Archive for Orest Lenczyk

Lenczyk broni i atakuje

Ufff, było ciężko, momentami zabawnie. Wrzucam wywiad z Orestem Lenczykiem. Miał być bardziej merytoryczny ale podryfował, bo pan Orest odpowiada na pytanie, których nie zadano.

Pan Orest cudotwórcą na pewno nie jest, chociaż i tak go nazwano.  Nie jest, bo w Polsce nie ma „cudotwórców”, takich jak Brian Clough, Helenio Herrera, Jock Stein czy Ernst Happel. Nazwałbym go raczej człowiekiem z pomysłem. Jednym z niewielu (uważam, że jednym z dwóch) trenerów w naszej ekstraklasie, którzy potrafią odcisnąć największe piętno na drużynie. To wyróżnia go spośród wielu dobrych czy niezłych polskich szkoleniowców.
Ma pomysł na zespół, wprowadza go w życie swoimi dość oryginalnymi metodami i efekty widać w miarę szybko. Dlatego zamysłem tego wywiadu było pokazanie filozofii Lenczyka. Chociaż on sam zwrot „filozofia futbolu” potraktował z uśmieszkiem politowania. Trudno powiedzieć, czy udało się oddać osobowość tego ekscentryka. Ze stuprocentową pewnością mogę powiedzieć jedynie, że podjąłem próbę.
Na pytanie czy Lenczyk jest trudnym czy łatwym rozmówcą odpowiedziałbym:  jest rozmówcą dziwnym. W jego gabinecie co chwila otwierają się drzwi. Ktoś pyta: „Czy mogę chwilę zająć?”. Kilku rozmówców zmierzył chłodnym
wzrokiem, ale byli i tacy którzy nawet tego „zaszczytu” nie dostąpili. Na jednego czy dwóch interesantów Lenczyk nie zwrócił wręcz uwagi, chociaż jego fotel znajduje się naprzeciwko drzwi wejściowych. Po prostu patrzył w bok i nie przerywał monologu. Wstał tylko do jednego, bo jak stwierdził, jest umówiony.
Ma swoje specyficzne metody rozmowy, tak jak ma specyficzne metody treningu. Piłkarze opowiadają, że zdarza mu się testować ich psychikę. Potrafi przez dwa miesiące bezlitośnie mieszać z błotem zawodnika, by
później traktować go jak własnego syna, który przetrwał próbę ognia. Jeśli chodzi o rozmowy z prasą, odniosłem wrażenie, że postępuje podobnie, próbuje zdominować rozmowę, wcisnąć go w siedzenie, wprowadzić dyskusję na swój tor. Podważanie kompetencji rozmówcy, próby wyprowadzenia z równowagi, litościwe spojrzenia. O ile
oczywiście patrzy. Bo Orest Lenczyk odpowiada powoli od czasu do czasu jedynie otwierając oczy. Momentami sprawia wrażenie, jakby zasypiał. Gdy jednak w tym czasie próbuję zadać następne pytanie, „budzi się” nagle,
nie daje go dokończyć i kontynuuje swoją wypowiedź. Jakby po prostu musiał wszystko przemyśleć…
Po to właśnie by pokazać jaki jest, wprowadzam zaledwie nieliczne poprawki, w większości przypadków staram się zachować trenera Cracovii w oryginalnym brzmieniu.

W 14 meczach na 15, które Cracovia rozegrała pod Pana wodzą, nie strzeliliście więcej niż jednej bramki. Czy to nie jest zabijanie piłki nożnej czy po prostu cel uświęca środki?
Orest Lenczyk: Zaczął pan z grubej rury. Mógłby pan poszukać drużyn, które mają lepszych zawodników niż Cracovia, nie z naszej ligi, i też nie strzelają bramek. Są dwa powody takiej sytuacji. Coraz trudniej zdobywa się bramki, brakuje też dobrych napastników.

Co ma pan na myśli mówiąc, że coraz trudniej zdobywa się bramki?
– Gra jest coraz bardziej agresywna, nie ma możliwości rozgrywania płynnych akcji. Przyzwyczailiśmy się do tego, że kiedyś były piękne akcje, piękne strzały, a jeżeli większość odbiorców, w tym dziennikarze, są zauroczeni najlepszymi ligami na świecie, angielską, włoską i hiszpańską, może też niemiecką trochę, to porównujecie do tamtych klubów.
