Archive for Hans van Breukelen

Hans van Breukelen

Podczas naszej wycieczki po Belgii i Holandii (jeździliśmy z Piotrkiem Żelaznym i robiliśmy materiał o Beenhakkerze przed meczem z Belgią, zresztą później go wrzucę) spotkaliśmy się z Hansem Van Breukelenem. Pod koniec lat 80-tych to był jeden z najlepszych bramkarzy świata. Umówił się z nami w hotelu gdzieś między Eindhoven a Utrechtem. Jeden z najfajniejszych rozmówców jakich miałem. Czasem jeszcze do niego dzwonię, jak podczas Euro 2008, bo to naprawdę rewelacyjny gość. To jest pełna wersja rozmowy, w „Dzienniku” ukazała się okrojona. Tak to wygląda:

Van Breukelen: Beenhakker ma klucz do ludzkich umysłów

Hans Van Breukelen był na przełomie lat 80-tych i 90-tych uważany za jednego z
najlepszych bramkarzy świata. W 1988 roku obronił dwa karne, które przeszły do historii europejskiej piłki. Najpierw w finale Pucharu Mistrzów, co dało triumf PSV Eindhoven nad Benfica Lizbona, a chwilę później w finale Mistrzostw Europy, gdy Holandia pokonała 2:0 reprezentację Związku Radzieckiego. Szalony, prowokujący, agresywny… spotkaliśmy się z nim w Holandii. Dzisiaj to poważny, bardzo wyważony biznesmen, działający z dala od piłki nożnej.

Selekcjoner reprezentacji Polski, Leo Beenhakker powiedział nam, że w 1987 roku Jest pan jedną ze zmór Leo Beenhakkera. W 1988 roku, w półfinale Pucharu Mistrzów, pańskie prowadzony przez niego Real Madryt odpadł z PSV Eindhoven, bo na pańskiej poprzeczce siedział anioł. Pan też go widział?
HANS VAN BREUKELEN:
No proszę, a ja myślałem, że po prostu dobrze broniłem. Beenhakker zawsze miał fajne poczucie humoru..

Co ciekawe w Polsce Beenhakker raczej uchodzi za człowieka bardzo poważnego.
W Holandii są tacy, którzy zarzucają mu grę aktorską. Mówią, że cały jego luz i ciągłe
dowcipkowanie są wyuczoną kreacją. Wydaje mi się to kolosalną bzdurą. Beenhakker jest w futbolu już od czterdziestu lat i odkąd pamiętam zawsze taki był. Musiałby być cholernie dobrym aktorem. Leo po prostu lubi żarty, lubi być wyluzowany i nie brać wszystkiego tak śmiertelnie poważnie. Ludzie niepotrzebnie często mówią – profesjonalista nie okazuje emocji, jest człowiekiem z lodu. Co to za brednie. Nie rozumiem tego. Wszyscy jesteśmy ludźmi i mamy prawo do uczuć.

Co jest największym atutem Beenhakkera?
Na pewno jego niesamowita umiejętność integrowania drużyny i tworzenia atmosfery w zespole w stosunkowo krótkim czasie. On jest niesamowitym psychologiem. Ma klucz do umysłu każdego piłkarza. Wie z kim trzeba długo porozmawiać, a komu wystarczy tylko poklepanie po plecach i rzucenie krótkiego żartu. Ja na przykład wiedziałem, że dobrze wykonuje swoją robotę kiedy patrzył mi w oczy i tylko unosił kciuk do góry. Ale wiedziałem, że mi ufa.

A czy nasz selekcjoner zaliczany jest w Holandii do ścisłej czołówki szkoleniowców?
Niestety wydaje mi się, że nie. Oczywiście wszyscy go bardzo cenią i uważają za jednego z najlepszych, ale ta ścisła czołówka to Guus Hiddink, Johan Cruyff i ostatnio Frank Rijkaard, wcześniej Rinus Michels (zmarł w 2005 roku – red.). Myślę, że Beenhakker powinien być w tej grupie.

