Archive for Marcin Wasilewski

Marcin Wasilewski

To wywiad z Wasylem, który zrobiliśmy z Piotrkiem Żelaznym zaraz przed Euro 2008. Wasyl to jedna z fajniejszych postaci w polskiej piłce, facet z charakterem. Trochę szkoda, że nie chce nauczyć się francuskiego, ale w sumie fajnie byłoby żeby odszedł gdzieś do Anglii i nie było takiej potrzeby. Spotkaliśmy się na stadionie w Brukseli.

Wyglądało na to, że sezon w Anderlechcie będzie zupełnie nieudany. Tymczasem udało się wam zająć drugie miejsce i zdobyć puchar Belgii.
MARCIN WASILEWSKI: Wiadomo, że wszyscy spodziewali się więcej, szczególnie, że obchodziliśmy stulecie klubu. Ale w pewnym momencie wyglądało na to, że może nas w ogóle zabraknąć w europejskich pucharach. Jeszcze pół roku temu byliśmy zaledwie na szóstym miejscu. Z tej perspektywy wicemistrzostwo i Puchar wydają się w porządku.
Udało nam się uratować honor. Była wielka gala z okazji stulecia, pompa, mnóstwo kibiców na stadionie, więc przynajmniej ten Puchar mogliśmy im pokazać.
Przeżywał pan w ogóle powołania do kadry. Te listy, skreślenia, powołania na zgrupowaniu?
Szczerze mówiąc to nie. Miałem akurat mnóstwo innych spraw na głowie. Akurat jak tę pierwotną listę 32 ograniczano do 26 to urodziła mi się w tym czasie córeczka, później niestety, po porodzie, moja żona miała poważne komplikacje. Szczerze mówiąc nie miałem do tego głowy, nie śledziłem tego wszystkiego, nie miałem tak naprawdę w ogóle na to czasu.
Ale wszystko dobrze się skończyło?
Tak, na szczęście żona po kilku dniach wróciła do domu i ma się dobrze, ale co się najadłem strachu, to moje.

Nienajlepszy moment, by wyjeżdżać na zgrupowanie, a potem na mistrzostwa. Nie ma pan problemów z koncentracją na futbolu?
Już teraz nie. Wszystko się potoczyło dobrze. Żona jest zdrowa i jesteśmy szczęśliwi z powodu narodzin naszej córeczki, Zuzi. Mogę już myśleć znowu o piłce i mistrzostwach. Na pewno będzie jej jednak bardzo ciężko. Zostawię ją samą  z dwójką dzieci. Oskara trzeba do szkoły wozić. Może któraś babcia przyjedzie?

Niedawno śmierć w rodzinie. Teraz narodziny. Pojawienie się córeczki pozwoliło panu trochę zapomnieć o tragedii sprzed kilku miesięcy?
Jeszcze za wcześnie żebym się z tym pogodził. To było jednak tak niedawno temu. Na pewno jeszcze mi nie przeszło. Kilka lat temu mama mi umarła, teraz tata. Zresztą te narodziny były naprawdę trudne. Nie mogłem się cieszyć, bo żona miała naprawdę poważne problemy. Nie było tak jak być powinno, nie tak jak to sobie wyobrażaliśmy.

Czuje się pan pewniakiem w kadrze Beenhakkera?
Szczerze mówiąc w tej reprezentacji nie ma pewniaków. Szczególnie, że trener lubi i umie stosować rotacje. Beenhakker zawsze stawia na najlepszych. Nie ma tak, że możesz się czuć pewniakiem. Szczególnie, że na Euro będzie inaczej. Nie ma już tak, że ktoś przyjeżdża z klubu w którym nie gra na co dzień. Nie czuje piłki, nie jest w rytmie meczowym. Wszyscy jesteśmy sprowadzeni dokładnie do tego samego poziomu wytrenowania. Liczą się już tylko umiejętności i co z siebie dajesz drużynie.

