Archive for Andrzej Szarmach

Przyjechałem , bo jestem od was lepszy

To wywiad z Andrzejem Szarmachem, który robiliśmy razem z Piotrkiem Wołosikiem tuż przed EURO 2012. „Diabeł” to wyjątkowy piłkarz. Jeden z tych kilku polskich piłkarzy, którzy naprawdę zrobili wielką karierę na zachodzie. Jako piłkarz AJ Auxerre, strzelił 94 gole w lidze francuskiej w zaledwie 4,5 sezonu.
Naprawdę odkrył pan Erica Cantonę?
Ja tam nigdy nie chciałem tego mówić.
Gerard Bourgoin, były sponsor Auxerre, powiedział nam, że to pan jako pierwszy poznał się na Cantonie, a nie Guy Roux, który bał się go wystawiać, i toczyliście o to spory.
Była grupa młodych obiecujących zawodników, właśnie Eric, Jean-Marc Ferreri, Gerard Lanthier – to byli chłopcy, którzy powinni mieć miejsce w podstawowym składzie. Gdy grali, to świetnie nam szło. Ale Guy Roux miał swoich pupilków, wstawiał ich na siłę. „Canto” miał charakter, chodził napompowany, a Roux nie takich lubił. Wolał tych, którzy nie wychylili się ponad wysokość stołu. Ericowi nie podobało się, że trener był wścibski, wyciągał rodzinne sprawy, spisywał liczniki w samochodach piłkarzy.
Po co?
W Auxerre piłkarze nie mieli prawa wyjść na miasto, Roux miał wszystko obstawione, wszędzie byli jego ludzie. Gdy któryś z nas pojawił się w lokalu, to zaraz był telefon do klubu. Na porannym treningu jego ludzie chodzili od samochodu do samochodu, zaglądali przez okna i zapisywali. Jeśli było dodatkowe 200 kilometrów, to wiadomo, że zawodnik pojechał na dyskotekę do Paryża.
Piłkarze zawsze coś wymyślą, żeby się napić.
Zawodnik nie wytrzyma ciężkiego treningu ciągle pijąc. Organizm nie jest w stanie tak funkcjonować. Cantona nie lubił tej ciągłej ingerencji. Kiedyś pokłócił się z Roux i ten na drugi dzień zadzwonił do Martigues. Eric pojechał na wypożyczenie. Cantona taki był, że nie mógł się pogodzić z niesprawiedliwością. Potem, już po powrocie, złapał za klapy Bruno Martiniego i musiał odejść do Marsylii.
A pan go zawsze bronił, bo pan był „Le Grand Contestateur”, kręcił pan wąsa i coś marudził pod nosem…
Miałem swoje zdanie. Do Francji przyjechałem pod koniec rundy jesiennej sezonu 1980/81. Auxerre debiutowało w Ligue 1 i broniło się przed spadkiem. Pamiętam, jak pojechaliśmy na mecz do Monaco. Nie rozumiałem po francusku, w szatni obok mnie siedział Heniek Wieczorek i tłumaczył. Trener mówi na odprawie: „Wiecie sami, co to za zespół, niedawny mistrz Francji. Jak przegramy tam 1:2 czy 0:2, to nic się nie stanie, to będzie dobry wynik”. Słucham tłumaczenia Heńka i nie dowierzam. Mówię do niego: „To przetłumacz mu pytanie ode mnie: – Po ch… my tam w ogóle jedziemy?”. I Heniek mu to tłumaczy. A ja pytam, czy nie lepiej wysłać pismo do Monaco, że zgadzamy się na przegraną 1:2. Zaoszczędzimy na hotelu i na samolocie. Po co mamy ponosić straty? Obok mnie siedzą Joel Bats, Jean Marc Schaer, Dominique Cuperly i ro bią wielkie oczy. A ja mówię: „Albo jedziemy i gramy, albo zostajemy. Powalczmy, jak dostaniemy w pałę, to trudno, będziemy gorsi, to przegramy”. Bats klepie mnie po plecach i coś mówi. Pytam Heńka, co on ode mnie chce? Heniek: „Mówi, że masz rację”. Pamiętam, że w Monaco na bramce stał Jean-Luc Ettori. Przerzuciłem go ze środka boiska. Wtedy rzeczywiście przegraliśmy 1:2, ale od tego momentu zmieniło się podejście wszystkich i zaczęliśmy nagle wygrywać. Zamiast spaść z ligi, skończyliśmy na 10. miejscu.
Roux uchodzi we Francji za półboga, a pan tu obala mity.
