Posts Tagged Wisła Kraków

Malarz z Holandii

wywiad z Robertem Maaskantem (wrzesień 2011), pamiętacie gościa? Fajny facet, ale trochę nerwowy.

ROBERT MAASKANT: Lubię sposób w jaki Co Adriaanse myśli o piłce. Mówi o sobie, że na szachownicy zawsze gra białymi, czyli atakuje, chce żeby styl jego drużyny był atrakcyjny. Jest prawdziwym holenderskim trenerem, myśli jak atakować, jak dać radość kibicom.
Pan woli grać czarnymi?
Na pewno sporo się nauczyłem, obserwując prowadzone przez niego zespoły. Mam taką samą ideę w głowie: ofensywną. Lubię atakować… Pracuję jednak w kraju, gdzie trzeba myśleć bardziej realistycznie. W naszej grupie Ligi Europy jest trzech holenderskich trenerów. Adriaanse jest bardzo ofensywny, Martin Jol zaczyna budować drużynę od tyłu, ja z kolei staram się balansować. Być pośrodku.
Być realistą… to dość uniwersalne, każdy może tak powiedzieć.
Zawsze staram się patrzeć na to czym dysponuję i na to przeciwko komu gramy. W ekstraklasie staramy się grać ofensywnie. Ale w Lidze Europy czy w innych najważniejszych meczach, staramy się zmieniać system i grać dwoma defensywnymi pomocnikami.
Mówi się, że największe drużyny są przewidywalne, wy nie jesteście…
Gramy różnymi systemami, to oczywiste. Na pewno chcemy jednak dążyć do jednego. Jak jednak powiedziałem, jestem realistą. Muszę dostosować grę do możliwości zawodników. Mam różnych piłkarzy: Kirma i Małeckiego, Jirsaka i Meliksona. Pojawienie się na boisku każdego z nich powoduje zmianę stylu gry drużyny. Pan narzeka, tymczasem porównuję nas i Lecha sprzed roku i jednak jest spora różnica…
Tak, bo Lech grał z Manchesterem City, Juventusem, Red Bullem i wygrywał. A wy na razie przegraliście z Odense, teoretycznie najsłabszym zespołem w grupie.
Cóż, ludzie patrzą czasem tylko na wynik, a przecież naprawdę dobrze graliśmy. Powinniśmy wygrać 2:1 lub 3:1 i wtedy wszyscy mówiliby, że graliśmy dobrze. Zmieniłby się wynik, nie gra.
Tak to już w piłce jest, że wynik jest najważniejszy.
Nie zawsze lepsza drużyna wygrywa. Weźmy taki Śląsk Wrocław. Wygrali z nami wiosną, ale czy powiedziałby pan, że Śląsk jest lepszą drużyną od Wisły? Że gra lepszą piłkę?
Sporo pan ryzykuje, trener Śląska Orest Lenczyk w Polsce jest postacią niemal kultową.
Wiem, bardzo go cenię. Podoba mi się, że jest zakochany w piłce, że zna się na tym, co robi, że ma silną osobowość. Johanowi Voskampowi poleciłem zresztą transfer do Śląska. Ale wracając do porównań, to my staramy się grać bardziej ofensywnie. Nie tylko kontratakować, ale dać naszym fanom spektakl.
A wygląda to tak, że na 24-tysięcznym stadionie macie 16 tysięcy ludzi w meczu z Ruchem, nieco ponad 12 w Lidze Europy z Odense, tyle samo z Bełchatowem… Czyżby oczekiwania fanów co do spektaklu były odmienne w stosunku do tego, co im oferujecie?
Ależ to mało inteligentne pytanie!
Niby dlaczego?
Czy sądzi pan, że nie ma żadnych innych powodów?
Z chęcią je poznam.
Po pierwsze pieniądze. Kibice na pewno wydali spore sumy na nasze mecze w Lidze Mistrzów. Po drugie wakacje. Ludzie zabrali rodziny na urlopy, mają mniej pieniędzy do wydania. Po trzecie zaczęły się szkoły, a to znaczy, że dzieci i część młodzieży nie przyjdzie na nasz mecz w Lidze Europy, który gramy o 21.05, nie ma dobrego transportu publicznego, to też ma swoje znaczenie. Z Bełchatowem graliśmy w poniedziałek wieczorem, z Ruchem w niedzielę po południu…
No cóż…
To są moje odpowiedzi. Pańskie pytanie zawierało tezę, że ludzie są znudzeni naszą grą, a ja uważam, że powody są znacznie głębsze. Ale w porządku, jestem otwarty na pytania. Ludzie, którzy przyszli na nasz stadion w niedzielę po południu, na pewno nie byli znudzeni.
Mówi pan o ostatnim meczu ligowym, fajnym, otwartym. To cieszy, ale Wisła ma budżet kilka razy wyższy niż Ruch. Żaden z zawodników Ruchu nie usiadłby nawet na ławce rezerwowych w waszym klubie…
Ruch gra bardzo dobrze, a różnice w pieniądzach nie są aż tak duże. Oczywiście mamy szerszą kadrę, większy budżet, lepszy zespół. Pewnie to dlatego my zdobywamy tytuły mistrzowskie w ostatnich latach, a nie Ruch. Jeśli jednak myślelibyśmy w ten sposób, to Wisła nigdy nie byłaby mistrzem Polski. Lech, Polonia i Legia płacą znacznie lepiej. Nawet Zagłębie Lubin płaci niewiele mniej. Zdziwiłby się pan… Wracając do ostatniego meczu. Znacznie trudniej namalować obraz niż go zniszczyć. Co tydzień my musimy malować, zaś nasi rywale po prostu chcą go zgnieść i wyrzucić do kosza. Trzeba wziąć też pod uwagę inne czynniki, jak choćby zmęczenie. Graliśmy w poniedziałek w Bełchatowie, potem w czwartek puchar w Świnoujściu na samym końcu Polski, a potem z Ruchem u siebie w niedzielę. To naprawdę męczące, a jednak zdołaliśmy wygrać wszystkie mecze. Proszę to docenić.