A czego się pan po tych mistrzostwach spodziewa?
Przede wszystkim nie dać plamy. Udowodnić, że nie znaleźliśmy się na tym turnieju przypadkiem.

Nasi rywale wszyscy się cieszyli, jak zobaczyli grupę.
Jasne, zdaję sobie z tego sprawę. W Polsce też przecież zapanował hurraoptymizm. Ale ta grupa jest bardzo ciężka. Niemcy na dużych imprezach zawsze są faworytami, szczególnie, że to klasyczna drużyna turniejowa. Chorwaci otwarcie mówią, że czują się bardzo pewnie, że jadą po medal. Ale to dobrze. Niech się czują pewnie. Mają zresztą podstawy. Wygrali trudną grupę, dwa razy pokonali Anglików. Wielka sprawa. Nam na pewno lepiej idzie jak nie przystępujemy do meczu z pozycji faworyta. Mogło też być gorzej. Mogliśmy się znaleźć na miejscu Rumunii. Ci mają dopiero trudno. Ja tam w awans wierzę. Powiedzieliśmy a awansując na turniej, teraz czas powiedzieć b.

Czego się bardziej boi pan przed Euro? Że nie wystarczy umiejętności, czy odporności psychicznej?
Trochę się tej tremy obawiam. Dużo będzie zależeć od głów. Ale my jesteśmy coraz mocniejsi psychicznie.

To można trenować? Jak się zdobywa taką siłę, że jak się przegrywa 0:1 z Kazachstanem i nie idzie nic, jednak się zrywa do walki i wygrywa mecz?
Oczywiście, że to też się trenuje. Trener ma u nas niesamowity autorytet. W szatni mówi często bardzo mocne słowa. Nawet nie musi przeklinać. Czasem wystarczy, że walnie pięścią w stół i rzuci dwa zdania. Ale celnie. Między oczy. Wtedy wychodzisz na drugą połowę i naprawdę zasuwasz z całych sił. Poza tym szukasz kolegi na boisku, który da sygnał do walki.

Pan jako pierwszy krzyczy?
Tu nie ma co krzyczeć. Trzeba się spiąć i grą poderwać resztę chłopaków. Przełamać się i zacząć zasuwać. Jeden wślizg, drugi. Wtedy reszta jak patrzy na takiego chłopaka i widzi, że on uruchamia swoje rezerwy zaczyna się dostosowywać. I cały zespół zaczyna łapać dobry rytm. Ale ktoś musie resztę pociągnąć.

A na kogo pan patrzy w pierwszej kolejności?
Każdy mecz rodzi innego lidera. Nie ma tak, że się na kogoś patrzy. Trzeba to u siebie znaleźć.

Zmienił się pan dzięki tym doświadczeniom życiowym, które ostatnio pan przeżywał?
Stał się pan jeszcze silniejszym psychicznie człowiekiem?

Fakt, że działo się dużo. Najpierw śmierć taty, później narodziny córeczki, ale połączone z kłopotami ze zdrowiem żony. Na pewno czuje się silniejszy. Jestem teraz cholernie silny, gdzieś tam w środku. Nie wiem jaka tragedia musiałaby się teraz wydarzyć żeby mnie złamało.

Mówi pan o sile psychicznej, ale ma pan łatkę piłkarza niezwykle silnego fizycznie. Beenhakker nazwał pana kiedyś czołgiem, Rene Vercuteren mówił, że nawet na treningach ostro pan walczy.

Każdy ma inne walory. Są techniczni wirtuozi z niesamowitym dryblingiem,
którzy przedryblują trzech przeciwników i strzelą bramkę. Ja natomiast jestem od
czarnej roboty. Pracuję na tych, którzy tam z przodu czarują, robią jakieś
przekładanki, cuda na kiju.

