Archive for Marzec, 2013

Dzieci i ojcowie rewolucji

Dziś uzupełniam archiwum. Jeden z ważniejszych tekstów jakie robiłem. Gdyby tylko ktoś ważny zechciał się z nim zapoznać… Jest to o zmianach w niemieckiej piłce, o tym jak nasi sąsiedzi przystosowali się do współczesnego futbolu i skąd nagle ich liga zrobiła taki skok jakościowy. Tekst powstał prawie 20 miesięcy temu, ale nic się nie zmieniło, poza ludźmi w PZPN. Odeszli jedni, przyszli drudzy, tacy sami, tylko młodsi. Nadziei jak nie było tak nie ma. Poprawił się jedynie PR. A więc to, że Zibi Boniek zrobi sobie zdjęcia z Mourinho i lemingi uważają, że dzięki temu polska piłka poszła do przodu. Ja mam zdjęcie ze Zbigniewem Religą, ale nie wziąłbym się za przeprowadzenie operacji przeszczepu serca.

Tekst ma 3 fazy. 1 to krótko o obecnej reprezentacji, o tym, że gra szybko. Tylko skąd się to wzięło? 2. A zmniejszeniu średniej wieku, dostosowaniu się do nowych realiów. Tylko skąd brać dobrych młodych piłkarzy? 3. O rewolucji w szkoleniu, o tym jak przeprowadzono zmiany, co wniosły.

Schneller, schneller czyli Niemcy chcą długiego życia na szczycie

Szybki, szybszy, najszybszy, reprezentacja Niemiec. Tak ma wyglądać stopniowanie według Joachima Löwa. Szybkość. Niemiecki selekcjoner ma obsesję na punkcie tego słowa. Wszystko kręci się wokół niej. Od lat niemieccy futbolowi inżynierowie na czele z Löwem, pracują nad
udoskonaleniem piłki nożnej, doprowadzeniem gry do perfekcji, stworzeniem Naddrużyny. Apogeum może nastąpić już za rok, 22 czerwca w Kijowie. Löw mówi, że jego celem jest zwycięstwo tego dnia z Hiszpanią w finale EURO 2012.

Jeśli polscy piłkarze zostawią za dużo przestrzeni – Niemcy to wykorzystają. Jeśli ktoś powiedział w prasie, że obawia się rywala – oni już to wiedzą. Jeśli ktoś ma ma właśnie podpisać nowy kontrakt – zastanawiają się czy wpłynie to na niego pozytywnie czy negatywnie. I nie zawahają się tego użyć. Wiedzą o nas więcej niż może się nam wydawać. Wszystko jest rozpracowane. Za polską kadrę odpowiedzialne są cztery osoby, dwie mówiące po polsku.

Profesor doktor Jürgen Buschmann w środę dostarczył Joachimowi Löwowi materiał do przemyśleń. Wszystko co trzeba wiedzieć przed meczem z Polską. Teraz to mecz towarzyski, więc zaledwie kilka stron. Nie tak jak w 2008 roku, gdy Löw miał na 50 stronach wszystko czego potrzebował.
Co w tym niezwykłego, przecież każdy rozpracowuje rywala? Różnica polega na skali przedsięwzięcia. W naszej kadrze cała praca spoczywa na głowie Huberta Małowiejskiego. U Niemców mamy do czynienia z działaniem na skalę przemysłową, z dotarciem do najgłębszego zakamarka. Wszystko jest obliczone co do centymetra. Jeśli któryś z obrońców rywala spóźnia się o sekundę z reakcją, oni to wyłapią, bo mają do tego program. Jeśli któryś nie utrzymuje optymalnej
odległości ośmiu metrów od drugiego zawodnika w obronie, zaatakują jego stroną.
Zatrudnienie Buschmanna i kilkudziesięciu jego studentów było kolejnym krokiem rewolucji, która ma miejsce w niemieckiej piłce.
– Zadzwonili do mnie o 1 w nocy z pytaniem czy chce współpracować, następnego dnia byliśmy dogadani – opowiada ,,PS” profesor, z którym spotkaliśmy się w Bonn. Zaraz po nocnym telefonie 100 studentów Wyższej Szkoły Sportowej, największego tego typu uniwersytetu na świecie, dostało laptopy i niezbędny sprzęt. Oglądają wszystko co się da, z całego świata. Analizują i wnioski przekazują kadrze. Znany przykład miał miejsce w 2006 roku, gdy podczas mistrzostw świata Niemcy grali ze Szwecją i rzut karny wykonywał Henrik Larsson.
– Trudno było go rozgryźć. Jest znakomity technicznie, ma mocne nerwy. Czeka na to co zrobi bramkarz i reaguje. Dlatego Lehmann do końca stał nieruchomo. Nie mógł wykonać żadnego gestu zdradzającego swoje zamiary. Larsson przestrzelił – dodaje Buschmann.
– Nauka jest ważna, przy podobnym poziomie daje kilka procent różnicy. Ale zdajemy sobie sprawę, że w piłce nożnej, w przeciwieństwie do wielu sportów, nie jest najważniejsza. Gdyby tak było, reprezentacja NRD byłaby najlepsza w historii piłki nożnej – mówi Buschmann.
Wykorzystanie nauki w grze reprezentacji to przykład na to jak nowocześni są dziś Niemcy.
– Dziś jesteśmy pod tym względem pierwsi w Europie – przekonuje profesor.
Rozpracowanie rywala na masową skalę, to jeden z pomysłów. Najważniejsza jest gra własna.