Czyli nie jest tak, że my się cofnęliśmy tylko po prostu zostaliśmy w miejscu gdy świat piłkarski poszedł do przodu?
– Używanie sformułowania, że „świat poszedł do przodu” jest nieeleganckie wobec tych, którzy pracują w polskiej piłce. Powtarzam: Pracują, nie działają. Najlepsze kluby w Europie sprowadzają najlepszych piłkarzy na świecie za kwoty, które nawet nam się nie śnią. Cena za jednego zawodnika przekracza nawet kilkakrotnie roczny budżet polskiego klubu. Kiedyś byliśmy zachwyceni markami samochodów zachodnich a sami jeździliśmy tymi ze wschodniej Europy, na licencjach. I jakoś żeśmy tam jeździli. Ale czyśmy tęsknili do tych pojazdów, które jeździły na zachodzie? To można odnieść do futbolu. Gramy tymi zawodnikami, których mamy a robienie z tego okazji do sformułowania, którego pan użył, czyli „zabijanie piłki”, to odpowiem panu wprost: my robimy to co robimy. Ale też zdajemy sobie sprawę z tego, że musimy więcej, lepiej. Pytanie czy z tymi zawodnikami… aby zdobywanie bramek było może nie łatwiejsze ale częstsze.
Czyli to kwestia możliwości drużyny a nie przemyślanej włoskiej strategii, że „Kto nie traci bramek ten nie przegrywa”?
– Trzeba brać to pod uwagę, podobnie jak wstęp do tego, czyli jeśli my mamy piłkę to przeciwnik jej nie ma. Ale nie mogę powiedzieć, żeby Cracovia była drużyną, która nie dąży do tego by te bramki zdobywać. Proszę zwrócić uwagę, że Cracovia pół roku temu spadła z ekstraklasy. I to nie była wina kogoś z zewnątrz tylko wina klubu i piłkarzy. Konsekwencje były jakie były, również ta, że znalazłem się w klubie. To co teraz robimy jest szansą dla wielu zawodników. Szansą. Natomiast od początku mojej bytności w Cracovii ciągle rozmawiamy na temat zawodników, którzy daliby tej drużynie szansę grać na wyższym poziomie. Zaczął pan od strony tej najbardziej krytycznej, a nie zaczął pan od tego, że nie gramy na swoim stadionie. Odpadł kompletnie atut własnego boiska. Drużyna wszystkie mecze grała na obcych boiskach, bo nawet jak grała w roli gospodarza, to było albo zero kibiców albo pięćdziesięciu. Tego pan nie bierze pod uwagę. Tak jakby zobaczył pan dziewczynę i powiedział od razu, że jest bardzo brzydka, a później wyszukuje pan u niej jakiś plusów.

A więc teraz plusy, jesteście na bardzo dobrym dziewiątym miejscu…
– Absolutnie nie ma pan racji, bo ja biorę pod uwagę, że gramy dwa pierwsze mecze z drużynami, które mają grać w europejskich pucharach, czyli z Legią i Lechem i po tych dwóch meczach możemy być w takim miejscu, ze zapomnimy o tym, gdzie byliśmy po rundzie jesiennej.
Fakt, ale gdy przejmował pan tę drużynę, nie rokowała ona nadziei, dzisiaj jesteście w przyzwoitym miejscu, zespół się rozkręca, mogę więc pozwolić sobie na optymistyczne pytanie.
– Można powiedzieć, że drużyna rokuje nadzieje, ale nie będę hurra optymistą i powiem, że z przyjemnością przyjmę do kadry znaczącego zawodnika, przede wszystkim dlatego, aby tym zawodnikom, których mamy, pomóc jeszcze.
Skoro mówimy o pomocy, to zastanawiam się jak pomaga pan Radosławowi Matusiakowi? Raz umie grać, później nie umie, później znowu coś umie…
– Może pan się dalej zastanawiać i nie będzie pan wiedział o co chodzi. Natomiast tyle czasu ile spędza Radek Matusiak z doktorem Wilkoszyńskim, z Markiem Wleciałowskim czy ze mną to jest fundament, żeby sobie przynajmniej przypomniał o swojej grze sprzed trzech lat. Prawdopodobnie jest to w takim miejscu, że najbliższa wiosna zadecyduje co dalej. Jeśli zostanie tak jak jest, to zostanie… używa się metod, środków takich, które wydawały się, że pomogą.
