Archive for Czerwiec, 2012

Jakie znowu dzieło Smudy? Czy ktoś chce nam zrobić wielkie pranie mózgu?

Kazimierz Górski w swojej autobiografii pisał, że ojciec uczył go zawsze, aby robić dobrą minę do złej gry. Choć Smuda, mimo porad Michała Listkiewicza autobiografii nie przeczytał, to jednak tę lekcję ma opanowaną do perfekcji. Nie ma więc do siebie żalu ani pretensji. Wszystko zrobił dobrze. Mam jednak wrażenie, że nie jest to jedynie kwestia Smudy. Na przykład Tomasz Łapiński wzywa, za prezesem Latą, żeby trenerem był Jacek Zieliński, dotychczasowy asystent, który będzie kontynuował dzieło selekcjonera.

Bardzo lubię Jacka Zielińskiego jako człowieka (choć aż tak dobrze go nie znam, ale na ile go poznałem, to go lubię). Jednak mówienie o jakimś dziele to kompletne nieporozumienie. Niektórzy wciąż nie mogą pojąć, że zajęcie ostatniego miejsca w najłatwiejszej grupie w historii mistrzostw Europy, w dodatku w najważniejszym turnieju w historii kraju, to jest klęska. To nie jest żadne dzieło. To nie obraz Matejki, tylko bohomaz Jasia z podstawówki. Nie ma sensu kontynuował bohomaza, co nie znaczy, że należy używać innych farb.

Jakie jest więc to dzieło Smudy – 12 czy 13 zawodników gotowych do gry (z reszty nie korzystał), z czego 5 kupionych z krajów zachodnich.

Na czym niby miałaby polegać kontynuacja tego dzieła? Na kupowaniu czy tam naturalizowaniu, jak kto chce, kolejnych zawodników? Czy doczekamy się w końcu Włocha na środku obrony i Brazylijczyka za napastnikiem? A może zamiast Łukasza Piszczka?

Nie ma czegoś takiego jak dzieło Smudy. Jest chaos i przypadek.

Ktoś powie, że wyżywam się na nim, że należy mu się szacunek i tak dalej.

Nie zgadzam się z tym, że się wyżywam, nie zamierzam wrzucać go do Wisły, oplutego z obciętą ręką. Po prostu stwierdzam fakty takimi jakimi je widzę. Zaś po tym co stało się na konferencji prasowej po mecz z Czechami, nie mówmy o szacunku.

Smuda rzucił wtedy do dziennikarzy: „Ciągle słyszałem od dziennikarzy – Grosicki, Grosicki, Grosicki. Teraz sami powiedzcie, czy pomógł”

To niegodne zajmowanego stanowiska. Rzucanie dziennikarzom na żer piłkarza, po to by się wybielić. To sytuacja, która pokazuje jasno – Smuda nie był przygotowany mentalnie do tego, by być selekcjonerem.

Selekcjoner, trener, zawsze jest po stronie piłkarzy. Przypomnę sytuację Nobby’ego Stilesa z Mistrzostw Świata w 1966 roku. Pod koniec meczu grupowego z Francją Stiles brutalnie sfaulował Jacquesa Simona. Sam doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jak mówił, po prostu za późno się zorientował i nie zdążył zabrać nogi. Prasa Stilesa zjadła, zażądała wykluczenia z drużyny, podobnie szefowie związku (FA), stał się obiektem nagonki rzadko spotykanej w futbolu, a późniejszy tymczasowy selekcjoner, Joe Mercer, nazwał ten faul hańbą dla angielskiego futbolu.

Przed kolejnym meczem z Argentyną Ramsey czytał zadania dla piłkarzy.

– Piłkarzem, który robi im grę, jest Ermindo Onega. Czy uważacie, że powinniśmy go wykluczyć? – zapytał piłkarzy.

– Tak – odpowiedzieli zgodnie.

– Kto powinien to zrobić? – zapytał Ramsey.

– Nobby – wyskoczył przed szereg Ray Wilson.

Ramsey dokładnie na to czekał. Nie dał zjeść swojego piłkarza, sprzeciwił się wszystkim, a potem rozstrzygnął sprawę w sposób prosty, ale mistrzowski. Aby legenda zakończyła się szczęśliwie, dodam, że Stiles z Argentyną był najlepszy na boisku. Do historii przeszedł jako bohater narodowy, a jego autobiografię kupiłem w antykwariacie w Łodzi za 10 złotych. Fart!

