Człowiek, który kazał wyjaśnić zagadkę UFO

Artykuł o Piotrku Stokowcu, opublikowany w „Przeglądzie Sportowym” 2.11.2012 (przed ligowym meczem Polonii z Koroną. Polonia była wtedy rewelacją rozgrywek, ale za chwilę się rozpadła i do tej pory nie może podnieść). Piotrka zawsze bardzo lubiłem, co zresztą w tekście widać. Myślę też, że ma szansę zostać naprawdę dobrym trenerem. Mimo to są tam fragmenty, na które się obraził i przez rok nie odbierał telefonów.

Na studiach mówili na niego Zibi. Po latach ten prawdziwy Boniek nie poznał się na trenerskim talencie Piotra Stokowca. Dziś prowadzona przez niego Polonia Warszawa zadziwia. Nie tylko wynikami, ale przede wszystkim stylem gry.

Dziennikarz: – Kibice dali ci popalić.
Piotr Stokowiec: – 10 tysięcy ludzi na Legii Warszawa krzyczało na mnie „Rudy ch…”, więc nie będę przejmował się jakimiś wieśniakami.

Sytuacja miała miejsce w sierpniu 2005 roku po meczu Korony Kielce z Polonią Warszawa. Piotr Stokowiec pochodzi z Kielc.
W ostatnią niedzielę w studiu Canal Plus Zbigniew Boniek, nowy prezes PZPN, wypowiedział się pozytywnie o pracy Piotra Stokowca w Polonii Warszawa. To już postęp. Pięć lat temu, gdy Sylwester Cacek zaproponował, by Stokowiec został asystentem Michała Probierza, Boniek, wówczas współudziałowiec klubu, zapytał: „A kto to w ogóle jest? Czy on grał gdzieś w piłkę?”. Cacek i Boniek poróżnili się. Wtedy wygrał Zibi. Dziś wychodzi na to, że rację miał biznesmen z Piaseczna.

Piotr Stokowiec ze swoją wizją rozjaśnił naszą ligę, dodał jej świeżości. Na każde spotkanie zespołu z Warszawy na stadion przy Konwiktorskiej przychodzi dziś ponad 5 tysięcy ludzi. W poprzednim sezonie tyle mogły przyciągnąć jedynie Legia Warszawa i Lech Poznań. Przez lata różni specjaliści od PR próbowali zachęcić fanów do Czarnych Koszul. Ci, którzy przychodzili jednorazowo, nie mieli powodów, by wracać. Józef Wojciechowski próbował metody „na aferę”. Również okazała się nieskuteczna. Efekt przyniosła dopiero praca debiutanta. Metoda Piotra Stokowca: „grajmy futbol szybki, ofensywny i bezkompromisowy” to nowy trend w polskiej piłce. Na razie nie wiadomo, czy trwały.

– W końcu da się patrzeć na Polonię Warszawa. Wcześniej nie byłem w stanie. To była taka prostacka gra. A dziś drużyna szokuje pozytywnie. Ta ekipa sklecona metodą chałupniczą gra totalnie. W końcu widać, że sprawia im to radość – ożywia się Rudolf Kapera, wykładowca Stokowca z warszawskiej AWF.

Pralka cały czas chodziła
Jakieś sto metrów za bramą główną Akademii Wychowania Fizycznego należy skręcić w prawo i za chwilę dojdziemy do akademika. Na jednym piętrze mieszkało kilku z nich. W jednym pokoju Leszek Ojrzyński, dziś pierwszy trener Korony, z Marcinem Gawronem, asystentem. Kilka pokojów dalej mieszkał Maciej Skorża, a po przeciwległej stronie kończący studia Mariusz Krzysztoszek ze Skarżyska-Kamiennej i młodszy od niego student drugiego roku Piotr Stokowiec, przez kolegów zwany Zibim albo po prostu Bońkiem.
– Lubił porządek. Pralka cały czas chodziła – mówi Krzysztoszek. – I jeszcze wałówka. Gdy Piotrek wracał z Kielc, nikt nie chodził głodny.

Zawsze był dobrze zaopatrzony. Świętej pamięci mama Danuta pracowała w kuchni w kieleckich zakładach wyrobów metalowych znanych z produkcji motocykla SHL. Ojciec Marian był kierowcą. Znajomi z Kielc zapamiętali, że w domu panował swojski klimat. Sto metrów od ulicy Witosa na kieleckiej Dąbrowie, gdzie mieszkali, znajduje się boisko Orląt. Grał tam również Atest, w którym Stokowiec zaczynał kopać piłkę. Potem kluby się połączyły.

Dziś asystentem trenera w Orlętach jest Marcin, młodszy brat. Starszy, Sławek, nie funkcjonuje w futbolu.
– Jako junior Piotrek był takim moim asystentem. Świetnie grał, ale też bardzo angażował się w życie drużyny. Siatki pomógł założyć, sprzęt rozstawić, a jak trochę zabalowałem, dawałem mu jeździć moim maluchem. A że był najmłodszy, to i po butelkę musiał czasem skoczyć. Złoty chłopak – mówi Bolek, czyli Jacek Zawierucha, w przeszłości zawodnik m.in. Jagiellonii Białystok, jeden z pierwszych trenerów Piotra Stokowca.

Przez drabinę do gabinetu
W dawnych czasach na stadion przy ulicy warszawskiej przychodziła ledwie garstka fanów. Rudowłosy pomocnik wyróżniał się pracowitością. W drużynie juniorów był napastnikiem, a w seniorach grał w obronie. W końcu trafił do Korony Kielce, gdzie zagrał jeden mecz. Z Błękitnymi Kielce Korona przegrała 1:2. Stokowiec miał przykryć miejscowego wyjadacza Wiesława Szwajewskiego. Nie wyszło. Napastnik rywali strzelił dwa gole. Potem przyszły wyniki egzaminów na AWF. Dostał się.

Rozpoczęcie dziennych studiów oznaczało porzucenie marzeń o karierze piłkarskiej, ale Piotr Stokowiec właściwie od lat wiedział, co jest jego przeznaczeniem. Przecież nawet w ósmej klasie w wypracowaniu szkolnym na temat: „Kim chcę zostać”, napisał, że trenerem piłkarskim.

Szefowie Korony Kielce wcale nie zamierzali jednak łatwo pozbywać się zawodnika. – Nie chcieli go puścić, ale wiedzieliśmy, gdzie trzymają karty zawodnicze, więc zrobiliśmy tak, że ja zagadałem prezesa Artura Jagodzińskiego na dole, a Piotrek wszedł po drabinie przez balkon do jego gabinetu, wziął kartę i postawił pieczątkę, że klub go zwalnia. Prezes był wściekły – śmieje się Jacek Zawierucha. Ostatecznie został do AZS AWF wypożyczony. Na zapłatę w postaci sprzętu piłkarskiego Korona musiała poczekać kilka lat.

W drużynie AWF szybko stał się jednym z najważniejszych piłkarzy. – Zazwyczaj przychodzili do nas studenci, którzy zaczynali dopiero wiek seniora, więc potrzebowali czasu, żeby się dostosować. Piotrek od razu wszedł do składu i szybko stał się pierwszoplanową postacią – mówi Tomasz Danielik, były trener drużyny, a dziś wykładowca na uczelni.

Przełomowy okazał się mecz z drużyną z Piaseczna.
– Obserwowaliśmy ich i wiedzieliśmy, że trzeba trzymać się z daleka od lewego obrońcy, bo jest bardzo dobry w odbiorze. Ale podczas meczu z nami grał cały czas do przodu, kilka razy naprawdę narobił nam problemów i podjęliśmy decyzję, że chcemy mieć tego zawodnika – mówi Grzegorz Bakalarczyk, ówczesny trener Piaseczna.

W tamtym spotkaniu Piotr Stokowiec toczył świetne pojedynki z Igorem Gołaszewskim, byłym średniodystansowcem, wtedy postrachem okolicy. W bramce AWF stał Leszek Ojrzyński, a w środku obrony wystąpował Marcin Gawron. To był jeden z ich ostatnich wspólnych występów.

Ofiara czystki
W podwarszawskim mieście tworzył się wtedy poważny klub. Właściciel Dominetu, wówczas sieci sklepów ze sprzętem RTV i AGD, wykupił kartę Piotra Stokowca z Kielc, a AWF-owi dorzucił się do obozu. Od tej pory drogi piłkarza i Sylwestra Cacka, biznesmena, który wkrótce stał się milionerem i ważnym graczem na polskiej arenie futbolowej, będą się krzyżować. Epizod w Piasecznie okaże się kluczowy dla jego kariery.
Stokowiec grał profesjonalnie w Piasecznie i jednocześnie studiował dziennie. – Nie pamiętam podobnego przypadku. Pogodzenie tego jest prawie niemożliwe. To też pokazuje, jak bardzo jest pracowity – mówi Danielik.

– To był piłkarz grający na 110 procent, niezwykle emocjonalny. Grał całym sobą. Miał to swoje poletko i to była dla niego świętość. Grał niezwykle agresywnie, ale trudno było go sprowokować – mówi Bakalarczyk, na którego treningach Stokowiec oparł później swoją pracę magisterską.

W sezonie 1995/96 trójka biznesmenów Marek Wielgus, Sylwester Cacek i Janusz Romanowski doprowadziła do fuzji Piaseczna z Polonią Warszawa i Piotr tokowiec po raz pierwszy został piłkarzem warszawskiego klubu. Starzy działacze, jak Jerzy Piekarzewski i Marek Ruszkiewicz, nie byli z tego zadowoleni. Chcieli, żeby grali wychowankowie, m.in. bracia Michał i Marcin Żewłakowowie. Grupa piaseczyńska stawiała na swoich. Gdy Cacek wycofał się z Polonii, miejsce w niej stracił też Piotr Stokowiec. – Można powiedzieć, że zaczęto robić czystkę i pozbywano się zawodników, którzy przyszli z nami z Piaseczna. Piotrek był ofiarą – wspomina Bakalarczyk, który stawiał na Stokowca, ale jego następca, Stefan Majewski, podziękował mu właściwie bez wyjaśnień.

Paweł Janas mentorem
Do Polonii trafił po raz drugi. Kibice zapamiętali go jako jednego z najostrzej grających piłkarzy. Sam określa siebie jako „zawodnik typu agresja 10″. Koledzy mówią, że był też pierwszym „jajcarzem” w zespole.
Dziennikarz „Faktu”: – Możemy porozmawiać?
Stokowiec: – Nie rozmawiam z wami.
Dziennikarz: – Ale dlaczego, coś się stało?
Stokowiec: – Tak. Nie rozmawiam, dopóki nie wyjaśnicie zagadki UFO ze strony ósmej.
Na koniec pograł jeszcze w norweskim Notodden. To był jego drugi wyjazd zagraniczny. Kariery na Zachodzie nie zrobił. Ani Akademisk Boldklub z Kopenhagi, ani tym bardziej ekipa z norweskiej prowincji nikogo nie rzuca na kolana. W tym drugim zresztą był jedynie rezerwowym. Przyjechał w momencie, gdy zespół walczył o awans, i trener uznał, że zwycięskiego składu się nie zmienia. Pozostały mu wspomnienia niezwykłych widoków i przyjacielskie relacje z grupą Norwegów. W ubiegłym roku do Warszawy w odwiedziny przyjechała niemal cała drużyna.

To była końcówka kariery. Może niezbyt imponującej, gdyby patrzeć z zewnątrz, ale jak na człowieka, który porzucił ją i zaczynał od nowa na czwartym roku studiów, naprawdę robiącej wrażenie. Stokowiec w rozmowie z „PS” mówił, że jak na swoje możliwości zdobył mistrzostwo świata (ponad 100 meczów w lidze).
Kończył jako grający trener Wigier Suwałki. Stamtąd trafił do Widzewa.

– Piotrek to był nasz pierwszy wybór. Tworzył od podstaw grupy młodzieżowe, bo wcześniej w klubie nikogo to nie interesowało. Chcieliśmy, żeby był też asystentem Michała Probierza, ale ten nie chciał o tym słyszeć. Nie było jakiejś osobistej niechęci, po prostu Probierz nie chciał nikogo narzuconego z góry – mówi Bakalarczyk.

Stokowiec dostał szansę od jego następcy, a swojego kolegi jeszcze z czasów Piaseczna, Marka Zuba – trenera z „grupy Lenczyka”. Dzięki współpracy z nim, a także Waldemarem Fornalikiem lepiej poznał szkołę doktora Wielkoszyńskiego, która powoli opanowuje polski futbol. Ale sam przyznaje, że jego mentorem jest Paweł Janas, który z tej szkoły się nie wywodzi. To właśnie Paweł Janas zabrał go do Polonii Warszawa.

Pierwszy epizod szkoleniowy z seniorską drużyną Polonia Warszawa był kontrowersyjny. Piotr Stokowiec prowadził zespół tylko w jednym meczu, ale podjął kilka zaskakujących decyzji. Zabrał opaskę kapitańską Adrianowi Mierzejewskiemu i odsunął od drużyny Ebiego Smolarka. Za tę drugą mocno go krytykowano, zarzucano służalczość wobec prezesa. Stokowiec do dziś twierdzi, że była to jego suwerenna decyzja i ma w tej sprawie czyste sumienie.

– To zbiegło się w czasie, ale to nie była żadna służalczość, tylko pokaz odwagi. Piotrek pokazał, że nie interesują go zawodnicy, którzy na pierwszym miejscu stawiają pieniądze – broni swojego byłego podopiecznego Rudolf Kapera.

„Odwaga” to słowo klucz. Wymagało jej wstawienie na boisko debiutanta Pawła Wszołka. Piotr Stokowiec musiał się z tego tłumaczyć. Wyjaśnienie miał krótkie: „To przyszły reprezentant kraju”.

Śladami Marcelo Bielsy
Miał rację. Dziś Wszołek jest motorem napędowym nowej Polonii Warszawa. Tworzy znakomity ofensywny kwartet z Łukaszem Teodorczykiem, Wladimerem Dwaliszwilim i Tomaszem Brzyskim, który w wieku 30 lat przeżywa wiosnę swojej kariery. Ta grupa to dziś zabójcza broń ekstraklasy.

Bezpieczeństwo zapewnia grupa doświadczonych obrońców kierowana przez ligowego wyjadacza Marcina Baszczyńskiego, a wszystko łączą nieco niedoceniani defensywni pomocnicy Łukasz Piątek oraz Adam Pazio. Stokowiec nie bał się postawić na żółtodzioba kosztem starego wygi Dimitrije Injaca. Dzięki tym, czasem niezrozumiałym dla ludzi decyzjom, stał się synonimem odważnego szkoleniowca. Może zapracuje na miano polskiego Marcelo Bielsy? To właśnie ten szkoleniowiec jest jego trenerskim idolem. Swoje do edukacji dołożyły też wyjazdy do klubów z niższych lig angielskich – Yeovil Town, Derby czy Reading. To tam zobaczył, jak ostra może być rywalizacja na treningach.

Może ta ofensywna to tylko kolejny sezonowy zryw, a może jakiś trwały trend w polskim futbolu? Z punktu widzenia naszej piłki taki szkoleniowiec był potrzebny.
Jacek Zawierucha, były trener z Kielc: – Szkoda tylko, że nie pracuje u nas. Ale wierzę, że Piotrek kiedyś tu wróci i jeszcze poprowadzi Koronę.