Z Twente to wy zagracie z kontrataku?
Na pewno bardziej niż zazwyczaj.
Tak jak z APOEL-em?
To była inna sytuacja, to był mecz na zasadzie „wszystko albo nic”. Wygraliśmy w pierwszym spotkaniu 1:0, dlatego obraliśmy normalną, logiczną taktykę. Chcieliśmy ich naciskać, ale to się nie udawało.
Jeszcze przez jakiś czas ludzie będą mówić o APOEL-u. Mecz w Nikozji to pańskie Waterloo?
Nie, dlaczego, to takie typowe…
Mówię o ogólnopolskim punkcie widzenia. Były spore oczekiwania, byliście tak blisko…
Zabrakło nam kilka minut do awansu, ale wiemy, że zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Znaliśmy wartość rywala, który zatrudnia dwa razy droższych piłkarzy niż my. A zabrakło nam tak niewiele, zaledwie centymetrów…
Ale wasz awans byłby fartem.
Oczywiście, że tak, ale wciąż byliśmy niesamowicie blisko od wyeliminowania bardzo dobrej drużyny, która na przywitanie z Ligą Mistrzów pokonała mistrza Rosji. Proszę znaleźć pozytywy. Rok wcześniej Wisła przegrała z Karabachem, musieliśmy kompletnie przebudować zespół. Zaczynaliśmy prawie z niczym, a doszliśmy na odległość 3 minut od Ligi Mistrzów. Rzadko zdarza się, by w futbolu ktoś zrobił tak wielki krok.
Brak Meliksona i Małeckiego to poważna strata. To świetni zawodnicy do kontry.
Tak, jednak z Ruchem bez ich udziału strzeliliśmy dwie bramki z kontrataków, mogliśmy dołożyć jeszcze jedną… Mamy dobrych piłkarzy do kontr, mamy szybkość w drużynie.
Jak pan zapatruje się na sprawę Maora Melliksona? Chyba sporo na tym stracił…
Podjął decyzję.
Czyżby? Mieliście spotkanie na Wiśle: pan, Smuda, Dahan (menedżer Meliksona – red.) i sam zawodnik. Czy nie poddaliście go zbytnim naciskom?
To nie tak. Maor był niedoceniany w Izraelu, więc dostał propozycję z Polski. Dalej była to jego decyzja. Myślę, że nie wiedział, co zrobić i chyba dalej jest zagubiony. Nie spodziewał się takiego zamieszania. Podjął decyzję, która dla niego była pozytywna, ale w ciągu jednego dnia wszystko się odwróciło. Media z Polski i Izraela wystąpiły przeciw niemu.
Piłkarz z Izraela zastanawia się nad grą dla Polski? Czy w Holandii byłoby to dopuszczalne?
Są podobne sytuacje, w naszej kadrze grają zawodnicy, choćby z Maroka, którzy wychowywali się w Holandii.
Melikson tu się nie wychował.
Jeśli chodzi o Maora, to proszę pamiętać, że jest polskiego pochodzenia, więc ma prawo grać w kadrze.
Melikson powinien grać dla Polski?
Nie zajrzę w jego serce, ale z piłkarskiego punktu widzenia byłoby to ogromne wzmocnienie. To zawodnik, który wprowadza nową jakość, może zadecydować o wyniku jednym zagraniem.
Robi to w meczach ligowych, ale na przykład w meczu z APOEL-em nie był w stanie nic wielkiego zrobić.
Tak, ale wcześniej z Liteksem grał fantastycznie. Jeśli znowu wracamy do meczu z APOEL-em, to trzeba wziąć pod uwagę, że oni zagrali swoje najlepsze spotkanie w ciągu ostatnich 5 lat.
Nie przesadza pan? Dwa lata temu zremisowali z Chelsea i Atletico Madryt.
Widziałem tamte mecze, wtedy grali dobrze, ale uważam, że z nami zagrali lepiej. Jeśli chodzi o kadrę, gdyby Maor tworzył duet w pomocy z Adrianem Mierzejewskim, gdyby wymieniali się pozycjami… Nie chciałbym grać przeciwko takim zawodnikom.
Zakłada pan, że Maor wygrałby rywalizację ze Sławomirem Peszką, Ludo Obraniakiem lub Kubą Błaszczykowskim?
Zakładam, że gdyby któryś z nich, w tym Maor, pojawił się na boisku na ostatnie 25-30 minut, mógłby znacznie zwiększyć jakoś drużyny. Gdybym był trenerem przeciwnika Polski, bałbym się zespołu z taką siłą ognia.
Czego możemy się spodziewać po Wiśle w meczu z Legią?
Na pewno chcemy wygrać, ale biorę pod uwagę również zdobycie punktu…
Co za minimalizm, stracicie dystans do prowadzących.
Nie jestem minimalistą! Po prostu biorę pod uwagę okoliczności. Zresztą nigdy nie patrzę na tabelę. Chcę na koniec sezonu spojrzeć na trofeum. Tabela mnie nie interesuje, jest nieważna. Ważne są wyniki, sposób, w jaki wygrywamy. Przykładowo w tej rundzie gramy na wyjeździe z Legią, Koroną, Lechem, Polonią i Widzewem. Z całą czołówką. Oznacza to, że w rundzie rewanżowej będziemy grali z nimi u siebie. W takim układzie mówienie o tabeli nie ma sensu przed końcem sezonu. Jest nie na miejscu.