Dużo pan pracuje nad muskulaturą i siłą?
Oj tak, choć teraz staram się troszeczkę wyluzować. Już mi nawet to zaczęło w pewnym momencie przeszkadzać. Naprawdę byłem strasznie napakowany. Rano jeszcze przed treningiem przychodziłem na siłownie. Nawet nie po to, by dźwigać jakieś ciężary, ale w ramach rozgrzewki przed treningiem. No ale to się odbija na ciele chcąc nie chcąc. Koledzy w klubie się ze mnie śmiali, że tylko przychodzę i od razu lecę na siłownie. Więc może już trochę wystarczy.

Sztanga jest pańskim przyjacielem?
Nie, spokojnie. Aż tak źle ze mną nie jest.

Taka fizyczna gra, to jest sposób na Niemców?
Ciężko powiedzieć, czy to się okaże dobrym sposobem. Niemcy też nie słyną z finezji,
tylko raczej z solidności i dobrego przygotowania fizycznego. Może trafić kosa na
kamień.

Ma pan swoją taktykę? Na początku meczu sprzedaje przeciwnikowi kuksańca?  Pokazuje miejsce w szeregu?
Ta taktyka od jakiegoś czasu to się obraca przeciwko mnie. Szybko łapię kartki. Wszyscy w Anderlechcie się ze mnie śmieją, że dostałem 12 kartek w tym sezonie. Czerwoną w Pucharze UEFA, trochę się nazbierało. Ale z drugiej strony jakieś pół roku temu postanowiłem, że się zmienię. Chciałem grać mniej agresywnie, przestać łapać te nieszczęsne kartki. No ale to nie przynosiło żadnego efektu. Nie czułem meczów, nie szło mi. Trzeba grać tak jak się umie, tak jak serce dyktuje. Nie ma co kalkulować. Jak człowiek wychodzi z nastawieniem, żeby tylko nie dostać upomnienia, to zaczyna kombinować, odpuszczać. Więc już nie zmieniam stylu. Czasem wiem, że chcę za bardzo, ale taki jestem. I proszę bardzo. Mamy ten puchar, mamy
wicemistrzostwo, jakiś wkład w te sukcesy miałem. Ale właśnie grając po swojemu.

W Belgii chyba mają niezłe poczucie humoru? Niedawno wręczał pan specjalną
nagrodę…

To był dla mnie duży zaszczyt. Zostałem wybrany do wręczania nagrody fair play. Niecodzienna sytuacja. Wszyscy się śmiali, że to akurat ja. Bardzo się z tego cieszyłem, to była duża sprawa. Przygotowałem sobie mowę po polsku, a na miejscu już wszystko zostało przetłumaczone.

A pańskie kartki nie biorą się trochę z tego, że musi pan gdzieś dać upust emocjom?
Na co dzień jest pan miłym, kulturalnym facetem, a na boisku bestia. Piotr Świerczewski miał podobnie. Inteligentny, dowcipny gość, ale na murawie musiał komuś dać z łokcia.
To chyba trochę wynika z mojego charakteru. Jak wychodzę na boisko to czasem muszę
kogoś poprzestawiać. Ze Świrem pewnie jest podobnie. Wiem, że to może być złe dla
zespołu, ale ja naprawdę nie potrafię inaczej.

Czyli próbował pan się nawrócić, ale się nie udało?
No nie udało się. Czytałem, że mogę osłabić zespół kartkami, że jestem zbyt agresywny.

A sędziowie są wobec pana sprawiedliwi?
Kilka razy zbyt pochopnie dostałem kartki. Później oglądałem jakieś skróty, migawki w telewizji i kilka niezasłużonych dostałem. Gdyby któryś z kolegów to  zrobił obeszło by się na rozmowie z sędzią. I w drugą stronę. Czasem na rozbieganiu dzień po meczu rozmawiamy sobie z kolegami i często mówię, że gdybym ja to zrobił, co ty wczoraj, to na pewno dostałbym kartkę. Chłopaki się śmieją, że sędzia ma mnie już wpisanego w notesie, że dostałem kartkę, żeby później sobie czas oszczędzić. Bo to, że coś dostanę jest pewne.

Zdarza się panu faulować jak sędzia nie patrzy?
Nie, takich rzeczy nie robię.

