
profesjonalny piłkarz. Dochodzi do momentu, w którym musisz odpowiedzieć sobie na pytanie – jaki jest powód, żeby cokolwiek zmieniać – grasz, masz miejsce w składzie, zarabiasz dobre pieniądze. Większość powie: „Skoro czuję się tak dobrze, to zostaję”
Większość, ale nie wszyscy. Pan naciskał zarząd klubu bardzo mocno, żeby odejść.
I wszyscy uważali mnie za wariata.
Pieniądze w Zenicie były większe?
Po jakimś czasie lepiej zarabiałem w Arsenalu, ale początkowo faktycznie zszedłem z pensji.
Więc dlaczego?
Ja akurat wychodzę z założenia, że jeśli kochasz piłkę, musisz myśleć jak piłkarz, nie jak biznesmen. I mną kierowała właśnie miłość do piłki.
Myśli pan, że nasza grupa jest łatwa?
Gdy oglądałem losowanie i wiedziałem już, że zagramy z Polską i Czechami, powiedziałem: „No tak, jeszcze tylko Grecja i chyba łatwiejszej grupy nie można sobie wyobrazić”. I losujący wyciągnął karteczkę z napisem Grecja.
Czyli będzie łatwo?
Największy problem jest taki, że wszyscy myślą dokładnie tak samo. Z punktu widzenia reprezentacji Rosji, będzie o tyle trudno, że wszyscy nasi przeciwnicy są, o ile mi wiadomo, dobrze zorganizowani w obronie i wyprowadzają szybkie ataki, bazują na kontrze. To nie jest najlepiej dla nas, bo Rosjanie lubią atak. Głównie atakujemy i jeśli trafiamy na zespół grający mniej otwartą piłkę, jest to dla nas ryzykowne. Wystarczy przez chwilę stracić koncentrację i może być bardzo groźnie.
Macie w ogóle sporo szczęścia. Już w eliminacjach do EURO 2012 mieliście wyjątkowo łatwą grupę…
I powinniśmy bez problemu awansować, gdybyśmy wygrali ze Słowacją w domu. Oczywiście w wielu spotkaniach mieliśmy jakieś problemy, ale faktem jest, że nasza jakość była wyższa niż każdej z osobna drużyny w tej grupie. Słowacja grała dobrze, broniła się całą drużyną, wykorzystała nasz poważny błąd a potem atakowaliśmy, ale nie mogliśmy się przebić. Sam zmarnowałem doskonałą szansę. Słowacja pod względem stylu to drużyna podobna do tych, które mamy teraz, nastawiona na na obronę i kontratak. Dlatego mam takie obawy. My wolimy grać przeciw drużynom grającym ofensywnie. Atak za atak, to jest to co lubimy.
Holandia, Hiszpania…
Hiszpania może nie, bo z nimi w ogóle trudno dotknąć piłkę, ale powiedzmy Szwecja czy Chorwacja – to są drużyny, z którymi lubimy grać.
W kadrze ostatnio gra pan na lewym skrzydle, więc w meczu z Polską zagra pan na Łukasza Piszczka.
Reprezentacji Polski nie widziałem, ale oczywiście trójkę z Borussii znam. Piszczek jest fantastycznym zawodnikiem, myślę że zdecydowanie zasługuje na to, żeby grać w drużynie ze światowego topu, nawet lepszej niż Borussia.
Co panu się u niego podoba?
Borussia to mała Barcelona, która gra bardzo podobnie, w tym samym stylu, ma podobne założenia. Stosują bardzo wysoko nacisk na przeciwnika i są niesamowicie szybcy. I nie chodzi mi tu o szybkość biegania, ale o szybkość podań. Piłka idzie bardzo szybko między zawodnikami. I Piszczek świetnie odnajduje się w tej sytuacji. Jest bardzo mocny w obronie, a przy okazji świetnie współpracuje w ofensywie, ma wyczucie kiedy podejść do ataku.
Myśli Pan, że łatwo jest pokonać Wojtka Szczęsnego? Robił to Pan wiele razy podczas treningów.
Nie sądzę, żeby było łatwo podczas EURO, ale jeśli mamy wygrać, to będę do tego zmuszony. Do bardzo utalentowany bramkarz, ma dobrą mentalność, mocny charakter. Zresztą bez tego w tak młodym wieku niezdołałby zostać numerem 1 w Arsenalu. Na pewno ma przez niego dużą przyszłość.
Jakby go pan porównał z Peterem Cechem?
To nie ma sensu.
Nie chce pan sprawić Polakom przykrości?
Nie o to chodzi. To inni piłkarze.
Na zakończenie chciałem zapytać – Czy pańska żona ma prawo jazdy?
W Anglii nie miała, ale tu w Rosji ma.
Powiedział pan, że…
Wiem, wiem, że nie dałbym żadnej kobiecie prawa jazdy.
Dlaczego?
Bo jak jedzie pan ulicą i widzi, że ktoś robi błąd, to na pewno to musi być kobieta. One po prostu mają inny sposób myślenia…
A kto spowodował pana ostatnią stłuczkę?
No ja…
A ten wypadek w dzieciństwie?
Wtedy nie wiem kto siedział za kierownicą, nie pamiętam. Ale to w sumie też była moja wina. Miałem wtedy 14 albo 15 lat. Wychodziłem zza tramwaju… normalnie musisz iść z tyłu, a ja wybiegłem z przodu i nagle poczułem uderzenie i zacząłem lecieć. Upadłem na ziemię.
W nogi nic się nie stało?
Na szczęście nie. Zresztą nic nie było połamane. Spędziłem dwa tygodnie w domu i wszystko skończyło się szczęśliwie. Miałem plecak i to on uratował mi życie.
W jaki sposób?
Szedłem do szkoły i miałem pełno książek i piórnik. I wszystko zostało spłaszczone, ale moje plecy nie ucierpiały.
Czyli jednak nawet dla piłkarza dobrze jest czytać książki?
Nie przesadzajmy, po prostu szedłem do szkoły, więc musiałem je mieć.