Reklamy

Dodaj komentarz

Zostawcie Maaskanta

Dwie rzeczy są pewne w zawodzie trenera – na pewno umrze i na pewno zostanie zwolniony. To stare, może nawet nieco wyświechtane, ale pozwoliłem sobie przypomnieć przy okazji sprawy Roberta Maaskanta. Niedawno idola, teraz niemal popychadła. Piszę o nim, bo spodziewam się, że za ostatnie wyniki zapłaci posadą.
Zwolnienie Holendra byłoby jednak błędem. Po takim meczu? Po spotkaniu gdzie zespół mógł i powinien co najmniej zremisować? Gdzie stworzył sobie kilka stuprocentowych sytuacji, momentami miażdżył przeciwnika i po prostu miał pecha? Pewnie to sprawa dyskusyjna, pewnie można to spotkanie potraktować jedynie jako katalizator, bo przecież Wisła miała ostatnio kilka słabszych meczów…
Przypomniał mi się przypadek trenera Władysława Żmudy, mistrza Polski ze Śląskiem Wrocław z roku 1977. Po zdobyciu tytułu wrócił do siebie na Śląsk. Najpierw spadł z I ligi, potem awansował, a w połowie sezonu 79/80 zajmował 3. miejsce w lidze. Działaczom zamarzyły się więc puchary. Ale z czasem sytuacja ułożyła się tak, że na cztery kolejki przed końcem musiał wygrać w Łodzi z Widzewem. Zaatakował więc i dostał kilka mocnych ciosów.
Zacytuję więc samego zainteresowanego (wywiad z Piłki Nożnej z 1982, przeprowadzony przez Zygmunta Lenkiewicza, dziś zastępce szefa sportu w TVP)
Żmuda mówi: – Przed meczem z Widzewem dałem się podpuścić. Start w pucharach dawało jedynie zwycięstwo w Łodzi, zagrałem więc bardzo ofensywnie, stawiając wszystko na jedną kartę. Skończyło się klęską 1:6. Następnego dnia dowiedziałem się, że już nie pracuję. To był dla mnie szok. Do dziś uważam, że ta błędna decyzja oddaliła w czasie osiągnięcie celu w Zabrzu, chociaż patrzę na tamto wydarzenie znacznie trzeźwiej. Jeśli nie ma sukcesów, rola trenera staje się niezwykle trudna. Jesteśmy przecież rozliczani ze zdobytych punktów. Szkoleniowiec bojący się o swoją pracę, niejako automatycznie działalność ogranicza do tej właśnie kwestii. To szkodzi zespołowi, bo piłkarzom nie aplikuje się wielu niezbędnych zajęć i ćwiczeń, jako że aktualne zdobywanie punktów nie zależy bezpośrednio od nich. Może zależeć dopiero kiedyś, w przyszłości. Inaczej będzie każdy z nas pracował, jeśli ma gwarancję ciągłości pracy, powiedzmy przez trzy lata. Wtedy można już coś planować, a podnoszenie poziomu drużyny może się odbywać wyłącznie etapami. Trener musi mieć czas na realizację swoich zamierzeń, działacze powinni o tym wiedzieć.