Dodaj komentarz

Przyjechałem , bo jestem od was lepszy

To wywiad z Andrzejem Szarmachem, który robiliśmy razem z Piotrkiem Wołosikiem tuż przed EURO 2012. „Diabeł” to wyjątkowy piłkarz. Jeden z tych kilku polskich piłkarzy, którzy naprawdę zrobili wielką karierę na zachodzie. Jako piłkarz AJ Auxerre, strzelił 94 gole w lidze francuskiej w zaledwie 4,5 sezonu.
Naprawdę odkrył pan Erica Cantonę?
Ja tam nigdy nie chciałem tego mówić.
Gerard Bourgoin, były sponsor Auxerre, powiedział nam, że to pan jako pierwszy poznał się na Cantonie, a nie Guy Roux, który bał się go wystawiać, i toczyliście o to spory.
Była grupa młodych obiecujących zawodników, właśnie Eric, Jean-Marc Ferreri, Gerard Lanthier – to byli chłopcy, którzy powinni mieć miejsce w podstawowym składzie. Gdy grali, to świetnie nam szło. Ale Guy Roux miał swoich pupilków, wstawiał ich na siłę. „Canto” miał charakter, chodził napompowany, a Roux nie takich lubił. Wolał tych, którzy nie wychylili się ponad wysokość stołu. Ericowi nie podobało się, że trener był wścibski, wyciągał rodzinne sprawy, spisywał liczniki w samochodach piłkarzy.
Po co?
W Auxerre piłkarze nie mieli prawa wyjść na miasto, Roux miał wszystko obstawione, wszędzie byli jego ludzie. Gdy któryś z nas pojawił się w lokalu, to zaraz był telefon do klubu. Na porannym treningu jego ludzie chodzili od samochodu do samochodu, zaglądali przez okna i zapisywali. Jeśli było dodatkowe 200 kilometrów, to wiadomo, że zawodnik pojechał na dyskotekę do Paryża.
Piłkarze zawsze coś wymyślą, żeby się napić.
Zawodnik nie wytrzyma ciężkiego treningu ciągle pijąc. Organizm nie jest w stanie tak funkcjonować. Cantona nie lubił tej ciągłej ingerencji. Kiedyś pokłócił się z Roux i ten na drugi dzień zadzwonił do Martigues. Eric pojechał na wypożyczenie. Cantona taki był, że nie mógł się pogodzić z niesprawiedliwością. Potem, już po powrocie, złapał za klapy Bruno Martiniego i musiał odejść do Marsylii.
A pan go zawsze bronił, bo pan był „Le Grand Contestateur”, kręcił pan wąsa i coś marudził pod nosem…
Miałem swoje zdanie. Do Francji przyjechałem pod koniec rundy jesiennej sezonu 1980/81. Auxerre debiutowało w Ligue 1 i broniło się przed spadkiem. Pamiętam, jak pojechaliśmy na mecz do Monaco. Nie rozumiałem po francusku, w szatni obok mnie siedział Heniek Wieczorek i tłumaczył. Trener mówi na odprawie: „Wiecie sami, co to za zespół, niedawny mistrz Francji. Jak przegramy tam 1:2 czy 0:2, to nic się nie stanie, to będzie dobry wynik”. Słucham tłumaczenia Heńka i nie dowierzam. Mówię do niego: „To przetłumacz mu pytanie ode mnie: – Po ch… my tam w ogóle jedziemy?”. I Heniek mu to tłumaczy. A ja pytam, czy nie lepiej wysłać pismo do Monaco, że zgadzamy się na przegraną 1:2. Zaoszczędzimy na hotelu i na samolocie. Po co mamy ponosić straty? Obok mnie siedzą Joel Bats, Jean Marc Schaer, Dominique Cuperly i ro bią wielkie oczy. A ja mówię: „Albo jedziemy i gramy, albo zostajemy. Powalczmy, jak dostaniemy w pałę, to trudno, będziemy gorsi, to przegramy”. Bats klepie mnie po plecach i coś mówi. Pytam Heńka, co on ode mnie chce? Heniek: „Mówi, że masz rację”. Pamiętam, że w Monaco na bramce stał Jean-Luc Ettori. Przerzuciłem go ze środka boiska. Wtedy rzeczywiście przegraliśmy 1:2, ale od tego momentu zmieniło się podejście wszystkich i zaczęliśmy nagle wygrywać. Zamiast spaść z ligi, skończyliśmy na 10. miejscu.
Roux uchodzi we Francji za półboga, a pan tu obala mity.
Rozpowiadane przez tych, którzy patrzą z zewnątrz. Faktem jest, że Roux był świetnym menedżerem. Poza tym Auxerre jest jedynym na tym poziomie klubem we Francji, jeśli nie w Europie, gdzie obiekty są własnością klubu. Dziś również dzięki niemu jest to bogaty klub. Zresztą trenera rozlicza się po wynikach, a Roux je miał, miał też nosa do zawodników, potrafił ich wyszukać. To był maniak, przychodził o 8 rano na stadion, a wychodził wieczorem. Zresztą, z tego co wiem, odeszła od niego przez to żona. Ale to było silniejsze od niego. Zanim wyszedł z klubu, pokazywał sprzątaczce, że gdzieś jeszcze coś zostało na podłodze, pogadał z gospodarzem obiektu. Ale był to też cwany facet. I któregoś dnia wybuchła afera, gdy okazało się, że częś_ 3 zawodników szła z Auxerre do Marsylii, stamtąd do Bordeaux, a potem z powrotem do Auxerre. Taki trójkąt. A przy każdym transferze jakiś procent.
Lepiej czuje się pan we Francji czy w Polsce?
Mam podwójne obywatelstwo, ale mentalność polską. Tu przeżyłem najlepsze lata swego życia. 30 lat mieszkałem w Polsce, a następne 30 we Francji. Francja to świetny kraj, ale przede wszystkim dla Francuzów. Kiedyś miejscowy piłkarz stracił miejsce w składzie i powiedział mi: „Każdy powinien grać u siebie”. Odpowiedziałem mu: „Nie przyjechałem, żeby zająć ci miejsce. To wy przyjechaliście po mnie”. On pyta: „Dlaczego? Jak to?”. To mu mówię: „Bo jestem od was lepszy”.
Czuje się pan dziś niewykorzystany przez polską piłkę?
Ale ja się nie pcham.
Ale nie o to pytamy.
Dobrze, ale to nie tylko mnie dotyczy. A Włodek Lubański? Wielu jest takich zawodników. Mamy doświadczenie, jesteśmy fachowcami. Przecież Joachim Marx prowadził państwową szkółkę dla młodzieży we Francji. Lepszego fachowca się nie znajdzie. Nie wykorzystać kogoś takiego w naszym kraju, to jest tragedia.
Ale próbował pan swojej szansy jako trener w Zagłębiu Lubin i tak sobie to wyszło. Mówiono, że był pan za miękki dla drużyny, że trzymał pan ze starymi.
Czyżby? Ja właśnie chciałem starych złodziei wyrzucić. To ja wprowadzałem do drużyny Andrzeja Niedzielana, Dariusza Żurawia czy Mariusza Lewandowskiego. To byli trzecioligowi piłkarze. Jeden z Żar, drugi z Wielunia, a trzeci z drużyny juniorów. Chciałem odstawić innych, ale prezes się uparł, że muszą zostać, więc odszedłem. Jak brałem drużynę przeznaczoną do spadku, koledzy mówili: „Po co się pchasz? Przecież ten zespół spadnie”. Ja się pytałem: „Skąd to przekonanie? A nawet jeśli jest do spadku, to przecież nie mam nic do stracenia”. I zespół się utrzymał. A potem nie chciałem akceptować pewnych rzeczy i musiałem odejść. Niektórzy piłkarze wiedzieli, że jeśli ja zostanę, to ich nie będzie. A że miałem prezesa przeciw sobie, to zostałem, można powiedzieć, przegłosowany. Poszła o mnie w świat zła opinia i nie dostałem więcej propozycji. Właściwie była jedna, z Bełchatowa, ale już wtedy byłem we Francji.
Chciałby pan podjąć jeszcze pracę w zawodzie?
Teraz mam licencję menedżera i nie mam możliwości innej działalności w piłce.
Jak się pan odnajduje na rynku menedżerskim, który w Polsce słynie raczej jako kłębowisko żmij?
Rzeczywiście sparzyłem się na transferach dwa razy. Załatwiłem zawodnika, a ktoś inny pojechał podpisać. Jeden kolega mówi: „Mam takiego i takiego zawodnika”. Ja mówię: „Daj mi materiały, ja zawiozę i pogadam”. A potem przeczytałem w gazecie, że zawodnik podpisał kontrakt. A więc wszystko dobrze, tyle że według umowy miałem brać w tym udział. OK, dałem się oszukać, moja wina. Z kolegą menedżerem stosunków już nie utrzymuję.
Byliśmy świadkami tego, że w Auxerre wypowiadają pana nazwisko z nabożeństwem.
Żeby tylko w Auxerre… Są ludzie, którzy strzelili więcej bramek ode mnie, jak Bernard Lacombe, który ma ponad 200 goli. Ale on tam grał przez 20 lat. A ja? Strzeliłem prawie 100 bramek w 4,5 sezonu, takiej średniej nie ma nikt. Teraz byłem w Stade Reims, na zaproszenie klubu, Platini wręczał odznaczenie Kopaczewskiemu. Oczywiście od razu mnie zauważył i wymienił z nazwiska.
W końcu był pan do niedawna jedynym Polakiem na okładce „France Football”.
I to dwa razy.
Czyli tam bardziej szanują pana niż tu?
Na pewno, ale nie mówmy o tym. Nie pcham się i tyle. Szkoda, bo gdzieś pewnie bym się przydał. Jestem za to ambasadorem EURO 2012.
Skąd ten pomysł?
Było tak, że Adam Olkowicz szukał kogoś, kto pojedzie na turniej z młodzieżą do Kijowa. Nie było chętnych, więc zadzwonił do mnie. Pyta: „Pojedziesz?”. Marudzę: „Tydzień w Kijowie, no wiesz…”. Ale on się uparł, że to promocja polskiej piłki i tak dalej. To wsiedliśmy w pociąg i następnego dnia byliśmy w Kijowie. Chłopcy grali, a my siedzieliśmy z tymi działaczami. Gdy trzeba było wybrać ambasadora, pamiętano o tym, że się poświęciłem. Niektórzy dziś się dziwią: „Dlaczego akurat ja?”. No to macie odpowiedź.
Kto się dziwi?
Czasami coś w wywiadach czytam, któryś z dziennikarzy wciąż nie dowierza. U nas utarło się, że stara kadra to leśne dziadki. Na początku jak zostało ogłoszone, że będę ambasadorem, to czytałem: „Dlaczego Szarmach, a nie Dudek albo ktoś inny?”. Takie życie, każdy ma swoich kolegów. Tak już jest, że naszego pokolenia trochę się nie docenia, wielu ludzi wychowało się z pokoleniem po nas.
Młodsi, piękniejsi i bogatsi…
Mają pieniądze i tak dalej, ale im nie zazdroszczę ani nie mam do nich żalu. Jak dają, to trzeba brać. Ja grałem na trzech mundialach, na igrzyskach, swoje możliwości wykorzystałem. Może jakbyśmy dostawali za dużo, to też by się nam poprzewracało w głowach? Kto wie.
Pan się wychował w trudnych warunkach?
Mieszkaliśmy na Siedlcach w Gdańsku, to normalna dzielnica. Ojciec pracował w stoczni, mama pilnowała domu, a ja miałem jeszcze siedmiu braci. Ojciec szukał pewnie dziewczyny i się nie doszukał. Urodziłem się pięć lat po wojnie. Niedaleko osiedla był poligon, na którym znajdowaliśmy pociski jeszcze z czasów wojny. Chłopaki wrzucali je do ogniska i z tego co wiem, kilku z nich zginęło.
Na początku grywał pan w piłkę ręczną i w siatkówkę.
Szczególnie gra w siatkę dużo mi dała. Naszym nauczycielem WF był Józek Kopaczel, reprezentant Polski. Graliśmy na SKS-ach. I stąd mój wyskok i moment zatrzymania w powietrzu. Wisisz i celujesz. Jak dziś widzę zawodnika, który idzie do główki i wybija się z dwóch nóg, to mówię: „Ten chłopak grał w siatkówkę”. Piłkarze skaczą z jednej nogi.
Dlaczego w piłkę zaczął pan grać tak późno?
Miałem 17 lat. W 1968 roku w Lublinie była młodzieżowa spartakiada szkół średnich. Zajęliśmy tam drugie miejsce. Zaczepił mnie trener juniorów Polonii Gdańsk i mówi: „Przyjdź do nas na trening”. A ja mówię, że nie ma szans, bo rodzice mnie nie puszczą. Wtedy nie było czasu myśleć o piłce. Chciałem nawet iść na studia, ale też nie miałem możliwości. Musieliśmy pracować. Rodzice początkowo nie pozwalali mi trenować, więc chodziłem tylko na mecze. Potem gdy pracowałem w stoczni, ćwiczyłem po pracy. W końcu matka mnie przyłapała i zapytała: „Co ty kombinujesz?”. Mówię jej: „Jeszcze mnie w telewizji zobaczysz”. A potem prezes Polonii powiedział: „Jak będziesz tak dalej grał, to możesz pracować cztery godziny”. No to wtedy rodzice byli zadowoleni. Praca za cztery godziny, a płaca za osiem, nieźle co?
Pracował pan z Lechem Wałęsą?
Skończyłem Zasadniczą Szkołę Budowy Okrętów i technikum wieczorowe, więc przez trzy lata pracowałem w stoczni na pochylni na wydziale K-3. Byliśmy na jednym wydziale z Lechem Wałęsą, tyle że on był elektryk, a ja monter kadłubów. Po latach nawet o tym rozmawialiśmy. Ale o strajki mnie nie pytajcie, byłem wtedy na obozie przygotowawczym.
Prawdziwa kariera rozpoczęła się jednak po transferze do Górnika Zabrze. A wszystko odbyło się w atmosferze małego skandalu…
Przyszedłem do Arki i jesienią strzeliłem kilka bramek. Na wiosnę w pierwszym meczu jechaliśmy do Wrocławia i tam złamałem obojczyk.
Sport to zdrowie.
Obojczyk to nie problem, bo tego nie widać. Gorzej z nosem. Trzy razy miałem złamany. Raz w Koszalinie na meczu Pucharu Polski z Gwardią. Zyga Szołtysik dośrodkował, ja wyskoczyłem i… obudziłem się w szatni. Nie wiem, kto to zrobił, ale słyszałem, że jest sześciu albo siedmiu, którzy powtarzają, że to właśnie oni złamali nos Szarmachowi.
A co z tym skandalem?
Chociaż grałem tylko jedną rundę w Arce, to byłem w czołówce strzelców II ligi. Przyjechał wtedy szperacz z Górnika i mówi: „Bierzemy cię do Zabrza”. Nie uwierzyłem mu, tam grało 15 reprezentantów Polski! Pytam go: „Panie, potrzebujecie chłopca do podawania piłek?”. Z Arki jak się dowiedzieli, to zaczęli mnie przepytywać: „Co ty tam kręcisz?”. A ja na to, że nic, ale może by mi tak jakąś kawalerkę załatwili. No bo jak mam dwa treningi, to kursuję między stadionem w Gdyni a domem rodziców w Gdańsku, a więc wychodzę w nocy i wracam w nocy. „No jasne – mówią – nie ma problemu, dostaniesz, co chcesz”. Po sezonie pojechaliśmy z Arką do NRD na roztrenowanie. Wracamy, a na peronie czeka na mnie brat. „Nie idź do domu, WSW na ciebie czeka” – widzę przerażoneg o Mariana. Mówi, że mają bilet dla mnie do jednostki wojskowej w Ustce. Okręty podwodne na 3 lata. Ładne mieszkanie, co? Ustaliliśmy, że Marian zabierze moją torbę do domu, a matka upierze brudne rzeczy i da nowe. Umówiliśmy się wieczorem na dworcu. Wskoczyliśmy w pociąg do Katowic, a o 6 rano byliśmy na Śląsku. Miałem adres tego faceta z Górnika, poszedłem do niego z rana i mówię: „Chcieliście mnie, więc jestem”. Zamknął mnie na tydzień w pokoju hotelowym na stadionie w Zabrzu. Przez tydzień brat mi żarcie donosił, a potem byłem już zatrudniony w kopalni.
Skąd wziął się pański pseudonim „Diabeł”?
Jurek Kasalik wymyślił. Graliśmy z Niemcami w eliminacjach młodzieżowych mistrzostw Europy i w drugiej połowie strzeliłem gola głową. Muszą panowie wiedzieć, że wtedy mówili na mnie „Anioł”. I po tej mojej bramce Jurek krzyknął: „Jaki tam z niego anioł, to diabeł”. I wtedy właśnie zostałem „Diabłem”.
A dlaczego „Anioł”?
Jako młody chłopak pojechałem z Polonią Gdańsk na zgrupowanie do Szklarskiej Poręby. Tak dostawaliśmy po tyłku, że po treningu od razu padałem na łóżko. Podobno spałem jak aniołek, musieli mnie budzić na drugi trening. Miałem też inną ksywkę, „Stojanow”. Wiadomo dlaczego. Tłumaczyłem chłopakom: „Role na boisku są podzielone. Jedni są od bronienia, drudzy, tak jak ja, od grania. A jeżeli ktoś nie potrafi, to zostaje mu bieganie”. Ja tam miałem stać i wykańczać. Jak to mówił trener Górski: „Ten chłopak ma jedną okazję, a trzy bramki strzeli”.

