Posts Tagged Łukasz Surma

Długopisy służyły do przewijania taśm

Ten wywiad dla „PS” robiliśmy z Jarkiem Kolińskim w Chorzowie w lokalu na Stadionie Śląskim. Poszedł w dodatku ligowym, 8 marca 2014. Od tego czasu lead trochę się zdezaktualizował, reszta nie. W sumie Łukasz Surma i Marcin Malinowski rozegrali 945 meczów.

Łukasz Surma i Marcin Malinowski łącznie rozegrali w ekstraklasie 855 meczów. Przed sezonem mówiono, że „tych dwóch dziadków razem grać nie może”. Tymczasem duet weteranów Ruchu okazał się objawieniem ligi.


Jarosław Koliński, Marek Wawrzynowski: Dziś piłkarze przynoszą do szatni smartfony. Co wy przynosiliście?

Surma: Mieliśmy walkmany. Dziś chłopaki nie wiedzieliby, co to jest, jak to się obsługuje.
Malinowski: Pewnie myślą, że długopis służy do pisania, a każdy z naszego pokolenia wie, że do przewijania taśm. Ale my głównie w karty graliśmy
Surma: Jest taka kawiarnia na stadionie Ruchu. Maszyny, karty przed treningami, kawka. Tak to było.
Malinowski: Fajne, bo byliśmy w grupie. Jak ktoś nawet nie grał, to się przysiadał.

Była większa integracja.
Surma: I mniej wynalazków. A wiadomo, jak nie masz co robić, musisz coś stworzyć. Nuda rodzi pomysłowość.

Sir Alex Ferguson powiedział, że przez lata pracy trenerskiej musiał się zmienić, bo gdyby traktował piłkarzy obecnych, tak jak tych z lat 80., to po prostu nic by nie wyszło.
Surma: Mądre słowa. Teraz jest bezstresowe wychowanie. Kiedy miałem 19 lat, to można było oberwać. Nawet nie fizycznie, ale słownie. Teraz to razi i człowiek, który wchodzi do gry, może się zrazić, jeśli za bardzo oberwie.
Malinowski: Bywało, że powiedziałeś coś młodemu na treningu za ostro i wtedy przychodził trener i pytał: „Po co to robisz?”. Dziś większość trenerów jest wyczulona na traktowanie młodych piłkarzy.
Surma: Kiedyś było odwrotnie. Było takie przyzwolenie na falę. I wbrew pozorom, czasem to jednak pomagało. Charakter się kształtował.
Malinowski: I nabierało się szacunku.

Pan nabrał szacunku po awanturze z Pawłem Sibikiem?
Malinowski:
Straciłem miejsce w składzie i walczyłem. Całą rundę jesienną nie grałem. Pojechaliśmy na obóz. Złapaliśmy się tam, doszło do przepychanki, ale po treningu podszedłem, przeprosiłem Pawła. Emocje czasem biorą górę, ale trzeba mieć odwagę i podejść, pogadać. Inaczej ludzie ciebie odbierają.

Powiedzenie „Pokorne cielę dwie matki ssie”…
Surma:
…nie pasuje do sportu. Oczywiście, musi być szacunek. Młodzi ludzie teraz często nie znają starszych trenerów. Gdy wchodziłem do Wisły czy do jakiegokolwiek innego klubu, znałem wszystkich piłkarzy, wiedziałem, co zrobili, znałem dorobek trenera, historię klubu. Wydaje mi się to naturalne.

Panie Marcinie, jak pan przychodził do Ruchu, to wiedział, kto to jest Łukasz Surma?
Surma:
Nie przesadzajcie…
Malinowski: Znałem go. Minęliśmy się, Łukasz właśnie odchodził.
Surma: Zagrałem jeszcze pięć meczów i odszedłem do Legii, więc długo razem nie pograliśmy. Teraz, gdyby Marcin nie podpisał, też byśmy się minęli.

Przyszedł pan na jego miejsce?
Malinowski:
Możliwe, że miało to tak wyglądać. Takie słyszałem opinie, że tych dwóch dziadków nie może ze sobą grać.