Niemcy wierzą, że obecna drużyna jest tą, która może przejść do historii. Drużyną, która łączy piękno gry ze wszystkimi dotychczasowymi cechami niemieckiego futbolu – zaciętością, twardością, walką do końca. Ale bez mistrzostwa świata czy Europy nie sposób zestawić jej z największymi historycznymi ekipami.
Pierwszą wielką niemiecką drużyną, jest ta z 1954 roku. To zespół który odbudował naród i wyciągnął z powojennej izolacji. Cud w Bernie to nie tylko wygrany 3:2 finał mistrzostw świata z Węgrami. – Ten mecz spowodował odrodzenie narodu. Ludzie mówili: ,,Znowu mamy powód, by w
siebie wierzyć”. Wygrana reprezentacji spowodowała wielki boom ekonomiczny, to dzięki piłce do przodu ruszyła niemiecka gospodarka – opowiada Gregor Derichs, dziennikarz agencji DAPD.
Punktem odniesienia dla niemieckich kibiców jest jednak drużyna z 1972 roku. Ówcześni mistrzowie Europy grali futbol przyszłości, szybki, ofensywny, piękny. Idealny. Od tego czasu nigdy nie udało się stworzyć podobnego zespołu, choć Niemcy zdobywali jeszcze dwukrotnie mistrzostwo świata i tyle samo raz mistrzostwo Europy..
Drużyna Joachima Löwa ma wszelkie dane ku temu, by nawiązać do tej ekipy. Kadra naszych zachodnich sąsiadów pędzi z prędkością niemieckiego pociągu ICE trzeciej generacji, a przecież w jeszcze kilka lat temu rewolucja wisiała na włosku.
– Media na początku nie przyjęły nas optymistycznie. Potem po porażce z Włochami (1:4 w marcu 2006 – mw) ludzie chcieli mojej krwi. DFB szykowała się do zmiany na stanowisku. Uratowała mnie wygrana ze Stanami Zjednoczonymi (4:1 trzy tygodnie później). Nie chcieli rewolucji, chcieli konserwatywnego podejścia – przypominał Jürgen Klinsmann, ojciec rewolucji, w tekście napisanym dla BBC.
Zmiany była niewygodne dla wielu osób. Klinsmann przyniósł ze sobą cały sztab, wydział prasowy, dyrektora kadry, specjalistów od przygotowania fizycznego z USA (Mark Verstegen i Shad Forsythe z grupy Athletes Performance). Był zakochany w idei amerykańskiego sportu. Zresztą wiele pomysłów zaczerpnął z rozmów z legendarnym trenerem koszykówki Philem Jacksonem.
Najważniejszym człowiekiem w jego sztabie był Joachim Löw. Obecny selekcjoner został w 2005 roku właśnie zwolniony z Austrii Wiedeń i był wolny. Klinsmann cenił Löwa za niezwykłą umiejętność wdrażania skomplikowanych schematów taktycznych w życie.Zebrał więc zupełnie nową grupę ludzi myślących w podobny sposób. Ludzi niezależnych od związku, ale działających za jego przyzwoleniem.
Przełom nastąpił w 2006 roku, po meczu z Polską w Dortmundzie. Znakomity styl Niemców, ale też niezwykła dramaturgia spotkania pozwoliły uwierzyć niemieckim kibicom, że droga wyznaczona przez Klinsmanna jest słuszna.
– Wtedy cały naród docenił nas i powiedział: ,,Oto jest nasz drużyna, oto sposób w jaki chcemy grać” – opisywał Klinsi. – Przeforsowaliśmy futbol ofensywny, który polega na tym, żeby grać po ziemi, wychodzić z głębi pola do ataku tak szybko jak to możliwe.
W 2006 roku wychodziło to tylko nieźle, choć mecz ze Szwecją był sygnałem, że można grać pięknie. Cztery lata później, w RPA, widzieliśmy efekty, dla wielu fanów szokujące. Najlepiej
w meczach z Argentyną (4:0) i Anglią (4:1), gdy błyskawiczny atak Niemców rozrywał linie defensywne rywali. Niemcy w ciągu kilku sekund potrafili serią podań przenieść grę spod swojej bramki na drugą stronę boiska. Zupełnie niegroźnie wyglądająca sytuacja mogła skończyć się bramką. Bo jak mówi profesor Buschmann: „Sytuacja bramkowa jest wtedy, kiedy masz piłkę przy nodze”. Niemcy we wspomnianych meczach udowadniali tę karkołomną teorię.
Wszystko wynika z szybkości.
– Najważniejsza w nowoczesnej piłce jest szybkość – mówi Löw.
Błyskawiczne oddawanie piłki i wychodzenie na pozycje, pomaga w poszukiwaniu przestrzeni, tak deficytowej w dzisiejszej grze.
Według statystyk niemiecki piłkarz w 2006 roku podczas ataku, przetrzymywał piłkę przeciętnie przez 2,5 sekundy. W niektórych meczach po EURO 2008 było to już tylko 1,4 sekundy. Podczas meczu z Rosją w Moskwie w 2009 było momentami 1,2 sekundy. Ideał Löwa to Barcelona. Jej piłkarze trzymają piłkę 0,1 sekundy krócej.

Gdy kadra narodowa poniosła klęskę dwa razy z rzędu, w 1998 i 2000 roku, średnia wieku w drużynie wynosiła między 28 a 30 lat. Klinsmann zszedł do 25, Joachim Low schodzi niżej. Średnia wieku kadry, która przyjechała do Gdańska wynosi nieco ponad 23 lata. Jeszcze w 1998 roku w drużynie nie było żadnego zawodnika poniżej 23 lat. Dziś jest ich 14.
Jest to podyktowane względami racjonalnymi. Młode organizmy szybciej się regenerują, co jest kluczowe podczas turnieju. Poza tym młodzi zawodnicy są głodni sukcesu, nie kalkulują, również w meczach towarzyskich. Löw korzysta z tego, że ma duży wybór i stawia warunek:
,,Albo grasz na maksimum, albo nie ma cię w drużynie”.
Ofensywne supertrio: Müller – Özil – Götze (który w perspektywie ma wskoczyć na lewą stronę w miejsce Podolskiego) to na pewno najmłodsza taka formacja wśród liczących się reprezentacji na świecie.
Umiejętność stworzenia odpowiedniego klimatu w drużynie i odwagi w podejmowaniu decyzji, stawianiu na młodych piłkarzy – to na pewno wielkie zasługi Löwa.
Ale ma ten system też swoje wady. W meczu z Hiszpanią w półfinale mistrzostw świata młodzi piłkarze nie byli w stanie unieść ciężaru odpowiedzialności.
– Okazaliśmy zbyt dużo respektu, za bardzo się cofnęliśmy – powiedział „PS” Piotr Trochowski. Za pomocą specjalnego programu komputerowego studenci Buschmanna wyliczyli gdzie powinni ustawić się niemieccy piłkarze w meczu z Hiszpanią. Niemcy nie wytrzymali psychicznie, zagrali o 7 metrów głębiej.
Rozczarowanie nie spowodowało jednak zwątpienia w sens rewolucji. Niemcy wciąż przyspieszają. Już teraz nie brakuje głosów, że niedawny mecz z Brazylią (3:2) był jednym z najlepszych w historii reprezentacji.
– W każdym meczu musimy grać jak najlepsze drużyny w Lidze Mistrzów – mówi Löw. To oznacza, że Polska nie może liczyć na jakieś specjalne przywileje z okazji spotkania.
Gdy dziś zachwycamy się drużyną niemiecką, trudno wyobrazić sobie, że ten wielki kryzys, który wstrząsnął Niemcami miał miejsce zaledwie 11 lat temu.