No ale pociągnąć za koszulkę…
No czasem trzeba, albo podeptać przeciwnika po stopach.

Dużo się takich gierek toczy na boisku?

Bardzo dużo. Cały czas jakieś tam kuksańce, wymiany uprzejmości. A teraz mam już
łatkę takiego brutala i ostatnio niemal w każdym meczu trener drużyny przeciwnej
kazał mojemu bezpośredniemu rywalowi mnie prowokować. Też mnie cały czas deptali.
Napastnicy mają łatwiej. Sędziowie im gwiżdżą co trzeci faul. Naprawdę trzeba się nieźle postarać żeby arbiter zauważył.

Czyli mecz się toczy, ale pan w jego trakcie rozgrywa taki swój prywatny?
Dokładnie i to cały czas, pełne 90 minut.

Lubi pan to?
Bardzo. Jeszcze jak na początku meczu od kogoś dostanę to już nie odpuszczę.

Potrafi się pan na kogoś uwziąć?
Tak. Na boisku jestem złośliwy i nie wybaczam.

A na Luce Tonim w meczu Pucharu UEFA z Bayernem, kiedy dostał pan czerwoną kartkę to właśnie była taka sytuacja? Odgrywał się pan?
Akurat wtedy nie. Owszem on tam mnie wcześniej sfaulował, kilka razy się przepychaliśmy przy linii, ale naprawdę ta kartka nie była rezultatem jakichś porachunków między nami. W tamtej sytuacji nic mu nie zrobiłem. Naprawdę.

Ale to chyba nie było za faul, tylko za to, że później skoczyliście sobie do oczu?
Starliśmy się w polu karnym. Jak leżeliśmy, to on mnie jeszcze kopnął. Idę do sędziego i mu krzyczę do niego, czy to widział, czy jakoś zareaguje. On wyciąga kartkę, ale zamiast Toniemu pokazuje ją mi. No kurde! Mam na koncie tylko dwie czerwone kartki i obie dostałem w meczach Pucharu UEFA. I naprawdę dwa razy za nic. Z ręką na sercu. Tak samo było za pierwszym razem jeszcze w Wiśle Płock jak graliśmy z Ventspilsem. Nic nie zrobiłem, a sędzia leci do mnie z asem kier.

Asem kier?
No tak na to mówimy. I oglądałem później w telewizji tę sytuację i do dziś nie wiem o co chodziło. Nie było faulu. Umiem się przyznać do błędu, czy do kartki, którą dostałem słusznie. Ale w obu przypadkach naprawdę nie zasłużyłem na nie.

Do szpitala nikogo pan nie wysłał?
Na szczęście nie i niech tak zostanie. Nie chciałbym żeby tak się kiedykolwiek stało.

A w kategoriach juniorskich, młodzieżowych też pan taki był?
Wtedy było inaczej. Bardzo długo grałem jako napastnik. W Hutniku Kraków zdobyłem
mistrzostwo Polski juniorów młodszych i to w trakcie tamtego sezonu przekwalifikowano mnie dopiero na obrońcę. Także dość późno musiałem się zacząć uczyć, nabierać nowych przyzwyczajeń. Być może nawet stąd się bierze ta agresja. Musiałem nadrabiać tym pewne braki. Ale to właśnie na prawej obronie po raz pierwszy zagrałem w reprezentacji Polski. To była kadra juniorów młodszych prowadzona przez trenera Pieszko. Na dobre mi to wyszło.

To jednak napastnicy spijają całą śmietankę. To oni zdobywają bramki.
Mnie też się zdarza. W ogóle ciągnie mnie do przodu. Być może to są właśnie pozostałości z juniorskich czasów? Został mi taki instynkt napastnika, wiem gdzie się w szesnastce ustawić.

Nawet Beenhakker mówi, że kiedy potrzebuje zaatakować ma Wasilewskiego. Gdy trzeba bronić na prawą obronę jest Golański.