Comments (1)

Punktem zwrotnym była praca z Beenhakkerem

Oto rozmowa z Adamem Nawałką. Ukazała się 17.10.2013, a więc bardzo krótko przed tym jak został ogłoszony selekcjonerem reprezentacji narodowej. Oczywiście wprost tego nie mówi, ale od początku było dla nas obu oczywiste, że to wywiad z przyszłym selekcjonerem.

Kto powinien prowadzić kadrę? Polak czy obcokrajowiec? Michał Probierz uważa, że idealizujemy zagranicznych trenerów, przez co krzywdzimy Polaków.
Coś w tym jest. Selekcjoner powinien być z kraju, z którego reprezentacją pracuje. Powinien być to ktoś, kto zna piłkę danego kraju, mentalność ludzi, czyli to, czego poznanie zajmuje obcokrajowcowi więcej czasu. Ale podchodzę do tego liberalnie. Liczą się przede wszystkim kompetencje.
Pan jest poważnym kandydatem.
Widziałem się na okładce waszej gazety, ale na razie nie ma dla mnie tematu.
Mówimy o panu jako kandydacie, a przecież jakieś 5 lat temu był pan zaledwie przyzwoitym ligowym trenerem.  Nagle objął pan GKS Katowice, potem Górnika Zabrze i wskoczył do ścisłej czołówki. Pojawiają się opinie, że jest pan dziś najlepszy w kraju. Co takiego się stało?
Doszedłem do tego przede wszystkim ciężką pracą. Ale punktem zwrotnym była praca z kadrą narodową. Wtedy spojrzałem na piłkę inaczej. Praca z Leo Beenhakkerem, ale też z Bobo Kaczmarkiem, Darkiem Dziekanowskim, Fransem Hoekiem i Andrzejem Dawidziukiem pozwoliła mi dostrzec umiejętność funkcjonowania w sztabie szkoleniowym. Wcześniej wiele rzeczy wydawało mi się oczywiste.Teraz obraz stał się szerszy, zacząłem wychwytywać więcej szczegółów.
Na przykład?
Chodzi choćby o przygotowanie mentalne. W tym Leo był naprawdę dobry. Potrafił dotrzeć do piłkarza głębiej niż inni. Wydawało się, że wszystko jest OK, ale on jeszcze wyłapywał rzeczy, które sprawiały, że zawodnicy dostawali dodatkowego kopa energetycznego. Było to bardzo wartościowe doświadczenie. Od tego momentu moja praca stała się niezwykle efektywna.
Był pan wtedy w trudnym momencie.
Tak. Dopiero podjąłem pracę w Wiśle. Zaczęło się obiecująco, od wysokiej wygranej z Górnikiem, a potem przyszły cztery remisy i się rozstaliśmy. Pojechałem do Włoch, byłem krótko w Romie i Lazio. Gdy wróciłem, zadzwonił Leo. Zapytał, czy chcę być asystentem. Pytam: „Od kiedy?”. On mówi: „Jak to od kiedy? Samolot czeka na ciebie w Balicach”. Po etapie w kadrze podjąłem pracę w GKS Katowice, hartowałem się w bardzo trudnych warunkach. Bez pieniędzy, ale z charakterem. Trzeba było przekonywać zawodników, że warto. Organizować wszystko od podstaw. Łączyć funkcje trenera i menedżera. Byłem w klubach bardzo bogatych, jak Wisła i Zagłębie, średnich – jak Jagiellonia, a potem w biednych jak Sandecja. I w GKS te wszystkie doświadczenia zaczęły procentować.
Czyli tak hartowała się stal, ale większość woli pracować w normalnych warunkach.
Oczywiście, ale praca w takim klubie to bardzo dobre doświadczenie. Prawdziwa szkoła jest tam, gdzie walczysz o przetrwanie, o życie.
Mówiło się sporo o włoskim selekcjonerze. Ciekawe, że jeździ pan cały czas na staże akurat do Włoch.
Uwielbiam oddychać tym powietrzem, lubię ten styl życia. Rzym to najpiękniejsze miasto na ziemi, cały świat jest tu w jednym miejscu. A proszę pamiętać, że jako piłkarz byłem niemal wszędzie, więc wiem, co mówię. Lubię ten zapach historii.
Imponują panu włoscy trenerzy?
Każdego warto podpatrywać, ale na końcu trzeba mieć własny przepis na zupę, wiedzieć, jaką przyprawę dosypać i zrobić to z wyczuciem.
Skąd fascynacja Włochami?
Mój ojciec był piłkarzem, grał w Orlętach Rudawa, a wujek Jan, brat mamy, też grał w piłkę w IV lidze. Wszyscy byli zakochani w piłce nożnej, a wujek we włoskiej. Zresztą od 30 lat mieszka w Rzymie, jest dominikaninem. To były czasy Interu, Milanu, Helenio Herrery. Graliśmy razem, byliśmy Rivą, Riverą, Mazzolą. Nie pamiętam, kim ja akurat byłem, ale piłka włoska była u mnie od zawsze. Imponuje mi, jak zorganizowane są kluby. Jak funkcjonują sztaby trenerskie. Prowadzenie klubu, strategia, taktyka – to najwyższa półka. Włosi kiedyś byli wzorcowym krajem, jeśli chodzi o futbol. Teraz odradzają się, kadra wciąż gra o najwyższe trofea.
Tak, ale nie używają zbyt często czasownika „pracować”, mają opinię leni, a pana drużyny są znane  z ciężkiej pracy. 
Ale mówimy o codziennym życiu, przyzwyczajeniach, nawykach.
A skąd, Arigo Sacchi mówił o tym też w kontekście piłkarskim.
Gdy jestem we Włoszech, czasem przecieram oczy, widząc, jak ciężko tam pracują nad przygotowaniem fizycznym i taktycznym. Pierwszy raz byłem tam w 2000 roku, gdy Romę prowadził Fabio Capello. Było to w Trigorii, ośrodku treningowym. Wprowadził mnie Zbyszek Boniek, przed którym wszystkie drzwi były otwarte. Capello wtedy rozbudził wielkie nadzieje, a w pewnym momencie wyglądało to naprawdę źle. Zespół odpadł z Pucharu Włoch, była tragedia. Przegrał kilka gier kontrolnych. Pod ośrodek przyjechały tłumy kibiców, którzy chcieli wyrazić niezadowolenie. Kilka tysięcy osób chciało wyważyć bramy. Ochraniali nas carabinieri, latały śmigłowce. Zawodnicy wjeżdżający do ośrodka byli obrzucani wszystkimi możliwymi składnikami pizzy. Szokujące. Jakoś to w końcu zostało załagodzone. Zarząd utrzymał na stanowisku trenera, zespół zaczął wygrywać. Zaczęła się fantastyczna seria, Roma w 2001 roku zdobyła mistrzostwo Włoch. To pokazuje, że liczy się konsekwencja w realizowaniu koncepcji. Wszystko, co dzieje się wokół, trzeba dostrzegać, ale nie może to mieć wpływu na pracę. To wiele razy sprawdziło się w moim przypadku.
Myśli pan na przykład o Miliku?
Chociażby. Kibice nie mieli już do niego cierpliwości. Chcieli, żebym go przestał wystawiać, ale byłem przekonany do jego talentu. W meczu z Koroną w końcu strzelił dwie bramki, przełamał się.
Ma pan opinie trenera, który pracuje głównie z młodymi.
Zaczynałem pracę jako trener młodzieży, miałem dobre wyniki. To wdzięczna praca, bo łatwiej jest ulepić zawodnika młodego niż tego z nawykami. Ale… jeśli piłkarz jest pozytywnie nastawiony do pracy, to choćby był starszy, dostosuje się. Lubię pracować z doświadczonymi graczami, o ile chcą się nadal uczyć i są głodni sukcesu. W szatni doświadczeni piłkarze mają bardzo duży wpływ na młodych, są przez nich cały czas obserwowani. Świetnym przykładem do naśladowania był Michał Bemben. Miał 37 lat i w dalszym ciągu był żądny gry, chciał poznawać nowinki taktyczne. To się udzielało młodym. Doświadczeni zawodnicy o takim podejściu są niezwykle wartościowi. A ci, którzy marudzą, zamiast pracować…
…to – jak pan mówi – zgniłe jabłka.
Dokładnie. A zgniłe jabłka trzeba wyrzucać, żeby się nie zepsuły inne. W Górniku trafiłem na świetną grupę a potem wyselekcjonowałem kolejnych piłkarzy o dobrej mentalności. Umiejętności są różne, ale nastawienie do pracy ciągle musi być pozytywne.
Wiosna zachwiała pańską pewnością siebie?
Proszę nie żartować. Nabrałem jeszcze większego przekonania do tego, co robię. Jak słucham analiz, że to była fatalna runda…
Przegraliście 10 spotkań.
Proszę patrzeć na realia. Sami sprowokowaliśmy sytuację, w której mówiono o nas jak o faworytach. Jesienią wyróżnialiśmy się świetną organizacją gry, ofensywnym nastawieniem, dobrą defensywą. Posiadaliśmy piłkę, co zresztą coraz lepiej nam wychodzi. A przecież, żeby mieć piłkę, trzeba umieć ją odebrać. Pressing to nasza broń. Na wiosnę straciliśmy Arka Milika, nie mogli grać boczni obrońcy Michał Bemben i Seweryn Gancarczyk. Z Pucharu Narodów Afryki z kontuzją wrócił Prejuce Nakoulma i dopiero w ostatnim spotkaniu zagrał na swoim poziomie. Drużyna, żeby się rozwijać, musi mieć więcej niż 11 zawodników na wysokim poziomie.
Na prawą obronę miał pan akurat Pawła Olkowskiego. Mówi się, że to następca Piszczka.
Ja o tym doskonale wiem, ale trzeba czasu, żeby młodego zawodnika dostosować do tej pozycji. Ma wielki potencjał, ale przed nim sporo pracy, zanim wskoczy na „international level”. Poza tym straciłem go jako prawoskrzydłowego. A więc daje to pięciu zawodników. Na 10 przegranych meczów w ośmiu mieliśmy inicjatywę, przegrywaliśmy minimalnie. Nawet przez chwilę, nawet przez sekundę nie było załamania, utraty kontroli. Zawodnicy nie spuścili głów. Wiedzieliśmy, czego nam brakuje, pracowaliśmy, by to poprawić. Byliśmy rozczarowani, ale nie straciliśmy pewnego komfortu. Wiedzieliśmy, że idziemy do przodu. Czasem, gdy są wielkie oczekiwania i przychodzą porażki, następuje załamanie. U nas tego nie było. Widziałem, gdzie są braki. To była kwestia czasu, kiedy się odbudujemy i z jeszcze większym rozmachem wystartujemy.
A pan stał się rzecznikiem polskich trenerów. Mówią: „Nawałka przegrał 10 meczów i został.  To i mi dajcie czas”.
I bardzo dobrze. Jest konsekwencja. Mamy plan, wiemy, że jest dobry i trzymamy się go. Oczywiście, trzeba robić korekty.
Mówił pan, że na końcu wynik rozlicza trenera, a pan wtedy tych wyników nie miał.
Mieliśmy walczyć o utrzymanie, a zajęliśmy piąte miejsce, najlepsze od 25 lat. Zaczynaliśmy od I ligi, co sezon jesteśmy lepsi.
Trener Bela Guttmann mówił, że idealny czas dla trenera w klubie to dwa lata.
Tak było 50 lat temu, teraz cztery okresy przygotowawcze to minimum, żeby trener odcisnął piętno. Oczywiście mówimy o klubie, który ma potencjał organizacyjny i ekonomiczny.
Na co stać Górnik?
Mówimy o najbliższym meczu. Wiem, nie brzmi to zbyt oryginalnie, ale taką przyjęliśmy strategię.
Teraz jedziecie do Śląska, zespołu, który grał w europejskich pucharach.
To bez znaczenia. Każdego przeciwnika szanujemy, ale chcemy grać swoją piłkę, czy to z ostatnim zespołem, czy z Legią.
Mówi się, że Legia jest w tej lidze poza zasięgiem.
Każdy, kto do niej przyjeżdża, od razu cofa się na 16 metr, co Legii odpowiada. My nie chcieliśmy tego robić i mogło być różnie (2:1 dla Legii – przyp. red.).
Tracicie do niej dwa punkty, jesteście  kandydatem do tytułu.
Nie ma się co zachłystywać. Budujemy zespół. Jest morale, jest fantastyczna praca zawodników. Tego się trzymajmy.

Dodaj komentarz

Burza

fragment książki „Wielki Widzew”
– Nie wiem, co się stało, mam prąd w nogach – wycedził do nachylającej się nad nim kobiety Ignacy Olczyk. Przerażony 85–latek leżał na trawniku w kałuży krwi. Minęło może kilka minut i było po wszystkim.
***

Zbliżała się godzina 18. Olczyk zawsze o tej porze szedł na mszę do kościoła św. Wojciecha. Również w poniedziałek, 25 lutego 1980 roku. Zamiast przez przejście dla pieszych przy skrzyżowaniu Rzgowskiej i Kosynierów Gdyńskich, poszedł skrótem. Wystarczyło przeciąć dwupasmową jezdnię ulicy Rzgowskiej, kilkadziesiąt metrów za przejściem. Wyczekał aż droga będzie pusta i ruszył.

Był ledwo widoczny, uszkodzone latarnie tego dnia nie świeciły. Olczyk przeszedł kilka metrów i, jak twierdzili potem oskarżeni, nagle zawrócił. Ostatnią rzeczą, jaką mógł zobaczyć, był oślepiający blask zbliżających się szybko żółtych świateł. Chwilę później idący chodnikiem ludzie usłyszeli tępy dźwięk, po którym nastąpił pisk opon. Potem duży fiat zjechał na pobocze. Stał chwilę, poczym ruszył z dużą prędkością. Kierowca innego fiata, Henryk Bednarczyk, jechał chwilę za sprawcą i długimi światłami dał znak, by ten się zatrzymał. Po kilkudziesięciu metrach jadący przed nim samochód zahamował. Wysiadło z niego dwóch młodych mężczyzn.

