Archive for Grudzień, 2015

Pan Józef ma żal do Polski

Materiał pochodzi z 2010 roku. To był ciężki wywiad. Józef Szmidt nie chciał rozmawiać. Wymigiwał się. Kilka godzin koczowałem najpierw na stadionie a potem w hotelu i spóźniłem się na ostatni pociąg. Tak bywa. Najważniejsze, że ostatecznie przysiadł przy stoliku i godzinę pogadaliśmy.

Józef Szmidt na chwilę wyjrzał ze swojej samotni. Podczas spotkania z kibicami w Olsztynie pierwszy raz od dłuższego czasu, wystąpił publicznie. Dłuższy czas to dobre określenie. Od kiedy wyjechał do Holandii a stamtąd do Niemiec, minęło bowiem 35 lat. Zrozumiałe więc, że stając przed większą publicznością był mocno speszony i nawet nie starał się tego ukrywać.

– Wolę skakać niż mówić – stwierdził. Od czasu do czasu wypowiada się, ale idzie to opornie. Nie dlatego, że jest słabym mówcą, wręcz przeciwnie. Ma po prostu żal. Do Polski. Za to, że go zdradziła. Że gdy jej potrzebował przybrała twarz bezradnie rozkładającego ręce dyrektora kopalni, czy trenera który uciekał i chował się przed nim, by nikt nie zobaczył ich razem. Że przybrała twarz ludzi, którzy całowali i uwielbiali go jako Polaka gdy odnosił sukces, a wyklęli jako Niemca i chcieli upodlić jako człowieka gdy stał się niewygodny. Wobec Szmidta Polska pokazała swoje najgorsze oblicze. Wszyscy mówią mu, że ludzie się zmienili, bo system się zmienił, ale ciężko go przekonać. – System się zmienia, ale trzon pozostaje ten sam – twierdzi. A jednak chce mieszkać w Polsce, coś go tu ściągnęło, mówi że to piękny kraj. Mieszka z żoną Łucją we wsi Zagozd niedaleko Drawska Pomorskiego, gdzie wiedzie spokojne życie emeryta. Właśnie zrezygnował z hodowli kóz, bo interes okazał się mało dochodowy. – Jestem pracowity, ale nie mam głowy do biznesu, nie umiem załatwiać rynków zbytu, kombinować. Miałem 60 kóz, chciałem żeby ludzie pili mleko kozie i jedli ser, ale w Polsce to jeszcze mało popularne. Teraz zostaliśmy z 20 kozami. Przecież ich nie zabiję – wyjaśnia.

50 lat później

Pana Józefa ktoś dość zdecydowanie ciągnie za rękę. Zróbmy zdjęcie tu, a może tu, a może pan skoczy, albo niech pan chociaż stanie na skoczni, niechże pan weźmie zdjęcie ode mnie, jest Pan na nim, zróbmy sobie zdjęcie, i jeszcze jedno z moim synem. Euforia. Niemal na wszystko się zgadza, ma problem z odmawianiem, ale chce już iść. Jeszcze jeden rzut oka na zdewastowany i zarośnięty stadion leśny w Olsztynie. – Tutaj była skocznia – mówi. Skocznia dalej tu jest, a właściwie wysypany piasek. Tak samo jak 50 lat temu, gdy rozgrywały się tu mistrzostwa Polski. Józef Szmidt wziął wtedy rozbieg i skoczył. Dalej niż zwykle. W nocy z 4 na 5 sierpnia padał deszcz i bieżnia była lekko nasiąknięta. Warunki przyzwoite, ale nie dobre. Do Igrzysk Olimpijskich pozostawało zaledwie kilka tygodni, dlatego Szmidt chciał załatwić sprawę jak najszybciej, nie przemęczać się i przede wszystkim uniknąć kontuzji. Skoczyć ze dwa razy, wygrać, spakować graty i pojechać do domu, na Śląsk. Właśnie minęła 18, więc do rana dałoby się dojechać. Gdy szykował się do rozbiegu, na jego drodze stanęła żaba. – Nie zdołałem jej przegonić, więc ją przeniosłem. Po drodze nasikała mi na rękę. Zaśmiałem się i pomyślałem sobie: Skoczę tak jak ty! – opowiada.
Wziął więc rozbieg i skoczył. Fotoreporterzy rzucili się w stronę piaskownicy! Jest rekord świata! Chorągiewka, która wyznaczała dotychczasowy ustanowiony przez Olega Fiedosjejewa, 16,70 metra, znalazła się za plecami trójskoczka Górnika Zabrze. Coś daleko… Zmierzył jeden sędzia. Czy aby na pewno? Drugi sędzia, tym razem główny. Czy aby na pewno? To jeszcze szef polskich sędziów. Są jeszcze jakieś wątpliwości? Delegat Polskiego Związku Lekkiej Atletyki kiwnął głową. Zaliczony! 17,03! Rekord rekordów! Pierwszy człowiek na świecie przekroczył granicę 17 metrów. Za miesiąc bez problemu pobił, czy wręcz zmiażdżył wszystkich rywali w Rzymie podczas Igrzysk Olimpijskich. Trzy skoki i w każdym kolejnym bił rekord olimpijski. – Jakaś tam walka była, ale wiedziałem że jeśli będę w formie, zdobędę to złoto – mówi.