Ponad czterysta meczów w lidze, ale gdyby dziś wymienić 20 wielkich postaci ligowych…
Malinowski:
To nie ma szans, żebym wśród nich się znalazł. Zawsze byłem na drugim planie. Nigdy nie strzelałem goli, nigdy nie trafiłem do jakiegoś topowego klubu. Starałem się po prostu pracować jak najlepiej. A że nikt tego nie zauważył, to może byłem za słaby.
Surma: Ja grałem w lepszych klubach i zapewniam, że trafiali się zawodnicy znacznie gorsi. Ludzie zagadki.
Malinowski: Trener Lenczyk potwierdził, że był jakiś temat transferu, gdy pracował w Wiśle. Kałużny złapał kontuzję i pojawiłem się na jakiejś liście. Ale tak szybko, jak się pojawiłem, tak szybko zniknąłem.

Dla pana, panie Łukaszu, Wisła to jak piękna dziewczyna z sąsiedztwa, którą się kocha, ale ona wybiera innego.
Surma:
Przyszli lepsi zawodnicy i przestałem być piłkarzem Wisły. Grałem jeszcze pół roku, ale ogony. Przyszła oferta wypożyczenia i odszedłem.

Chciał pan odejść?
Surma:
Chciałem grać. Nie po to trenowałem całe życie, żeby patrzeć, jak grają inni. Przyszli Bukalski, Czerwiec, Kałużny. Oni występowali w reprezentacji, a w lidze się bawili. Po latach widzę, że faktycznie nie było miejsca dla mnie. Ale zmiany rozwijają. Widzę po moich dzieciach, chodziły do różnych szkół, uczyły się innych rzeczy. Ja sam, zmieniając kluby, też stworzyłem sobie fundament na przyszłość. Widzę chłopaków, którzy jeśli nie mogą grać w swoim klubie, to nie chcą iść na wypożyczenie i to jest błędne myślenie. Ja zawsze chciałem występować w ekstraklasie i nie miałem wątpliwości, że trzeba iść tam, gdzie cię chcą.

To były ciężkie czasy w Ruchu.
Surma:
W Ruchu zawsze są ciężkie czasy i dobrzy piłkarze.
Malinowski: Jeden były piłkarz Ruchu powiedział mi ostatnio: „W tym klubie nic się nie zmienia”.
Surma: Od tego 2002 roku nic. Może tyle, że jest boczne boisko, wtedy za bramkami. Ale drużyna trzyma się w czołówce. Może bieda konsoliduje? Wielkim plusem jest to, że są śląscy piłkarze, bo oni oddają całe serce.
Malinowski: Śląski charakter. Śląsk jest specyficzny. Odrę Wodzisław też wszyscy skazywali na pożarcie, a trzymaliśmy się czternaście lat. Poza tym śląscy kibice… Bez nich nic by nie było. Nieraz graliśmy przeciwko całemu światu. Dzisiejsze wyniki Ruchu też są niektórym nie w smak. To, że klub próbuje wychodzić na prostą, że potrafimy zrobić coś z niczego…

Inni mają od lat dobre warunki, zarobki. A wy poczucie niesprawiedliwości?
Malinowski:
Od dwudziestu lat się z tym zmagam. Zawsze wszyscy mieli. Śmiejemy się, że innym brakuje ptasiego mleka, a to nie zawsze idzie w parze z dobrą grą.
Surma: Ale tu przychodzi dziadek na mecz z wnukiem, który ma szalik. Kibice, siła tradycji… Nie ma przypadku, że rozpadł się Groclin czy Amica.
Malinowski: Łukasz już poszedł do Legii, kiedy spadliśmy z ligi. Nie było niczego. Kibice przynosili nam odżywki i bandaże, żebyśmy przetrwali.
Surma: Nie byłem tu dziesięć lat i ten sam pan Kaziu dalej się kręci przy klubie, cały czas jest w tej samej kurtce, tej samej czapce.
Malinowski: Paulek, który kosi trawę, jest tu zawsze.
Surma: I murawa jest zawsze w bardzo dobrym stanie. W dużym klubie, zanim zdążysz się do kogoś przyzwyczaić, często już go nie ma. Jak w korporacji.

Gordon Strachan, obecny trener Szkotów, też grał profesjonalnie niemal 30 lat. Żeby trzymać formę, trzymał dietę, jadł banany, owsiankę i wodorosty. Trzeba bardzo dbać o siebie?
Malinowski:
To oddam głos Łukaszowi…
Surma: Najważniejsze są chęci, żeby być w formie. Ale nie widzę złotej recepty. Umiar to sposób. Trzeba być normalnym.
Malinowski: A nie do domu przyjść i wywalić pół zgrzewki.
Surma: Trzeba wiedzieć, kiedy i ile.
Malinowski: I z kim.