Rozpowiadane przez tych, którzy patrzą z zewnątrz. Faktem jest, że Roux był świetnym menedżerem. Poza tym Auxerre jest jedynym na tym poziomie klubem we Francji, jeśli nie w Europie, gdzie obiekty są własnością klubu. Dziś również dzięki niemu jest to bogaty klub. Zresztą trenera rozlicza się po wynikach, a Roux je miał, miał też nosa do zawodników, potrafił ich wyszukać. To był maniak, przychodził o 8 rano na stadion, a wychodził wieczorem. Zresztą, z tego co wiem, odeszła od niego przez to żona. Ale to było silniejsze od niego. Zanim wyszedł z klubu, pokazywał sprzątaczce, że gdzieś jeszcze coś zostało na podłodze, pogadał z gospodarzem obiektu. Ale był to też cwany facet. I któregoś dnia wybuchła afera, gdy okazało się, że częś_ 3 zawodników szła z Auxerre do Marsylii, stamtąd do Bordeaux, a potem z powrotem do Auxerre. Taki trójkąt. A przy każdym transferze jakiś procent.
Lepiej czuje się pan we Francji czy w Polsce?
Mam podwójne obywatelstwo, ale mentalność polską. Tu przeżyłem najlepsze lata swego życia. 30 lat mieszkałem w Polsce, a następne 30 we Francji. Francja to świetny kraj, ale przede wszystkim dla Francuzów. Kiedyś miejscowy piłkarz stracił miejsce w składzie i powiedział mi: „Każdy powinien grać u siebie”. Odpowiedziałem mu: „Nie przyjechałem, żeby zająć ci miejsce. To wy przyjechaliście po mnie”. On pyta: „Dlaczego? Jak to?”. To mu mówię: „Bo jestem od was lepszy”.
Czuje się pan dziś niewykorzystany przez polską piłkę?
Ale ja się nie pcham.
Ale nie o to pytamy.
Dobrze, ale to nie tylko mnie dotyczy. A Włodek Lubański? Wielu jest takich zawodników. Mamy doświadczenie, jesteśmy fachowcami. Przecież Joachim Marx prowadził państwową szkółkę dla młodzieży we Francji. Lepszego fachowca się nie znajdzie. Nie wykorzystać kogoś takiego w naszym kraju, to jest tragedia.
Ale próbował pan swojej szansy jako trener w Zagłębiu Lubin i tak sobie to wyszło. Mówiono, że był pan za miękki dla drużyny, że trzymał pan ze starymi.
Czyżby? Ja właśnie chciałem starych złodziei wyrzucić. To ja wprowadzałem do drużyny Andrzeja Niedzielana, Dariusza Żurawia czy Mariusza Lewandowskiego. To byli trzecioligowi piłkarze. Jeden z Żar, drugi z Wielunia, a trzeci z drużyny juniorów. Chciałem odstawić innych, ale prezes się uparł, że muszą zostać, więc odszedłem. Jak brałem drużynę przeznaczoną do spadku, koledzy mówili: „Po co się pchasz? Przecież ten zespół spadnie”. Ja się pytałem: „Skąd to przekonanie? A nawet jeśli jest do spadku, to przecież nie mam nic do stracenia”. I zespół się utrzymał. A potem nie chciałem akceptować pewnych rzeczy i musiałem odejść. Niektórzy piłkarze wiedzieli, że jeśli ja zostanę, to ich nie będzie. A że miałem prezesa przeciw sobie, to zostałem, można powiedzieć, przegłosowany. Poszła o mnie w świat zła opinia i nie dostałem więcej propozycji. Właściwie była jedna, z Bełchatowa, ale już wtedy byłem we Francji.
Chciałby pan podjąć jeszcze pracę w zawodzie?
Teraz mam licencję menedżera i nie mam możliwości innej działalności w piłce.
Jak się pan odnajduje na rynku menedżerskim, który w Polsce słynie raczej jako kłębowisko żmij?
Rzeczywiście sparzyłem się na transferach dwa razy. Załatwiłem zawodnika, a ktoś inny pojechał podpisać. Jeden kolega mówi: „Mam takiego i takiego zawodnika”. Ja mówię: „Daj mi materiały, ja zawiozę i pogadam”. A potem przeczytałem w gazecie, że zawodnik podpisał kontrakt. A więc wszystko dobrze, tyle że według umowy miałem brać w tym udział. OK, dałem się oszukać, moja wina. Z kolegą menedżerem stosunków już nie utrzymuję.
Byliśmy świadkami tego, że w Auxerre wypowiadają pana nazwisko z nabożeństwem.