Rewolucja numer 1
Rudi Völler, który jako piłkarz zdobył mistrzostwo świata w 1990 roku, zaś jako trener wicemistrzostwo w 2002 mówi: – Proszę pamiętać, że gdy zaczynałem pracę w 2000 roku, miałem znacznie mniejszy wybór zawodników. Warunki, w których pracuje Löw, to prawdziwy raj.
I tu kryje się podstawa sukcesu. Bo rewolucja w niemieckiej piłce, to nie tylko zmiany taktyczne i przyspieszenie gry. Naddrużyna to tylko efekt końcowy. Najważniejsze są zmiany w szkoleniu młodzieży. Mają one zapewnić Niemcom dominację w światowym futbolu na lata.
– My Niemcy, zawsze wiedzieliśmy jak szkolić młodzież, ale nie było w tym systematyczności. Nie było takiej potrzeby, bo mieliśmy piłkarzy. Ale inne kraje poszły do przodu, my nie, i przyszło wielkie rozczarowanie. To, co robią dziś kluby wspólnie z DFB, to fantastyczna sprawa, może nam zapewnić dobre życie na długo – mówi Pierre Littbarski, 73-krotny reprezentant Niemiec.
Czas wielkich zmian rozpoczął się w 2000 roku. Niemcy wprowadzili w życie plany, które były przygotowane przez Bertiego Vogtsa. Zresztą tego samego, który później namówił, wg. Bilda, szefów związku na zatrudnienie Klinsmanna na stanowisku selekcjonera.
Ulf Schott, szef wydziału szkolenia młodzieży w DFB: – Wcześniej było wiele znakomitych pomysłów, ale nie było ciśnienia, żeby je wprowadzić. Rewolucyjne zmiany wymagają historycznych momentów. Dla nas takim stał się kryzys pierwszej reprezentacji podczas mistrzostw świata w 1998 i mistrzostw Europy w 2000 roku, gdy w kiepskim stylu odpadliśmy w fazie grupowej. Ciśnienie społeczne było tak duże, że gdy podniesiono sprawę wielkich zmian, nikt nie odważył się zaprotestować.
Dziś na terenie Niemiec działa 366 centrów szkolenia młodzieży. W zasięgu każdego z nich znajduje się kilkadziesiąt klubów. Uzdolnieni juniorzy trenują na co dzień w klubach, ale znajdują się pod stałą obserwacją trenerów z centrów młodzieżowych. Najzdolniejsi przyjeżdżają raz w tygodniu na trening specjalistyczny.
– Najlepsi grają z najlepszymi, kształcą się indywidualnie. Poza tym są pod obserwacją trenerów z najlepszych klubów – mówi Schott.

Poza tym w idei centrów współpracujących ściśle z profesjonalnymi klubami, kryje się jedna z najważniejszych rzeczy w całym programie. Stworzony przez Niemców system ma to do siebie, że przez sito selekcji profesjonalnych klubów nie prześlizgnie się żaden uzdolniony chłopiec.
Jeśli w Niemczech jest zdolny piłkarz, zostanie wyłowiony.
Niedopuszczalne są więc sytuacje, gdy ktoś nie zauważy piłkarza o potencjale przykładowo Ireneusza Jelenia, Sławomira Peszki czy Adriana Mierzejewskiego. W Polsce ci zawodnicy musieli czekać na skok jakościowy do 23. roku życia, albo dłużej. 23-letni zawodnik jest podstawowym graczem kadry narodowej. Na wszelki wypadek centra młodzieżowe wyławiają zawodników do 18 roku życia.
– Są piłkarze tacy jak Thomas Müller, którzy już w wieku 10 lat są znani w całych Niemczech. Ale jest też Andreas Schürrle, który początkowo nie dostał się do Akademii Młodzieżowej. Dopiero z czasem był na tyle dobry, że trafił do centrum i stamtąd został wyłowiony – mówi Schott.
Oczywiście nie jest tak, że całe Niemcy żyją ideą centrów.
Manfred Dubski, trener młodzieży w Schalke 04 Gelsenkirchen, odkrywca talentu Sebastiana Bönischa, docenia starania związku choć przypomina, że najważniejsza jest dobra praca w klubach. – Neuer, Howedes, Özil, Draxler… ci wszyscy zawodnicy byliby u nas bez względu na program związku. Na pewno trzeba przyznać ze DFB wykonuje dobrą pracę, ale też nie można powiedzieć, że to dzięki nim odkryliśmy tych zawodników – mówi w rozmowie z ,,PS”.
Sami zawodnicy często podkreślają, że programowi DFB zawdzięczają wiele. Również wspomniany Özil. Chodzi tu nie tylko o centra, ale o kolejną zmianę, jaką jest obowiązek posiadania akademii piłkarskiej przez każdy profesjonalny klub.
W Polsce akademii jest ledwie kilka, w Niemczech posiadają je nawet niektóre trzecioligowe kluby. Młodzi piłkarze mieszkają zazwyczaj u rodzin współpracujących z klubem. Przykładowo młodzi piłkarze Bayeru Leverkusen mieszkają w promieniu 60 kilometrów od siedziby klubu. Codziennie
autokary klubowe przywożą ich na treningi i zajęcia szkolne, a po południu odwożą do domów. W sumie w klubie pracuje 23 trenerów, każda drużyna ma 3, 4 lekarzy, dwóch fizjoterapeutów, sześciu skautów, nauczyciel, psycholog, pedagog, dwóch specjalistów od strzyżenia trawy i dziesięciu kierowców busów.
Ulf Schott: – Początkowo nie wszystkie kluby chciały inwestować w Akademie. Mówili, że to zbyt drogie rozwiązanie. Minęło 10 lat i już wiadomo, że dzięki inwestycji kluby dziś sporo oszczędzają na sprowadzaniu zawodników. Dziś nie znajdzie pan nikogo, kto powie, że to był zły pomysł.
To właśnie ten system dał Niemcom wysyp talentów.