Nocleg w rowie

Polak stał się bohaterem. Polak – to brzmi dumnie. A przecież urodził się w niemieckiej rodzinie, w Miechowicach, dzielnicy Bytomiu. Jego ojciec Feliks był dekarzem, pracował dla kopalni, reperował domy górników. Matka Olga była sprzedawczynią w sklepie, a po urodzeniu trójki dzieci zajęła się domem. Po wojnie Rosjanie pozwolili by zostali w kraju. – Na Śląsku brakowało rąk do pracy, było zapotrzebowanie na niemieckich pracowników, a rodzice nie chcieli ruszać się, bo tu był ich dom – mówi Szmidt. Rodzinie postawiono jednak warunek: „Jeśli chcecie pozostać w naszym kraju, przyjmijcie polskie obywatelstwo”. Powoli dzieci opanowały więc język polski, zmieniono im imiona. Josef stał się Józefem, jego brat Eberhardt Edwardem, zaś siostra Ingeborg Ireną. Kto by pomyślał, że w latach 70-tych Józef znowu stanie się Josefem.

Teraz jednak było powojenne dzieciństwo a potem praca którą lubił, przy silnikach. Brat, już Edward, który odnosił sukcesy w lekkiej atletyce, zaproponował mu wspólne treningi w lesie. Trochę przebieżek, trochę skoków. Gdy okazało się, że Józef ma wielki talent, wpisał go na listę zawodników Górnika Zabrze i niemal siłą zaprowadził na profesjonalny trening. Był 1955 rok. Józef Szmidt dopiero zaczął, ale nie chciał przystosować się do reguł. Rozpoczął swój trening, który później na lata zrewolucjonizował trójskok.
Szybkość podpatrywał u sprinterów, siłę u ciężarowców, techniki u siatkarzy. U piłkarzy, z którymi trenował przez pół roku we Wrocławiu nie podpatrzył nic. Modyfikował, zapisywał, coś dodawał, coś odejmował. W zeszycie zapisywał wyniki. 13,18 – 13,69 – 14,03 – 14,20 – 14,40. Było coraz lepiej. W końcu przekroczył granicę 15 metrów. Nie przeszło bez echa w lekkoatletycznej centrali. Na pierwsze zgrupowanie jechał przez Tomaszów Mazowiecki, stamtąd piechotą do Spały. Szedł nocą, a gdy poczuł się senny, położył się w przydrożnym rowie. – Tak było, młody organizm wszystko wytrzyma, w końcu musi. Taksówki nie było, a nawet gdyby przyjechała, to nie miałbym z czego zapłacić – wspomina. A rano wskoczył na wóz miejscowego rolnika i wkrótce zameldował się w Spale, by trenować i wojować ze swoimi trenerami. Był rewolucjonistą, a takich nie lubią. Nie chciał robić na ich sposób, bo uważał, że to nic nie wnosi. Robił po swojemu. Pokłócił się i został wydalony ze zgrupowania. Na chwilę musiał przerwać treningi, gdy wylądował w jednostkach wojskowych, najpierw w Krośnie Odrzańskim, potem w Zgorzelcu. – Nie przyznawałem się, że jestem sportowcem, bo wiadomo, młody organizm więcej wytrzyma… – mówi. W końcu ktoś sobie o nim przypomniał i trafił do Wrocławia. Chociaż pomijano go przy kolejnych powołaniach na kadrę, robił swoje. Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, stawał się najlepszy. W końcu musieli go powołać. Konflikt tlił się przez lata, ale musieli się ugiąć, bo takiego talentu nie widzieli na oczy. W 1958 zdobył mistrzostwo Europy w Sztokholmie, a mało brakowało by na turnieju w ogóle nie wystąpił. Utknął w korku w Sztokholmie i wpadł na stadion 15 minut przed rozpoczęciem konkursu. W fatalnych warunkach, na mokrej nawierzchni pobił jednak rekord Polski, 16,43. Potem pobił wspomniany rekord świata i zdobył złoto na IO w Rzymie. Następnie było mistrzostwo Europy w Budapeszcie. Na Szmidta nie było mocnych. Mógł przegrać tylko ze sobą, właściwie ze swoim kolanem, które od czasu do czasu się odzywało. W końcu przyszedł ból większy niż dotychczasowe. Na początku czerwca 1964 roku stwierdzono zapalenie tzw. podkolanowej kaletki maziowej. Werdykt lekarzy był niemal jednoznaczny – szansa Szmidta na start na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio jest minimalna. „Wystąpię” – obiecał sobie jednak Szmidt.