I tu wracamy do Maaskanta. Etapem pierwszym była przebudowa drużyny i walka o tytuł. Połączenie tych dwóch zadań było dość trudne, ale udało się. Oczywiście zawodnicy przyszli różni, dziś akcentuje się głównie Jaliensa (może nie jest to „international level”, ale byli wystarczająco dobrzy na naszą ligę rok temu) i Lameya, a jakby marginalizuje Bitona, Meliksona czy Pareikę, ściągniętych za niewielkie pieniądze. Oczywiście tytuł wywalczono również dzięki słabości rywali, ale to część futbolu. Etapem drugim awans do Ligi Mistrzów, gdzie Wisła poniosła klęskę. Dziś oglądając APOEL wiemy już dlaczego. Wisła to zespół złożony na szybko, wbrew oczekiwaniom jej właściciela nie przygotowanym do walki o wysokie cele. Dlatego powinien nastąpić etap drugi – walka o kolejny tytuł, walka w europejskich pucharach z lepszym wynikiem, ale wcześniej, zimą, wymiana kilku zawodników na młodszych, lepszych. Kolejnym elementem byłoby stworzenie kompletnego na polskie warunki zespołu.
Oczywiście, wtrącę, wolę model budowania zespołu taki jak w Warszawie, ale to już nie jest robota trenera, tylko prezesa, właściciela. Konsekwencje powinni raczej ponosić ci, którzy podpowiadali cięcia finansowe nie tam gdzie trzeba. Wisła dziś płaci za swoją krótkowzroczność, a nie za błędy trenera. Oczywiście nie dla każdego trenera znajdę takie usprawiedliwienie, ale przypomnę, że duet Maaskant – Valckx jest odpowiedzialny też za duży prawdopodobnie sukces finansowy w przyszłości – potencjalne transfery wspomnianych Meliksona i Bitona (Wisła ma prawo pierwokupu za 1,6 mln euro a mam wrażenie, że zawodnik może być wart więcej), a może też Wilka, który zrobił ogromny postęp. Wszystkich za ciężkie pieniądze, z wielokrotnym przebiciem.
Prezes Bogdan Basałaj powinien więc raczej zastanowić się nad tym, czy on sam od czerwca 2010 roku zrobił wszystko jak trzeba, żeby zapewnić Wiśle ciągłość działania na wysokiem poziomie przez najbliższe 5-10 lat. W końcu praca prezesa nie powinna polegać jedynie na zatrudnianiu i zwalnianiu trenerów, a w Polsce, mam wrażenie, do tego się ta ciepła posadka ogranicza.
Wracając do Maaskanta – wiadomo że Ligi Europejskiej i Ekstraklasy w tym sezonie nie udało się połączyć. Pewnie sporo w tym winy trenera, ale też trzeba pamiętać o warunkach w jakich pracuje. Po 8. kolejce zespół miał ledwie punkt straty do prowadzącego Śląska.
Od tej pory gra bez Meliksona i Małeckiego, ale i Sobolewskiego (dograł jeszcze połówkę meczu z Legią) – a więc wypadli trzej najważniejsi piłkarze. Melikson, który jest twórcą, Sobolewski, który jest niszczycielem i łącznikiem, w końcu Małecki, który jest koniem pociągowym, zwłaszcza w trudnych momentach, gdy drużynie nie idzie, takich jak w ostatnich meczach z Podbeskidziem i właśnie z Cracovią (dlatego utrzymuję, że byłby idealnym rezerwowym w kadrze narodowej)
Może inny trener dałby sobie radę, ale tylko może. Szczerze wątpię.
Dziś sytuacja wygląda tak, że Wisła mając przetrzebiony skład i obciążenia wynikające z gry w Lidze Europejskiej (wydaje się to śmieszne, ale w Polsce tak jest). Wyobraźcie sobie Legię bez Rybusa, Borysiuka i Radovicia, wyobraźcie sobie Śląsk bez Mili (jeden mecz w lidze i porażka z Koroną u siebie), wyobraźcie sobie walczącego o tytuł Lecha (dwa sezony temu) bez Stlicia i Peszki.
Spotkałem się z argumentem, że Wisła powinna wygrywać bez tych trzech zawodników. Ale zanim zejdziemy na ziemię, pójdźmy dalej – czy Barcelona bez Xaviego, Busquetsa i Messiego ma wygrywać wszystko w lidze hiszpańskiej?
Nie chodzi tu o rozrysowanie zespołu na papierze, ale o pojęcie o tym, jak funkcjonuje drużyna – istnieją pewne schematy, pewien tok myślenia, jak drużyna zachowuje się po stracie liderów, czy może z dnia na dzień zmienić styl gry? To nie jest menedżer piłkarski na komputerze. Zresztą tu dochodzi też aspekt psychologiczny – brak głównych kreatywnych zawodników i mentalnego lidera drużyny to strata większa niż strata „jakiś trzech zawodników z podstawowego składu”. Są ludzie nie do zastąpienia. Choćby Garguła dziś nie jest w stanie grać w miejsce Meliksona, właściwie w naszej lidze jest tylko dwóch piłkarzy spełniających podobne role. Chodzi mi tu o znaczenie, nie o styl. A więc Stilić i Radović.
Nie jestem żadnym wielkim fanem Maaskanta, zdaję sobie sprawę z tego, że na niektóre co piąty fan do biletu powinien dostawać kupon na darmową wizytę do dentysty, ale też nie byłbym tak surowy w ocenie Maaskanta.
Brakuje stylu, warto się zastanowić nad przyszłością, w razie czego nie będę przesadnie płakał, niczym kibice Derby County po zwolnieniu Briana Clougha.
Rozumiem, że my Polacy jesteśmy ludem z drewnianych chatek, żądnym krwi. I nie wypieram się tej brzydkiej cechy narodowej, sam bym kilku zwolnił.
Jeśli więc już potrzebujemy krwi, proponuję zwrócić uwagę bardziej na północny zachód. Tam jest poznański Lech. W pełnym skłądzie, bez obciążeń pucharowych, a ma tyle samo punktów co Wisła – 21. Dziś nie ma już głosów wzywających do zwolnienia Bakero bo pewnie wielu dziennikarzom głupio by było, w końcu niedawno Lech grał fantastycznie (protestowałem, ale jak idzie fala, to surferzy albo idą z nią, albo pod wodę. Ja trafiłem pod wodę). Dziś ciężko tak się wycofać…