Kto pamięta o kryzysie
Jurgen Klinsmann opowiada: – Jest niesamowite, jak niemiecki futbol poradził sobie z kryzysem 2000 roku. Współpraca między drużynami a DFB była doskonała.
Słowo ,,rewolucja” kojarzy się z jakimś nieprzemyślanym zrywem. który przynosi tak samo wiele szkody jak pożytku. W przypadku Niemców, wszystko jest perfekcyjnie zorganizowane i połączone. Od zmiany systemu gry, przez zatrudnienie specjalistów od motoryki i przygotowania fizycznego z USA, laboratoria futbolowe profesora Buschmanna aż do systemu szkolenia młodzieży.
Zanim jednak zastanowimy się, czy to wszystko byłoby możliwe w Polsce, warto pamiętać, że w Niemczech stało się tylko dzięki odważnym decyzjom kierownictwa DFB. My mamy PZPN.

Reklamy

9 Komentarzy

To nie jest kraj dla Lewandowskiego

Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało. Przynajmniej z punktu widzenia naszej sytuacji w grupie H. Szanse nadal mamy, ale trudno powiedzieć że większe niż mieliśmy. Raczej małe. Mecz się odbył bo odbyć się musiał.
Poza tym stało się kilka rzeczy. Znowu dowiedzieliśmy się, że jest problem ze skutecznością Roberta Lewandowskiego. Strzelić dwa karne mógłby Kamil Glik, wtedy nie byłoby żadnego przełamania. Czy Lewandowski to naprawdę jest piłkarz dostosowany tylko do systemu stworzonego przez sztab Borussii Dortmund? A może jednak powinien być inaczej wykorzystywany? Nie piszę o meczu z San Marino ale o całokształcie. Nie przekonują mnie pomysły z cofnięciem go na „dziesiątkę”. Choćby z tego prostego względu, że nie mamy dziś drugiego wysokiej klasy środkowego napastnika, który mógłby grać na „dziewiątce”. Żartujemy czasem, że można wpuścić Łukasza Gikiewicza i efekt będzie ten sam – też nie strzeli. Ale oczywiście problem jest złożony. Lewandowski to piłkarz ze światowego topu, który nie daje wiele drużynie narodowej. Problemem jest takie zestawienie drużyny, by mógł on wykorzystać swój potencjał.
Borussia gra szybką kombinacyjną piłkę, której my nie zagramy. Nie mamy takich piłkarzy. Ale nie można powiedzieć, że nie mamy piłkarzy. Mamy Błaszczykowskiego, Mierzejewskiego i Obraniaka (a wkrótce, w co wierzę, dołączy do tej grupy Rafał Wolski). Są to kreatywni zawodnicy, którzy potrafią wymieniać się piłką, grać na jeden kontakt, zagrać dobre podanie otwierające drogę do bramki. Tyle tylko, że takie zestawienie jest mało wykorzystywane. Było przez kilkanaście minut z Czarnogórą. Skoro mamy kilku piłkarzy przyzwoitej klasy, dlaczego nie dostosujemy do nich gry? Dlaczego ktoś upiera się ciągle, że skrzydłowy musi być piekielnie szybki? Powinien być, ale jeśli mamy dobrego piłkarza i piekielnie szybkiego piłkarza, to kogo wybrać?
Nie jesteśmy Niemcami, gdzie na każdą pozycję może nagle wskoczyć dwóch, trzech nowych zawodników. Nie ma Podolskiego? Ok, jest Schuerrle. Jest Reus. Wypada defensywny pomocnik, w Borussii mają już dwóch. Mogą stworzyć system i dopasowywać do niego piłkarzy.
U nas nie ma takiego wyboru. Są piłkarze i do nich trzeba dostosować system (zresztą i Niemcy wiedzą, że jeśli nie ma środkowego napastnika na światowym poziomie, wstawia się pomocnika, Mario Goetze i nieco przemeblowuje system). Mamy kilku zawodników, którzy wiedzą co zrobić z piłką więc dziwię się, że selekcjoner trzyma się tak utartych schematów.
Ustawienie z wąsko grającym kreatywnymi piłkarzami, ciągle zmieniającymi pozycję to oczywiście tylko pomysł. Na pewno jest kilka innych. Ale pomysł ten ma też wadę. Zakłada wykorzystanie Obraniaka. Tymczasem selekcjoner w drugim meczu z rzędu posadził go na ławce rezerwowych. Dla Francuza z polskim paszportem to mocny policzek i oznaka ostatecznej utraty zaufania selekcjonera. Teraz pytanie jak zareaguje zawodnik Girondis Bordeaux, który u Franciszka Smudy był pewniakiem, a teraz zaczyna robić za piąte koło u wozu. Czy na następne spotkanie nie przyjedzie z powodu kontuzji? Miałem wrażenie, że jest to jakaś forma konfrontacji, pokazówki.
Waldemar Fornalik na konferencji prasowej stwierdził, że nie ma czego wyjaśniać. I jest to w stosunku do francuskiego zawodnika nie fair. Zbyt łatwo znaleziono kozła ofiarnego. Myślę, że selekcjoner powinien wyjaśniać, to da mu szacunek i zbuduje autorytet. Tak jak niedawno ludzie ze sztabu ogłosili triumfalnie: „Odzyskaliśmy Obraniaka dla kadry”, tak teraz półgębkiem mogą stwierdzić: „Straciliśmy Obraniaka”.
Nagonka na tego piłkarza była niepoważna. To jeden z tych piłkarzy, który najwięcej dawał drużynie. Zobaczmy w ilu procentach spotkań reprezentacji zawodnik zalicza bramkę bądź asystę. Już z uwzględnieniem meczu z San Marino. Dane za serwisem transfermarkt
1. Lewandowski – 47,16 (53 mecze, 17 bramek, 8 asyst)
2. Blaszczykowski – 41,67 (60, 12, 13)
3. Obraniak – 37,5 (32,6,6)
4. Mierzejewski – 18,18 (33,2,4)
5. Grosicki – 14,28 (21,0,3)
6. Majewski – 0 (9,0,0)