Smuda swojego zawodnika rzucił na żer, dlatego nie zasłużył na minimum szacunku. Dodatkowo zrobił to w kiepskim stylu. Zachował się poniżej zajmowanego stanowiska. Tak jak Błaszczykowski zachował się niegodnie statusu kapitana, bo zamiast zająć się tłumaczenie z porażki zaczął coś gadać o jakiś biletach, których nie dostał dla rodziny. To pewnie kwestia niewielkiego doświadczenia, można mu wybaczyć… ale Smudzie? Nieistotne. Już go chyba nie ma, niech odpocznie chwilę i udowodni w klubie swoją wartość. Może jest po prostu dobrym trenerem klubowym? Może wyciągnie z tego wszystkiego wnioski i zostanie lepszym szkoleniowcem niż był.

A kadrze jest dobry czas na zmiany w kadrze. Słyszałem już kilka głosów, że na EURO 2012 pojechała optymalna kadra i Smuda nie popełnił błędów w doborze kadry. Swoje zdanie już prezentowałem. Zabrakło mi i lewego obrońcy, choćby przekwalifikowanego Celebana, Sławka Peszki, Artura Boruca, choć odstawienie tego ostatniego rozumiem. Brakowało mi też Piecha lub Frankowskiego. Skoro był Brożek to równie dobrze mógł być pachołek treningowy, a jednak Piech i 38-letni Frankowski to coś więcej niż pachołek treningowy. To są piłkarze. Prawdziwi. Ale to jest tylko opinia. To co było jest nieistotne. Trzeba się zastanowić jaką drogę teraz obrać. Kogo zostawić, kogo odstawić, kogo dowołać. Jak powinna wyglądać kadra 2014. Dlaczego nie wyszło nam podczas EURO 2012. Kto może podczas tych dwóch lat wskoczyć na stałe do kadry?

Z góry zakładam, że szanse na awans do mundialu mamy małe, choćby dlatego że Grzesiu i Franiu spieprzyli kalendarz rozgrywek. Oczywiście możemy wyznawać zasadę, że kalendarz to sprawa drugorzędna, ale jeśli cztery z pięciu ostatnich meczów grasz na wyjeździe, w tym dwa ostatnie z najtrudniejszymi rywalami, to znaczy że ktoś dał ciała. Franiu podrzucił następcy świnię. Chcę wierzyć, że to przypadek i brak doświadczenia.

W każdym razie podczas tych eliminacji spodziewam się przełomu z kilkoma piłkarzami:

– Rafał Wolski zostanie nowym rozgrywającym i będzie nim przez najbliższe 8-10 lat. To piłkarz, który już dziś miał papiery by zagrać w EURO 2012, jestem zawiedziony, że nie dostał szansy. Na pewno mógł w każdej chwili zastąpić Ludovica Obraniaka, który podczas tego turnieju był jednym z największych rozczarowań. Mógł za niego wejść choćby raz czy dwa na 15-20 minut. Bez straty dla drużyny. Oczywiście Obraniak to piłkarz przyzwoity, ale w najważniejszej próbie zawiódł. Zaś Wolski to zawodnik znakomity technicznie, który strzela bramki w ważnych momentach, jest najzdolniejszym piłkarzem, jaki pojawił się na polskich boiskach od dawien dawna. Brakuje mu szybkości (nie w sensie biegania, ale w sensie przyspieszania gry) i długiego przerzutu, takiego jaki ma na przykład Wesley Sneijder. Liczę, że to naprawi.

– Do formy wróci Adrian Mierzejewski, kolejny świetny piłkarz, według Grosickiego (wywiad na weszlo.com) był w znakomitej formie, ale Smuda tego nie zauważył. A przecież mówimy o piłkarzu, który jako jeden z niewielu naszych pomocników rozumie nowoczesny szybki futbol na jeden kontakt.

– Michał Żyro zostanie skrzydłowym klasy międzynarodowej. To dziś zawodnik ze świetną przyszłością, ale ostatnio słabiej mu szło. Ma technikę, ciąg na bramkę, znajduje się w sytuacjach, gra dobrze kombinacyjnie. Cóż, obym się nie przeliczył, nie takie talenty już gasły.

– Sebastian Boenisch zacznie regularnie grać i znowu będziemy mieli lewego obrońcę na poziomie europejskim.

– Znajdzie się dobry środkowy obrońca. Może będzie to Marcin Kamiński, kto wie. Najbardziej żałuję zmarnowanej kariery Sebastiana Madery i tego, że nie wybił się Jarosław Fojut. Może jeszcze wróci do formy Maciej Sadlok, który jest jednym z najbardziej samozmarnowanych talentów w polskiej piłce w ostatnich latach…

– Postęp dzięki regularnej grze w klubie zrobi Wojciech Szczęsny i stanie się zawodnikiem porównywalnej klasy z Arturem Borucem. Na razie wciąż nim nie jest, ale ma zadatki by być polskim bramkarzem wszech czasów.