– Zostańcie na miejscu, a ja pojadę zawiadomić milicję i pogotowie – rozkazał Bednarczyk.

Kierowca, zakrwawiony i rozdygotany, próbował negocjować.
– Jestem po dwóch piwach, odjadę z tego miejsca bocznymi drogami. Niech pan nikomu nic nie mówi i nie zawiadamia milicji – odpowiedział bełkotliwie.

Bednarczyk nie zamierzał wchodzić w żaden układ. Wyciągnął długopis, żeby spisać numery rejestracyjne. Sprawca wyprzedził jego ruch i podyktował je sam. Nie wdawał się jednak w dalszą dyskusję.

Za chwilę razem z pasażerem wsiedli do samochodu i odjechali. Kilkanaście minut później na miejscu zjawiła się milicja. Kierujący fiatem Stanisław Burzyński i jego pasażer Piotr Gajda w tym czasie stali w drzwiach mieszkania Zbigniewa Bońka. Zakrwawiony Burzyński wszedł i od progu powiedział: „Stała się tragedia”. „Murzyn” zaprowadził obu do pokoju. Poprosił żonę o przygotowanie kawy, a sam obmył i opatrzył rękę Burzyńskiego. Potem żonę poprosił o wyjście do koleżanki, bo rozgrywały się tu sceny, których wrażliwa kobieta widzieć nie powinna. Gdy wyszła, Boniek nalał Burzyńskiemu koniaku. Potem uzupełniał kieliszek jeszcze dwukrotnie. Za chwilę w mieszkaniu Bońka zjawili się Jacek Machciński i Stefan Wroński. Porozmawiali, po czym Machciński z Gajdą pojechali obejrzeć, jak wygląda sytuacja na miejscu wypadku. Gdy wrócili, razem z innymi doszli do wniosku, że znaleźli się w ślepej uliczce. Jedynym wyjściem było powiadomienie milicji i przyznanie się do winy. I tak zwlekali już zbyt długo. Nie mieli pojęcia, że funkcjonariusze po numerach rejestracyjnych i doszli już do nazwiska sprawcy. Telefon z komendy odebrała żona bramkarza Bogusława, a kilkanaście minut później obaj zawodnicy, razem z Machcińskim i Wrońskim, byli już na posterunku. Była godzina 21.

Po wstępnym przesłuchaniu o 21.50 pobrano Burzyńskiemu do badania pierwsze próbki krwi. Badanie powtórzono godzinę później. Pracownicy zakładu medycyny sądowej przy Akademii Medycznej w Łodzi określili, że Burzyński miał odpowiednio 0,95 i 0,77 promila alkoholu we krwi. Te wyniki nie pozostawiały wątpliwości co do jego winy.
***

Następnego dnia zawodnicy stawili się na treningu. Kilkanaście dni później, 8 marca, Burzyński wystąpił w meczu pierwszej kolejki rundy wiosennej z GKS Katowice. Należał do najlepszych na boisku. Sprawę wciąż udawało się ukryć przed opinią publiczną.

Bramkarz był podenerwowany i Sobolewskiemu powiedział, że wolałby na boisko nie wychodzić. Prezes stwierdził, żeby „niczym się nie martwił, bo wszystko zostanie załatwione”. Prezes nie chciał rozgłosu, wolał uniknąć niewygodnych pytań, które by padły, gdyby Burzyński nie stanął w bramce. Liczył na to, że sprawa wciąż jest znana tylko wąskiej grupie osób, jeśli wiedzą o niej dziennikarze, to ci, którzy będą milczeli. Nawet gdy odebrał telefon z PZPN z ostrzeżeniem i sugestią, że wystawienie zawodnika nie jest najlepszym pomysłem, zignorował to. Wierzył, że jest wszechmocny, że może wszystko załatwić, z każdym się dogadać. Wszyscy w Widzewie karmili się tą halucynacją. Gdzie Sobolewski nie może, pośle Wrońskiego, ale sprawa będzie załatwiona – tak jak było do tej pory. Przecież dawniej piłkarze ścigali się po ulicach Łodzi, robili zakłady, kto przejedzie na czerwonym świetle – pomocnik Widzewa czy bramkarz ŁKS–u i nikt nie protestował. Byli królami miasta. Pijanych piłkarzy do domu rozwozili mundurowi. Sprawa Burzyńskiego miała się dla nich stać brutalną pobudką. Efekt jego występu w meczu był opłakany.

Zdegustowana Kazimiera Najberg, córka zmarłego, napisała list do prokuratora generalnego, dołączając odpis pisma skierowanego do GKKFiS. Zapytała w nim „Czy sportowcy są innymi obywatelami i podlegają innemu prawu?”. Glejt Sobolewskiego nie miał żadnej mocy w Warszawie. Tu zadecydowano, że sprawę od Prokuratury Łódź–Polesie przejmie prokuratora wojewódzka. 18 marca Burzyńskiego aresztowano. 29 kwietnia wraz z Gajdą stanął przed sądem.
***

Zawsze elegancki. Po treningu ten przystojny wysoki blondyn zakładał jeden ze swoich wyprasowanych sportowych ciuchów dobrej jakości, zapalał marlboro. To był światowiec. Lubił taki styl. Żona pracowała niedaleko portu w sklepie sprowadzającym towary z Zachodu. O ile inni pozowali czasem na ludzi z klasą, to Burzyński faktycznie mógł wzbudzać podziw. A Trójmiasto dzięki wpływającym do portu statkom częściej miało kontakt z wielkim światem niż miasta na południu. Tu wszystko było lepsze i on potrafił z tego korzystać. Była to pewnie dla niego jakaś odskocznia od trudnej młodości. Pochodził z Gdańska, z nizin społecznych. Jeden z byłych juniorów Lechii opowiadał mi, że trener ich zespołu Roman Rogocz kazał wszystkim wychodzić z szatni, „bo ma ze Staśkiem do pogadania”.

– „Burza” po prostu wstydził się przebierać przy chłopakach. Całe plecy, od karku do pasa, to był jeden wielki siniak. Ojciec go prał, był brutalny. To był taki stary lechista, chciał żeby Stasiu zrobił karierę. A Stasiu był oporny, problemowy – opowiadał mi Rogocz.

Burzyński miał wtedy 16 lat. Trzy lata później debiutował w drugoligowej Lechii. Pierwszy bramkarz Mieczysław Sztuka doznał kontuzji i trener seniorów Edward Brzozowski postawił na przerażonego młodego chłopaka, który sam mówił, że „miał nogi jak z galarety”. Szybko opanował nerwy i bronił na tyle pewnie, że do końca sezonu nie oddał już miejsca w bramce. Gdy Lechia w 1969 roku spadła do ligi międzywojewódzkiej, po zawodnika zgłosiła się Arka. Działacze tego klubu mieli początkowo wątpliwości, czy go angażować, bo wiedzieli, że wcześniej miewał kłopoty z prawem, był skazany za pobicie. Z drugiej strony mieli świadomość, że to największy talent na Wybrzeżu, a właśnie w Gdyni budowano zespół, który miał reprezentować region.

– Obawialiśmy się tego transferu, ale przez te trzy lata nie sprawiał żadnych problemów. Inna sprawa, że odbyliśmy sporo rozmów wychowawczych. Pamiętam, że gdy wróciliśmy z obozu w Soczi, jego matka niemal całowała mnie po rękach. Mówiła, że w końcu wyszedł na ludzi – wspomina Grzegorz Polakow. Ówczesny trener zespołu z Gdyni dodaje, że młody, 21–letni bramkarz był nieprawdopodobnie ambitny.

– Miał niezwykłą chęć wygrywania. Na gierkach treningowych zawsze kłócił się ze Zbyszkiem Strzeleckim. Mieli pianę na ustach, Stachu bluzgał, wściekał się. Ja mówiłem, że robimy przerwę dla chłopaków, że teraz będą się bili. Ale po treningu razem szli na piwo – dodaje Polakow.

Dopiero podczas treningu Burzyński był w swoim żywiole. Marian Geszke, ówczesny asystent Polakowa, wsadzał dwa kije w piach, na nich zawieszał drewnianą tyczkę i kazał skakać. Gdy notorycznie strącali tyczkę, Geszke przybijał do niej gwoździe.

Teraz przeszkoda była kilka centymetrów wyższa i strącenie powodowało rany. Asystent Polakowa mówił, że „problemy leżą w głowie” i miał rację. Burzyński, jeśli nie chciał widzieć własnej krwi i poczuć bólu wrzynającego się w skórę kawałka żelastwa, musiał skakać wyżej niż kiedykolwiek. Dzięki temu wyrobił sobie niezwykłą skoczność, którą potem czarował kibiców. Stał się ulubieńcem publiczności. A na Wybrzeżu zawsze mówiono, że jest tu znacznie więcej zawodów, niż figuruje w oficjalnym spisie. Spora grupa bezrobotnych przesiadywała na trybunach, zakładając się o sumy ledwie mieszczące się w wyobraźni przeciętnego człowieka. Lubili znać piłkarzy. Burzyński szybko wpadł w to towarzystwo, zyskał szacunek ludzi z miasta, drobnych kombinatorów, cwaniaczków i hochsztaplerów. Lubił wyglądać jak oni, być człowiekiem z klasą i jednocześnie typem zawadiaki.
Był twardo wychowywany, ale miał też bardzo mocną osobowość. Przynajmniej wtedy tak się wydawało. To właśnie on brał na siebie ciężar negocjacji z zarządem, dowodził zespołem. Włodzimierz Żemojtel, który wówczas był rezerwowym bramkarzem, opowiada: – Walczył w imieniu piłkarzy i były to ostre starcia, niemalże awantury. Mówił wszystko wprost, nie owijał w bawełnę, w pewnym momencie ludzie z zarządu chcieli go nawet usunąć z drużyny.

Burzyński odszedł jednak sam. Po spadku Arki w 1975 roku porozumiał się już z Górnikiem Zabrze, ale w ostatniej chwili spojrzał przychylniej na Widzew.

Akcję wydobycia Burzyńskiego z objęć Górnika przeprowadził Wiesław Kaczmarek, ówczesny kierownik Widzewa. Bramkarz mieszkał w hotelu przy stadionie w Zabrzu, dostęp do niego miało tylko trzech działaczy tutejszego zespołu. Kaczmarek nie mógł

liczyć na rozmowę, więc poprosił o pomoc nieznajomą.

– Siedziałem w kawiarni i nagle doznałem olśnienia. Przy jednym ze stolików siedziała atrakcyjna dziewczyna. Szybko się przysiadłem i wyjaśniłem o co chodzi, jaki jest cel wizyty, w którym hotelu znajduje się poszukiwany zawodnik i jak zamierzam „Burzę” wyciągnąć – wspominał Kaczmarek w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”.

Dziewczyna ośmielona kilkoma kieliszkami koniaku poszła do hotelu, gdzie przedstawiła się jako narzeczona piłkarza. Po kilkunastu minutach wyszła z nim pod rękę. Wtedy zawodnika przejął Kaczmarek, który szybko przedstawił ofertę klubu z Łodzi. Burzyński wrócił po walizki. Pilnującym działaczom powiedział, że dzwonił prezes klubu z Zabrza i poinformował, że ma wziąć rzeczy i udać się do nowego mieszkania. Zamiast tego wsiadł w taksówkę i pojechał do Gdyni. Kurs kosztował 8 tysięcy złotych, ponad dwukrotność przeciętnej pensji krajowej. Do kosztów kierownik dodał jeszcze bombonierkę dla dziewczyny.

Kilka dni później w mieszkaniu Burzyńskiego stawił się Machciński. Razem pojechali do Łodzi.

Nowy bramkarz idealnie pasował do drużyny Jezierskiego. Był naturalnym przywódcą oraz fantastycznym przykładem dla pozostałych zawodników.

– Zdarzało się, że podczas treningu leżał na ziemi z wycieńczenia i nikt inny na jego miejscu by się nie podniósł, ale on mówił wtedy: „Jedziemy dalej!”. Dzień w dzień harował na pograniczu ludzkich możliwości, uwielbiał trening. Był niesamowity na przedpolu, kochał efektowne parady, był wtedy jednym z najlepszych w kraju, to pewne – mówi Żemojtel.

Z kolei Mirosław Westfal, drugi trener Widzewa, przyznał, że Burzyński to obok Kowenickiego najciężej pracujący zawodnik w zespole. Podobnego zdania był Bronisław Waligóra.

– Uwielbiał pracować. Zostawał po treningach z Tadkiem Gapińskim i eliminował braki. Na pewno był w pierwszej trójce w Polsce – uważa były trener Widzewa.

Zresztą nawet Kazimierz Górski w 1975 roku przyznał, że Burzyński jest trzeci w kraju. Zaraz po Janie Tomaszewskim i Janie Karweckim, a przed Andrzejem Fischerem i Piotrem Mowlikiem.

W Widzewie Burzyński odgrywał ważną rolę. Wielu piłkarzy uważa, że to właśnie on wraz z Wiesławem Chodakowskim byli liderami zespołu, zanim nastał czas Bońka.

Znajdował się u szczytu swojej kariery. W czasach kryzysu klubu był wiodącą postacią. Tygodnik „Piłka Nożna” podkreślał, że tylko dzięki Burzyńskiemu Widzew w grudniu 1978 roku miał niewielką stratę do czołówki, a po za kończeniu sezonu 1978/79 katowicki „Sport” wręczył mu Złote Buty, nagrodę dla najlepszego piłkarza ligi. Redakcja podkreśliła, że było to zwycięstwo bezapelacyjne. Jeszcze w grudniu 1979 roku „Piłka Nożna” uznała go za drugiego bramkarza ligi, za Zygmuntem Kuklą ze Stali Mielec.
Marian Geszke, były trener Lechii, uważa, że Burzyński był najlepiej wprowadzającym piłkę do gry bramkarzem w kraju. Miał niemal perfekcyjne dalekie podanie. Do tego był jednym z lepiej wyszkolonych technicznie zawodników na swojej pozycji. Mimo to w kadrze był bez szans, bo pewniakiem był Tomaszewski. Sam Burzyński mówił o swoim rywalu, że „W lidze broni przeciętnie, ale w kadrze nigdy nie zagrał słabego meczu”. Według Andrzeja Czyżniewskiego, przyjaciela Burzyńskiego, ten miał żal, że nie pojechał na mundial do Argentyny, choćby w roli zmiennika. Wiedział, że jest w fantastycznej formie. Bramkarz Widzewa był próbowany w pierwszej reprezentacji dwukrotnie. W 1976 roku zagrał w meczach z Argentyną (1:2) i Francją (0:2). Musiał zadowolić się grą w drużynie olimpijskiej

prowadzonej przez Edmunda Zientarę. Również tam miał ogromny autorytet. Wybrano go nawet na przewodniczącego rady drużyny. Miał wówczas 31 lat i w perspektywie wyjazd do Anglii na zakończenie kariery. Jego znajomy z Gdańska, Andrzej Nowak, mówi, że od transferu do Ipswich Town, Burzyńskiego dzielił jedynie

podpis na kontrakcie. Zresztą na poczet transferu bramkarz pożyczył od Machcińskiego sporą sumę pieniędzy.