Kwestia treningu czy głowy?
– A pan kiedyś z nim rozmawiał?
Tak, choć nie jest nam po drodze.
– Bo pewnie rozmawiał pan z nim jako z tym, który był kimś a teraz jest na rozdrożach.
W różnych okresach rozmawialiśmy, wtedy gdy był na górze i później gdy spadał na dno.
– Otóż uważam, że jest to inteligentny chłopak, to co przeszedł… tylko on zna konsekwencje, jakie poniósł. Każde zdanie wypowiedziane w jego kierunku, które go nawet uraża, to jest odbierane jako atak dający do zrozumienia: „Panie Matusiak, z pana nic nie będzie”. Ja uważam, że Radek Matusiak bardzo nam pomógł w rundzie jesiennej, absolutnie nie tak jakbym sobie wyobrażał, zresztą on też wyobrażał sobie więcej, ale chcę podkreślić, że ściągałem go w określonej sytuacji, mając tylko Ślusarskiego, i gdyby Bartek grał z nim w ataku (odniósł kontuzję – red.), mielibyśmy dwójkę naprawdę groźnych zawodników, na pewno skutecznych. Radek był osamotniony, był często faulowany. Kryło go dwóch, trzech zawodników i dzięki temu pozostali zawodnicy mieli więcej swobody.
Czy w przypadku pana drużyn mówimy bardziej o konkretnym stałym systemie, czy też bardziej o filozofii.
– Słyszałem o filozofii gry Beenhakkera, że jak my mamy piłkę to oni jej nie mają.
Zdaje się, że pan też dzisiaj to powiedział.
– Powtarzam po nim.
Kazimierz Górski też to mówił.
– Pan dąży do filozofii, a ja się tylko uczyłem propedeutyki filozofii (wprowadzenia – red.). Ciekaw jestem czy ci, którzy posługują się słowem filozofia wiedzą w ogóle o co chodzi. Piłka nożna to jest sztuka konfrontacji, to jest wojna. Można mówić absolutnie o taktyce, ale przede wszystkim umiejętnościach. Bo im lepsza technika, im wyższe umiejętności, tym można mówić o wyższej taktyce. A jeżeli z tym jest problem, szczególnie w naszej lidze, bo oto patrzymy na drużynę, i tu nie jest to, tu nie to, nie to, nie to…. A tu to i tu też to, czyli pozytywy i negatywy. A więc po 90 minutach wychodzi jak wychodzi. Czyli jak nie strzelili bramki, to pan to od razu określa negatywnie. A my patrzymy również czy stwarzamy sobie sytuacje, czyli idzie to w dobrym kierunku, ale jeszcze trzeba cierpliwości.
Pan mówi o cierpliwości, więc ja zapytam o wiarę. W pewnym momencie przegraliście trzy mecze z rzędu i spadliście na ostatnie miejsce. Czy nie stracił pan wiary w to, że pańskie metody szkoleniowe są słuszne?
– Problem polega na tym, że myśmy znaleźli się na ostatnim miejscu w tabeli po dwóch miesiącach, nawet troszkę więcej, gdy wykonaliśmy pewną robotę, która była absolutnie inna od tej poprzedniej.
Co pan ma na myśli?
– Ci, którzy czytają piłkę nożną, wiedzą o co chodzi. A pan nie wie.
Proszę więc mi wyjaśnić.