To główni zawodnicy grający z przodu. Wychodzę z założenia, że asysta to asysta,a bramka to bramka, nie ważne czy z karnego, z jakim przeciwnikiem i tak dalej. Widać wyraźnie, że trzej piłkarze górują nad resztą. Pewnie Mierzejewski też miałby kilkanaście procent więcej, gdyby selekcjoner nie traktował go jako mniejszego zła. Nawet gdy Fornalik odstawił Obraniaka, jego pierwszym wyborem był Radek Majewski, który miał przebłysk w Nottignham Forest, a nie Mierzejewski, zawodnik Trabzonsporu. Może nie podstawowy, ale grający często (w tym sezonie w zespole z Trabzonu bilans 19/9/4 z czego w lidze 14/4/2 – czyli niezły w dobrej lidze europejskiej).
Fornalik jako selekcjoner ma prawo mieć swoją wizję. Ale też nie powinien lekceważyć faktów. Statystyki nigdy nie są ostatecznym dowodem, można układać je i wykorzystywać w różny sposób. Ale też trudno ich nie zauważać. Tak jak broniłem Obraniaka, tak również obstaję za tym, że Mierzejewski powinien być wykorzystywany znacznie częściej, z pomysłem.
Na zarzut, że już o tym pisałem (częściowo w poprzednim wpisie) odpowiadam: tak i jeszcze kilka razy to zrobię. Maszyna nie działa i my z boku powtarzamy, że nie działa. Nie zacznie działać, jeśli ktoś kto ją obsługuje w końcu nie zdecyduje się jej włączyć.
Świat powoli przestawia się na graczy kreatywnych. Brian Clough powiedział kiedyś: „Futbol jest jak gra na pianinie. Potrzebujesz ośmiu ludzi, żeby je przenieść i trzech którzy potrafią grać na tym cholerstwie”. Dziś czasy się zmieniły i coraz więcej ludzi musi grać. A my wciąż w latach siedemdziesiątych. A kadra to nie Ruch Chorzów, gdzie trzech chłopaków potrafiło wystukać kilka dźwięków i z tego układała się jakaś podstawowa melodyjka.
Dziś czterech kreatywnych graczy w drużynie to minimum przyzwoitości. Jak jeszcze do ataku podłączy się boczny obrońca i czasem któryś z defensywnych pomocników (może Dominik Furman w przyszłości?) to można mówić o tym, że jest siła w ataku.
Dlatego właśnie, moim zdaniem, Lewandowski nie może wykorzystać swoich atutów. Nie ma wsparcia. Czasem widać jak cofa się, stara, walczy i nic z tego nie wynika. System nie wykorzystuje jego potencjału.
Mam tu poważny problem z Fornalikiem.
Czy więc jestem za zmianą selekcjonera? Nie, jeśli nie ma dobrego następcy. Z polskich trenerów lepszego nie znajdziemy. Zawsze problemem będzie polskość trenera. Mamy kilku przyzwoitych, ale nie mamy takiego, który wprowadziłby drużynę klubową albo najlepiej dwie do Europy i pokazał jakąś jakość. I był przy tym powtarzalny. Raz zbudować zespół może każdy.
Dlatego jeśli zmieniać, to na kogoś z wyższego szczebla, kto wie co znaczy „international level”, kto był w wielkim świecie i nie będzie bał się odważnych ruchów, poszukiwań. Trudno zarzucić Fornalikowi, że robi złą selekcję, tak jak nie można było tego zarzucić Smudzie (poza sytuacjami „dyscyplinarnymi”). Ale też nie wnieśli niczego wielkiego. Przykładów takich trenerów, z którymi można by rozmawiać, jest sporo. Pierwsze nazwiska, które przychodzą mi do głowy: Huub Stevens, Christoph Daum, Gerard Houllier. Wiem, jeden sprowadzi Hajtę, drugi kokainista, a trzeci dawno nie pracował a poza tym prawie spuścił Aston Villę. Istotne jest doświadczenie, autorytet, wizja i umiejętność rozpoznania talentu. Nie stać nas na Laurenta Blanca. Taka prawda. A czy pomysłem jest Tardelli? Napisałem o tym w piątek wieczorem na twitterze, bo to logiczny wybór – asystent Trapattoniego, kolega Bońka. Okazuje się, że ten sam pomysł miał Zibi i pochwalił się nim w towarzystwie.
Nie przekonują mnie jego doświadczenia. Miał jeden poważny klub i nie sprostał wyzwaniu, poza tym jest jednym ze 150 włoskich trenerów. Gdyby nie nazwisko nigdy by nie był w tej grupie, to oczywiste.
Jeśli nie stać nas na nikogo w granicach miliona euro (bo pewnie takie stawki miałaby wymieniona trója, na którą się nie upieram), jeśli nie jesteśmy w stanie zatrudnić nikogo z wyższej półki, to wymiana nie ma sensu. Adam Nawałka, Michał Probierz czy Jan Urban za chwilę znaleźliby się w takiej samej sytuacji jak Fornalik.
Na koniec sprawa Wasilewskiego, która jest bulwersująca. Niestety „Januszowo” ma się aż za dobrze. Nikt nie zabrania gwizdać na piłkarza. Krytyka, nawet ostra, to część tej roboty. O tym, że Wasilewski jest zbyt wolny na „international level”, sam pisałem wielokrotnie. Z drugiej strony przyznaję rację Fornalikowi. Selekcjoner powiedział na konferencji, że liczy się też całokształt. Cała droga, którą przebył Wasilewski jest imponująca. Był gwiazdą (tak, wiem, był), dobrym piłkarzem, któremu Axel Witsel, brutal złamał nogę. Dzień po zdarzeniu byłem w Belgii i nawet kupiłem (nielegalnie) zdjęcia rentgenowskie kości. Było to makabryczne. Zresztą ci o mocnym układzie nerwowym widzieli powtórki. Wasyl wrócił do piłki ale już nigdy nie był sobą. Z konieczności został przestawiony na środek obrony i grał na tyle, na ile potrafił. Wystawianie zawodnika to sprawa trenera, to on ponosi całą odpowiedzialność (Tu znowu mam pretensje do Fornalika, że nie przetestował Piotra Calebana i Marcina Komorowskiego). Gwizdanie na człowieka który zagrał 60 meczów w kadrze, jest żenujące. Faul niemal tak brutalny jak ten Witsela. Polska 7 lat temu miała kibiców najlepszych w Europie. Dziś już nie ma. Fajne było to, że przyszli na mecz z San Marino. Nic więcej.