Żona trenera była temu przeciwna, ale Machciński się uparł. Burzyński przyszedł do banku po pieniądze. Po południu poszedł jeszcze na towarzyskie spotkanie z jednym z masażystów. Wypili po kilka piw i kilka kieliszków wódki. Wieczorem bramkarz Widzewa pojechał z Gajdą do prowadzonego przez znajomego lokalu w podłódzkim Tuszynie. Wyprawa zakończyła się na skrzyżowaniu Rzgowskiej i Kosynierów Gdyńskich.
***

Podczas posiedzenia sądu prokurator Czesław Zalewski zaznaczył, że „postępowanie oskarżonych 25 lutego otaczają nieprzyjemne opary niejasności i sprzeczności. Postępowanie obu piłkarzy przy wydatnej pomocy działaczy sportowych Widzewa, a zwłaszcza piłkarza Zbigniewa Bońka, poważnie utrudniło przebieg śledztwa i w konsekwencji uniemożliwiło bezsporne ustalenie wszystkich okoliczności”.
Prokurator zasygnalizował, że Boniek użył sztuczki. Nalał Burzyńskiemu nieco koniaku „na zdenerwowanie”. Efektem miało być wrażenie, że Burzyński prowadził na trzeźwo, a pił po fakcie. Sam bramkarz w sądzie utrzymywał, że poprzedniej nocy wypił do kolacji pół litra wódki, zaś u Bońka 100 gramów koniaku. I to wszystko. Sąd zorientował się, że kręci, bo wcześniej, podczas przesłuchania wstępnego, utrzymywał, że wypił ćwierć litra wódki z mirindą, a u Bońka około 200 gramów koniaku.

Zapytany o stan Burzyńskiego, Boniek odpowiedział w sądzie: „Mogę stwierdzić, że Burzyński był trzeźwy na podstawie tego, że gramy w jednej drużynie”. Z kolei zapytani bezpośrednio po wypadku, dlaczego uciekli z miejsca tragedii, oskarżeni odpowiedzieli, że nie mogli znieść widoku poszkodowanego, który dostał ataku konwulsji. Po naradzie z adwokatami zmienili wersję. Tym razem Burzyński miał obawiać się linczu. – Miałem zakodowane w pamięci, że zbiorowiska ludzkie reagują dwojako”. Obaj zawodnicy utrzymywali też, że znajdowali się jeszcze w stanie szoku.

Dlaczego więc nie zgłosili się na komendę? Odpowiedzieli, że nie wiedzieli, której komendzie Milicji Obywatelskiej podlegają wypadki drogowe.

Na niekorzyść Burzyńskiego miał świadczyć fakt, że podczas pierwszego przesłuchania Gajda przyznał, iż w styczniu obaj już raz jechali z Tuszyna po spożyciu alkoholu i nikomu nic się nie stało. Podczas procesu Gajda zmienił te zeznania i zaznaczył, że owszem, przed Burzyńskim stały kieliszki, ale on nie widział, żeby

jego kolega pił. Dla sądu było oczywiste, że te wszystkie wyjaśnienia i zwroty akcji są mało wiarygodne. Wszystkie zmiany zeznań działały na niekorzyść oskarżonych.

Biegli z wydziału kryminalistyki z Komendy Wojewódzkiej MO w Łodzi stwierdzili, że gdyby jechał on 70 km/h, miałby szansę wyminąć Olczyka, zaś gdyby prędkość wynosiła poniżej 64 km/h, zdołałby się zatrzymać przed staruszkiem. Biegli stwierdzili bowiem, że bramkarz Widzewa powinien dostrzec Olczyka z odległości 40 metrów. Ale to wszystko przy założeniu, że byłby trzeźwy.
Ostatecznie sąd uznał, że Burzyński jechał około 70 km/h, ale też stwierdził, że do wypadku przyczyniła się ofiara. Przyznano rację oskarżonym, że Olczyk w ostatniej chwili zawrócił. Z tą wersją nie mogła pogodzić się rodzina ofiary. Według nich do tragedii doszło na pasach, a potem bramkarz Widzewa wiózł Olczyka na masce. Sąd zaznaczył, że zachowanie ofiary nie powinno mieć jednak wpływu na reakcję kierowcy. Potem przez lata pojawiały się sugestie, że w samochodzie było więcej niż dwóch piłkarzy. Nigdy jednak nie dowiedziono, że sprawcy kogoś kryli.

Burzyński został uznany za winnego spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym oraz ucieczki z miejsca zdarzenia. Gajda – ucieczki i nieudzielenia pomocy rannemu. W uzasadnieniu sąd stwierdził, że „sprawcy musieli zdawać sobie sprawę, że obrażenia ofiary są poważne i mogą zagrażać jego życiu”.

Ostatecznie Burzyński został skazany na 2,5 roku więzienia i zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na 4 lata. Na Gajdę nałożono grzywnę w wysokości 25 tysięcy złotych. Obaj musieli też ponieść koszta postępowania sądowego.

Dodatkowo GKKFiS zawiesił obu w prawach zawodników.

Piotr Gajda tłumaczył mi się, że uciekł z miejsca zdarzenia, bo nie miał wielkiego wyboru: – Trudno mówić o ucieczce. Ja byłem jedynie pasażerem. Potem Boniek zadzwonił do prezesa, prezes na milicję i sami pojechaliśmy zeznawać, nikt nas nie zmuszał. Niestety Stasiu wyszedł wtedy na mecz z Katowicami i to był błąd. Mogło to zostać tak odebrane, że jesteśmy piłkarzami i wszystko możemy.

Powinno być to rozegrane inaczej. Niestety, moja kariera była skończona. Miałem rok przerwy w grze. Prezes Sobolewski na początku chciał, żebym został, ale zakazał mi takich bliskich kontaktów, jakie miałem z Burzyńskim. Tyle że z Młynarczykiem było jeszcze gorzej, dlatego musiałem odejść do Pogoni. Tam też nie mogłem grać z powodu ciągle trwającego zawieszenia, więc wyjechałem do Niemiec. A wyjazd oznaczał rok karencji. Straciłem sporo czasu, uciekła mi kariera. A wszystko wyglądało tak pięknie. „Burza” miał wyjechać do Anglii, ja miałem wskoczyć za

niego…
***

Chwilowo skomplikowała się sytuacja Widzewa. W kolejnym po spotkaniu z GKS Katowice meczu, z Lechem Poznań, miał wyjść Piotr Gajda, ale tym razem Sobolewski zachował ostrożność i właściwie w ostatniej chwili kazał posadzić go na ławce rezerwowych. Trzeci bramkarz Jerzy Woźniak nie wytrzymał próby, podobnie zresztą jak cały zespół. Widzew przegrał u siebie z Lechem 0:3 i znalazł się zaledwie 2 punkty nad strefą spadkową.

– Przegraliśmy fatalnie jeden mecz ligowy, ale zawodnicy w porę się otrząsnęli – odetchnął z ulgą Sobolewski. Zapewnił też, że klub nie odwróci się od Burzyńskiego i Gajdy.
***

Burzyński prosto z aresztu trafił do zakładu półotwartego w Choruli. Do południa pracował, zaś potem trenował z Odrą Opole. Przez jakiś czas był wspierany finansowo przez kolegów z zespołu. Otrzymywał normalne premie meczowe za zwycięstwa Widzewa, zaś żona dostała propozycję pracy w Łodzi, ale wybrała życie w rodzinnej Gdyni. Bramkarz mimo to czuł się osamotniony i opuszczony. Z napisanego 9 sierpnia 1980 roku listu Burzyńskiego do Jacka Machcińskiego wyłania się obraz odmienny od tego szeroko rozpowszechnianego w prasie.

„Prośba druga dotyczy spraw poważniejszych. Chodzi mi o obietnice, które zrobił prezes Sobolewski Boguśce. To co zrobił później, nazwałbym po imieniu ale nie muszę, bo sam wiesz jak to się nazywa. Ostatecznie nie musiał nic obiecywać, a argumentować później w ten sposób jak to zrobił to…

Nie spodziewałem się też odpowiedzi typu: „Staszek już nie jest zawodnikiem Widzewa no i niech wszystkie sprawy sobie sam załatwi”.

Pozostaje jeszcze sprawa przekazania moich papierów do Odry i sprawa kosztów sądowych. Myślę, że w/g obietnicy klub pokryje koszta sądowe, bo nie chciałbym żeby Bogusia musiała się użerać z komornikami. Co do Odry, to nic na razie nie wiem, pracuję normalnie w Krapkowicach (potem też pracował w zakładach drobiarskich – przyp. MW) i nikt z klubu ze mną nie rozmawia. Poza tym był u mnie, przejazdem co prawda, Daroszewski i Kuźniak, ale jakoś żaden z nich nic mi nie powiedział o tej kombinacji z Odrą. No cóż, „murzyn zrobił swoje”…

Przekazuje się papiery do innego miasta, umywa rączki i wszystko jest w porządku. Żałuję w tej chwili jednej rzeczy, że nie porozmawiałem o pewnych sprawach wcześniej i że tak bardzo ufałem prezesowi Sobolewskiemu. Wiem, wiem, dużo dla mnie zrobił i Ty też i jeszcze parę osób. Tym bardziej się dziwię, że w sumie w tak „drobnych” sprawach w stosunku do całości sprawy, tak postąpił.

Mniej więcej jestem zorientowany w całej sprawie, części się domyślam ale nie mogę zrozumieć pewnych decyzji i posunięć władz klubu. Może jednak skończę ten temat bo nie jest najprzyjemniejszy, przynajmniej dla mnie.
Minęło już, może raczej dopiero, pięć miesięcy i powoli pogodziłem się z losem. Zrezygnowałem całkowicie z jakichkolwiek ćwiczeń, wystarczą mi te w pracy (pracuję fizycznie w Zakładach Papierniczych w Krapkowicach). Początkowo łudziłem się, może amnestia, może rewizja coś zmienią ale teraz wiem ile mam do odsiedzenia i liczę po prostu miesiące. Tu w Choruli czas płynie szybko i czasami człowiek nie wie kiedy minął tydzień, ale pobytu na Stokowskiej (areszt śledczy w Łodzi znajduje się właściwie na Smutnej, przedłużeniu Stokowskiej – przyp. MW) nie zapomnę do końca życia. Nie wiem co by było, gdybym musiał w takim zakładzie zamkniętym odbębnić cały wyrok, chyba po wyjściu stałbym się prawdziwym kryminalistą”.

Zmienił go ten pobyt w areszcie. O ile w więzieniu bywało znośnie, to areszt wykończył go psychicznie. Andrzej Czyżniewski zapamiętał, że Burzyński opowiadał mu potem, że nie spał po nocach. Miał w celi wielokrotnego mordercę, był przerażony.

Można ten list Burzyńskiego uznać zarówno za przejaw ogólnego rozczarowania, ale też chwilowego zwątpienia. A może miał żal, że Widzew wymienił go na Młynarczyka, że w Łodzi już nikt na niego nie czeka. A jednak z kilkudniowych wizyt w Gdyni, gdzie jeździł na przepustki, Burzyński wracał przez Łódź. Dowoziła go żona, a dalej zabierali koledzy, głównie Tadeusz Gapiński i Andrzej Grębosz. Przyjechał też w 1984 roku na mecz gwiazd „Stary Widzew – Nowy Widzew”. Pojawiła się też informacja, że próbował swoich sił w RC Lens, gdzie pojechał na zaproszenie Mirosława Tłokińskiego, ale pomocnik Widzewa mówi, że była to jedynie przyjacielska wizyta, która „raczej zdołowała Stasia, bo widział, co stracił”.

Z więzienia wyszedł pod koniec 1981 roku. Jego szczęście wiązało się z dramatem narodu. Wprowadzono stan wojenny i cele więzienne, jak przypuszczają koledzy Burzyńskiego, czyszczono z drobniejszych przestępców, złodziejaszków czy sprawców wypadków. Mieli je zapełniać opozycjoniści.

Do Burzyńskiego wyciągnął rękę stary znajomy Marian Geszke, który teraz był trenerem Bałtyku. Znali się z Arki i z Łodzi. Geszke pracował w ŁKS, gdy Burzyński przeżywał swoje najlepsze chwile z Widzewem.
***

Na stadion podjechał maluch. Od strony pasażera wysiadł Burzyński. Przyjechał tak, jakby był tu zawsze. Zadbany, elegancki. Gdyby zapytać kogokolwiek znajomego o jedno słowo na określenie Burzyńskiego, to chyba to drugie pasuje najbardziej. Był też dość dobrze przygotowany. Pilnował się. Jako więzień pracował w kilku miejscach, najdłużej w fabryce papieru, a popołudniami trenował z Odrą Opole. Potem przez pewien czas nie mógł trenować. Któryś z dziennikarzy napisał artykuł w gazecie. O tym, że pali dobre papierosy i ma czyste wypielęgnowane ręce. Miało być sympatycznie i pozytywnie, ale naczelnik dostał po uszach, że więźniowie, nie dość, że mają lekko i przyjemnie, to jeszcze popalają marlboro.

A wszyscy przyjaciele, którzy jeździli do Burzyńskiego, doskonale wiedzieli, że mają mu przywieźć karton tych konkretnych papierosów. To też dawało mu lepsze notowania w więzieniu.

W Bałtyku szybko stał się wzorem dla młodych, którzy śledzili uważnie każdy jego ruch. Był tu legendą. Geszke był zadowolony. Podczas zimowego zgrupowania Burzyński czasem wyręczał go, robił wykłady z taktyki, mówił o ćwiczeniach. Dla marzących o wielkiej karierze chłopców wciąż był gwiazdą Widzewa, reprezentantem

Polski, kimś z lepszego świata.

Bałtyk zatwierdził bramkarza dopiero na trzeci mecz rundy wiosennej sezonu 1981/82 ze Śląskiem Wrocław, ale szybko okazało się, że do dawnej formy mu daleko. Popełnił dwa błędy i Geszke wstawił do bramki Wiesława Zakrzewskiego. Ten do końca sezonu nie dał trenerowi powodu do zmiany zdania. Dopiero gdy odszedł po sezonie do Lecha Poznań, Burzyński wrócił do składu. Mocno się przygotowywał do powrotu na boisko.

Geszke: – Zaprosił mnie na kawę. Myślałem, że chce odejść. Ale on chciał trenować. Poprosił, żebym rozpisał mu treningi na dwa tygodnie. Biegałem dookoła boiska a on ciężko harował. Wyznaczył cholerne warunki. Do tego zażyczył sobie sauny. Byłem pod wrażeniem. W następnej rundzie był świetny. Pamiętam pierwszy mecz sezonu z Pogonią Szczecin, który nam wybronił. Po spotkaniu Adam Kensy podszedł do niego i nie podał mu ręki od razu, ale przed nim uklęknął, jakby dziękował za łaskę, że mógł zagrać przeciw komuś takiemu. A potem inni piłkarze Pogoni zrobili to samo.

Szczęście trwało tylko do końca sezonu. Potem miały być podpisywane nowe kontrakty. Burzyński wszedł do gabinetu, gdzie siedział zarząd, i zażądał sumy wielokrotnie wyższej niż miał do tej pory.

– Stasiu miał dobre warunki, wciąż był naprawdę nieźle opłacanym piłkarzem ligowym, ale wiedział, że zagrał świetny sezon i poszedł na całość. Prezes mało się nie zadławił. Powiedział, że potrzebuje jednego dnia do namysłu. Po Burzyńskim wszedł drugi bramkarz Andrzej Czyżniewski i poprosił o wielokrotnie mniejsze pieniądze. Kontrakt został spisany niemal od razu – mówi Geszke.