– Myśmy zabrali się za trening cech motorycznych, trening wspomagający, aby wydobyć od zawodników ich najlepszą szybkość i ich najlepszą wydolność. Krótko mówiąc, część zajęć była zajęciami niepopularnymi bo to nie byłą gra. Ale to było jak gdyby przygotowanie do przygotowania. Może to śmiesznie brzmi, ale mam na myśli to, że myśmy nie mogli od razu wziąć się do roboty i pokazywać jacy to my jesteśmy mądrzy, ale musieliśmy wziąć pod uwagę aktualny stan wytrenowania drużyny, ich możliwości tego treningu, który my im proponujemy. Ponieważ ogromna większość tych zawodników, ten trening który zaproponowałem, wykonywała po raz pierwszy, to nie mogliśmy od razu, mówiąc brzydko, dmuchać pełną parą, tylko dawkowaliśmy to, wykorzystując przerwy w rozgrywkach na kadrę, na kilkudniowych zgrupowaniach. Oczywiście to wywoływało pewne wahania formy u poszczególnych zawodników, ale wierzyliśmy w to, ze ponieważ trochę meczów jest do końca, a doszły jeszcze dwa dodatkowe z wiosny, że to musi eksplodować. Udało się, tym bardziej przyszła pewna satysfakcja, że pokonaliśmy drużyny o których się dobrze pisało, jak Śląsk Wrocław czy nawet Piast Gliwice. Jestem przekonany, że to pozwoliło do końca, do meczu z Lechią Gdańsk grać „na pełnych obrotach”. Zakończyła się pierwsza runda i stało się to jak gdyby przygotowaniem do tego, co próbujemy robić od stycznia na drugą rundę. W międzyczasie pożegnało klub kilku zawodników. Uznałem, że do sposobu, w jaki zamierzamy pracować w dalszym czasie, potrzebujemy innych zawodników. Takich, którzy będą odpowiadać swoimi możliwościami, również swoimi wrodzonymi, wytrzymałością, szybkością. Ale w związku z tym, że pojawiła się możliwość transferowania zawodników do Cracovii, to zaczęliśmy bardzo poważnie brać pod uwagę transfery i to znaczące. Oczywiście natychmiast pojawił się problem, który w Polsce jest znaczący, czyli kontakty z menedżerami zawodników, którymi jesteśmy zainteresowani.
Co to za problemy?
– Nie mam zamiaru odpowiadać panu teraz czemu jest to taki problem, bo to jest sprawa znana i to środowisko trzyma się mocno, tym bardziej, że są w tej sprawie również byli dziennikarze.
Konkrety?
– Nie wiem czy pan jest debiutantem i nie wie o czym mówię?
Wiem, że chodzi panu o Jarosława Kołakowskiego, ale czekam na jakieś konkretne informacje…
– Staram się współpracując w tym temacie z profesorem (Filipiakiem – red.), jak również wiceprezesem Tabiszem, zrobić wszystko aby klub nie został oszukany a zawodnicy, którzy mentalnie byliby do nas transferowani, aby nie był to przypadek czy kaprys, albo tym bardziej żeby ktoś nie wepchnął nam jakiegoś piłkarza, z którym przede wszystkim klub będzie miał kłopoty, bo będzie trzeba płacić kontrakt. Ja mogę bardzo łatwo wyrzucić z kadry do drugiej drużyny ale konsekwencje ponosi klub.
Czyli chodzi o kontakty pana Kołakowskiego z byłym trenerem…
– Koniec tematu.
Czy trener musi być dyktatorem czy nie?
– Jeśli pan pije w moim kierunku, że niby ja jestem dyktatorem…
Nie, to zwykłe pytanie, chcę poznać pana podejście do zawodników.
– Powiem panu wprost, że nie rozumiem pytania. Jeśli dyktatorem był Mussolini, jeśli dyktatorem był generalissimus Stalin, to jestem… jakimś tam, jakimś tam ogniwem w klubie, które z pewnością jeśli chodzi o trening, szkolenie, ma na to duży wpływ. Jeśli chodzi natomiast o to słowo, to znaczy, że co? Że przychodzi na siódmą godzinę, drużyna staje na baczność i kapitan zgłasza mi ilu żywych ilu nieżywych? Że o godzinie 8 jest trening, musztra, wszyscy wchodzą na stołówkę a ja patrzę czy mają menażki?
A przypadek Jakuba Tosika, który uważa, że niszczył go pan psychicznie?
– Wspaniały chłopak, którego trenerem byłem od początku do końca. Ściągnąłem go z juniorów, był ze mną do końca. Byli jednak lepsi i miał problem z wejściem do pierwszej jedenastki. Próbowałem go w jednym meczu, piątym i dziesiątym, również w kilku mistrzowskich. W moim odczuciu w tym okresie, w którym wydawało się, że on będzie szedł w górę jak burza, nie poszedł… a nie znam trenera który nie wstawiałby zawodnika lepszego, a na ławkę sadzał gorszego. A ja akurat czytałem wywiad w Kubą. To co powiedział, to uważam, że to jest normalne, a to że on się mnie bał…
Zawodnik powinien się bać trenera?