Żeby tylko w Auxerre… Są ludzie, którzy strzelili więcej bramek ode mnie, jak Bernard Lacombe, który ma ponad 200 goli. Ale on tam grał przez 20 lat. A ja? Strzeliłem prawie 100 bramek w 4,5 sezonu, takiej średniej nie ma nikt. Teraz byłem w Stade Reims, na zaproszenie klubu, Platini wręczał odznaczenie Kopaczewskiemu. Oczywiście od razu mnie zauważył i wymienił z nazwiska.
W końcu był pan do niedawna jedynym Polakiem na okładce „France Football”.
I to dwa razy.
Czyli tam bardziej szanują pana niż tu?
Na pewno, ale nie mówmy o tym. Nie pcham się i tyle. Szkoda, bo gdzieś pewnie bym się przydał. Jestem za to ambasadorem EURO 2012.
Skąd ten pomysł?
Było tak, że Adam Olkowicz szukał kogoś, kto pojedzie na turniej z młodzieżą do Kijowa. Nie było chętnych, więc zadzwonił do mnie. Pyta: „Pojedziesz?”. Marudzę: „Tydzień w Kijowie, no wiesz…”. Ale on się uparł, że to promocja polskiej piłki i tak dalej. To wsiedliśmy w pociąg i następnego dnia byliśmy w Kijowie. Chłopcy grali, a my siedzieliśmy z tymi działaczami. Gdy trzeba było wybrać ambasadora, pamiętano o tym, że się poświęciłem. Niektórzy dziś się dziwią: „Dlaczego akurat ja?”. No to macie odpowiedź.
Kto się dziwi?
Czasami coś w wywiadach czytam, któryś z dziennikarzy wciąż nie dowierza. U nas utarło się, że stara kadra to leśne dziadki. Na początku jak zostało ogłoszone, że będę ambasadorem, to czytałem: „Dlaczego Szarmach, a nie Dudek albo ktoś inny?”. Takie życie, każdy ma swoich kolegów. Tak już jest, że naszego pokolenia trochę się nie docenia, wielu ludzi wychowało się z pokoleniem po nas.
Młodsi, piękniejsi i bogatsi…
Mają pieniądze i tak dalej, ale im nie zazdroszczę ani nie mam do nich żalu. Jak dają, to trzeba brać. Ja grałem na trzech mundialach, na igrzyskach, swoje możliwości wykorzystałem. Może jakbyśmy dostawali za dużo, to też by się nam poprzewracało w głowach? Kto wie.
Pan się wychował w trudnych warunkach?
Mieszkaliśmy na Siedlcach w Gdańsku, to normalna dzielnica. Ojciec pracował w stoczni, mama pilnowała domu, a ja miałem jeszcze siedmiu braci. Ojciec szukał pewnie dziewczyny i się nie doszukał. Urodziłem się pięć lat po wojnie. Niedaleko osiedla był poligon, na którym znajdowaliśmy pociski jeszcze z czasów wojny. Chłopaki wrzucali je do ogniska i z tego co wiem, kilku z nich zginęło.
Na początku grywał pan w piłkę ręczną i w siatkówkę.
Szczególnie gra w siatkę dużo mi dała. Naszym nauczycielem WF był Józek Kopaczel, reprezentant Polski. Graliśmy na SKS-ach. I stąd mój wyskok i moment zatrzymania w powietrzu. Wisisz i celujesz. Jak dziś widzę zawodnika, który idzie do główki i wybija się z dwóch nóg, to mówię: „Ten chłopak grał w siatkówkę”. Piłkarze skaczą z jednej nogi.
Dlaczego w piłkę zaczął pan grać tak późno?
Miałem 17 lat. W 1968 roku w Lublinie była młodzieżowa spartakiada szkół średnich. Zajęliśmy tam drugie miejsce. Zaczepił mnie trener juniorów Polonii Gdańsk i mówi: „Przyjdź do nas na trening”. A ja mówię, że nie ma szans, bo rodzice mnie nie puszczą. Wtedy nie było czasu myśleć o piłce. Chciałem nawet iść na studia, ale też nie miałem możliwości. Musieliśmy pracować. Rodzice początkowo nie pozwalali mi trenować, więc chodziłem tylko na mecze. Potem gdy pracowałem w stoczni, ćwiczyłem po pracy. W końcu matka mnie przyłapała i zapytała: „Co ty kombinujesz?”. Mówię jej: „Jeszcze mnie w telewizji zobaczysz”. A potem prezes Polonii powiedział: „Jak będziesz tak dalej grał, to możesz pracować cztery godziny”. No to wtedy rodzice byli zadowoleni. Praca za cztery godziny, a płaca za osiem, nieźle co?