Zapraszam też na twitter. @M_Wawrzynowski

9 Komentarzy

Obraniak – alibi idealne

Ludovic Obraniak – doskonałe wytłumaczenie dla nieskuteczności Roberta Lewandowskiego. Jest w ogóle świetnym wytłumaczeniem na wszystkie problemy kadry narodowej. Tyle, że wytłumaczeniem wyjątkowo tanim.
Dziś zdecydowana większość dziennikarzy i kibiców domaga się odsunięcia go podstawowej jedenastki. Dlaczego? Bo chce tego Lewandowski. Bezpośrednio lub pośrednio. Bo to, że Lewandowski nie trafia to wina Obraniaka. Bo Lewandowski mówi: „Nie mamy typowej dziesiątki”.
Ale co by było gdybyśmy mieli? Kuba Błaszczykowski w meczu z Irlandią zagrał Lewandowskiemu piłkę jakby był co najmniej 10,5 (jak mawiają Włosi – za dobry na to, by nazwać go dziesiątką). Fantastyczną za plecy obrońców. Ale Lewandowski setki nie wykorzystał. Dobrych sytuacji miał w ostatnich miesiącach kilka. Nie wykorzystał żadnej. Każdy powinien patrzeć w pierwszej kolejności na siebie.
Konflikt Lewandowskiego z Obraniakiem, moim zdaniem, jest spowodowany raczej przez tego pierwszego, ale jestem daleki od sadzania Lewandowskiego na ławce (może gdyby Sobiech miał 8-10 bramek w Bundeslidze, Milik czasem trafił, a Teodorczyk 15 w naszej Ekstraklasie moglibyśmy podjąć dyskusję). Konflikt należy po prostu zażegnać. Wtedy kadra będzie grała dobrze. Wymiany ludzi, wstawiania Radka Majewskiego i Kamila Grosickiego za Obraniaka, wstrząsy czy właściwie mikrowstrząsy nic nie dadzą. To będzie jedynie uciekanie od problemu. Tak jakby każdy konflikt w małżeństwie kończyć rozwodem albo co najmniej separacją. To niepoważne.
Pojedźmy na chwilę na wycieczkę historyczną. Oczywiście z okresu mojego ulubionego Wielkiego Widzewa (książka o najlepszej polskiej drużynie w historii jest w korekcie, niedługo będzie na półkach i w necie).
Smolarek i Dziekanowski nie mogli na siebie patrzeć. Różnica osobowości była zbyt duża. Z jednej strony Dziekan, człowiek warszawki, inteligencik ze stołecznych dyskotek, maestro parkietu. Z drugiej Sołtys, prosty chłop z Aleksandrowa Łódzkiego, który zanim trafił do Widzewa dorabiał w piekarni. Miał nawet ponoć taką zabawę, że w saunie brał w rękę kamień i mówił koledze: „możesz potrzymać?”. A że jako były piekarz był odporny na wysokie temperatury, to ciąg dalszy można sobie wyobrazić. Takie były dowcipy Włodka Smolarka. Ciekawe dlaczego z Dziekanem się nie zaprzyjaźnili. Gdy pojechali na zgrupowanie kadry w Indiach, Piechniczek użył starego sposobu – umieścił ich ze sobą w pokoju. To zawsze działało. Ale nie tu. Zamienili może jedno zdanie. Przez dziesięć dni! Nienawidzili się. Potem Dziekanowski udzielił legendarnego wywiadu Jerzemu Chromikowi. A potem był ostracyzm, nie podawali mu ręki. Ale do Widzewa przyszedł Bronisław Waligóra, zwany Szczygłem. I powiedział: „Albo się dogadacie albo jeden z was nie będzie grał. Jeszcze nie wiem który”. Gdyby decydowali ludzie z Łodzi, Dziekanowski nigdy by w Widzewie nie zagrał. Ale Waligóra zapewnia, że nie było to takie proste. Szanse ocenił 50 na 50. Przemówił do rozsądku Smolarkowi, a z Dziekanowskim rozmawiał po pół godzinie przed każdym meczem. Są ludzie, którzy tego potrzebują, ciepła, dobrego słowa, zapewnienia o wielkiej klasie i wyjątkowości, poklepania po plecach. Inni wolą ostry opier… Robotą trenera jest wyczuć kto co wybiera.
Pewnie domyślacie się ciągu dalszego. Dziekanowski i Smolarek stworzyli najlepszy duet napastników w lidze, Piłka Nożna wybrała Dziekana najlepszym piłkarzem roku.
Gdyby selekcjoner zechciał porady, Bronisława Waligórę można zlokalizować w Bydgoszczy, ma się nieźle, wciąż jest zabawny. Zibi Boniek ma z pewnością numer.

Nie widzę powodu, żeby Lewandowski i Obraniak nie mieli grać razem. Owszem, nie lubią się, dogryzają sobie. Lewandowski mówi o dziesiątce, której nie ma, ale Obraniak też mówi: „Mieliśmy okazję, ale nasz napastnik znowu nie trafił. Jak to się mówi po angielsku? Po francusku Comme D’Habitude”. Od siebie dodam, że oznacza to „jak zwykle.