PS. Wspomniany Żmuda po jakimś czasie, bo w 1981 roku, trafił do Widzewa, zdobył z tym zespołem mistrzostwo Polski a potem awansował do półfinału Pucharu Mistrzów, jest na pewno jednym z najlepszych trenerów klubowych w historii naszej piłki.

4 Komentarze

Tak hartowała się stal

Drugi tekst w naszym cyklu „Oni wstrząsną ekstraklasą” był o Rafale Boguskim. Połaziłem tu i tam i okazało się, ze facet ma ciekawą historię. Oto efekty mojego jeżdżenia…

Tak hartowała się stal

Czasem, gdy mam na plecach obrońcę i dostaję mocne podanie, piłka mi odskakuje na kilka metrów. Wtedy widzę, że mam braki techniczne – zdradza Rafał Boguski. – Czasem zastanawiam się: co by było, gdybym wcześniej zaczął grać w piłkę?

Człowiek-tester
Do klubu zapisał się, gdy miał 15 lat! Jakieś 7 lat później niż jego koledzy w zachodnich krajach. Przyszedł na trening ŁKS Łomża i został poddany sprawdzianowi. – Trener dał mnie do pary z najsłabszym zawodnikiem, można powiedzieć, że to był taki człowiek-tester. Jeśli było się od niego chociaż odrobinę lepszym, to przyjmowali cię do zespołu – opowiada. Przetrwał test.
Rocznik 1984 zapowiadał się doskonale. O niektórych zawodnikach mówiono jako przyszłych pierwszoligowcach, kilku zostało wyłowionych przez Szkoły Mistrzostwa Sportowego, głównie tą z podwarszawskiego Piaseczna. Konkurencja wydawała się nie do przeskoczenia. – Gdy przychodziłem do juniorów, bardzo odstawałem, wcześniej nie miałem treningów technicznych. To było zresztą doskonale widać. Zagryzałem zęby i zasuwałem. Po półtora tygodnia trener wziął mnie na mecz i grałem w pierwszym składzie – opowiada zawodnik Wisły.
Szybko nadrabiał braki. – Ćwiczyłem na podwórku z kolegami, na każdy trening do klubu przychodziłem pierwszy. Nie irytowałem się, gdy widziałem, że ktoś robił coś, czego ja nie potrafiłem. Po prostu patrzyłem na lepszych kolegów i starałem się im dorównać. Sama świadomość tego, że nie umiem pewnych rzeczy, mobilizowała mnie do pracy – dodaje.
– Gdzieś po roku treningów w sparingu z drużyną seniorów strzeliłem gola i wypadłem naprawdę dobrze. Wtedy poczułem, że treningi przekładają się na umiejętności. Miał wtedy nieco ponad 16 lat i od roku uczył się w liceum ekonomicznym w Łomży. Wcześniej nie widział prawdziwego klubu piłkarskiego. Jego futbol to były mecze między wsiami, kopanie na skrzyżowaniu w Leopoldowie i treningi ze starszym o 15 lat wujkiem Jarkiem, napastnikiem okolicznych wiejskich klubów.