Pracował pan z Lechem Wałęsą?
Skończyłem Zasadniczą Szkołę Budowy Okrętów i technikum wieczorowe, więc przez trzy lata pracowałem w stoczni na pochylni na wydziale K-3. Byliśmy na jednym wydziale z Lechem Wałęsą, tyle że on był elektryk, a ja monter kadłubów. Po latach nawet o tym rozmawialiśmy. Ale o strajki mnie nie pytajcie, byłem wtedy na obozie przygotowawczym.
Prawdziwa kariera rozpoczęła się jednak po transferze do Górnika Zabrze. A wszystko odbyło się w atmosferze małego skandalu…
Przyszedłem do Arki i jesienią strzeliłem kilka bramek. Na wiosnę w pierwszym meczu jechaliśmy do Wrocławia i tam złamałem obojczyk.
Sport to zdrowie.
Obojczyk to nie problem, bo tego nie widać. Gorzej z nosem. Trzy razy miałem złamany. Raz w Koszalinie na meczu Pucharu Polski z Gwardią. Zyga Szołtysik dośrodkował, ja wyskoczyłem i… obudziłem się w szatni. Nie wiem, kto to zrobił, ale słyszałem, że jest sześciu albo siedmiu, którzy powtarzają, że to właśnie oni złamali nos Szarmachowi.
A co z tym skandalem?
Chociaż grałem tylko jedną rundę w Arce, to byłem w czołówce strzelców II ligi. Przyjechał wtedy szperacz z Górnika i mówi: „Bierzemy cię do Zabrza”. Nie uwierzyłem mu, tam grało 15 reprezentantów Polski! Pytam go: „Panie, potrzebujecie chłopca do podawania piłek?”. Z Arki jak się dowiedzieli, to zaczęli mnie przepytywać: „Co ty tam kręcisz?”. A ja na to, że nic, ale może by mi tak jakąś kawalerkę załatwili. No bo jak mam dwa treningi, to kursuję między stadionem w Gdyni a domem rodziców w Gdańsku, a więc wychodzę w nocy i wracam w nocy. „No jasne – mówią – nie ma problemu, dostaniesz, co chcesz”. Po sezonie pojechaliśmy z Arką do NRD na roztrenowanie. Wracamy, a na peronie czeka na mnie brat. „Nie idź do domu, WSW na ciebie czeka” – widzę przerażoneg o Mariana. Mówi, że mają bilet dla mnie do jednostki wojskowej w Ustce. Okręty podwodne na 3 lata. Ładne mieszkanie, co? Ustaliliśmy, że Marian zabierze moją torbę do domu, a matka upierze brudne rzeczy i da nowe. Umówiliśmy się wieczorem na dworcu. Wskoczyliśmy w pociąg do Katowic, a o 6 rano byliśmy na Śląsku. Miałem adres tego faceta z Górnika, poszedłem do niego z rana i mówię: „Chcieliście mnie, więc jestem”. Zamknął mnie na tydzień w pokoju hotelowym na stadionie w Zabrzu. Przez tydzień brat mi żarcie donosił, a potem byłem już zatrudniony w kopalni.
Skąd wziął się pański pseudonim „Diabeł”?
Jurek Kasalik wymyślił. Graliśmy z Niemcami w eliminacjach młodzieżowych mistrzostw Europy i w drugiej połowie strzeliłem gola głową. Muszą panowie wiedzieć, że wtedy mówili na mnie „Anioł”. I po tej mojej bramce Jurek krzyknął: „Jaki tam z niego anioł, to diabeł”. I wtedy właśnie zostałem „Diabłem”.
A dlaczego „Anioł”?
Jako młody chłopak pojechałem z Polonią Gdańsk na zgrupowanie do Szklarskiej Poręby. Tak dostawaliśmy po tyłku, że po treningu od razu padałem na łóżko. Podobno spałem jak aniołek, musieli mnie budzić na drugi trening. Miałem też inną ksywkę, „Stojanow”. Wiadomo dlaczego. Tłumaczyłem chłopakom: „Role na boisku są podzielone. Jedni są od bronienia, drudzy, tak jak ja, od grania. A jeżeli ktoś nie potrafi, to zostaje mu bieganie”. Ja tam miałem stać i wykańczać. Jak to mówił trener Górski: „Ten chłopak ma jedną okazję, a trzy bramki strzeli”.

Comments (1)