Dlaczego?
Panowie, facet ma ponad 60 lat i wciąż jest w grze. 65 lat i wciąż ma ambicje. Ile
czekacie na mistrzostwa Europy? Nigdy nie byliście? I teraz możecie być! Rozumiecie? Trynidad i Tobago nigdy nie był na mistrzostwach świata. Przyszedł Beenhakker i pojechali. Pierwszy raz i może ostatni. Ma ogromną wiedzę. Doskonale wie czego ludzie potrzebują. Pracował z najlepszymi i najgorszymi piłkarzami świata. Tak dokładnie, z najgorszymi też. Piłka to jego życie.

Być może na postrzeganie Beenhakkera w Holandii miała porażka w barażach z Belgią w 1985 roku i nieudane mistrzostwa świata w 1990 roku we Włoszech?
Jeśli chodzi o 1985 roku, to wtedy od razu byliśmy na straconej pozycji. W pierwszym meczu od niemal początku musieliśmy grać w ?10?. Nie można za to winić Beenhakkera. Zrobił dobrą robotę. Przecież w rewanżu w Rotterdamie graliśmy przeciętnie, a prowadziliśmy 2:0. W końcówce Van Loen i Spelbos popełnili błąd. Czy mogłem to obronić? Jasne, że tak, powinienem to zrobić (śmiech). Zawsze winię siei za stracone bramki. Ale poważnie, tym jednym razem nie mogłem nic zrobić. Jeśli Beenhakker mówi, że w meczu z PSV na moim ramieniu był anioł, to wtedy również był. Naprawdę, jeden z najlepszych meczów w mojej karierze. Wtedy też dał nam wiarę w siebie a przegraliśmy przez zwykły przypadek… Panowie, ten człowiek jest od czterdziestu lat w tym biznesie. Pokażcie mi trenera, który
przepracowały tyle i nie odniósł jakichś porażek. Tyle że w Holandii ludzie zawsze
wypominają błędy, zamiast cieszyć się sukcesami. To nasza wada narodowa. W Polsce jest tak samo? No proszę, to mamy część wspólną. A jeśli chodzi o rok 1990, to prawda jest taka, że winę za niepowodzenie we Włoszech ponosimy my piłkarze i ówczesny prezes federacji pan Michels.

Skąd taki wniosek?
Po eliminacjach na nasz wniosek zwolniono trenera Thijsa Libregtsa. Nie byliśmy
zadowoleni ze współpracy z nim…

To normalna sprawa, że w Holandii piłkarze zwalniają trenera?
Zapewniam was, że to absolutnie normalna sprawa wszędzie. U nas się tylko mówi o tym bez ogródek. Zresztą Holandia jest takim krajem gdzie nade wszystko ceni się wolność. Także wolność słowa. U nas piłkarze zawsze dyskutują z trenerami. Godzinami spierają się o taktykę. Gdy trener mówi zrobimy to tak i tak, zawodnicy pytają, a dlaczego nie inaczej? To nasz wielki atut jako narodu, ale potrafi być też słabością.

Wróćmy do tematu. Mówił pan, ze to piłkarze oraz Michels byli winni niepowodzeniu we Włoszech w 90 roku.
Po zwolnieniu Libregtsa niemal cała drużyna chciała, by selekcjonerem został Cruyff. Tutaj małe zastrzeżenie. Ja akurat wcale nie chciałem, by to on został trenerem, bo Cruyff zawsze powtarzał, ze pierwszym bramkarzem powinien być Stanley Menzo z Ajaksu Amsterdam. Zrozumiałe więc, że ja do tej grupy nie należałem. Niemniej 90 procent piłkarzy chciało właśnie Cruyffa. Michels miał jednak swoich faworytów. Aada de Mosa i Beenhakkera właśnie. Postawił na Leo, wyraźnie wbrew woli najważniejszych piłkarzy.

Dlaczego nie zdecydował się na Cruyffa?
Tego nie wie nikt. Oficjalna wersja jest taka, że Johan odmówił. Ale tak naprawdę to
chyba nawet nie został o to poproszony. Nikt w każdym razie nie wie. Atmosfera była więc od samego początku niezwykle napięta. Piłkarze chodzili i knuli coś po kątach. Dziś jestem starszy i mądrzejszy i wiem, że nie powinniśmy się po prostu na Beenhakkera zgodzić. A jeżeli już to właśnie on został selekcjonerem powinniśmy z nim współpracować a nie się obrażać.