W rozmowie z naszym przeglądowym atakiem, czyli Ofensywnymi, Andrzej Juskowiak ciekawie to zdiagnozował.
On dla Roberta i reszty ofensywnych piłkarzy jest takim alibi na niepowodzenie w kadrze. A to słychać, że Obraniak słabo gra, że nie podaje, że nie wypracowuje sytuacji. To jest niebezpieczne. Wyraźnie brakuje chemii między Robertem i Ludo. I ta sprawa niestety się ciągnie, co doskonale widać na boisku. Dwóch piłkarzy grających blisko siebie, którzy bez wątpienia posiadają umiejętności, którzy mogliby nawet we dwójkę zdecydować czasami o losach meczu, którzy mogliby grać fajne akcje w ducie po prostu się nie zauważa. Ile razy w czasie wspólnej, reprezentacyjnej gry wymienili podań? Oni podają do siebie w momencie, kiedy już naprawdę nie mają do kogo albo robią podanie nie w pole karne, a wręcz wyrzucające kolegę z pola karnego, by przypadkiem nie strzelił bramki. Gdy Obraniak ma piłkę to Robert sprawia wrażenie, jakby wiedział, że Ludo będzie strzelał, nawet z 25 metrów, a nie poszuka go podaniem. I „Lewy” nawet – jak jest to w Dortmundzie – nie próbuje do końca znaleźć sobie dogodnego miejsca.

Ładne. A Jusko, choć jest go zawsze dużo, nigdy się nie nudzi. To facet, który czyta grę najlepiej spośród tych wszystkich polskich speców, których znam. No dobra, na pewno jest w czołówce.

Problem jest istotny, ale został jednak z nudów medialnych rozdęty do poziomu świętej wojny. Ciekawe, że Kuba Błaszczykowski też ma jakiś problem. I z Obraniakiem i Lewandowskim. Różnica jest taka, że akurat Błaszczykowski potrafi wznieść się ponad jakieś gówniarskie przepychanki i gra z jednym i drugim. Oczywiście mam swoje zastrzeżenia do niego i wyrażałem je tu aż do znudzenia. W skrócie – jest egoistą. Ale w tym konkretnym przypadku zachowuje się trochę poważniej niż tamci dwaj, zwłaszcza Lewandowski. Również powiedział o kilka słów za dużo, również w stronę Obraniaka, ale już nie ma tematu. Chyba.
Kuba potrafi być profesjonalistą. To jest właśnie kluczowe słowo. Dlaczego Lewandowski potrafi wyzbyć się personalnych zatargów w Borussii a nie potrafi w kadrze? Dlaczego jest profesjonalistą w Niemczech a w Polsce już ma z tym problem?
Myślę, że tu może leżeć problem. W niekontrolowanych ambicjach. Wszyscy chcieliby narzucać innym swoją wolę, a żaden nie ma do tego predyspozycji. W ogóle nikt w tej kadrze nie ma.
Lewandowski, nasz super napastnik ma w kadrze status szczególnej gwiazdy. To zrozumiałe. Od upadku komuny nie mieliśmy zawodnika, który miałby tak mocną pozycję w świecie futbolu. Niektórzy porównują go do Bońka, co jest moim zdaniem nietrafione. Boniek miał strzał Lewandowskiego, charakter i szybkość Błaszczykowskiego i przyspieszenie Piszczka. I grał na wszystkich pozycjach, również dość często na środku obrony jeśli była taka potrzeba. Nasze obecne gwiazdy nie mogą z nim konkurować. Faktem jednak jest, że w dzisiejszym futbolu Lewandowski jest kimś o kim się mówi. Nawet w Rosji kibice na hasło Polska mówili Lewandowski, tak jak spotkany przeze mnie Peruwiańczyk pamiętał Latę. Napastnik BVB wszedł do topowego obiegu.
Zejdźmy jednak na ziemię. Zastanówmy się czy Robert Lewandowski dał kadrze więcej niż Obraniak? Czy o tyle więcej, żeby móc ustalać kto powinien grać w zespole? Moim zdaniem, od kiedy selekcjonerem jest Fornalik, na pewno nie (zresztą wcześniej też nie)
Zawsze jakimś miernikiem jest zestawienie statystyczne. Oczywiście piłka to nie statystyka, ale w tym przypadku jest dość wyrazista.
Klasyfikacja kanadyjska z meczów eliminacyjnych wygląda tak:
Błaszczykowski 3 (bramki z karnych z Czarnogórą i Mołdawią, asysta z Mołdawią)
Obraniak 2 (asysty z Czarnogórą i Anglią)
Lewandowski 1 (wywalczony karny z Czarnogórą)
Mierzejewski 1 (bramka z Czarnogórą)
Glik 1 (bramka z Anglią)
Piszczek 1 (wywalczony karny z Mołdawią)