– Może nie pasowało to słowo, które powiedziałem. Ja traktowałem go niemal jak swojego syna, uważam, że mu dużo pomogłem. Największym jego problemem było to, że był wychowankiem klubu. Tacy mają zawsze gorzej. Mogę powiedzieć Kubie po dwóch latach, że w tym czasie jak ja byłem w Bełchatowie, to działacze chcieli go pięć razy wyrzucać do innych klubów, pozbyć się go, a ja do końca go trzymałem i nie pozwoliłem go sprzedać. I dzisiaj dzięki mnie mają solidnego zawodnika ligowego.
Wracając do rozmów z zawodnikami, zastanawia mnie jak rozmawiać z Marcinem Cabajem. Jest zewsząd ostro atakowany, wyciągane mu są wszystkie bramki, które go ośmieszają, któryś z komentatorów telewizyjnych powiedział, że „ktoś puścił Cabaja”. Jak pan rozmawia z tym człowiekiem, by odzyskał pewność siebie?
– Ja się czasem zastanawiam, kto to są ci dziennikarze, również w telewizji. Czy pan grał w piłkę?
Grałem trochę.
– Ale grał pan czy pan kopał?
W lidze okręgowej, czyli gdzieś na pograniczu gry i kopania.
– No widzi pan, dlaczego pan został dziennikarzem a nie zajmuje się polityką, gospodarką ale właśnie piłką nożną?
Bo nie interesuję się polityką ani gospodarką ale właśnie piłką nożną. A pan pewnie myśli, ze każdy dziennikarz zajmujący się piłką nożną to piłkarz, któremu się nie udało? Ciekawa teoria.
– Są ludzie, którzy pracują w mediach i już po kilku pytaniach widać, że są to ludzie zawiedzeni, którym nie wyszło i pierwsze co mają na uwadze to przypieprzyć temu, który na boisku coś tam źle zrobił, z trenerem włącznie. A chodzi o to, że piłkarze zarabiają 100 tysięcy. Dziennikarz też mógł grać w piłkę i zarabiać. Fakt ostatnio pozwolił sobie zrobić listę 100 zawodów, kto ile zarabia, to ja zastanawiam się czy w Stanach Zjednoczonych w ogóle jest to możliwe. A mieszkałem tam kilka lat w USA. I tam każdy starał się zarabiać jak najwięcej. A w Polsce, to może pokłosie wychowania komunistycznego, każdym zazdrości temu, który zarabia więcej. A jak ktoś jest nikim, mało zarabia i nie robi wszystkiego żeby być kimś i zarobić więcej, to jest jego problem. Ale nie, on zostawia swoją osobę, a bierze się za tą, która zarabia więcej. I podobnie jest co do krytyki na boisku. A jeśli dziennikarz pozwala sobie wyśmiewać nie tylko piłkarza ale i jego nazwisko, to jest po prostu chamstwo z jego strony.
Ja nie zgadzam się, że to jest sprawa zarabiania, ale…
– Cabaj jest bardzo dobrym bramkarzem!
Ale ja się pytam, jak pan z nim rozmawia.
– A niech pan się jego zapyta. Facet broni dalej, bo jest bardzo dobrym bramkarzem. A jak napastnik nie strzeli dwóch metrów to jest złym piłkarzem?
Czyli sytuacja Cabaja pana zdaniem nie wymaga indywidualnego podejścia?
– Ale niby jakiego podejścia, co pan chce zaproponować?
Trenerzy rozmawiają z zawodnikami.
– Ja też, ale jak by pan z nim rozmawiał?
Nie no, bez przesady, to pan tu jest trenerem, ja zadaje pytania.
– Ale proszę się nie migać, że pan nie jest trenerem, bo pewnie nie jednego trenera zmieszał pan już z błotem, co? Co pan będzie tłumaczył, że nie trzeba kopnąć tym, tylko tym, że trzeba się bardziej było pochylić? Pan pewnie wie jak, co?
Zmierzam do tego czy trener musi być dobrym psychologiem.
– Ja trzy lata studiowałem psychologię, więc pewnie jestem słabym. Znam prezesów, którzy bardzo chętnie zatrudniliby psychologów do klubu.
To dobry pomysł czy zły?