Dodaj komentarz

12 razy albo zmywaj kible

Wrzucam do archiwum wywiad z Oleksandrem Szeweluchinem, obrońcą Górnika Zabrze. Bardzo fajny i inteligentny facet w odróżnieniu do kolegów z zespołu, którzy siedzieli przy stoliku obok i głośno ryczeli ze śmiechu bez powodu.

Podobno nazywają pana Ivan Drago?

Jeszcze na Ukrainie żartowali ze mnie, że jestem podobny do Dolpha Lundgrena, (amerykański aktor, który grał Ivana Drago, w filmie Rocky – red.). Koledzy ze szkółki powiedzieli młodym, że jestem bratem Lundgrena, a dzieciaki biegały za mną, żeby dostać autograf. Stąd ten Ivan Drago, radziecki żołnierz.

Pan też miał epizod w wojsku?

Ale krótki, w jednostce sportowej. Kiedy chłopak na Ukrainie kończy 16 lat, to przychodzi wezwanie do wojska. Jest to forma kontroli obywateli. Przychodzisz, masz badania i decydują o twojej przydatności w skali pięciopunktowej, gdzie pięć to w pełni zdrowy, a jeden inwalida. Skończyłem 16 lat i poszedłem na dwa tygodnie, potem miałem przysięgę. Wszystko oczywiście odbywało się pod kontrolą Dynama, bo wtedy miałem już profesjonalny kontrakt.

Słyszałem, że sporo czasu spędza pan na siłowni?

Oczywiście, lubię to. Poza tym od dziecka podciągałem się na drążku. Stara zasada radzieckiej armii mówi, że jeśli podciągniesz się 12 razy w butach, sprzęcie, to masz szacunek, jeśli nie, to masz problemy i będziesz czyścił korytarze i toalety. Dla mnie i to nie stanowiłoby problemu. Po dwóch tygodniach wróciłem jednak do szkółki Dynama.

Być częścią Dynama to marzenie każdego chłopaka z Kijowa i okolic?

Wiadomo. Mój ojciec pamiętał jeszcze mecze ekipy Łobanowskiego z lat 70-tych, gdy klub sięgał po europejskie puchary (Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar Europy w 1975 roku). On sam grał w piłkę, choć jedynie w amatorskich ligach. Zawiózł mnie na pierwszy trening, na Salutną na Niwkach w Kijowie, gdzie jest szkółka Dynama. Zaczynałem wtedy na lewej pomocy.

Prawie jak Walery Łobanowski.

Z nim pierwsze spotkanie miałem jako junior. Zapraszali wtedy kilku wyróżniających się zawodników na treningi z pierwszym zespołem. Gdy po raz pierwszy przyjechałem na trening, siedzieliśmy w szatni i wtedy wszedł Łobanowski. Na początku nic nie mówił, jedynie patrzył. A ja poczułem, że leci ze mnie strużka potu.

Strach?