Zdaniem trenera Czyżniewski przewyższał już wtedy starzejącego się Burzyńskiego umiejętnościami. Był młodszy, wyższy, silniejszy. Oczywiście z „Burzą” sprzed 6–7 lat nie miałby szans rywalizować, ale teraz było inaczej. Burzyński sam ściągnął Czyżniewskiego do klubu. Spotkali się kilka razy na piwie i w końcu namówił go do gry. Potem przegrał z nim rywalizację.

Czyżniewski: – To był tytan treningu. Padaliśmy wykończeni i wtedy on mówił: „Mam jeszcze kilogram nadwagi, może zrobimy 20 kółek”. Znakomicie potrafił motywować i był człowiekiem z zasadami. Jeśli któryś z chłopaków przyniósł niedopompowaną piłkę, to za chwilę biegał szukać jej na torach.

Te zasady budowały jego legendę, nawet jeśli momentami były oznaką zdziwaczenia. Podczas zgrupowania w Jugosławii jeden z miejscowych piłkarzy przymierzył jego rękawice bez pozwolenia.

Burzyński to zobaczył i się wściekł. Piłkarz oddał mu natychmiast rękawice, ale ten rzucił je w niego z krzykiem: „Zabieraj to! Nie chcę ich!”. Nikt nie miał prawa założyć jego rękawic. A zawsze miał najlepsze i nie prosił klubu o ich zakup. Wciąż miał wielu przyjaciół, choćby Józefa Młynarczyka, który podsyłał mu sprzęt najwyższej klasy.

Kilka tygodni później grał w II lidze, w Arce. To był schyłek jego kariery. Kończył w MOSiR–ze.

Przychodził do pracy na Zielonogórskiej w Gdańsku codziennie o 7.30. Meldował się w zbitym z desek baraku, który służył za warsztat. Majster Andrzej Nowak, który kiedyś był zawodnikiem Lechii, właśnie w czasie gdy Burzyński zaczynał karierę, przygarnął go i wszystkiego uczył. To nie była trudna praca. MOSiR budował w całym kraju boiska i korty tenisowe, ale Burzyński pracował na miejscu. Naprawiał

sprzęt, popracował na szlifierce, skosił trawę, przykręcił śrubę w kosiarce. Nie miał stałego zajęcia, był człowiekiem od wszystkiego. Zakładał roboczy drelich, gumiaki i wykonywał polecenia. Miał dobre towarzystwo. Na stanowisku obok miał Janusza Makowskiego, który najlepsze lata swojego życia spędził w Lechii. Nowak mówi, że pilnował, żeby Burza się nie przepracowywał, bo musiał mieć siły na trening. Grał w drużynie Konrada Araucza, kiedyś asystenta Polakowa. Był gwiazdą. MOSiR dzięki niemu wywalczył awans do III ligi, a potem się w niej utrzymał.

Znajomi mówią, że w tym czasie trzymał się dobrze. Czasem skoczył na piwko, ale nie przesadzał. Dopiero pod sam koniec alkohol zeżarł go niczym nowotwór. Zmarniał tak szybko, że nie był już nawet cieniem siebie. Ale to wszystko w środku. Owszem, widywano go pijanego dość regularnie, ale nie został kimś, kogo określa się mianem pijaczka. Na zewnątrz do końca pozostawał szykownym, dobrze ubranym mężczyzną,

niemal takim samym jak 20 lat wcześniej, gdy zaczynał karierę, tyle że teraz nawet lepiej zbudowanym. Gdyby ktoś go nie znał, powiedziałby, że to człowiek, który pracował ciężko fizycznie. Za tą fasadą ukrywał się jednak mężczyzna przegrany. Widywano go na Świętojańskiej w jednym z lokali, gdzie miejscowe lumpy mogły podpytać go o czasy Wielkiego Widzewa, o Bońka, Smolarka, Tłokińskiego. O wszystkich tych, którzy wyjechali na Zachód i ułożyli sobie życie. Już od dłuższego czasu nie utrzymywał regularnych kontaktów z kolegami. Nie chciał grać w drużynach oldbojów Arki i Lechii. Jego znajomi podejrzewają, że się wstydził. Pracował w Komunie Paryskiej, jak mówili mieszkańcy Gdyni o swojej stoczni. Zajęcie załatwiła mu teściowa i było to przyzwoite stanowisko brygadzisty. Nie mógł narzekać. Poza tym blisko domu. A jednak wciąż nie była to praca jego marzeń. Nic nie byłoby już

pracą jego marzeń. Ta jedna jedyna przepadła przed laty.

Andrzej Nowak: – To nie wypadek czy alkohol zabiły Stasia, ale ten niedoszły transfer do Ipswich. Był tak blisko. Mógł być kimś, a został przegranym. Tak się czuł. Nigdy nie powiedział tego, ale i nie potrafił ukryć, że siedzi w nim poczucie goryczy. On w życiu sobie radził nawet dobrze, normalnie i uczciwie pracował, ale nie potrafił sobie poradzić ze swoją straconą szansą.

Czyżniewski, który ma na koncie próby samobójcze: – Czasami widziałem go, jak siadał przy piwku. Patrzyłem i myślałem sobie, że dla niego czas się zatrzymał, że wciąż jest tam w Widzewie, że wszystko idzie w dobrym kierunku, a on zaraz wyjedzie do Anglii. Wtedy tego nie wiedziałem, ale po latach ,mając własne doświadczenia, zorientowałem się, że Stasiu był w głębokiej depresji. Był chory i potrzebował pomocy. Ale gdy chcieliśmy mu pomóc, on to odrzucał. Miał z tym kłopot. Zawsze był na piedestale, to wokół niego wszystko się kręciło. I to przejście na drugą stronę, gdy już nie był tak rozpoznawalny, gdy musiał zacząć inaczej żyć… nie był przygotowany do tego, że trzeba inaczej zarabiać. Nie mógł znaleźć swojego miejsca po zakończeniu kariery. Namawiałem go, żeby zrobił papiery trenera, chociaż instruktora, żeby trenował młodych bramkarzy. Ale nie chciał iść tą drogą, nie wiem dlaczego. ..

Burzyński stał się symboliczną ofiarą swoich czasów. Jednym z tych, którzy żyli na świetnym poziomie, żeby pod koniec kariery zorientować się, że nikt nigdy nie zapłacił za nich żadnej składki emerytalnej. Musiał zaczynać wszystko od nowa. Mając 40 lat i żadnego wyuczonego zawodu, żadnego doświadczenia.

Czyżniewski: – Na zgrupowaniach mieszkaliśmy razem w pokoju. Rozmawialiśmy i on wtedy pytał: „Dlaczego ten facet się zawrócił, dlaczego?”.

Burzyński wyskoczył przez okno swojego mieszkania, znajdującego się na dziewiątym piętrze wieżowca na gdyńskiej Chyloni, 5 października 1991 roku.

Comments (1)

Szkot, który naprawiał lodówki

To tekst, który pisałem do „PS” we wrześniu 2013roku, krótko po tym jak Barry Douglas, bardzo sympatyczny Szkot, przyjechał do Polski. Barry na pewno stał się jedną z charakterystycznych postaci ligi, a jego wolne to ozdoba ligi.

Barry Douglas odzyskał włosy. Jeszcze kilka miesięcy temu chodziło ogolony na łyso. To na znak solidarności z wujkiem Scottem. Rok temu u tego 52-latka zdiagnozowano nowotwór płuc.
– Było już za późno. Przerzuty były zbyt duże. Wiedzieliśmy, że choroba jest śmiertelna – mówi Barry. Założył stronę internetową, za pośrednictwem której zbiera pieniądze dla chorych. We wrześniu zeszłego roku wujek zmarł, co Barry bardzo przeżył. Dla niego był kimś wyjątkowym.
– Ojciec odszedł od nas, gdy miałem trzy lata. Od tego czasu wujek mi go zastępował. Chodził ze mną do parku, kopaliśmy piłkę. Chciał, żebym został piłkarzem. On sam mógł nim być. U nas, w Pollok, ludzie mówili, że miał talent, był dobrym środkowym pomocnikiem i miał możliwość, by zostać zawodowym piłkarzem. Tyle że za dużo czasu spędzał na zabawach z kolegami. Dlatego potem pilnował mnie. Zwracał uwagę, żebym odpowiednio spędzał czas – mówi lewy obrońca Lecha, który latem trafił do Poznania. Szybko złapał kontuzję, dopiero niedawno wrócił do pełni sił. Ma dużą szansę zadebiutować w sobotnim meczu ze Śląskiem, bo Luis Henriquez dopiero w przeddzień spotkania wraca ze zgrupowania kadry narodowej.

Z biednej dzielnicy
Marzenie wujka Scotta spełniło się. 20 czerwca 2010 roku 21-letni Barry podpisał zawodowy kontrakt z Dundee United. A jeszcze kilka lat wcześniej menedżerowie z klubu w Livingston powiedzieli, że się nie nadaje.

– Menedżer podszedł do nas. Pokazywał i mówił: „Tak, tak, tak, ty Barry nie, za mały jesteś. Ale będziemy cię obserwować”. Dla mnie w tym momencie stało się jasne, że to koniec marzeń o karierze piłkarza – mówi Douglas.

Dziś wiemy, że czarny scenariusz się nie spełnił. Barry nie będzie tak jak jego wujek niespełnionym piłkarzem. Gdy przeszedł do Lecha, wywołało to spore zdziwienie zarówno w Szkocji, jak i w Polsce. Na razie imponuje zdjęciami nowej dziewczyny Debbie Shaw, ale Szkoci zapewniają, że wkrótce zacznie imponować ciągiem na bramkę i świetnym dośrodkowaniem. Ma stworzyć konkurencję na lewej stronie, a w dalszej perspektywie zastąpić Henriqueza, który od lat jest etatowym lewym obrońcą, ale daleko mu do statusu gwiazdy w naszej niezbyt przecież wymagającej ekstraklasie. Jego szkocki rywal jest 8 lat młodszy i wciąż się rozwija. Na razie nie mógł podjąć rywalizacji, bo leczył kontuzję.

Zmagania z pogodą
Nowy piłkarz Lecha wychował się w Pollok. Kilkanaście lat temu była to biedna dzielnica Glasgow, gdzie żyło sporo patologicznych rodzin. Teraz sytuacja nieco się poprawiła.
– To taka okolica, gdzie są alkohol, narkotyki, no i piłka, która jest sposobem wyrwania się z biedy – opisuje. Jako mały chłopiec kibicował Rangersom, podobnie jak większość dzieciaków z dzielnicy, i wyobrażał sobie, że jest Paulem Gascoignem albo Brianem Laudrupem, którzy w połowie lat 90. byli największymi gwiazdami klubu z Ibrox. Czasem poszedł na mecz, raz był nawet na derbach z Celtikiem, ale wizyty na Ibrox były rzadkie. Barry w weekendy zazwyczaj sam grał w piłkę z kolegami z drużyny Renfrew Victoria.

– Przyprowadził go dziadek. Był 1996 roku i Barry chciał załapać się do gry ze starszymi o rok i dwa chłopcami w lidze siedmioosobowej dystryktu Johnstone – mówi prezes Renfrew Stuart Wild.
– Pamiętam, że to była zimna sobota i mały zmagał się z pogodą, ale po rozgrzewce, gdy zaczął indywidualne treningi z piłką i grę na wymianę podań, zorientowaliśmy się, że trafił nam się dużego kalibru talent. Barry świetnie czuł się z piłką przy nodze i po kilku treningach zapewnił sobie miejsce w zespole. Wyróżniał się na tyle, że do dziś pamiętam kilka jego świetnych bramek z dystansu – dodaje Wild.

Barry, jak sam mówi, szybko został dostrzeżony i wyciągnięty przez skautów Celticu Glasgow.
– Przez rok trenowałem dwa razy w tygodniu w Renfrew i raz lub dwa razy w Celticu. Potem zgłosili się Rangers i przeszedłem tam. To był oczywisty wybór – mówi.

Puste trybuny
Po jakimś czasie przeniósł się do Livingston. Codziennie po szkole wsiadał z mamą lub dziadkiem Jimmym w samochód i jechał na trening. Godzinę, nic specjalnego. Ale gdy skończył 16 lat, usłyszał, że w Szkocji z tym wzrostem kariery nie zrobi.

– Dałem sobie spokój. Grałem raz w tygodniu z kolegami na małym boisku. Ludzie przychodzili i mówili, że powinienem pójść do klubu. Korciło mnie, aż w końcu przyszło zaproszenie z Queens Park Glasgow. Przygotowywałem się z nimi do sezonu i zostałem w drużynie juniorów. Po dwóch latach zespół awansował do pierwszego zespołu. Queens Park to dość specyficzna drużyna. Za grę nie dostaje się pieniędzy, na trybuny w trzeciej lidze przychodzi po pół tysiąca osób. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że na stadion może wejść ponad 50 tysięcy fanów.

– Nasz obiekt to Hampden Park, czyli stadion narodowy. Można więc odnieść wrażenie, że gramy na pustym stadionie. Faktem jest, że mamy mało kibiców, ale są za to bardzo wierni – zapewnia Gardner Speirs, menedżer klubu. Zawodnicy przychodzą się tu raczej wypromować, bo klub słynie z dobrego szkolenia młodzieży, ma świetne zaplecze i pokrywa wszystkie wydatki. Douglas spędził tu dwa sezony w zespole seniorów. Już po pierwszym pojawiły się oferty, ale zdecydował, że zostanie.
– Najpierw robiłem praktykę w zawodzie technika lodówek. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, chciałem mieć dobry zawód – mówi. Codziennie wkładał kombinezon z charakterystycznym niebieskim logo firmy KB Refrigeration i ruszał na podbój marketów. Bo jego praca to było właśnie naprawianie zepsutych lodówek w sklepach.

– Myślałem wtedy: „Jeszcze będę grał w piłkę, wiem to”. To była trudna praca fizyczna, dlatego teraz tym bardziej doceniam to, co mam – opowiada Douglas.

Zmiennik gwiazdy
W końcu nie mógł czekać. Zagrał znakomity sezon, strzelił 8 goli, zaliczył pełno asyst.
– Był znakomity. Ma świetne uderzenie z wolnego z 20–25 metrów. Dobrze wykonuje też stałe fragmenty gry, a jeśli ktoś inny dośrodkowywał z rożnego, Barry miał znakomity wyskok. Poza tym doskonale podłączał się do akcji ofensywnych. Robił szybki postęp, z każdym sezonem był lepszy. Widać było, że jest bardzo zdeterminowany, żeby zrobić karierę. Wyróżniał się siłą, potrafił przestawiać znacznie większych przeciwników. Oczywiście, że trudno było pogodzić się nam z jego utratą, ale takie jest przeznaczenie naszego klubu: dawać szansę piłkarzom, promować ich. Spodziewaliśmy się, że odejdzie. Zgłosiły się trzy kluby: angielski Watford oraz szkockie Motherwell i Dundee. Peter Houston go przekonał – mówi Speirs.

Peter Houston, menedżer United, był uważany za jednego z najlepszych menedżerów w Szkocji, miłośnika ofensywnego stylu gry, do którego Barry idealnie pasował. Houston preferuje grę bardziej europejską niż szkocką: woli grać po ziemi, a kluczowymi postaciami u niego są właśnie boczni obrońcy, którzy mają wykorzystywać silnych środkowych napastników. W Dundee podstawowym zawodnikiem był wtedy Paul Dixon. Barry był jego zmiennikiem. W sezonie 2010/11 grał sporo, ale w kolejnym już znacznie rzadziej.