Walka

– Jeśli nie wierzysz, nie osiągniesz niczego. Możesz przegrać, ale na końcu zawsze musisz móc powiedzieć sobie: „Zrobiłem wszystko co mogłem” – mówi. Na początku stosowano tak zwane leczenie zachowawcze. Bez efektu. Profesor Adam Gruca, wybitny ortopeda podjął się operacji wycięcia kaletki maziowej. We „Wspomnieniach Olimpijskich” Bohdana Tomaszewskiego i Jana Lisa, Józef Szmidt tak wspominał ten okres: „Byłem kaleką. Lecz wtedy kiedy zawiodło leczenie zachowawcze, a do Olimpiady było coraz mniej czasu, zdecydowałem się na operację. Mnie pozostawiono decyzję i była to, jak się później okazało, decyzja podjęta w samą porę. Na trzeci dzień po operacji próbowałem stanąć na nogi. Po przesunięciu się na odległość kilku centymetrów upadłem z bólu na łóżko. Byłem bezsilny. I w tej bezsilności zaczęła się walka, zaczęła się gra o mnie. Lekarze zachęcali do chodzenia i poruszania nogą, codziennie przychodził na wizyty Starzyński. Tylko on jeden widział mój start w Tokio. Uczyłem się chodzić. Ze świata docierały wiadomości o bardzo dobrych rezultatach. Ja uczyłem się chodzić, co za ironia losu. Cały lipiec spędziłem na ostrożnym marszu na korytarzu szpitalnym. Po dwadzieścia, czterdzieści, sześćdziesiąt metrów. Za oknem świeciło słońce, ludzie spacerowali po alejkach w parku, zdrowi sportowcy po całym świecie bili rekordy i cieszyli się zaszczytami. Ja po każdym marszu i odpoczynku siadałem na skraju łóżka i podnosiłem nogę do góry z obciążeniem jedno i dwukilogramowego woreczka z piaskiem. Uczyłem się chodzić”.
Było coraz lepiej, ale Szmidt był ostrożny. – Zaczniesz kilka dni za wcześnie i jest po sprawie – mówi dzisiaj. Starał się wstrzelić. Kilkanaście dni przed Igrzyskami w Tokio pojechał jeszcze na sprawdzian do Włoch. 15,80 metra. Ludzie pokręcili głowami – nie jest dobrze. Szmidt ucieszył się – jest nieźle. Więcej skoczyć po prostu nie mógł. – To by było za duże ryzyko. Chciałem jedynie sprawdzić dla samego siebie czy wytrzymam – mówi. Musiał podpisać zobowiązanie, że startuje na własną odpowiedzialność. – Kacyki bały się, że jak coś mi się stanie, to pójdzie na ich konto – wspomina. Zaczął ostrożnie, w eliminacjach skoczył zaledwie 16,18 m. Nie ryzykował. Strach był, musiał być. Prawa noga wciąż była osłabiona. Szmidt kroczył pewnie i ktoś z zewnątrz mógłby się zorientować, że jest po operacji tylko po czternastocentymetrowej bliźnie na kolanie. Ale on wiedział, że wystarczy źle skoczyć, krzywo postawić nogę… Pierwsza kolejka, klasyczna sekwencja, lewa, lewa, teraz chwila niepewności… prawa… nie ma bólu, odetchnął. Jest za to 16,37 i drugie miejsce, zaraz za Anglikiem Frederickiem Alsopem. Został w grze, a więc trzeba zaryzykować w drugiej serii. Teraz albo nigdy. Później opowiadał: „Czułem tę płynność ruchów, kiedy idzie się na duży skok, trafiłem idealnie na belkę. Wyrzuciło mnie do góry. Wiedziałem, że pierwsza próba poszła znakomicie, mięśnie były elastyczne, odbiłem się w drugim skoku jak piłka, trzeci też nie był najgorszy. Spojrzałem na japońskich sędziów, byli uśmiechnięci. Wiedziałem, że będzie dobry wynik. Na tablicy zapaliło się 16,65. To chyba wszystko na co mnie stać – pomyślałem”. Rywali było stać na mniej. Najgroźniejsi z nich, reprezentanci Związku Radzieckiego, Oleg Fiedosjejew i Wiktor Krawczenko zbliżyli się do Polaka, ale wciąż brakowało im kilku centymetrów. W ostatniej serii, już na zupełnym luzie, Szmidt skoczył fenomenalnie – 16,85. Zatańczył z radości. Noc spędził w towarzystwie trenera Tadeusza Starzyńskiego, jeżdżąc na rowerze po wiosce olimpijskiej. – Taka jest legenda i to prawda, ale nie jeździliśmy z radości. Po konkursie na nodze miałem balon i musiałem po prostu spuścić trochę wody z kolana. A nie chciałem robić punkcji, bo przecież już raz wdało mi się zakażenie, właśnie przez to, że ktoś zrobił mi zastrzyk brudną igłą – mówi. Sam przyznał, że ten medal miał dla niego znacznie większą wartość niż ten zdobyty w Rzymie. ”W Tokio pokonałem siebie ze słabościami. Narodził się nowy Szmidt” – mówił.