Nie, to było jakieś oddziaływanie energetyczne, które ten człowiek miał. Czuło się ogromny szacunek jakim jest darzony. Nie tylko był świetnym trenerem, ale i znakomitym człowiekiem, który miał doskonały kontakt z ludźmi. I miał taką moc, że w dawnych czasach mógł wszystko załatwić dla swoich piłkarzy. Jeśli któryś potrzebował samochodu albo mieszkania, to dzwonił do sekretarza partii i nagle się znajdowały. Sporo czasu spędzał na rozmowach z piłkarzami.

Z panem też?

Nie, nigdy z nim nie rozmawiałem. Mieliśmy jedynie treningi z pierwszym zespołem.

Dlaczego nie dał pan rady zadebiutować w oficjalnym meczu?

To była najlepsza drużyna Dynama od kiedy pamiętam, konkurencja była ogromna. Przecież na środku obrony grali u nas między innymi Waszczuk czy Hołowko. Wiosną 2002 roku, trenowałem sporo z pierwszym zespołem. Potem zmarł Łobanowski. Pamiętam pogrzeb. Wszyscy płakali. Ja też. Może też dlatego, że razem z nim umarła moja szansa. Łobanowski stwarzał możliwości młodym piłkarzom. Po jego śmierci przyszedł Oleksiej Michailczenko, który stawiał na piłkarzy doświadczonych bał się zaryzykować. Większość młodych pożegnała się z zespołem. Ja poszedłem do Krywbasa.

Pewnie spore rozczarowanie, bo Dynamo to był pana klub?

Na meczach Ligi Mistrzów mój trener stawiał mnie między ławkami rezerwowych i podawałem piłki. Przyjeżdżały do nas wielkie kluby. Widziałem z bliska ten wielki futbol, Bernarda Lamę, George’a Weaha, Jeana Pierre Papina. Mieszkałem wtedy w starej bazie szkoleniowej. Z okien było widać nową bazę. Obie dzieliły tylko dwa boiska treningowe. Czasem chodziliśmy do nowej bazy na basen i odnowę. To był lepszy świat. Patrzyłeś na nią z okien i chciałeś tam się znaleźć na stałe. Ten widok był motywacją, magnesem. Mi jednak się nie powiodło.

Dlaczego?

Przede wszystkim byli lepsi. Ale może też dlatego, że byłem młody i nieśmiały. Dziś czasy się zmieniły, trenerzy bardziej dbają o młodych piłkarzy, pomagają im. Wtedy byłeś zostawiony samemu sobie. Choć komunizm padł, to były tak naprawdę jeszcze radzieckie czasy, panowała diedowszczyna (fala). Teraz jest inaczej. Wtedy młodzi nosili torby i usługiwali starszy. Skakaliśmy po piwo. Jak pojechałem do Krywbasa, to starzy, którzy mieli po dwieście meczów w lidze mówili: „Młody, masz kasę, idź po piwo”. „A jak ja mam iść, skoro jesteśmy na zamkniętym zgrupowaniu?”. „Chcesz mieć szacunek, to musisz sobie poradzić”. Więc sobie radziłem, ale reszta z zakupów była dla mnie.

Grał pan za to na treningach przeciw Szewczence i Rebrowowi?

Tak. Szewczenko był znakomity na większej przestrzeni, Rebrow na małej. Gdy stawał na przeciwko ciebie, czułeś jego mistrzowską klasę. Zresztą on mieszka w Kozyniu, a więc tam skąd ja pochodzę. Chodzi nawet na mecze Kristalu, miejscowej drużyny.

Kozyń nazywany jest Beverly Hills Ukrainy?

Mieszka tam sporo znanych osób. Podobno bracia Kliczko, właśnie Siergiej Rebrow, dom miał Łobanowski, a dziś jego córka prowadzi restaurację Dym Dynama, gdzie nawet oferowano pracę mojej mamie, która jest kucharką. Wielu polityków. Gdy byłem dzieckiem, to była zwykła mała wieś, na polach pasły się krowy i świnie. My mieszkaliśmy w małym bloku, mieliśmy garaż i kawałek terenu, gdzie mama hodowała kurczaki, a ojciec nutrie. Oprócz tego Kozyń to jeziora, przyroda. To taki rezerwat. Potem, po zmianie systemu, ludzie dostali ziemię od państwa, zaczęli sprzedawać, ceny poszły w górę. Do nas zaczęli się sprowadzać bogaci ludzie, a z ulic zniknęły dzikie świnie.

Jest Pan zadowolony ze swojej kariery?