– Barry dobrze zastępował Paula, ale w jego drugim sezonie miał pecha. Nie był słabszy, po prostu Paul osiągnął doskonały poziom. Dopiero gdy odszedł do Huddersfield, Barry mógł się rozwinąć i szło mu naprawdę świetnie – mówi „PS” Houston, który w tym czasie był menedżerem Dundee United. Douglas w ostatnim sezonie zaliczył 6 asyst w sezonie.

– To zawodnik, który idealnie dośrodkowuje. Powiedziałbym, że ma „celność dośrodkowania 10”. Bardzo dużo dawał silnym środkowym napastnikom. Jeśli w Lechu są tacy, którzy potrafią wykorzystać jego podanie, wyjść do niego, będzie to duże wzmocnienie – dodaje Houston.

Oferta ze wschodu
Kariera profesjonalnego piłkarza oznaczała spełnienie marzeń Barry’ego. Rzucił pracę przy naprawianiu lodówek i zobaczył kawałek świata.

– Mój pierwszy duży mecz był na Ibrox Park z Rangersami. Przegraliśmy 0:4, ale gdy widziałem tych ludzi, którzy zapełnili trybuny, patrzyli na mnie, na to, co robię, wiedziałem, że to było właśnie to, czego szukałem – mówi Barry.

Ostatni sezon miał na tyle udany, że w pewnym momencie na stadion zaczęli przyjeżdżać obserwatorzy z Polski. Gdy wiadomość przebiła się do prasy, trener Kolejorza Mariusz Rumak udawał zaskoczonego. – Douglas? Chyba Kirk – odpowiadał. Był nawet przekonujący, ale wtajemniczeni wiedzieli, że blefuje, bo Szkota oglądał już od początku lutego.

Nieformalnym pośrednikiem w transferze został Radosław Cierzniak, bramkarz Dundee United. To jego Barry pytał o zdanie na temat Lecha i Poznania. Cierzniak pochodzi z Wielkopolski i jest zapalonym kibicem Lecha. – Myślę, że oni patrzą na nas z dystansem. To dlatego, że pełno Polaków przyjeżdża do Szkocji do pracy, więc miejscowi myślą, że Polska to jakiś podrzędny kraj, z którego ludzie uciekają. Ale gdy Barry zobaczył stadion, był oczarowany – mówi polski bramkarz Dundee.
– Dla ludzi ten transfer był zaskoczeniem, ale moim zdaniem to dobry wybór. W 2012 roku byłem na dwóch meczach w Poznaniu na mistrzostwach Europy. Oglądaliśmy Chorwatów dla federacji przed eliminacjami mistrzostw świata. Stadion zrobił znakomite wrażenie, miasto również. Od razu było wiadomo, że dla Barry’ego będzie to duży skok – mówi Houston.

Pytanie, co Szkot robi w Polsce, było o tyle naturalne, że żaden inny nie zdecydował się jeszcze na transfer do naszego kraju.

– Byłem w Polsce na meczach ze Śląskiem Wrocław, ale wiadomo, jak to jest – lotnisko, hotel, stadion, hotel, lotnisko. Tak samo wszędzie. Nie wiedziałem nic o Polsce, ale też nie myślałem o turystyce. Od początku do końca chodziło o piłkę. W Dundee zaproponowali mi nowy kontrakt, ale pojechałem do Poznania i się przekonałem, że warto spróbować. Zobaczyłem ten stadion i powiedziałem do siebie: „To jest to, marzenie”. Obejrzałem mecz i poziom był co najmniej tak dobry albo i lepszy niż w Szkocji, więc skorzystałem – mówi Douglas.

Rumak przekonał Szkota swoją wizją gry. Lech chce grać jeszcze bardziej ofensywnie, wykorzystywać do maksimum bocznych obrońców. To wizja, która idealnie pasuje szkockiemu piłkarzowi.

Cierzniak mówi: – Barry cały czas podłącza się do akcji ofensywnych. Czasem się zapędził i nie nadążał z powrotami, więc potrzebuje asekuracji. Ale dla drużyny, która chce dominować, to świetny piłkarz. Tworzy przewagę, ma to swoje doskonałe dośrodkowanie, więc któryś ze środkowych napastników może się dzięki temu wybić. Do tego jest naprawdę wzorem dla zawodników, bardzo ciężko pracuje. Nie wiem tylko, jak z mentalnością. W Dundee był kimś takim jak Artur Jędrzejczyk w Legii. Duszą towarzystwa, to jakiś kawał, tam coś powiedział. W Lechu jest bariera językowa, poza tym inny naród, inna mentalność. Jak się w tym odnajdzie? To jest zagadka.
Barry na razie nie przejmuje się barierą językową. Z tym nie powinno być problemu, bo dowcipów Szkota nie trzeba tłumaczyć. Pozowanie do zdjęć z damskimi ubraniami czy nago jedynie z kapeluszem zasłaniającym intymne części ciała to sposób na przełamanie lodów w tradycyjnej polskiej szatni.

Dodaj komentarz

Piłkarz, który ograł już niejeden zespół w dresach

dziś Łukasz Teodorczyk strzela bramki dla Dynama Kijów. To historia Łukasza, którą publikowałem w Przeglądzie Sportowym zanim jeszcze zadebiutował w kadrze narodowej. On sam nie był z niej zadowolony i chyba długo przez ten tekst nie pogadamy, to jednak chciałem pokazać niezwykłą drogę zawodnika z dołów społecznych na wysoki europejski poziom.

W gimnazjum numer 1 w Żurominie na tablicach ściennych wiszą zdjęcia Łukasza Teodorczyka. Nauczyciele lubią podawać jego przykład – tego, któremu się udało. Dowód na to, że nikt z góry nie jest skazany na parszywy los, jeśli potrafi wykorzystać talent, który posiada. Teodorczyk dzięki piłce wyrwał się do lepszego świata. Teresa Teodorczyk, matka piłkarza, mówi, że gdyby mu się nie udało, nie wytrzymałaby tego psychicznie.

Skromną salową z miejscowego szpitala życie już wcześniej potraktowało brutalnie – mąż, Tadeusz, pił. Przez wódkę stracił pracę sprzątacza na dworcu PKS. Z jednej pensji wyżyć było ciężko. W ciasnym dwupokojowym mieszkaniu w tzw. bloku pielęgniarskim w centrum Żuromina, atmosfera zaczęła gęstnieć. Bezrobotny mąż znęcał się nad dziećmi i żoną, przez co został stałym bywalcem aresztu. W końcu starsi synowie Tomasz i Łukasz (trzeci, Czarek był za młody, miał ledwie 7 lat) powiedzieli: „Wyrzuć go, bo my to zrobimy”. Posłuchała, jest osiem lat po rozwodzie. Łukasz od tamtej pory nie widywał już ojca.
Kolejny cios przyszedł, gdy problemy z prawem zaczął mieć starszy z synów – Tomek. Wpadł w złe towarzystwo, zaczęły się kradzieże, narkotyki. Matka wierzy, że to dobry chłopak i wyjdzie na prostą. Łukasz jest jego przeciwieństwem. W Żurominie mówią, że zawsze szedł w drugą stronę, nie chciał przegrać życia.

Najlepszy na Mazowszu
– Zero alkoholu czy papierosów. Początkowo był luzakiem, ale w drugiej klasie gimnazjum nastąpił przełom, gdy zrozumiał, co jest ważne w życiu. Znacznie się poprawił w nauce. To jest naprawdę inteligentny chłopak, zaczął wykorzystywać swój potencjał. Dzięki temu i talentowi do sportu szybko stał się jedną z ważnych postaci w klasie, kimś w rodzaju lidera – uważa Zbigniew Gralewski, wychowawca Teodorczyka z gimnazjum.
Ale wszystko było i tak na drugim planie. Interesowała go właściwie tylko piłka. – Albo grał w piłkę albo stał z piłką, albo szedł z piłką. Widziałem go tylko z piłką. – mówi Tadeusz Szulborski, który był drugim trenerem piłkarza (pierwszy to Andrzej Murawski).

Właśnie Szulborski, który od lat nie ma kontaktu z piłkarzem, woził go na zgrupowania kadry młodzieżowej Mazowsza. Teodorczyk wpadł w oko Zygmuntowi Ocimkowi, który sprawował nadzór nad szkoleniem młodzieży w województwie. Było to podczas turniejów reprezentacji okręgów. W Radomiu grali najlepsi młodzieżowcy z Siedlec, południa Warszawy i miejscowi, a w Raciążu chłopcy z północy Warszawy, Płocka oraz Ostrołęki i Ciechanowa.
– W sumie ponad setka najlepszych chłopaków w województwie i Łukasz się spośród nich wyróżniał – mówi Ocimek, który wkrótce zaproponował Teodorczykowi przeprowadzkę do Piaseczna, do tworzonej tam Szkoły Mistrzostwa Sportowego.

– Wszystko było dogadane. W Piasecznie trzeba było płacić czesne, ale Łukasz miał tam chodzić za darmo. Nagle jednak kontakt się zerwał, nie wiem dlaczego, sprawa upadła – wspomina Szulborski.
Marcin Sasal, który wtedy kierował szkołą, przypomina sobie, że Teodorczyk z dnia na dzień zrezygnował. Nie ma pojęcia dlaczego. Potem różne kluby próbowały namówić go na transfer. Nie udało się też bezpośredniej konkurencji Piaseczna, czyli SMS–owi Łódź. Przedstawiciele szkoły Janusza Matusiaka odwiedzili nawet mamę Łukasza, ale zostali odesłani z kwitkiem.

– Łukasz był tak dobry, że na meczach naszej drużyny 12-latków powtarzał się pewien rytuał. Po każdym spotkaniu trener przeciwników chciał zobaczyć jego legitymację, czy czasem nie jest starszy. Potem przepraszali, bo przecież Łukasz był młodszy od kolegów o rok. Już wtedy mówiłem, że to błąd, że nie chce odejść, bo każdy sezon w Żurominie jest dla niego stracony. Myślę, że zasiedział się u nas o dwa, trzy lata za długo. Co najmniej – mówi Szulborski.

To matka nie chciała puścić syna samego do Warszawy, bała się, chciała mieć go przy sobie. Teodorczyk obiecał, że do 18 roku życia nie ruszy się z Żuromina, ale później wyjedzie. Sasal pamięta, że w pewnym momencie przestał zjawiać się na kadrze Mazowsza. Nie odbierał telefonów, jakby zapadł się pod ziemię.
– Wiedziałem, że dostał kiedyś ofertę z jednego z klubów, ale nie chciał jechać. Miałem wrażenie, że trochę wstydził się tego, że w domu było biednie, że nie ma się w co ubrać – zastanawia się Gralewski.

Piłkarze w dresach
Gdy chłopcy pojechali na mecz z Unią Janikowo, z nowiuteńkiego klubowego autokaru rywali wyszła ekipa postawnych chłopców, w eleganckich dresach, z firmowymi torbami.

– Część chłopaków wystraszyła się, że to taki świetny zespół. Łukasz podszedł do mnie: „Spokojnie trenerze, już nie jeden zespół w dresach ograłem”. Wygraliśmy 6:2, Łukasz zdobył 4 bramki – mówi Robert Piotrowski, były zawodnik Wkry, który przez kilka lat prowadził Teodorczyka w drużynach młodzieżowych. Przypomina sobie debiut zawodnika.
– Było to w meczu z Iskrą Krasne. Wygraliśmy 5:1, a Łukasz strzelił wszystkie gole. Każdy w ten sam sposób. Brał piłkę od środka boiska, kiwał wszystkich na swojej drodze, a na końcu bramkarza – mówi Piotrowski. – Najwięcej goli strzelił w meczu z Wieczfnianką. Jedenaście.

Łukasz strzelał, a trener śpiewał mu przebój grupy „Big Cyc”: „Shazza, kto mi ciebie kochać kazał”. W Żurominie nikt nie może sobie przypomnieć dlaczego właśnie Shazza, ale wszyscy tak o Łukaszu mówią. Może jakiś związek z tym pseudonimem ma fakt, że wydawca piosenkarki również pochodzi z Żuromina. Zbigniew Retkowski, właściciel firmy Omega Music to dalsza rodzina prezesa Wkry. Sam zawodnik z disco polo nie ma nic wspólnego. Lubi polski hip hop. Teksty, nawet te bardzo wulgarne, cytuje na swoim profilu na portalu społecznościowym facebook.
Poza Żurominem nikt nie musiał znać jego pseudonimu, ale wszyscy wiedzieli, że jest tam napastnik, na którego trzeba przynajmniej dwóch obrońców.

Gdy Wkra zajęła drugie miejsce w mistrzostwach Mazowsza gimnazjów, zaraz za Polonią, Paweł Olczak, obecny dyrektor Polonii próbował ściągnąć go do Warszawy. Dostał odpowiedź odmowną. Podobnie jak Lechia Gdańsk.

Zanim będzie kolejka
Jako szesnastolatek Teodorczyk wszedł do drużyny seniorów, a rok później jego bramki dały drużynie awans do IV ligi. Wkra Żuromin w sezonie 2008/09 wygrała swoją okręgówkę, a siedemnastoletni napastnik strzelił 36 goli.
Pojechał na testy do Arki Gdynia. W sumie przez przypadek, bo w odwiedziny do rodziny do Żuromina przyjechał znany trener młodzieży z trójmiasta Jerzy Brzyski, i jak to mają w zwyczaju ludzie futbolu, poszedł na mecz miejscowej drużyny. A po meczu zadzwonił do szefów klubu z Gdyni.

Teodorczyk pojechał na testy. Trochę nielegalnie, ale choć w Żurominie wszyscy o nich wiedzieli, nikt nie robił problemów. Chodziło o to, żeby się przebił.

– Gdy widziałem tego chłopaka od razu wiedziałem, że to materiał na zawodnika wysokiej klasy. Gdy dostawał piłkę i miał trzech rywali, potrafił wyjść z sytuacji. Szukał dobrych rozwiązań. Pojechał z Arką na obóz, strzelił kilka bramek w sparingach seniorów, ale trenerzy długo się wahali. Gdy pytali mnie o zdanie, mówiłem: „Bierzcie go w ciemno. Teraz jest prawie za darmo, a za chwilę ustawi się kolejka” – wspomina Brzyski.

Arka Teodorczyka nie wzięła, ale transfer do poważnego klubu był kwestią czasu.
Łukasz pograł jeszcze rundę w IV lidze, strzelił 10 bramek, zaliczył kilka asyst i został zawodnikiem Polonii. Do walki włączyła się jeszcze Wisła Płock, której wbił dwa gole w barażu o awans do najwyższej ligi juniorskiej.
– W Płocku mieliśmy bardzo dobry rocznik, zdobyliśmy mistrzostwo Polski. A mimo to, na tle moich chłopców Łukasz zdecydowanie się wyróżniał, ale miał wtedy już ofertę z warszawskiej Polonii. Oni dawali mu lepsze warunki, więc wiedzieliśmy, że jesteśmy bez szans – uważa Zbigniew Mierzyński, wówczas trener młodzieży w Płocku.

Andrzejowi Retkowskiemu, prezesowi klubu z Żuromina i właścicielowi miejscowemu zakładu kamieniarskiego, niektórzy do dziś zarzucają, że sprzedał go zbyt tanio, że nie podpisał korzystnej umowy, że klub nie zarobił na nim tyle ile mógł. Wkra dostała za piłkarza 25 tysięcy złotych.