Wywiad

Już wkrótce miał znowu zamienić się w Schmidta. W jego wersji zdarzeń wygląda to tak, że w 1965 roku, przed wyborami parlamentarnymi, zaczepiła go młoda dziennikarka z Katowic. – Czy będzie pan głosował na PZPR? – zapytała. – A na kogo niby mam głosować? Może gdyby była jakaś inna partia, to bym głosował na inną – odparł. Dzisiaj uważa, że to stało się przyczyną jego kłopotów. Dziennikarka pobiegła do spokrewnionego z nią lokalnego sekretarza, a ten przekazał informację dalej. Uznano, że nikt nie może stać ponad partią. Szmidt uważa, iż czekano tylko aż skończy karierę. Jako 33-latek wystartował jeszcze na IO’68 w Meksyku, ale skończyło się na siódmym miejscu. Ciekawe, że skoczył dalej niż na poprzedniej Olimpiadzie, bo 16,89, ale najgroźniejsi rywale skakali już ponad 17 metrów. Na jego oczach odbył się konkurs wszech czasów, podczas którego aż czterokrotnie bito rekord świata. Szmidt oddał koronę fenomenalnemu Wiktorowi Saniejewowi. – Miałem tam w ogóle nie jechać, bo nie było pieniędzy. Podobno jakiś Amerykanin polskiego pochodzenia to finansował. Skakałem więc z naderwanym ścięgnem Achillesa, miałem stan zapalny, ból był nie do zniesienia. Kilka dni przed konkursem nie mogłem dotknąć ścięgna. Sam dotyk sprawiał ból. Potem ledwo mogłem biegać, a co dopiero skakać. Miałem jednak specjalny plaster, który o połowę odciążał ścięgno, za to obciążał łydkę. Podczas konkursu skakałem więc na jakieś 70 procent, nie więcej – opowiada. – Tak to jest, że ten, który coś wynalazł i stał się rewolucjonistą, potem przygląda się jak inni przejmują jego metody i zostaje mu rola statysty – mówi. Wszyscy znali już jego trening. Wykorzystywali go. Ma o to pretensje do Starzyńskiego, trenera z którym kiedyś był tak blisko, a do którego dzisiaj nie kryje wrogości. – To był mój trening, on powiedział: „Pokaż swoje zapiski, muszę wiedzieć jak trenujesz”. Spisał wszystko, potem jeździł po świecie z wykładami, sprzedawał to jako swój autorski trening – wspomina. Poróżnili się w latach 70-tych. Szmidt w rozmowie z „RZ” opowiadał, że gdy został wyklęty, gdy jego nazwisko wyczytywano przez megafon na mityngu w Krakowie: „Pan Jóżef Szmidt proszony jest o natychmiastowe opuszczenie stadionu”, Starzyński uciekał przed nim, by nikt nie zauważył, że ze sobą rozmawiają. – Już po Igrzyskach w Tokio, po tej mojej wypowiedzi, zaczęły się pierwsze kłopoty. Miałem zaproszenia na mityngi w Australii, Brazylii, Niemczech, Izraelu, wszędzie. Ale zawsze w ostatniej chwili, gdy już byłem gotowy, dostawałem informację, że nie jadę. Najgorsze zaczęło się jednak po zakończeniu kariery. Straciłem pracę i nie mogłem znaleźć nowej. A przecież umowa była taka, że skończę szkołę i po pół rocznym przyuczeniu do zawodu zostanę sztygarem w kopalni. Ale dyrektor powiedział: „Nic nie mogę zrobić”. Utrzymywaliśmy się więc z tego co zarobi żona. W dzień pracowała w szpitalu na posadzie pielęgniarki, a w nocy kreśliła rysunki dla Mostostalu. Ja jej pomagałem – mówi. – Już nie byłem Polakiem, a niemieckim szpiegiem. Rozpuszczano takie plotki, ludzie gadali. Co za perfidia. Postanowili mnie zniszczyć.