Mimo wszystko to byli fantastyczni piłkarze. Dopiero co zdobyliście dwa lata wcześniej tytuł mistrzów Europy. To, że nie wygraliście nawet jednego meczu to było wielkie rozczarowanie.
Żeby stworzyć wielką drużynę potrzebne są trzy czynniki. Atmosfera, dobra taktyka i
dobrzy zawodnicy. Jeżeli te wszystkie trzy czynniki nie współgrają nie można marzyć o sukcesie. Ronald Koeman, Frank Rijkaard, Ruud Gullit i Marco Van Basten, a reszta grała dookoła ich. Mieliśmy prawo wierzyć, że możemy zostać mistrzami świata. We Włoszech zabrakło przede wszystkim atmosfery, chociaż Beenhakker robił wszystko, by się poprawiła. I powoli robiło się coraz lepiej. Już po wyjściu z grupy naprawdę zaczęło być dobrze. Zaczęło to przypominać wcześniejsza atmosferę z czasów Beenhakkera. Pojawiły się żarty, luz wśród piłkarzy. W meczu z Niemcami zagraliśmy 30 minut znakomitej piłki. Co był dalej… nie pamiętam. Wiem, że odpadliśmy z turnieju.

To prawda, że doszło do jakiegoś bardzo poważnego konfliktu Beenhakkera z Ruudem Gullitem?
Nie wiem nic na ten temat. To jedna z największych plotek w historii holenderskiego
futbolu. Słyszałem nawet wersję, że się pobili. Ja nic nie widziałem.

Wielu ludzi, głównie Belgów, zarzuca Beenhakkerowi, że jest arogancki i że jest prowokatorem.
Sam byłem wariatem w bramce. Często wybiegałem do sędziego, by z nim dyskutować. Doskonale wiem co to znaczy prowokacja w futbolu. I też wiem, że wielu uważa mnie za aroganta. Ale Beenhakker to wszystkie słowne gierki, które uprawiał robi po to, by zdjąć z piłkarzy presję. By wziąć na siebie ataki mediów. Często publicznie mówił jacy to jesteśmy silni i świetni po to byśmy jeszcze bardziej w siebie uwierzyli. Piłkarz, który w siebie wierzy jest znacznie lepszy. Ludzie mówią nam często: nie pokazuj emocji, bądź profesjonalistą. A dlaczego miałbym nie płakać po porażce? Przecież przede wszystkim jestem człowiekiem.

Nauczył się pan czegoś od niego?
Tak. Teraz rozumiem jego luz. Mówi: „spokojnie, bez nerwów, robimy swoje”. Ten facet nigdy nie panikuje. Zawsze jest wyluzowany. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że dzisiaj jesteś bohaterem, a następnego dnia nic nie znaczysz. On doskonale to wie i czuje się z tym dobrze. Wydaje mi się, że on bardzo dobrze czuje się z tymi ekstremalnymi uczuciami. A ja dzisiaj korzystam z tego jego podejścia do życia. No i jeszcze jedno – punktualność. Beenhakker potrafi być też bardzo surowy. To jest bardzo holenderskie u niego. Umowa jest umową, Nie można się było spóźniać. Jak się spóźniłeś płaciłeś karę. Później za tamte pieniądze szliśmy na drinka, na piwo i piliśmy zdrowie spóźnialskiego.

Pan współpracował też z innym legendarnym trenerem holenderskim, Guusem Hiddinkiem. Można porównać go jakoś z Beenhakkerem?
Hiddink ma niesamowicie otwarty umysł. Widzi przed sobą cel i wie, że prowadzi do niego wiele dróg. Słucha różnych doradców, analizuje. Beenhakker też widzi ten sam cel, ale od początku też wie jaką drogą chce do niego dążyć. Ma cały plan gotowy wcześniej i się jego trzyma.

Jest mniej elastyczny niż Hiddink?
O nie, tego nie powiedziałem. Nie można być tak doświadczonym trenerem z tyloma sukcesami i nie być elastycznym człowiekiem.