Mały był za ciężki

W Leopoldowie oficjalnie jest zameldowanych 120 osób. W rzeczywistości jest ich około 80, z czego większość stanowi bliższa lub dalsza rodzina Rafała. Właściwie zaledwie dwie, może trzy rodziny to obcy. Od kiedy Rafał jest w Wiśle Kraków, wszyscy tu zamontowali sobie „talerze” na dachach i oglądają mecze. Wolny czas dzieci spędzają tu na tzw. żwirowni, czyli żwirowych górkach za wsią. W zimie są idealne do zjeżdżania na sankach.
Jakieś 200 metrów za mostkiem, zaraz obok skrzyżowania, dziadek Boguski miał pokaźną posiadłość. Podzielił ją między swoje dzieci. Dzisiaj w tym miejscu mieszka wujek Jarek. Przez lata sąsiadowali z nim rodzice Rafała – Kazimierz i Hanna, oraz dwójka rodzeństwa: Karol i Emilia. Dziś dom zajmują babcia i wujek Tadeusz.
Wieś powoli się wyludnia. Ludzie wyjeżdżają do miast w poszukiwaniu przyszłości. Najbliższa szkoła, ta do której chodził Rafał, znajduje się w Chojnach Naruszczkach, kilometr na piechotę. Właściwie znajdowała się, bo kilka lat temu ją zamknięto.- Było coraz mniej dzieci, w końcu gdy któregoś roku zgłosiło się tylko pięcioro, władze gminy postanowiły przenieść szkołę do Miastkowa – opowiada Marcin Chojnowski, prezes, trener i zawodnik KS Miastkowo, radny gminy i kolega z ławki szkolnej Boguskiego.
Wujek Rafała, Jarosław Boguski również gra w klubie z Miastkowa. Sam po cichu marzył o karierze piłkarskiej, ale to były inne czasy. Na wsi są poważniejsze zmartwienia niż futbol. Gdyby rodzice Rafała nie przeprowadzili się do Łomży, pewnie też grywałby w klubie z Miastkowa i byłby lokalną gwiazdą, jak wielu jemu podobnych utalentowanych piłkarzy w całej Polsce.
A mogło się skończyć nawet gorzej. Swego czasu 13-letni kuzyn podniósł 3-letniego Rafała do góry. „Mały” okazał się za ciężki, spadł z wysokości metra na ziemię i pękła mu kość w nodze. Lekarze założyli gips. Przez jakiś czas Rafał nie mógł chodzić, więc biegał za piłką na czworaka.
To był pierwszy znak. – Rafała pamiętam jako ubłoconego chłopaka, który wraca z piłką pod pachą przez nasze podwórko – wspomina Ewa Boguska, żona wujka Jarka, pierwszego „trenera” Rafała. Rafał: – Trener to byłoby zbyt duże słowo. Nigdy nie mówił, jak się ustawiać, jak grać w piłkę, to było po prostu zwykłe kopanie. Dzieliliśmy podwórko na dwie połowy i strzelaliśmy na bramki.- Graliśmy na podwórku, głównie się kiwaliśmy – pokazuje Jarosław Boguski przez okno. Za jedną bramkę służyła brama wjazdowa, za drugą kamienie. Tak dzień w dzień, po dwie, trzy godziny. Z czasem zaczęli grać przez płot, w siatkonogę. Rafał poprawiał technikę. – Właściwie jak tylko zaczął chodzić, to zaczęliśmy kopać – opowiada Jarosław Boguski.
Gdy Rafał Boguski miał 14 lat, grywał w meczach „wieś na wieś” przeciwko dorosłym, nawet ponad 30-letnim mężczyznom. Grali z Łubami-Kiertanami, z Sułkami, Młynikiem, a czasem nawet z Tarnowem, który leży już 5 kilometrów dalej. Poważniejsze mecze rozgrywano w Szczepankowie, również 5 kilometrów od Leopoldowa, bo tam było pełnowymiarowe boisko i grał tu czołowy klub w rozgrywkach Ludowych Zespołów Sportowych a w nim wszyscy najlepsi lokalni piłkarze, między innymi wujek Jarek. Rafał był za młody na rozgrywki LZS-ów, ale w meczach między wsiami w pewnym momencie zaczął brylować.- Zdarzało się, że brał piłkę, mijał kilku rywali i strzelał bramkę – mówi Jarosław Boguski. – Trochę bał się starć z dorosłymi chłopami, dlatego nadrabiał szybkością, zwrotnością. W wieku 14 lat był już szybszy niż starsi faceci.
Zaczęły się szepty
Wujek Jarek: – Ludzie zaczęli pytać: „Co to za chłopak, skąd go wzięliście?”. Nie mieli pojęcia, że Rafał na co dzień gra tylko na podwórku i skrzyżowaniu przed domem. Z czasem Rafał z kolegami zorganizowali sobie boisko. Na łące należącej do gminy. Było trochę za małe, więc Waldek – jeden z rolników, który też lubił pobiegać za piłką, dorzucił kawałek swojego pola. Boisko nazwali „Państwowym” albo „Ogólnym”. Dzisiaj już nie istnieje, ale wtedy było jednym z ważniejszych miejsc wiejskiego życia. Bramki chłopcy zrobili z konarów, siatki ze sznurków rolniczych używanych do wiązania snopków. Boisko miało 40 metrów długości, 20 szerokości. Na codzienne kopanie wystarczyło. Ale to dopiero późnym popołudniem, po pracy na roli. – Lubiłem swoje dzieciństwo, sianokosy, czy nawet żniwa i wykopki, chociaż to była ciężka robota – mówi Rafał Boguski, jakby praca na roli była czymś zupełnie normalnym. Wujkowie wspominają, że gdy szedł z na pole z krowami, bez przerwy żonglował piłką.
Praca na roli dziś wydaje się prosta, Ewa Boguska śmieje się, że „tak się czasy zmieniły, że dzisiaj dzieci na wsi nie wiedzą nawet jak siano wygląda”. Jesienią ziemniaki wykopuje kombajn. Rafał jest jeszcze z pokolenia, które zbierało je kopaczką, traktorem jeździł brat Karol. Ich pole miało powierzchnię kilkunastu boisk piłkarskich. Hanna Boguska, mama piłkarza: – Dla dzieci na wsi to codzienność, ale na pewno nie jest to lekkie zajęcie. Mnie było moich dzieci szkoda, dla nich wyprowadziliśmy się do miasta, żeby miały lżej. Rafał Boguski: – Jestem przyzwyczajony do ciężkiej pracy i myślę, że zwłaszcza w okresie przygotowawczym daje mi to pewną przewagę.