Atak na ambasadora

– Chciałem napisać za granicę, do gazet, jak oni traktują mistrza olimpijskiego. Ale gdyby przechwycili list, to byłoby jeszcze gorzej. Dlatego najpierw obmyśliłem plan, potem podzieliłem się nim z żoną, postanowiliśmy zaryzykować – opowiada. W 1975 roku wyjechał na mecz Holandia – Polska do Amsterdamu i został w Holandii. Pierwszą noc spędził w przytułku dla bezdomnych. Niemiecki ambasador powiedział, że nie da mu wizy, bo nie chce kłopotów z blokiem wschodnim. W odpowiedzi Szmidt wykrzyczał: „Ty faszysto”. – Miał taką prezencję i ton, od razu było widać kto to jest – mówi. Wizę w końcu dostał, gdy zapewnił że to tylko tranzytowa, do przejazdu przez RFN. Został u rodziny w Dusseldorfie. Potem dołączyli do niego synowie Dariusz i Borys, którzy udali się na zachód pod pretekstem wyjazdu na kolonie, i w końcu żona Łucja, która musiała sprzedać niemal wszystko co mieli, by zdobyć papiery. Po dwóch latach rodzina była w komplecie. Z polską prasą nie rozmawiał przez następne 30 lat, aż do 2008 roku. Wyjechał z Olsztyna dzień po naszej rozmowie. Do swojej wsi pod Drawskiem Pomorskim. – Robię tam sobie zatokę i nie chcę nikogo oglądać – mówi. W tym roku wyjątkowo obrodziły mu winogrona. Chce więc produkować sok i wino. Ocieplenie klimatu temu sprzyja. Może na sprzedaż, a może nie, jeszcze nie zdecydował.

Marek Wawrzynowski

Z Józefem Szmidtem rozmawiałem 5 sierpnia 2010 w Olsztynie, archiwalne cytaty pochodzą ze „Wspomnień Olimpijskich” Jana Lisa i Bohdana Tomaszewskiego. Korzystałem też z książki „Sportowcy XXX-lecia” wydanej przez katowicki Sport z okazji „30-lecia PRL” oraz wywiadu przeprowadzonego przez dziennikarzy „Rzeczpospolitej” w grudniu 2009.

3 komentarze

Śmierć, złoto olimpijskie i zastrzyk dla konia – historia Janusza Peciaka

tu historia Janusza Peciaka, materiał który robiłem dla serwisu Sport.TVP.pl

30 lat temu wyjechał z Polski na stałe i jest trenerem kadry narodowej USA w pięcioboju nowoczesnym. Był jednym z naszych najpopularniejszych sportowców. Mistrz olimpijski, ma pięć złotych i dwa srebrne medale mistrzostw świata. Dzięki niemu gazety sportowe nagle zaczęły pisać regularnie o tak niszowym sporcie jak pięciobój nowoczesny. O jego popularności najlepiej świadczy fakt, że dwa razy wygrywał plebiscyt na sportowca roku, a 5 razy był w najlepszej piątce.

Mistrz olimpijski, Janusz Gerard Pyciak-Peciak… to w końcu jak?

Peciak. Tak jest poprawnie. Tak miał na nazwisko mój ojciec, gdy wyjeżdżał do Francji do pracy w kopalni. Pracował gdzieś pod Paryżem, ale nie wiem gdzie, bo nie chciał za dużo o tym mówić. Tam zastała go wojna. Został ranny i trafił do szpitala. Jego papiery były zniszczone i nie mogli rozczytać. Więc napisali „Pyciak vel Peciak” co oznacza, że jedno albo drugie. Jak wrócił do Polski to chciał zmienić na Peciak, ale nie pozwolili mu. I dlatego ja też byłem Janusz Gerard Pyciak-Peciak. A jak już przyjechałem do Ameryki, to miejscowi mieli problemy z pisaniem tego nazwiska. Za każdym razem musiałem literować. I po iluś latach zmieniłem w końcu na Peciak. Wróciłem do korzeni.

***

Janusz Peciak (fot. PAP) Pięciobój nowoczesny to był idealny wybór dla mnie. Grałem wcześniej w piłkę wodną, ale tam – jak w koszykówce – musisz mieć dwa metry i ważyć 130 kilogramów. To nie ja. Baron de Coubertin wymyślił sobie sport, który promowałby tak zwanego sportowca doskonałego. Wiele dyscyplin, które nie mają ze sobą wiele wspólnego. Jeden wymagający zawziętości, inny precyzji. To coś dla mnie, bo zawsze lubiłem różne sporty.