Ostatnio gram trochę mniej ofensywnie. Trener Beenhakker ma swoją taktykę. Na odprawie mówi dokładnie co każdy ma robić. Więc ja też wiem, kiedy mam zostać z tyłu i zostawić flankę dla Kuby Błaszczykowskiego, a kiedy mam się podłączyć i zaatakować. Chociaż zdarza się, że w ferworze walki człowiek zaczyna zapominać o założeniach. Spuszcza głowę i prze do przodu. Ale to jest złe i trzeba to wyeliminować.

Pochodzi pan z inteligenckiego, kulturalnego Krakowa. A tu mamy faceta, który wychodzi na boisko żeby zabić.
Przenośnia rozumiem.

Oczywiście, i to duża. Ma pan jakieś krakowskie nawyki?
O tak: Dajże, weźże, chodźże. Językowe.

Wyjść na pole?
Dokładnie. Chłopaki zawsze się ze mnie śmieją. Pytają mnie cały czas: Gdzie tu pole masz? Wtedy ja do nich. A gdzie wy tu dwór macie? Borówki mówię, a reszta jagody. Takie mam krakowskie naleciałości. A inne? Nie bardzo. Uwielbiam Kraków i zawsze podkreślam, że kiedyś tam wrócę. Nie mam co do tego wątpliwości. Ale teatry, wieczorki poetyckie? Nie bardzo.

No tak. Pan jest z Krakowa, ale jednak z Nowej Huty.
Dokładnie tak. Huta to dobra szkoła życia. Zrozumieją tylko ci, co się wychowali na blokowisku.

Czyli życie na podwórku?
Tak. Pół młodości tam spędziłem. Tylko ze szkoły się wróciło, to od razu na podwórko
i piła od rana do wieczora.

Jedni piła, drudzy piwo…
Dokładnie. Z kolegów, których znałem nie wszyscy pokończyli tak jak chcieli. Bardzo
się cieszę, że mi się udało. Wielu było lepszych ode mnie. Ale później ginęli.

Pochłaniała ich Huta?
Coś w tym stylu. Wiadomo jak jest na osiedlu z wielkiej płyty. Każdy stara się jakoś
przeżyć, dać sobie radę. Kręcą się różne typki, przykleją się do młodych.

Twardy charakter jest potrzebny?
Na pewno. Do mnie się na szczęście nikt nie przystawiał. Cieszę się, że moje życie
się potoczyło tak jak chciałem. Ale zawsze będę mieć sentyment do Huty i do bloków.

Pański brat też gra w piłkę. Ale na nieco innym poziomie.
Paweł gra w trzecioligowym Hutniku. Jest dwa lata młodszy ode mnie. Myślę, że nie ma
szczęścia, bo talentu nie można mu odmówić. Niedawno nie dogadał się z Górnikiem Łęczna, który bardzo go chciał. Miał jakieś propozycje z drugiej ligi, ale coś za każdym razem stawało na przeszkodzie. Strzela dużo bramek, często efektowne. Jest wysoki, ma świetne warunki fizyczne. Trzeba mieć jednak w tym zawodzie też dużo szczęścia. Ale wierzę, że jeszcze kiedyś i jemu słońce zaświeci. Byli zawodnicy, którzy w pierwszej lidze debiutowali i po trzydziestce.

Dużo pan grał z bratem w piłkę?
Na osiedlu zawsze razem graliśmy. Ale raczej w przeciwnych drużynach. Trzeba przyznać, że troszkę go hartowałem. On jakoś nie lubi walki. Wyższy był ode mnie, ale jako, że ja straszy jestem to jakiś tam respekt miał. Do dziś mu zresztą powtarzam. Ty jesteś napastnikiem, demoluj tych obrońców, tobie sędziowie nie gwiżdżą fauli. Walcz o pozycję, przytrzymaj obrońcę. Wydaje mi się, że ostatnio zaczął te rady wykorzystywać.