– Jak trener potrzebuje w klubie psychologa, to sam powinien pójść do psychiatry. Jeśli jakiś piłkarz ma swojego prywatnego psychologa, to jest jego problem.
Boruc miał i dobrze sobie radził, co w tym złego?
– Jego problem! Ja nie mam tutaj Boruca w klubie. Być może wymaga psychiatry. Może ma nie tego psychologa.
Pomógł mu w grze.
– Proszę pana, co pan mi tu gada? Jeśli ktoś zostawił babę, jeśli ktoś spieprzył rodzinę, to jemu potrzeba psychologa? Może piłką dostał nie w to miejsce gdzie trzeba.
Ponawiam pytanie.
– Trener musi być absolutnie przygotowanym. Musi być bardzo dobrym psychologiem, bo pracuje z ludźmi, którzy ciągle są pod presją wysiłku fizycznego, a pan pewnie wie, że jak zaczyna się drażnić zwierzę, które gdzieś tam ucieka, to ono się zatrzymuje i gryzie. To jest naturalne i trzeba być tym, który wymaga od zawodnika, tyle ile jest on stanie wykonać, ale również po to, żeby zawodnik wykonał to również na drugi dzień i jeszcze chciało mu się grać w piłkę.
Ważniejsza taktyka czy motywacja?
– Jedno i drugie, a stawianie sprawy czy coś jest ważniejsze…
Coś zawsze jest ważniejsze, ale zapytam czy pan jakoś na przykład specjalnie przygotowuje się do przemowy w szatni czy po tylu latach jest ona spontaniczna?
– O spontaniczności nie ma mowy, bo każdy mecz się gra z inną drużyną. Inaczej się rozmawia przed meczem z przeciętnym ligowcem a inaczej przed meczem z mistrzem.
Mówił pan na początku o wojnie, strategicznej potyczce. Ja sobie znowu pozwolę zacytować naszego wspomnianego polsko-holenderskiego klasyka czyli Leo Beenhakkera: „Wszystko zależy od tego jak gramy my, nie jak grają oni”. A pan mówi odwrotnie.
– Z pewnością ma wiele racji, bo jak moja drużyna jest ciągle w odwrocie to czeka tylko na kontrę. Ale robi się to i to. Bierze się pod uwagę swoje umiejętności, wszystko się robi, by drużyna miała styl gry, żeby było wiadomo kto za co odpowiada, w których formacjach jest lider, która strona jest mocniejsza w ofensywie, która w defensywie. Bierze się przeciwnika, kogo on ma na tych pozycjach, żeby już przed meczem nie miał on większej szansy. Generalnie trzeba wziąć pod uwagę, że to tylko 90 minut, w których może się wydarzyć absolutnie wszystko. Inaczej rozgrywanie meczu niemiałoby sensu, ale ponieważ wynik jest nieznany, pomijam te mecze w których brali udział ci panowie, którzy we Wrocławiu zostali nominowani. Na tym polega piękno, że tysiące ludzi przychodzi i nie wie co się wydarzy. Jeśli są walki bokserskie, gdzie jeden jest czempionem a drugi kandydatem na czempiona i jeden ma 38 zwycięstw w tym 35 nokautów, to wszyscy przychodzą i czekają, kiedy kolejny nokaut nastąpi. A w piłce nożnej wszyscy się zastanawiają, dlaczego ktoś ma 10 razy wyższy budżet i przegrywa puchar z czwartą ligą. Zmierzam do tego, ze jest to wojna, gdzie przez 90 minut trzeba wszystko zrobić, żeby nie stracić bramki, żeby nie było ofiar. Jeśli to się udaje, to się meczu nie przegrywa a to już jest coś. A co do motywacji, to przecież nie mogę powiedzieć w szatni, ze gramy z drużyną X i musimy wygrać. Wiadomo, człowiek się urodził to musi i umrzeć, a drużyna, można jej powiedzieć, że jak wygra to się uratuje i zostanie w ekstraklasie albo będzie mistrzem. Ale że coś musi? Najczęściej jak coś się musi, to się potem wszystko spieprzy.
Chciałem się cofnąć w czasie do pana największego sukcesu.