Czyścił kontenery w USA

Rodzice zdecydowali w końcu, że pracą na wsi nie zapewnią przyszłości dzieciom. – Przeprowadziliśmy się do Łomży. Na roli trzeba się napracować, a efekt często nie jest taki, jakbyś się spodziewał. Tylko niektórzy rolnicy się wzbogacają. Jedzenia nam nie brakowało, sami wszystko produkowaliśmy, ale rodzice postanowili, że mieszkać będziemy w Łomży a zarabiać za granicą – opowiada Rafał.
Spora część rodziny Rafała już wcześniej wyemigrowała do USA, konkretnie do Lindenhurst na Long Island w stanie Nowy Jork. Rodzice zaczęli więc pracę w Stanach Zjednoczonych, a do domu wracali na święta i wakacje. Wkrótce także i dzieci państwa Boguskich zaczęły jeździć za ocean. Rafał był już wystarczająco duży, żeby pracować. – Tata zapytał swojego szefa czy ja i Karol możemy popracować na frezarkach i tokarkach – opowiada napastnik Wisły. Pierwszy raz na saksy wyjechał, gdy miał 17 lat. Później jeszcze dwukrotnie w czasie wakacji. – Raz miałem cięższą robotę: musiałem malować kontenery na śmieci i czyścić je z odprysków. Chemikalia to jedno, ale największym problemem było czyszczenie odprysków po spawaniu. Miałem taką elektryczną szczotkę, szlifierkę i wyrównywałem powierzchnie. To był ciężki sprzęt. Wracał do domu i padał wykończony. Czasem krzyczał przez sen po angielsku. Lżej było w pracy na farmach, bo do tego przyzwyczaił się w Leopoldowie.
Dwaj bracia cioteczni Rafała – Adam i Kamil Parzychowie z powodzeniem grają w miejscowych drużynach koszykarskich. Jeden w uniwersyteckiej, drugi szkolnej. Zresztą rodzina napastnika Wisły to niemal sami sportowcy. Siostra grała w tenisa stołowego, brat rzucał oszczepem, brat stryjeczny Adrian jest świetnie zapowiadającym się chodziarzem.
W USA Rafał od razu dostał oferty z lokalnych drużyn. Grał w polonijnym klubie ze Stanford, w turnieju z okazji rocznicy śmierci Kazimierza Deyny. Oczywiście został królem strzelców. Kariera w Stanach stanęła otworem. Lekka praca, szkoła za darmo. Działacze ze Stanford byli tak zdesperowani, że raz ściągnęli Rafała na tydzień z Łomży, specjalnie by tylko zagrał w kilku meczach. Poleciał. Gdyby zdecydował się zostać, mógł zarabiać nawet 50 tysięcy dolarów rocznie. Jak na amatorskie rozgrywki to ogromna kwota. Rodzice chcieli, żeby został w USA, cała rodzina namawiała, ale Rafał wraz z rodzeństwem wolał wrócić do Polski. Coraz lepiej szło mu w ŁKS Łomża.