Na boisku twardziel, a poza nim jaki pan jest? Wycisza się pan?
Teraz już tak. Wcześniej mnie ponosiła ułańska fantazja. Wyjścia, noce nieprzespane. Tutaj piwko, czy coś. Ale teraz już spokojnie.
Czy coś, czyli co? Coś mocniejszego?
Też. Nazywajmy rzeczy po imieniu. Zabawa. Szybko to się jednak skończyło. Jak miałem
21 lat to się ożeniłem, szybko dziecko przyszło na świat. Zostałem młodym tatusiem, musiałem zacząć myśleć bardziej racjonalnie, pod kątem rodziny. Tamten temat….

Jest już zamknięty?
No tak do końca zamknięty to nie. Jak wracam do Krakowa to jednak trzeba wyjść z kumplami. Nie jest tego za dużo. Nie mam za dużo urlopu. 10 dni zimą, dwa, trzy tygodnie latem, więc z wszystkimi i tak się nie spotkam.

Czyli urlop na blokach w Hucie?
Nie no, staram się z żoną gdzieś wyjechać co jakiś czas. Ostatnio byliśmy w Grecji z
Arkiem Głowackim i jego rodziną. Mają córkę w wieku Oskara. Ale mnie ciągnie do
Polski. Do znajomych, do rodziny. Jak jestem w kraju to też jeździmy. Do Zakopanego,
czy nad morze. Ale tam też mam znajomych.

Żona wtedy krzyczy, że późno pan do domu wraca?
Oj tak. Mówi, że nie lubi przyjeżdżać do Krakowa, bo więcej czasu spędzam z kumplami
niż z nią, i że mnie w domu nie ma.

Ma pan gest?
Myślę, że tak. Ci co mnie znają nie powiedzą, że jestem centusiem krakowskim. Zawsze
postawię kolejkę.
Lepiej w Krakowie niż w Grecji?
Jak się gra za granicą to strasznie człowieka ciągnie do ojczyzny. Jak tylko przekraczam granicę to już wiem, że jestem u siebie. Już wtedy wiem, że są wakacje.

Jak panu idzie w roli ojca?
To zupełnie różne doświadczenie od pierwszego razu, kiedy zostałem tatą. Jak już mówiłem, byłem wtedy bardzo młody. Żona jest zadowolona, nie gani mnie. Staram się ze swoich obowiązków wywiązywać.

A jakie są pańskie obowiązki?
Pomagam przede wszystkim przy kąpieli. Lubię chodzić na spacery, więc będę brał dwójkę moich pociech i chodził. Zuzia jeszcze nie wychodzi.

A na takim spacerku zawsze można piwka się napić?
Jasne. Co wy tak cały czas mnie o ten alkohol męczycie?

To pan zaczął, a nie my. Poza tym piwo w Belgii jest doskonałe.
Oczywiście, ale mnie tu bardzo ich szampany smakują. A jakie wam smakuje?

Klasztorne: Leffe, Hoegarden.
Ja wolę zwykłego pilsa. Jupilera, Stellę. Spróbujcie w takim razie Grimbergena.

Już przetestowane, jest super.
No widzicie, a dla mnie za słodki.

Tylko jasne?
Głównie, ale nie tylko. Uwielbiam Guinnesa. Po prostu uwielbiam. Ta piana i ten
piękny odcień.

Anderlecht to jest cały czas opcja na przyszły sezon?
Będziemy walczyć o Champions League. To zawsze było moje marzenie zagrać w Lidze
Mistrzów. Teraz będzie ciężko, bo będziemy musieli zacząć od drugiej rundy kwalifikacyjnej. Ale to mnie motywuje żeby zostać.