A papierosy?
Malinowski:
Dajcie spokój!

Basler, Boruc, jest pan w dobrym towarzystwie. Nie ma się co irytować.
Malinowski:
Ale i nie ma się czym chwalić. Powiedziałem to kiedyś i się afera zrobiła. Palenie to moja pięta achillesowa, gdybym jeszcze raz się urodził, nie paliłbym.


To jest jednak coś, że tak długo pan gra, mimo nałogu.
Malinowski:
Wiadomo, jak to jest. Młody człowiek wszystkiego chce spróbować. Nie chciałbym tego tematu za bardzo rozwijać.

Spokojnie, nie rozmawiamy o tym przecież jak o zabójstwie.
Malinowski:
Jak to nie? Przecież palenie zabija! Nigdy nie próbowałem rzucać, traktuję to jako sposób na odstresowanie. Nie wiem jak ty, Łukasz, ale ja bardzo przeżywam wszystkie mecze. Do pewnego momentu było nawet tak, że miałem bóle brzucha i musiałem węgiel brać. Wraz z pierwszym gwizdkiem stres puszcza, ale do tego momentu denerwuję się tak, że mi się ręce trzęsą.
Surma: Właśnie, a ludzie myślą, że im jesteś bardziej doświadczony, tym stres jest mniejszy. A to wcale nie jest tak. Ja mam podobnie jak Marcin, dla mnie każdy mecz to jest duże przeżycie, co nie jest przyjemnym uczuciem. Ręce masz zimne, stopy zimne…

Czyli można zrobić karierę, będąc słabym psychicznie?
Surma:
Nie, to nie tak. Sport bez stresu nie może istnieć, stres do pewnego momentu jest bowiem mobilizujący. Nie widzę zawodnika, który przed meczem byłby superspokojny.
Malinowski: Chociaż kiedyś widzieliśmy film o Brazylijczykach. Ci wyglądali na wyluzowanych.
Surma: No tak, grali na bębnach i tańczyli. Ale to też może być forma jakiejś ucieczki.
Malinowski: Każdy ma inny sposób na odstresowanie. Jeden słucha muzyki, drugi coś innego…

…a pan idzie na „dymka”.
Malinowski:
Ale oczywiście nie w taki sposób, że już mamy wychodzić na boisko, a ja jeszcze proszę trenera o pięć minut, żebym mógł zapalić. Spytajcie jakiegokolwiek trenera, czy kiedyś widział mnie z papierosem. Myślę, że nie.

Czy z perspektywy czasu wiecie, że jako kapitanowie swoich drużyn zachowaliście się kiedyś nieodpowiednio i drugi raz byście tego nie zrobili?
Surma:
Ja się cieszę, że w Ruchu jest Marcin, bo to bardzo trudna rola. Jak jesteś kapitanem, przeżywasz mecze podwójnie: za siebie i za resztę drużyny. Byłem nim w Legii, Lechii i Ruchu, więc teraz czuję ulgę, że uniknąłem znowu tej roli. Marcin fajnie scala zespół, a ja jestem nieco z boku. Błędy na pewno popełniłem. Kiedyś myślałem, że moja rola to przede wszystkim krzyczenie na boisku i podpowiadanie. A chodzi o to, by przede wszystkim dobrą grą dać innym przykład. Gdy byłem kapitanem w wieku 24 lat, to ciągle podpowiadałem kolegom.
Malinowski: Właśnie, i wtedy często przytrafia ci się jakiś klops, bo patrzysz na innych, zamiast na siebie. Często ludzie z władz klubu oczekują od tych doświadczonych, żeby opieprzyli młodych. I nieraz spotykałem się z takimi opiniami, że nawet jeśli nie mam racji, powinienem to robić.
Surma: Czasem słychać, jak ktoś mówi: „Ten to nie ma charyzmy, bo nie krzyczy”, a to zupełnie inaczej działa. Krzyczeć – tak, ale w odpowiednim momencie. Bo jeśli sam zagrasz słabo, to jak możesz krzyczeć na kolegę? Trzeba zacząć od siebie, pokazać się jak najlepiej. To najważniejsze.
Malinowski: Zagraliśmy kiedyś słaby mecz. Przegraliśmy i ktoś mi mówi: „Dlaczego nie wejdziesz do szatni i ich wszystkich nie opieprzysz?”. A jak ja miałem to zrobić, skoro sam przyczyniłem się do tej porażki? Byłem tak samo słaby, jak oni. Zresztą pamiętajcie, że to nie jest tak, że w Ruchu od mobilizowania jestem tylko ja i Łukasz. Mamy jeszcze Marka Zieńczuka i Marka Szyndrowskiego, więc ta odpowiedzialność jest rozłożona na kilku zawodników.