Pan już nie zajmuje się futbolem, ale przez pewien czas próbował. Czy nauczył się pan czegoś od Beenhakkera?
Nie wiem szczerze mówiąc. Wiem za to na pewno, czego powinienem się od niego nauczyć i to jeszcze jako piłkarz. Tego jego luźnego podejścia do życia. Nie traktowania wszystkiego ze śmiertelną powagą.

Dlaczego odszedł pan z piłki?
Wiecie gdzie byłem przez ostatnie trzy tygodnie? Na wakacjach w Chinach z rodziną. Czy mógłbym sobie na to pozwolić pracując w klubie? Na pewno nie. Nie lubię polityki. Byłem przez pewien czas dyrektorem sportowym w FC Utrecht, ale naprawdę ciągłe użeranie się z zarządem z prezesami mnie po prostu wykańczało. Może dlatego, że jestem zbyt ambitny? Jak zacząłem być dyrektorem w Utrechcie złożyłem obietnicę, że zatrzymamy najlepszych piłkarzy w klubie. Tymczasem po kilku tygodniach wszystkich wartościowych zawodników sprzedano. To nie na moje nerwy. Poza tym pracowałem po 11 godzin dziennie. Teraz jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Założyłem firmę doradztwa personalnego. I dobrze mi z
daleka od futbolu. Z drugiej strony nie oddaliłem się aż tak bardzo. W swojej pracy
nauczam, że firma osiągnie sukces, jeśli będzie zorganizowana jak zgrana drużyna.

W reprezentacji Polski pracuje Frans Hoek, holenderski trener bramkarzy. Ponoć gdy graliście w młodzieżowej reprezentacji Holandii, to on był pierwszym bramkarzem?
Tak było. Macie szczęście, bo Frans to jeden z najlepszych najlepszych trenerów bramkarzy na świecie. W młodzieżówce to on grał i był zdecydowanie bardziej utalentowany ode mnie. Ja nie byłem jakimś samorodkiem. Musiałem bardzo dużo i ciężko pracować, by go przerosnąć i w końcu mu się udało. Jako trener ma ogromny wkład w rozwój futbolu w ogóle. Był pierwszym facetem, który zwrócił uwagę na to, że bramkarz jest kimś specjalnym w drużynie piłkarskiej. Zaczął analizować, pisać o tym. Przed nim nie było w ogóle czegoś takiego jak treningi bramkarzy. To było nie do pomyślenia.

W Polsce jesteśmy przekonani, że należymy do ścisłej czołówki jeśli chodzi o szkolenie bramkarzy…

Bo tak jest. Gdy byłem młodszy uwielbiałem oglądać w akcji Jana Tomaszewskiego. Ależ to był bramkarz. A teraz też macie kilku świetnych specjalistów. Ten Boruc z Celticu… Drze się na obrońców, ostry facet. Nie lubi przegrywać, to widać. Silny, mocny, wariat. Bramkarz musi być trochę szalony.

Zastanawiamy się, który karny był dla pana ważniejszy. Ten który dał PSV Eindhoven Puchar Mistrzów, czy ten, który pozwolił Holandii wygrać w finale mistrzostw Europy ze Związkiem Radzieckim?
Zdecydowanie ten pierwszy. W meczu z ZSRR prowadziliśmy 2:0. Ja obroniłem strzał Biełanowa i nasi rywale wiedzieli, że już nie mają szans na wygranie. Ale nawet gdybym nie obronił, prowadzilibyśmy wciąż 2:1. Gdy obroniłem strzał Veloso w meczu z Benfiką, zdobyliśmy mistrzostw Europy. Piłkarz może być bohaterem zawsze. Gdy strzeli decydującą bramkę cała drużyna rzuca się na niego. To wspaniałe uczucie. W życiu bramkarza jest tylko jeden taki moment, kiedy wiesz, że musisz uciekać, bo zaraz wszyscy na ciebie skoczą, bo jesteś najważniejszym człowiekiem na świecie. Właśnie gdy wygrasz pojedynek rzutów karnych. Dla takiego momentu warto być bramkarzem.

Rozmawiali gdzieś w Holandii Marek Wawrzynowski i Piotr Żelazny

oto dowód 🙂

vanBreukelen15

fotę zrobił Alex Domański

Reklamy

Dodaj komentarz