Myśli pan, że trenerzy w Polsce się na panu nie poznali? Dopiero przecież jak Beenhakker pana do kadry powołał zrobiło się o panu głośno, a chwilę później wyjechał pan do Anderlechtu. Ma pan żal?
Tak musiało być. Jednym trenerom bardziej pasowałem, innym mniej. Nie mam do nikogo
żalu. Nie ma takiej osoby, której nie podałbym ręki. Wiadomo niektórzy mówili źle, inni jeszcze gorzej. Ale to już jest poza mną. Jestem tu teraz gdzie jestem, więc ci co mówili o mnie złe rzeczy chyba wiedzą, że się mylili. Reprezentacja Polski, mistrzostwa Europy, Anderlecht. To naprawdę czołowa europejska drużyna. Znana firma. A przede wszystkim przyjechałem tu grać, a nie na wycieczkę, czy tak jak wy na piwko.

A do Smudy? Pan seryjnie strzelał bramki, a on miał do pana pretensje.
Nie mam żalu do Smudy, a do Lecha został mi ogromny sentyment. Cały czas trzymam za
nich kciuki. Śledzę ich poczynania.

Pamięta pan jeszcze tę sytuację z pękniętymi spodenkami?
Jasne, że tak. Przecież to jest hit na YouTube.

Faktycznie te portki tak pękały?
W każdym niemal meczu pękały gumki. Coś koszmarnego. W fatalnym momencie mnie do
tego wywiadu wzięli. Byłem strasznie zły. Zły to mało powiedziane, ale nie chcę przeklinać. Cały mecz prowadziliśmy z Wisłą i straciliśmy bramkę w doliczonym już czasie gry. Arek Głowacki nam strzelił. Zagotowałem się, a oni mnie o te spodenki pytają. Ale przynajmniej jest trochę śmiechu. Koledzy to zawsze na kadrze oglądają i się śmieją. Koledzy redaktorzy w Canal Plus też mieli ubaw przez tydzień. Fajnie.

A do Belgii ten filmik dotarł?
Chyba nie. A co? Chcecie pewnie zrobić wersję z napisami i wrzucić? Pamiętam, że na drugi dzień dostałem od chłopaków w Lechu taki gruby sznur żebym sobie związał te spodenki.

Jak język francuski? Ostatnio nie było z tym najlepiej?
I cały czas tak jest. Mam jakieś podstawy, kilka zwrotów, ale nie mówię. Zresztą u nas w szatni rozmawia się w przynajmniej pięciu językach. Po angielsku, francusku, flamandzku, hiszpańsku, a ja z Czechami po naszemu. Takim miksem czeskiego z polskim.

Aż taki pan zabiegany, że nie ma czasu na lekcje?
Ostatnio to jak mówię w ogóle nie miałem. A wcześniej? Też byłem zajęty. Trening, zawieźć synka do szkoły, przywieść z powrotem. Później chciałoby się mieć chociaż chwilę dla siebie. Pewnie trochę z lenistwa tego francuskiego się nie uczę, ale jakoś sobie radzę. Pewnie na siłę jakoś bym się zmusił, te dwa razy w tygodniu po godzinie, ale… Jakoś mi się nie chce.

Sztangi pan na zgrupowanie nie bierze, to co w takim razie? Jakieś książki, filmy?
Nie ukrywam, że nie jestem molem książkowym. Zawsze biorę laptopa i jakieś filmy na
DVD. Uwielbiam polskie komedie, oglądałem chyba wszystkie, a niektóre po kilka razy.
Na obozach mam czas sobie pooglądać, bo w domu żona mnie goni sprzed telewizora. Mówi, że już ten a ten film widziałem kilka razy i każe zająć się czymś innym.

Czyli pewnie Miś?
No jasne, klasyka. Miś, Rejs, ale te nowsze też. Killera, Chłopaki nie płaczą, Testosteron. Strasznie lubię polskie komedie. Znam je na pamięć. Później rzucam tekstami z tych filmów. Szczególnie właśnie na kadrze. Większość zna te filmy i potrafimy przez kilka dobrych minut rozmawiać dialogami z komedii. Jak ktoś jest niewtajemniczony to może mieć ciężko. Chyba trzeba będzie Rogerowi puścić Misia.

No, koniec… Było naprawdę ok, początek trochę o aktualnościach ale tak trzeba w końcu 🙂

Dodaj komentarz