– Sprzedaliśmy go zgodnie z przepisami, dostaliśmy tyle, ile mogliśmy dostać za wyszkolenie. Oczywiście, że mogliśmy puścić go do jakiegoś zespołu za lepsze pieniądze, ale dla nas najważniejsze było, żeby się rozwijał. A Polonia dawała największe szanse. Po to między innymi są kluby czwartoligowe, aby starać się wyhodować jakiś talent dla futbolu. Naszym był Łukasz. Ludzie mówili, że powinniśmy dostać 50 tysięcy, ale takiej oferty nie było. Poza tym, co z tego, że sprzedałbym go o kilka tysięcy drożej, gdyby gdzieś wsiąkł jak wielu innych utalentowanych chłopców? – przedstawia swoją filozofię Retkowski.

Zgadza się z nim były trener Teodorczyka, Robert Piotrowski. – Nie mieliśmy prawa go trzymać. Pamiętam jak pojechaliśmy gdzieś na mecz, trenerzy mówili: „Tego zawodnika długo nie utrzymacie”. Paweł Miąszkiewicz, który był trenerem Victorii Sulejówek mówił: „On nie może tracić u was nawet miesiąca” – wspomina szkoleniowiec.

Testy Pali
Paweł Olczak obecny dyrektor sportowy, a wtedy asystent Pali i kierownik drużyny grającej w Młodej Ekstraklasie, cały czas obserwował Teodorczyka i zaprosił go na testy. – Za pierwszym razem nie byliśmy w stanie zapewnić mu odpowiednich warunków. Potem już tak – mówi Paweł Olczak.

O słynnym naborze Pali było głośno w mediach. – Ludzie śmiali się ze mnie, że szukam napastników o określonym wzroście. Ale trudno, przecież z takiego naboru właśnie był Łukasz. Graliśmy mecz z reprezentacją afrykańskich zawodników szukających angażu w Polsce. Łukasz strzelił trzy bramki. Ale nie tylko tym zrobił wrażenie, bardzo szybko wychodził do prostopadłych piłek, był dynamiczny. Paweł Olczak powiedział wtedy, że już raz chciał go do Polonii, ale nie udało się dogadać. Powiedziałem, że tym razem musimy się porozumieć, bo ten zawodnik wkrótce będzie grał poważną piłkę – mówi czeski trener.

Początkowo zarząd się wahał, czy wydać 25 tysięcy. Olczak ryzykował głową, bo choć Józef Wojciechowski trwonił setki tysięcy na kontrakty przereklamowanych gwiazd, to jednak takich pieniędzy za zawodnika Młodej Ekstraklasy wcześniej nie wydał. Ostatecznie Olczak zdołał przekonać zarząd na wypożyczenie z opcją transferu definitywnego. W trakcie przygotowań zimowych Teodorczyk strzelił 17 bramek w sparingach i Olczak dostał informację od zarządu: „Zapomnij o wypożyczeniu. Bierzemy go na stałe”.

Faul Vrdoljaka
23 kwietnia 2011 roku po raz trzeci wyszedł na boisko ekstraklasy. Napisaliśmy wtedy.
„Na ostatnie 20 minut wszedł Łukasz Teodorczyk, najlepszy strzelec Młodej Ekstraklasy (13 goli w 18 meczach). Miał trzy świetne szanse, ale na drodze za każdym razem stawał Marcelo Moretto. – Na różne sposoby próbowałem: po ziemi, w powietrzu… Ale niestety – rozłożył ręce młody napastnik. Piłka sama go szuka. W przyszłości powinien błyszczeć w tej lidze”.

Nie było to jakieś specjalne osiągnięcie w dziedzinie przewidywania przyszłości. Teodorczyk od razu rzuca się w oczy jako agresywny, silny i ostro grający napastnik, który fantastycznie znajduje się w sytuacji, szybkim ruchem mija obrońcę i nagle znajduje się przed bramkarzem.

Szansę dał mu Jacek Zieliński, który dziś jest trenerem Ruchu, rywala Polonii. Teodorczyk zdołał nawet przebić się do wyjściowej jedenastki, ale w meczu z warszawską Legią Ivica Vrdoljak załatwił mu brutalnym atakiem przymusowy kilkumiesięczny odpoczynek.

Teraz na pewno dobrze dla niego się stało, że trenerem Polonii został Piotr Stokowiec. On wymaga od zawodników gry odważnej i bezkompromisowej. Ale czy uwierzyliby mu, gdyby sam bał się stawiać na młodych i bezkompromisowych graczy? Czy miałby prawo wymagać od zawodników aby nie kalkulowali, gdyby sam to robił?
Oczywiście Teodorczyk sam wygrał swoją szansę, która nadarzyła się w tym sezonie. W Polonii nie chciał grać Edgar Cani a nieprzygotowany był Wladimer Dwaliszwili.

Stokowiec rzucił wszystko na jedną szalę. Losy ataku powierzył duetowi Paweł Wszołek – Łukasz Teodorczyk. Obaj piłkarze przyszli do Polonii w tym samym roku. Wszołek latem, a Teodorczyk kilka miesięcy później – w grudniu. Od razu przypadli sobie do gustu. Do tego stopnia, że wspólnie zamieszkali.

– Gra nam się idealnie. Zagrywam w ciemno, bo wiem, że Paweł tam będzie – mówił „PS” Teodorczyk.
Objazd po Polsce robili niedawno przedstawiciele zachodniego klubu, grającego na co dzień w Lidze Mistrzów. Z zawodników, których widzieli w naszej ekstraklasie, wynotowali jedynie nazwisko: Teodorczyka, choć w rubryce minusów wpisali słabe wyszkolenie techniczne.

Wszołek trafił już do kadry narodowej i ma szanse zostać tam na dłużej. Teodorczyk ponoć jest gdzieś w kręgu osób, którymi zainteresowany jest selekcjoner Waldemar Fornalik.
– Pamiętam że wtedy w Żurominie zobaczyłem talent, jaki rzadko się spotyka. Jestem pewien, że gdyby nie ta kontuzja w meczu z Legią, już dziś byłby po debiucie w reprezentacji – mówi Jerzy Brzyski.

Dodaj komentarz

Kazek Moskal – człowiek Wisły

Wywiad z Kazkiem Moskalem, robiliśmy razem z Przemkiem Zychem dla PS. Potem każdy poszedł w swoją stronę, ale była to dobra współpraca

Czy gdyby wiedział pan, że mecz z Koroną jest meczem o wszystko, inaczej by się on potoczył?

Kazimierz Moskal: Na pewno nie byłem świadomy, że mecz toczy się o moją posadę.
Prezes Bogdan Basałaj mówił, że do czerwca nie będzie żadnej zmiany, że będzie pan Guardiolą.
Kazimierz Moskal: Stało się inaczej, nie mam nic do powiedzenia w tym temacie.

Wypowiedź prezesa uśpiła pana czujność?
Nie. Oczywiście była to dla mnie przykra niespodzianka, ale pomijając fakt, że kontrolowaliśmy grę, to jednak wynik jest najważniejszy. Zgodzę się, że nie stwarzaliśmy zbyt wielu sytuacji, ale irytuje mnie wyliczanie, że do którejś minuty nie oddaliśmy celnego strzału. Bo jeśli oddajemy 10 niecelnych strzałów, to jest źle, a jak piłka doturla się do bramkarza, to jest celny strzał? Wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, gdyby na początku Biton z wrzutki Meliksona strzelił gola. Mieliśmy ponad 70 procent posiadania, odbieraliśmy piłkę na połowie rywala. A potem słyszę oceny, że Wiśle zabrakło recepty. Zawsze ocenia się na podstawie wyniku.

To drugi mecz z rzędu, w którym nie stwarzaliście sytuacji. Pierwszym był ze Standardem. Musieliście wygrać, ale tego nie było widać z waszej gry.
Mnie to drażni. Każdy jest mądry po meczu. A co by było, gdybyśmy w Liege zagrali superofensywnie i szybko dostali kontrę?

Nam płacą za to, żebyśmy byli mądrzy po meczu, a panu za to, żeby był pan mądry przed meczem.
Ale ja zdawałem sobie sprawę z siły zespołu. Wiedziałem, że stać nas na stworzenie sytuacji podbramkowej w każdej chwili. To jednak nie znaczy, że mieliśmy rzucić wszystko do przodu i zostawić jednego obrońcę. Plan był taki, żeby grać swoją piłkę i stwarzać sytuacje, tak jak w pierwszym meczu ze Standardem i Zagłębiem, gdzie mimo remisów oceny były pozytywne. A gdyby nie udało się nic stworzyć, to mieliśmy różne plany – grać dwójką napastników, wprowadzić skrzydłowych i tak dalej. Przede wszystkim chcieliśmy dominować, bo to zwiększało naszą szansę.

Ale z posiadania muszą wynikać akcje, nie można wymieniać piłki w środku boiska i tłumaczyć się jej posiadaniem.
Znowu sprowadzacie wszystko do meczów z Koroną i Standardem.

Bo one zadecydowały o tym, że nie jest pan trenerem Wisły.
Po prostu nie w każdym meczu udaje się stworzyć ileś sytuacji. Nie zgadzam się z takim podejściem. Można gdybać, że mógłbym zrobić zmiany wcześniej, ale nie ma pewności, co by się stało. Co by było gdyby… A co by było, gdyby Kirm strzelił gola ze Standardem? Inna byłaby ocena?

Tak, na pewno.
No właśnie.

Ale to samo można powiedzieć o pana największym sukcesie. Awansie w Lidze Europy dzięki bramce piłkarza Odense w 93. minucie. Ludzie docenili styl, bo szczęśliwie awansowaliście.
I wtedy zakładamy, że nie byłbym trenerem na wiosnę?

Można tak przyjąć.
A tak nie powinno być. Przykładowo – jest wizja i progres w grze, ale nie awansowaliśmy, bo takie były okoliczności. Albo skoro awansowaliśmy, to znaczy, że jest wizja. To chyba nie tak powinno się odbywać. Wierzę, że nie chodziło o awans.

Ile czasu potrzebowałby pan na to, żeby ta Wisła grała dobrze?

Kilka razy już grała. Dziwi mnie fakt, że oceniając Wisłę, koncentrujemy się na ostatnich dwóch meczach. Wcześniej były opinie, że graliśmy bardzo dobrze ze Standardem i Zagłębiem, a nagle na konferencji prasowej słyszę pytania, że nie widać pasji, walki, chęci. Nie mówiono już o dwóch ostatnich meczach, tylko… o całym sezonie. Znowu ktoś popadł ze skrajności w skrajność. Poza tym teraz czytam, że Wisła walczyła z Lechią, bo trzej piłkarze dostali żółte kartki. To bzdura, jeśli ktoś mówi, że nie walczyła w poprzednich meczach.

Z Lechią by pan wygrał?
Uważam, że tak. Jestem pewien, że mecz z Koroną to była sytuacja chwilowa. Z Lechią i w kolejnych spotkaniach nasz styl przełożyłby się na wynik.

Żeby realizować taką wizję, jaką pan chciał, trzeba jednak trochę czasu.
Wiadomo, nie od razu Kraków zbudowano. Nie wystarczy miesiąc. Ale co mogę powiedzieć?

Jakie błędy pan popełnił?
Wiem, co zrobiłem źle, zostawiam to dla siebie. Ale nie mam sobie nic do zarzucenia. Oczywiście można było inaczej przeprowadzić zmiany. W meczu ze Standardem zdjąć Nuneza dwie minuty wcześniej.

Pan nie ma sobie nic do zarzucenia, a więc co zarzucili panu szefowie?

Kazimierz Moskal: Brak wyników.

To chyba wystarczający powód. W okresie, w którym prowadził pan Wisłę, zajęliście 11. miejsce w lidze, podobnie jak Cracovia. Może ta koncepcja nie jest słuszna?
To jest moja wizja i nie będę jej zmieniał. Nie cierpię gry długą piłką i jej wybijania. Uważam, że jedenastu zawodników powinno brać udział w konstruowaniu akcji i wszyscy powinni brać udział w grze defensywnej.

Inteligentny futbol?
Tak. Ale najważniejsze jest strzelanie i od początku to mówiłem piłkarzom. Jako piłkarz zawsze lubiłem taką grę, podaniami w hali, gdzie na małej przestrzeni jest dużo kontaktu z piłką. Przecież żeby coś robić z przekonaniem i pasją, to musi to sprawiać przyjemność. Czekam na mecz Barcelony inaczej niż na inny. To jak wyjście do teatru, bo muszę się przygotować. Mówi się, że dla piłkarza i trenera mecz ma być jak święto, ale każdy mecz Barcelony to coś więcej, jak Boże Narodzenie.

Piłkarzom to się podobało.
Tak sądzę, każdy czerpał z tego dużo satysfakcji. Ktoś może lubi grać długą piłkę, ale w tym przypadku mało ludzi bierze udział w akcji. A ja wychodzę z założenia, że po to człowiek wychodzi na boisko, żeby mieć przyjemność z gry, żeby coś wnieść.

Sprawa Małeckego pana dobiła?
To było trudne, choć zdawałem sobie sprawę z tego, jaki jest.
Czy to nie był cios, jakieś przełomowe wydarzenie? Małecki to… Mały Brutus?
Kazimierz Moskal: Ja tego nie powiedziałem, ale chyba wszystko zostało powiedziane w tej sprawie.

Jak wyglądał poprzedni czwartek? Dzień zwolnienia?
Miałem wszystko przygotowane, ściągnąłem nawet zawodników z Młodej Ekstraklasy, bo nie mieliśmy wystarczającej liczby piłkarzy, żeby poprowadzić taki trening, jaki chciałem. Ale poprowadził go już Michał Probierz. Byłem zaskoczony i tyle. Przyjechałem do klubu, przedstawiono mi decyzję, poszedłem do szatni, pożegnałem się z zespołem, spakowałem się i pojechałem do domu. Trudno mi się z tym pogodzić, bo uważałem, że jest jeszcze sporo do zrobienia. Nie powiem, że o tym zapomniałem i życie toczy się dalej, bo wciąż mnie to boli i szybko boleć nie przestanie. Czasem trzeba żyć z bólem. Tym bardziej że dotyczy to mnie i Wisły, a nie jakiegoś innego klubu.

Czy teraz zostanie pan wiecznym asystentem?
Nie wysyłam do klubów CV. Jeśli trafi się propozycja, to ją rozważę, ale z wielką przyjemnością pracowałem i pracowałbym w Wiśle.

A jeśli w małżeństwie jedna strona zdradza drugą, to ile ta druga wytrzyma? Jeden skok w bok, dwa? Gdzie jest granica?
Nie chodzi o zdradę, dla mnie ten klub jest wyjątkowy. Powiedziałem, że jeśli zostanę wyrzucony, to będę się zastanawiał…

Klub to słowo alibi, ale za nim kryją się konkretni ludzie.
Właśnie, dlatego zdaję sobie sprawę, że mnie może nie być, piłkarza, prezesa, dyrektora sportowego, ale klub będzie trwał. I ja w tym klubie zawsze chciałem być. Od najmłodszych lat oglądałem w telewizji Wisłę. Moim bohaterem był wtedy Andrzej Iwan i od tego się zaczęło.

Przez kilka miesięcy przeszedł pan przyspieszony kurs trenerski. Plaga kontuzji, kartek, bunt piłkarza.
Faktycznie splot dziwnych sytuacji, zwariowany czas. Dobra szkoła.

W szkole człowiek się uczy po to, żeby potem iść do pracy. Jeśli ktoś uważa się za dobrego aktora, to nie zadowoli się graniem kolejnej roli barmana w filmie o gangsterach.
Chcecie, żebym zadeklarował, że chcę być trenerem kadry?

Nie oczekujemy tego.

To dobrze, bo ja po prostu chcę pracować, z pierwszą drużyną, z młodzieżą czy z rezerwami. Robić to jak najlepiej.

Dodaj komentarz

« Newer Posts · Older Posts »