Mieszkaliśmy w centrum Warszawy, na Żurawiej 45. Ojciec był księgowym w MZK, a mama pielęgniarką w szpitalu zakaźnym przy Siennej i złotą kobietą, która chciała wszystkim pomagać. A ja byłem małym łobuzem, który spędzał dzieciństwo na podwórzu. Mieliśmy tu taką stację benzynową i robiliśmy zawody w biegach dookoła stacji benzynowej, kto wytrzyma najdłużej. Dublowani odpadali. Zresztą cały czas w coś graliśmy i zazwyczaj byłem najlepszy. A ja jeszcze rywalizowałem z bratem, Jurkiem, o 4 lata starszym. Dobrze pływał, był nawet mistrzem Warszawy, ale w pewnym momencie zacząłem wygrywać w różne gry.

Myślę, że charakter mi pomógł. Zawsze byłem zadziorny. Już z przedszkola mnie usunęli, bo walnąłem jakiegoś chłopaka klockiem w głowę. A potem z podstawówki, bo rzuciłem dzienniczkiem w nauczycielkę. Tak to było, z klasy do klasy, ze szkoły do szkoły. A jak trafiliśmy na Grenadierów, to wszystko się jakoś ułożyło. A potem energię włożyłem w pięciobój. Na nic lepszego nie mogłem wpaść.

Umówmy się, poziom w Polsce był wtedy beznadziejny. Na tyle, że po dwóch latach byłem już w kadrze narodowej. Wtedy jak ktoś z naszych wszedł do dwudziestki na mistrzostwach świata, to był wielki sukces. Nie miałem w tamtych czasach w kraju konkurencji. Mistrzostwa Polski rozgrywano o 2 miejsce. Pierwsze było zarezerwowane dla mnie. Wygrałem tytuł 8 razy. Na świecie zacząłem odnosić pierwsze sukcesy po 6, 7 latach treningu. W 1975 roku byłem drugi na zawodach w Ałmacie i to już była zapowiedź, że mogę walczyć o medal w Montrealu.

***

Janusz Peciak z żoną (fot. PAP) Ale najpierw było Monachium. I pytanie, na które nie mogę znaleźć odpowiedzi. Przyszło strzelanie. W pudełku w rządku leżało zazwyczaj 5 nabojów, po prostu je ładowałeś i strzelałeś. Działasz jak automat, ładujesz, strzelasz. Więc załadowałem, zacząłem strzelać, raz, dwa, trzy… i w pewnym momencie usłyszałem taki szczęk. Sędzia podszedł, sprawdził. Załadowałem tylko trzy, więcej nie było w pudełku. No cóż, Andras Balczo był nie do przejścia, on był w tym czasie najlepszym zawodnikiem w historii dyscypliny. Ale brązowy medal był do zdobycia. Zostały jeszcze dwie konkurencje, w których byłem najmocniejszy. Wtedy myślałem, że wszystko przepadło na zawsze, że już nigdy nie będę miał szansy na medal. Odizolowałem się i nie chciałem dwie godziny z nikim rozmawiać. Nienawidzę współczucia, to najgorsze co może być. Nigdy nic nie poprawia, tylko pogarsza sytuację. Wróciłem do wioski i chciałem się tylko spakować i wyjechać. Jak ktoś tam sięgnął po medal, to się cieszyłem i gratulowałem, ale tylko chwilę, bo zaraz dociera do ciebie, że to był twój medal, ze to tobie mieli gratulować. Potem jeszcze dwa miesiące nie mogłem spać, a jak zasypiałem, to śnił mi się ten dziwny dźwięk, który brzmiał dokładnie jak ten szczęk broni. Tyle razy myślałem, dlaczego, jak to możliwe. I nigdy nie poznałem odpowiedzi. Myślę, że stres to chyba jedyne w miarę logiczne wyjaśnienie.

***

Janusz Peciak (fot. PAP) Na szczęście moje obawy się nie potwierdziły. Cztery lata później byłem już dużo mocniejszy i do Montrealu jechałem po medal. Nie wiedziałem czy będzie złoty, ale wiedziałem, że musi być medal. Wygrałem złoto… ale co to opowiadać, chyba wszystko już o tym napisano? A to, że o 1 albo 2 w nocy do pokoju zapukał ktoś i mówi, że Marian Renke z Bolesławem Kapitanem muszą ze mną pogadać? No więc rozmawiamy, a oni wyciągają kopertę. A w niej 6 tysięcy dolarów. A wtedy ludzie średnio po 20 dolarów zarabiali. Oczywiście bez podpisu. Jak wróciłem, to sobie kupiłem samochód. Znaczy malucha. I dostałem mieszkanie. Cztery pokoje na Chomiczówce.