Myśli pan, panie Łukaszu, że wyprzedzi Marka Chojnackiego jeśli chodzi o liczbę meczów w ekstraklasie?
Surma:
Fajnie by było, ale mam w sobie wielką pokorę (z perspektywy czasu wiemy, że obaj wyprzedzili Chojnackiego – mw). Przede wszystkim co tydzień muszę udowadniać, że wciąż mogę grać. Przecież ja jeszcze rok temu miałem być zawodnikiem Garbarni Kraków, bo nie było wielkiego zainteresowania moją osobą w ekstraklasie.

Już wiemy, że pan Łukasz zostanie trenerem. A Marcin kim? Działaczem czy górnikiem?
Malinowski:
Będę w domu z żoną produkował tytoń (śmiech). Powiem wam szczerze: nie mam pojęcia, co będę robił po zakończeniu kariery. Fajnie byłoby zostać przy piłce, ale nie wiadomo, co z tego wyjdzie. Nawet nie wiem, w jakiej roli miałoby to być. Na trenera chyba bym się nie nadawał.

Mamy wrażenie, że to dla pana drażliwy temat.
Malinowski:
Zgadza się.

Zawsze widzi pan czarne scenariusze? Kiedyś wspomniał pan nawet o możliwości pracy w kopalni.
Malinowski:
Nigdy nie mów nigdy. Ale zostawmy to. Zobaczymy, co życie przyniesie. Podobnie jak Łukasz, też myślałem, że więcej już w ekstraklasie się nie pojawię. To było po spadku z Odrą Wodzisław. Nie wierzyłem, że nagle może ktoś się po mnie zgłosić. Dlatego również bardzo spokojnie podchodzę do kolejnych moich meczów w lidze. Nigdy nie wiesz, co będzie jutro, zwłaszcza w takim kraju, jak Polska. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że tu wszystko ci wybaczą, tylko nie sukces. A dla mnie to jest ogromny sukces, zagrać tyle razy w tej – jak to niektórzy określają – śmiesznej ekstraklasie.

W wieku 32 lat zrobił pan maturę. To krok do zadbania o przyszłość?
Malinowski:
Też. Nigdy nie ukrywałem, że nie odłożyłem na graniu na tyle dużo, by po zakończeniu kariery leżeć i odpoczywać lub zająć się szkoleniem dzieci w ramach hobby.

Na pewno nie zostanie pan taksówkarzem.
Malinowski:
Zgadza się. Chyba, że trafię szóstkę w totolotka, to kupię sobie taksówkę i… będę jeździł jako pasażer.

Czemu nigdy nie zrobił pan prawa jazdy?
Malinowski:
Zawsze miałem na tyle dobrych kolegów, że mnie podwozili. Za to im serdecznie dziękuję. Tak naprawdę nigdy nie miałem pociągu do kierownicy, nie było mi to potrzebne, ale wiem, że niedługo będzie. Nie wyobrażacie sobie, ile rozmów na ten temat odbywam z żoną. Jest pierwszą osobą, która mnie namawia, że bym poszedł na kurs. Zaproponowała mi, że wykupi mi go na urodziny, ale nie zgodziłem się. Bo jeśli sam nie poczuję, że chcę to zrobić, to nic z tego nie będzie. Mam gdzieś z tyłu głowy, że wkrótce będę musiał się za to wziąć, bo nie wiem, czy da się przejść przez życie bez prawa jazdy. Dla was pewnie to bułka z masłem, ale dla mnie to duża sprawa.

A co jest w tym trudnego?
Malinowski:
Nie wiem. Przyznam się, że jeszcze nigdy nie jeździłem. Był jeden epizod, gdy jeszcze nie byliśmy małżeństwem z moją żoną. Miała malucha i mnie posadziła za kierownicę. Jak zacząłem coś robić, to od razu powiedziała: „Dobra, wyłaź”.

Czyli ma pan motywację do kontynuowania kariery – im dłużej będzie pan grał, tym dłużej koledzy będą podwozić.
Malinowski:
Mam nadzieję, że jeszcze wszystkich kiedyś zaskoczę i podjadę pod klub. Choćby rowerem.

Dodaj komentarz