Raczej tak. Z kilkoma klubami wywalczyłem awans do najwyższej ligi, w niej też pograłem, ostatnio w Sewastopolu, choć skończyło się źle. Zagrałem 19 meczów ligowych a potem złapałem kartki i za chwilę przyplątała się kontuzja. W końcówce nie grałem. Dodatkowo zespół spadł. W ostatniej kolejce Illicziwiec Mariupol przegrywał z Dynamem 0:2. Wygrał 3:2 i utrzymał się naszym kosztem. Mieliśmy straszne poczucie niesprawiedliwości

Spotkał pan tam Mariusza Lewandowskiego.

Dobrze go wspominam, nie tylko jako świetnego piłkarza, ale też człowieka, który pomógł wprowadzić kilka zmian. Sewastopol to był taki amatorski klub. Nie było pralni, więc każdy składał sprzęt i w domu prał. Było boisko pod miastem i dwie małe szatnie z ograniczonym dostępem ciepłej wody. Ludzie z boiska nie schodzili ale zbiegali, bo każdy chciał zdążyć pod ciepłą wodę. Kto się nie wyrobił i nie chciał myć się w zimnej, wracał brudny do domu. Za moim czasów powoli zaczęło się to zmieniać, również dzięki Mariuszowi, który starał się wprowadzić nieco profesjonalizmu, jako że grał w Szachtarze i widział wielką piłkę z bliska. Załatwił choćby zamianę sprzętu na taki najwyższej jakości.

Sprzęt nie gra.

Łobanowski mówił zawsze, żeby nigdy nie zaniedbać żadnego szczegółu, zwłaszcza w piłce nożnej, bo wszystko może decydować.

Dlaczego przyjechał pan z Sewastopola do Polski?

Chciałem zostać w Sewastopolu, ale chciałem też dostać podwyżkę. Nic wielkiego, mówię o paru tysiącach dolarów. W Dynamie zawodnicy co roku awansują pod względem finansowym, myślałem, że tak będzie i w Sewastopolu. Zarząd nie chciał się na to zgodzić.

Przecież spadliście, a pan chciał podwyżki.

Tak, bo przykładowo nowi zawodnicy mogli liczyć na więcej, a my nie. Mówiono nam, że jeśli będzie awans, to sytuacja się poprawi, ale na awans się nie zanosiło, więc nie chciałem czekać.

Górnik już wcześniej chciał pana kupić.

Na zgrupowaniu w Turcji graliśmy z Górnikiem, ale była to drużyna Młodej Ekstraklasy, o ile się orientuję. Strzeliłem wtedy bramkę, dobrze grałem. Trener Nawałka widział ten mecz, nie wiem czy na żywo czy na płycie, ale podobno chciał mnie wtedy wziąć. Zimą, gdy już byłem bez kontraktu, temat wrócił. Menedżer z Ukrainy zaproponował mi przejście do Polski, więc skorzystałem.

Nie był to jednak łatwy wybór?

Trener powiedział, żebym przyjechał na testy, poznać się bliżej. Szybko dostałem propozycję kontraktu, ale nie byłem przekonany, bo chciałem zostać w Sewastopolu, kupić tam mieszkanie. To przepiękne miejsce, położone nad morzem. Stara zabudowa, baza Floty Czarnomorskiej, gdzie czuć stary klimat, historyczny.

A w Zabrzu zamiast morza kominy…

Na początku żona była w szoku, gdy zobaczyła te kominy, szare budynki, ludzi którzy chodzą z węglem.

A miał być zachód.

Ale podoba mi się tu. Lubię małe miasta, gdzie mogę zaplanować czas. Na przykład w Kijowie musisz planować z wielogodzinnym wyprzedzeniem.

Przyjście do polskiej ligi to nie jest obecnie awans dla Ukraińca.

Dla mnie wyjazd za granicę to nowe doświadczenie, poznanie nowego stylu. W polskiej lidze gra się sporo po ziemi, bardziej techniczną piłkę. Na Ukrainie gra się bardziej siłowo, szybciej bez piłki, na obiegnięcie rywala, jest więcej długich, górnych piłek. A w Górniku czasem w całym meczu nie robię żadnych długich podań.

A poziom?

Wiadomo, że na Ukrainie jest kilka mocnych drużyn, Szachtar, Dnipro, Metalist, Dynamo. Pozostałe drużyny są na podobnym poziomie jak polskie…

A lidera ligi polskiej, warszawską Legię, do kogo by pan porównał?

Obecnie do Dynama, które ma kryzys.

O co walczy Górnik w tym sezonie?

Wiadomo, że łatwiej jest wyjść na wyższy poziom niż się na nim utrzymać. My na razie weszliśmy, więc teraz spróbujemy się utrzymać.

Comments (1)

Older Posts »