Nagle pięciobój stał się sportem narodowym. Jak były mistrzostwa Polski w Zielonej Górze, to chyba 100 tysięcy osób nas oglądało. Gwiazdy robią sport, taka prawda. I ja to rozumiałem. Nigdy nie obrażałem się na dziennikarzy, bo wiedziałem, że jak jest wynik, to dziennikarze zdecydują czy jesteś gwiazdą czy nie. Mogliby mnie zignorować i byłbym jakimś tam mistrzem olimpijskim. Znałem to wasze środowisko. Studiowałem z Włodkiem Szaranowiczem, kolegowałem się z wieloma dziennikarzami. Dzwonił ktoś i mówi: „słuchaj, pojedź ze mną do Pułtuska na spotkanie z młodzieżą”. No i jechałem. Dziennikarz prowadził spotkanie, ja odpowiadałem i obaj byliśmy „zarobieni”. Tyle tego było, że w końcu się zorientowałem, że nie mam kiedy trenować. Ale lubiłem zawsze dziennikarzy, bo to zabawowa grupa, nie sposób się z wami nudzić. I to też sprawiało, że byłem popularny. A efekt był taki, że dwa razy wygrałem plebiscyt najlepszego sportowca w Polsce, raz byłem drugi i dwa razy czwarty.

***

Wygrałem w 1977 i 1981, to lata gdy byłem mistrzem świata. W 1980 nie miałem szansy, bo do Moskwy na igrzyska pojechałem po zerwaniu ścięgna Achillesa, więc nie miałem co marzyć o drugim złocie olimpijskim. Kto wie, może wygrałbym za to trzy mistrzostwa świata. Do Rzymu (1982) jechałem jako kandydat do złota. Odpadłem na samym początku. Wylosowałem konia, który świetnie szedł w pierwszej rundzie, więc byłem zadowolony. Ale na rozgrzewce ten koń nagle stanął. Walę batem, a on nic. Zbyszek Pacelt, który był moim trenerem, wali go z tyłu, ale też nic. W końcu ruszył. Pierwsza przeszkoda – strąca wszystko, druga, trzecia, idzie jak czołg. Wszystko taranuje. Wiedziałem już, że dostał jakiś zastrzyk. Włosi mnie wyeliminowali, bo chcieli, żeby wygrał Daniele Masala, mój wielki konkurent. I swoje osiągnęli. Ja się wycofałem, bo już nie miałem na nic szans.

Wieczorem pakowałem się w hotelu i wtedy ktoś zapukał do drzwi. To był ksiądz. Przywitał mnie słowami: „Nie denerwuj się synu, Bóg czuwa nad tobą, są ważniejsze sprawy niż zwycięstwa”. I za chwilę znowu ktoś zapukał. Ksiądz powiedział: „Bóg jest dobry, z nieba ci dary zesłał…”. Weszli ludzie. Telewizor, buty sportowe, statuetka konia ze złota. Dostałem więcej, niż gdybym wygrał. Cena milczenia. Nie miałem wtedy stuprocentowej pewności, ale Joel Bouzou, który był wtedy zawodnikiem, a dziś jest wiceprezydentem międzynarodowej federacji, powiedział mi, że nie mógł się dostać do ubikacji, więc poszedł do boksu żeby się załatwić. I tam widział, jak jakiemuś koniowi dają zastrzyk. Myślał, że koń jest chory. Dopiero po czasie skojarzył, że to był mój koń. A 10 lat później Igor Nowikow, prezydent międzynarodowej federacji, spotkał się z Roberto Curcio, byłym prezesem federacji włoskiej, który teraz był bliski śmierci. Włoch robił taki rachunek sumienia i do wszystkiego się przyznał.

Szkoda, gdybym nie zgubił aż tak wielu punktów, to może bym Masalę złapał. Byłem w formie, w większości konkurencji byłem lepszy niż Włoch. A zwłaszcza w bieganiu. To była moja najmocniejsza strona.

***

Bal Mistrzów Sportu (fot. PAP) Pewnie dlatego, że trenowałem z Bronkiem Malinowskim, który był ojcem chrzestnym mojego syna. Ale krótko. W 1981 roku Bronek zginął. Miał tego dnia nocować u mnie w Warszawie i rano lecieć na jakieś zawody, ale nie dojechał. Zadzwoniła jego dziewczyna i powiedziała, że był straszny wypadek. To było tak, że na moście w Grudziądzu Bronek mijał jadący z naprzeciwka autobus i nagle ten zahamował. A zza autobusu wyjechał kierowca ciężarówki pełnej złomu. Nie był w stanie się już zatrzymać, nie chciał wjechać w autobus pełen ludzi. Wgniótł Bronka w barierki. To była masakra. Rozpoznali go po zegarku, z mojego wielkiego przyjaciela zostało tyle co nic.