– Ja nigdy nie mierzę sukcesów tym, na którym miejscu drużyna była. Od dłuższego czasu zajmuję się treningiem, przygotowaniem drużyny, taktyką, grą tej drużyny, a tym bardziej przekonuje mnie sytuacja z ostatnich kilku lat, gdzie Wrocław decydował o tym, kto kim był. Absolutnie nie mam wyrzutów sumienia co do tego, że ktoś tam zdobywał więcej ode mnie tytułów. Trener jest zawsze w sytuacji, że albo jest baranem albo katem. Najczęściej jest się baranem, bo na 16 drużyn tylko jedna drużyna może być mistrzem.
Jednak sytuacja nie daje mi spokoju, pan powiedział o tym Wrocławiu, a po tym mistrzostwie dla Zagłębia pan mocno coś sugerował, ale wtedy wybuchła też ta sprawa z Pogonią Szczecin i chciałem spytać jak to z pana perspektywy wyglądało.
– Proszę mi przypomnieć.
Otóż prezes Pogoni zarzucił piłkarzom, że chcieli sprzedać mecz Bełchatowowi, natomiast piłkarze zarzucili to samo prezesowi, tak czy inaczej był zarzut sprzedaży meczu pana drużynie.
– Proszę pana, przecież Pogoń grała w tym samym składzie, do czego pan zmierza?
Chciałbym poznać pana punkt widzenia.
– Widzę że pan…
Zadaję konkretne pytania.
– Bardzo często się mówi, że pytania są mądre, tylko odpowiedź jest głupia. Ale bardzo często pytania są tak głupie, że wie pan, nie ma jak odpowiedzieć mądrze.
Widzę, że się nie dogadamy.
– Ja się nie chcę dogadywać. Ja po prostu nie wiem o co panu chodzi.
Była konkretna sytuacja, prezes Pogoni…
– A kto to był?
Jan Miedziak. I on zarzucił piłkarzom, że chcieli sprzedać mecz, z tego powodu wymienił m.in. bramkarza, dla którego był to jeden z pierwszych meczów w ekstraklasie.
– Pogoń nie przegrała wtedy dlatego, że bramkarz źle bronił. Ale chwileczkę. Ja jestem dzisiaj trenerem Cracovii, wtedy byłem trenerem Bełchatowa. A pan pyta mnie o Pogoń.
Bo graliście wtedy z Pogonią.
– I ja jako ówczesny trener Bełchatowa na co mam panu odpowiedzieć?
Myślałem, że ma pan jakieś swoje przemyślenia na ten temat, bo przecież pan zasugerował jednocześnie, ze Zagłębie Lubin…
– Ja proszę pana nic nie zasugerowałem, bo fakty jakie były… oglądałem mecz w Warszawie i wszyscy widzieli jak wyglądał. Pan ma inne zdanie?
Nie, bo miałem podobne odczucia, ale z drugiej strony pojawiły się fakty niekorzystne dla was.
– To prezes Pogoni ma problem nie ja.
A Pan nie ma na ten temat żadnych przemyśleń…
– Ja mam wiele przemyśleń a to mnie akurat nie zaprząta głowy, żebym brzydziej nie powiedział. Pan mnie chyba z kimś pomylił, że pan mi takie pytania zadaje.
Na koniec wracam do tej Wisły Kraków, pan był młodym trenerem, miał 37 lat. Czy myśli pan, że od tego czasu pana kariera poszła w tym kierunku, w którym pan sobie wyobrażał?
– Nie liczę swoich osiągnięć zdobytymi tytułami. Uważam, że w kilku klubach być może miałem większy sukces, ale on się nie przełożył na wynik. Proszę mi wierzyć, że są tacy trenerzy, którzy zdobyli nawet z jedną drużyną dwa mistrzostwa Polski, ale mogę dzisiaj zapytać – gdzie oni są. Nie chodzi mi o to, że mają 100 lat, ale może inaczej. Ja za dużo wiem, żeby mieć na ten temat zdanie takie, że ja byłem bałwanem, że tylko raz zdobywałem mistrzostwo Polski. Dwa lata później mogłem być mistrzem w Śląsku, nie dużo brakowało, za dwa kolejne lata niewiele brakowało a byłbym mistrzem w Ruchu Chorzów. Ale co z tego, ja dzisiaj jestem w innej sytuacji jak pan. Jeśli chodzi o to, że to było 25 lat temu, to nie chcę powiedzieć, że ja to olewam, ale ja mam problem tutaj, na miejscu, z Cracovią. Ona ma grać.

Comments (9)