Ktoś powie, że Lewandowski ma takie statystyki, bo nie ma dziesiątki. Tak, nie ma Reusa i Goetzego i nie będzie miał, warto się z tym pogodzić. Może mieć co najwyżej Majewskiego. Tak jakby Majewski był ekspertem od kluczowych podań. W tym sezonie zaliczył 3. W poprzednim jedną. A w jeszcze wcześniejszym również jedną. W lidze angielskiej. Żeby było jasne, w drugiej lidze angielskiej. Wszyscy cieszyli się, bo strzelił niedawno hat-tricka a potem jeszcze bramki w kolejnych dwóch meczach. A skoro strzelał w trzech meczach z rzędu to może zastąpić Obraniaka. Mam złą wiadomość. W kolejnych trzech nie strzelał. Porównanie Majewskiego z Obraniakiem, jest nie na miejscu. To nie ta liga. Ludo gra w pierwszej francuskiej. Owszem, nie jest w najlepszej formie. Spece, którzy oglądają ligę francuską regularnie mówią nawet że w słabej. Ale wciąż jest trzecim najlepszym zawodnikiem Bordeaux (wg L’Equipe ma średnią 5,43). Dla porównania Grzegorz Krychowiak, drugi najlepszy piłkarz Reims ma 5,52. Nie są od siebie tak daleko, żeby napisać że Obraniak jest słaby, a Krychowiak fantastyczny. To oczywiście tylko opinia dziennikarzy, ale ci z L’Equipe trochę się znają.
Być może po prostu Ludo nie jest tą dziesiątką, której szukamy. Grywał na tej pozycji w Bordeaux i dawał radę, ale skoro w kadrze nie daje, to może trzeba spróbować go z lewej, tak jak gra najczęściej?
To moja opcja. Na „10” Mierzejewski, z lewej Ludo, a podczas meczu i tak następuje częsta zmiana pozycji, w którą zresztą wmieszany jest też Błaszczykowski.
Pojawi się zaraz opinia, że Polska gra z kontry i potrzebujemy szybkiego lewoskrzydłowego. A może powinniśmy jednak grać tymi, których mamy? Nie mamy dziś naprawdę dobrego lewoskrzydłowego. Moja nadzieja, Sławek Peszko, nie gra w drugiej lidze angielskiej. A jak gra, też nie zachwyca. Stawiałbym może, ewentualnie, nieśmiało na Koseckiego (bardziej w przyszłości, jeśli będzie się rozwijał).
Ktoś powie, że nie należy trzymać na boisku faceta, który wykonuje jedynie stałe fragmenty gry. I jako przykład podaje się mecz z Irlandią. To niepoważne. Z Irlandią cały zespół (poza drobnymi wyjątkami typu Boruc i Szczęsny) zagrał słabo. Żenująco słabo. Oceniajmy go w meczach o punkty. Głównie w meczu z Czarnogórą zaczął kilka dobrych akcji ofensywnych. Krzysiek Kowalski z Faktu analizował grę Polaków i wypatrzył, że Ludo w mniejszym bądź większym stopniu zaangażowany był we wszystkie akcje ofensywne naszej drużyny aż do momentu wyrzucenia go z boiska. Z Czarnogórą i z Anglią zapewnił nam swoimi podaniami remisy, które trzymają nas w tych eliminacjach. Dziś mamy przeciętny zespół i dobre wykonanie rzutu wolnego czy rożnego jest na wagę złota. Gdyby Radek Majewski umiał tak dogrywać, to nie byłoby dziś dyskusji. On by grał w kadrze i pewnie w jakimś lepszym klubie. Może nawet w Bordeaux Ale nie potrafi. Mówienie, że poza wolnymi Obraniak nic nie robi to tania demagogia. Można tego typu zarzuty wystosować wobec dowolnego gracza – jeden biega bezproduktywnie, drugi się nie przykłada, a trzeci jakoś tak głupio się gapi spode łba . Przydałyby się konkrety. I to w meczach o punkty.
Nie jesteśmy Niemcami, którzy mają Ozila, najlepszego jak dla mnie ofensywnego pomocnika świata, więc mogą sobie kilku piłkarzy numer „10” z górnej posadzić na ławce. Oczywiście w wyższej kulturze futbolowej może znaleziono by dla Obraniaka jakąś nową pozycję (przykład Pirlo, już pisałem o tym 5 razy), ale my jesteśmy krajem trzeciego świata, to się nie wynajduje tylko kopiuje.
Musimy pogodzić się z tym co mamy. A mamy przede wszystkim niewielki wybór.
Kuba Wawrzyniak mówił fajnie: „Jestem zmiennikiem piłkarza, który nie istnieje”. Czyli, że szukamy idealnego lewego obrońcy (może Boenisch, to już gość). Tak samo w przypadku Obraniaka, szukamy na dziesiątkę zawodnika, którego nie ma w Polsce. Trzeba umieć wykorzystać to czym się dysponuje.
Kolejny problem to język. Leo Beenhakker mówił „Let’s be reasonable” czyli bądźmy rozsądni, ale nie powinienem tego tłumaczyć, bo przecież wszyscy mówią po angielsku. Chociaż trochę. Ja, wy, Lewandowski i Obraniak. Tłumaczenie, że nie mogą się dogadać jest głupie.
Owszem, Ludo powinien nauczyć się trochę mówić po polsku, skoro gra w kadrze. Oczywiście język trudny i tak dalej, ale nie ma tu dla niego usprawiedliwienia. Inna sprawa, że dogadać się po angielsku w dzisiejszych czasach to żaden problem.
Fornalik mówi, że dla niego to problem. Tak jest. Dla mnie problemem byłoby też, gdyby selekcjoner kadry nie mówił po angielsku. To jednak byłby lekki obciach.
W naszego selekcjonera oczywiście wierzę, na pewno się dogada. Ktoś powie, że jest u siebie i ma prawo mówić po polsku.
Przypomniała mi się scena, której byłem świadkiem. Dworzec centralny w Warszawie, kasa międzynarodowa. Taka właściwie na pół gwizdka, bo to dawno temu było. Dwóch Amerykańców pyta czy „na tym bilecie dojedzie do Zakopanego”. A baba robi: „Ym”. „Is it good? Zakopane ok?” – pytają bardzo, bardzo, powoli. A baba swoje: „Ym”.
Pomogłem chłopakom na ile potrafiłem. Bilet był w porządku. Gdy poszli, baba powiedziała: „Przyjechali do Polski, to niech się nauczą polskiego”. Dziś czasy się zmieniły, na dworcu można pogadać po angielsku. Dla pocieszenia dodam, że na dworcu kolejowym w mieście Metz, gdy chciałem zasięgnąć informacji, musieli wzywać dyrektora tamtejszego pkp, bo jako jedyny mówił po angielsku, tak więc brak umiejętności nauki języka to jakaś francuska przywara, a nie obraniakowa.
Poważniej. Na podstawowym poziomie każdy się dogada, jeśli zechce. Rozmawiałem z Ludo po angielsku i wiem, że on dogada się bez problemu. A to że selekcjoner musi rozmawiać w obecności tłumacza przysięgłego? No cóż, ze szczerą rozmową tak jest, że trzeba naprawdę umieć posługiwać się językiem. Pozostałe rzeczy można załatwić po angielsku. O tym powinien myśleć ktoś kto przyznawał obywatelstwo Obraniakowi czy Perquisowi.
Czyli w dużym skrócie: Obraniak i Lewandowski powinni grać razem. Nie stać nas na to, żeby odstawić takiego piłkarza jak Ludo.

7 Komentarzy