Sam też mało nie zginąłem w wypadku. Mieliśmy jakieś spotkanie sportowców w Lublinie. Wszyscy wracali autobusem, ale Tadek Ślusarski jechał swoim audi, więc zabrałem się razem z nim. Przysnąłem. W pewnym momencie obudziłem się… Jezus Maria, co się dzieje, jakieś drzewa, to koniec… obudziłem się. Żyję. Wiszę w dół, trzymają mnie pasy. Ciekawe, nigdy wcześniej nie zapinałem pasów, a teraz zapiąłem. Pierwsza rzecz: „Tadek, żyjesz?”. „Żyję, ale nie mogę się ruszyć”. Otworzyłem drzwi z kopniaka, wydostałem się jakoś z tego samochodu, wyciągnąłem go, spojrzeliśmy na to audi… koła urwane, samochód do kasacji. Ale żyjemy. Staliśmy w tym polu jakieś trzy godziny, aż w końcu nadjechał autobus. Jak tylko dojechaliśmy do Warszawy, poszliśmy na Stare Miasto zapalić świeczki. „To tylko raz się może zdarzyć, tylko raz” – powiedziałem. Tadkowi zdarzyło się drugi raz, z Władkiem Komarem. Nie przeżył.

***

Ostatnią szansę na medal miałem w Los Angeles, ale wiadomo co się stało (w 1984 roku prawie wszystkie kraje tzw. bloku wschodniego nie wysłały reprezentacji na Letnie Igrzyska XXIII Olimpiady w rewanżu za bojkot poprzednich igrzysk w Moskwie przez większość państw demokratycznych w proteście przeciwko inwazji wojsk sowieckich na Afganistan w 1979 roku – przyp. red.). O mnie było głośno, bo powiedziałem co myślałem. Siedzieliśmy wtedy na Frascati w siedzibie PKOl. Była taka niby dyskusja, ale tylko niby, bo nikt nie protestował. No więc wtedy ja wstałem i powiedziałem, że nie jestem politykiem a zawodnikiem. Przygotowywałem się 4 lata do tego występu, a teraz mamy zbojkotować igrzyska? Mówiłem, że jeśli zbojkotuję, to w historii nikogo nie będzie to obchodziło. Historia pamięta tylko zwycięzców. Nagle zapadła cisza. Paru trenerów zaczęło mówić, że „Janusz działa emocjonalnie i niepotrzebnie się unosi”. I w końcu Irena Szewińska powiedziała: „Ja rozumiem Janusza, też jestem zawodniczką i myślę tak jak on”. Nie powiem, zaskoczyło mnie to że akurat ona powiedziała, a wszyscy patrzyli w podłogę. A że było tam sporo zachodnich dziennikarzy, to tego samego wieczora NBC puściło moją wypowiedź. Miałem pełno telefonów od Polaków z USA z pytaniem, czy mnie już zamknęli. Ale mnie nie zamknęli.

Trzy dni później zadzwonił Marian Renke, żebym przyjechał do Ministerstwa Sportu. Przywitaliśmy się, a on mówi: „Słuchaj Janusz, zgadzam się, że to jest straszne, ale nie mam wyboru. My bojkotować nie chcemy, to zarządzenie z Moskwy”. I w końcu pyta mnie, czy nie chcę zostać wiceprezesem PKOl. Okazało się, że środowiska polonijne zagroziły, że wycofają dotacje dla sportowców. A to było 80 procent pieniędzy, które miał wtedy PKOl. No więc się zgodziłem. A rok później wygrałem konkurs na trenera kadry narodowej Stanów Zjednoczonych. Przydał się język angielski, którego uczyłem się u metodystów.

Poprosiłem Mariana Renkego o zgodę na wyjazd i nie robił problemów. Zawsze był dobry dla sportowców, pozwalał wyjeżdżać, zarabiać. Dlatego wszyscy szli mu na rękę, bo bali się, że jakiegoś rzeźnika za niego wstawią. Malowanym wiceprezesem byłem jeszcze dwa lata po wyjeździe.

Nigdy nie chciałem uciekać z Polski, ale wyjechać, to co innego. Ameryka, to było coś. Kochaliśmy Amerykę. To była fascynacja. Wolność, hippisi, muzyka, książki Faulknera. No raj po prostu. I jak tam pojechałem na stałe, to okazało się, że ten kraj jest dokładnie taki, jak sobie wyobrażałem.

Dodaj komentarz