Jagiellonia mówi „nie”

Koledzy zaczęli wołać na niego „Dziki”. – Graliśmy w juniorach gierkę treningową, przegrywaliśmy, więc robiłem, co się tylko dało, żeby odrobić straty. Biegałem we wszystkie strony, walczyłem, próbowałem strzelać. Po treningu jeden z kolegów powiedział: „Co ty taki dziki jesteś?”. I tak zostało – wspomina.
Boguski był maniakiem treningów. – Jeśli szkołę mieliśmy po południu, to trener urządzał dla nas treningi rano. Przychodziliśmy na 10, później do szkoły, ale zdarzało się, że Rafał zrywał się z lekcji, żeby przyjść jeszcze na popołudniowy trening i ćwiczyć z resztą chłopaków – opowiada kolega z ławki, Marcin Chojnowski.
Choć w podstawówce co roku otrzymywał świadectwo z czerwonym paskiem, w szkole średniej nie miał już wątpliwości, że to futbol będzie jego przyszłością. Na pierwszej godzinie wychowawczej nauczycielka kazała napisać „moje największe marzenie”. Każdy przygotował je w tajemnicy, złożył kartkę i schował. Rafał pisał: „grać w reprezentacji”. Mama: – Mówiłam mu: „Bierz się za naukę, z piłki nic nie będziesz miał, tylko brudne ubrania”. Mówił: „Mamo, spokojnie, jak będę zarabiał, to kupię ci pralkę”. W końcu pralkę kupiliśmy sami, Rafał kupił zmywarkę.
– Był coraz lepszy, w pewnym momencie strzelał dla nas po kilka goli w każdym meczu. Różnica między nim, a resztą była tak duża, że odszedł do seniorów – mówi Chojnowski, który przez jakiś czas grał z Rafałem w juniorach.
Zawodnikiem zainteresowała się Jagiellonia, która myślała o awansie do ekstraklasy. Pojechał, ale wrócił na tarczy. Uznano, że się nie nadaje. Wtedy w klubie postawiono na duet Dzidosław Żuberek – Wojciech Kobeszko. Z Łomży wyciągnął go do Wisły dopiero Jerzy Engel junior. Kibice skandowali „zostań z nami”, ale Wiśle odmówić nie mógł.
Gdyby prześledzić jego karierę, każdy sezon to spory postęp. Wciąż idzie do przodu, gra częściej, wyżej, strzela więcej goli. Dopiero w tej rundzie przystopował z powodu kontuzji. Obserwując jednak zimowe sparingi, widać, że wraca do wielkiej formy. Jeśli nie będą prześladowały go urazy, nie ma właściwie siły, która mogłaby go zatrzymać.
Historia Boguskiego to tak naprawdę kolejna z opowieści o triumfie woli, o tym, że jeśli chcesz czegoś naprawdę, możesz to osiągnąć. Jarosław Boguski: – Przez te sześć lat nie opuścił żadnego treningu w Łomży. Marcin Chojnowski: – Nie przyszedł nawet na półmetek klasowy. Któregoś dnia przejeżdżałem koło stadionu w Łomży, lał spory deszcz, wszyscy rozeszli się do domu. Zobaczyłem tylko zupełnie przemoczonego chłopaka, który wchodził na boisko z workiem piłek, nie zwracał uwagi na ulewę. To był Rafał.

2 Komentarze