– Regularnie zacznie grać Artur Sobiech, strzelać i asystować jak w lidze polskiej i stanie się wartościowym zmiennikiem Roberta Lewandowskiego.

– Konkurencję zrobi mu Maciej Jankowski, który będzie w stanie w naszej topornej destrukcyjnej lidze strzelić 15-18 bramek w sezonie.

– Do roboty weźmie się Sławomir Peszko, który moim zdaniem dwa lata temu był skrzydłowym porównywalnym jakością do Kuby Błaszczykowskiego. I wciąż może być.

– Nowy selekcjoner odkryje kogoś o kim nie mam pojęcia, tak jak kiedyś Górski odkrył dla pierwszej kadry Żmudę i Szarmacha (wiem, powtarzam się).

Rację mają co, którzy mówią, że ta drużyna nie jest skończona. Pewnie, że nie jest, bo większość tych piłkarzy nadaje się do gry. Ale nie mówmy, że ktoś ma kontynuować jakieś „dzieło”, bo to w ogóle niesmaczne.

2 komentarze

Dlaczego wolę Fornalika od Nowaka

Piotr Nowak kandydatem na selekcjonera? Bardzo ryzykowne. Zostać zwolnionym z pracy w Stanach Zjednoczonych, gdzie stawia się na długotrwałą pracę to dość spore osiągnięcie. Nowak temu sprostał.
Nagle w naszym kraju zapanowała wielka moda na Nowaka, której szczerze mówiąc nie rozumiem. Nie twierdzę, że to wybór zły, ale czy na pewno przełomowy? Kreowanie go na polskiego Jürgena Klinsmanna jest naiwne.
Moje pytanie – jakie są realne przesłanki ku temu, by Nowak został selekcjonerem?
Swego czasu rozmawiałem o Nowaku z byłymi piłkarzami reprezentacji USA i Washington DC United, Benem Olsenem i Earnie Stewartem, którzy wyrażali się dość pozytywnie o jego pracy. W porządku. Zgadzam się, że jest to szkoleniowiec, który ma jakąś markę w USA, ale wygląda na to, że to argument nieco przebrzmiały. Wygrał tytuł z DC United w 2004 roku, był przez pewien czas asystentem selekcjonera Boba Bradleya, prowadził nawet kadrę „All-Stars” i na tym koniec. Niby sporo, ale ile w tym jest realnych osiągnięć?
Ilu asystentów wielkich trenerów osiąga sukcesy?
Oczywiście są przykłady Joachima Löwa czy Rogera Lemmerre’a którzy jako asystenci świetnych trenerów kontynuowali ich wielkie dzieło, ale czy to jest właśnie ten przypadek?
Wątpię. Tu mamy do czynienia z zupełnie nowym wyzwaniem.
Bycie asystentem to jeszcze nie jest argument. Ciro Ferrara, asystent Marcelo Lippiego, mistrza świata z 2006 roku, nie zrobił na razie kariery w zawodzie trenera, po klęsce w Juventusie (zostawił zespół na szóstym miejscu, wyeliminowany ze wszystkich możliwych pucharów) wylądował na posadce selekcjonera do lat 21.
Ani Jesus Paredes, asystent Luisa Aragonesa z EURO 2008. Pewnie nawet o nim nie słyszeliście, co?
A o Ioannisie Topalidisie, który był asystentem Otto Rehhagela podczas EURO 2004?
To może chociaż o Flavio Murtosie, który jako asystent Luisa Felipe Scolariego zdobył złoty medal mistrzostw świata w 2002 roku?
Oczywiście żadne to argumenty przeciw Nowakowi, na pewno angaż jest osiągnięciem, które podnosi jego wartość na rynku bo daje mu spore doświadczenie. Zaznaczam jedynie, że fakt, że Nowak był asystentem Bradleya, nie oznacza że Nowak jest Bradleyem.
Kadra olimpijska, którą Nowak prowadził w Chinach nie odniosła sukcesu, nie wyszła z grupy(choć trzeba przyznać dość ciężkiej, z Nigerią, Holandią i Japonią). Ktoś powie – słabemu trenerowi Amerykanie nie powierzyliby kadry olimpijskiej. Ale czy słaby albo przeciętny trener mógłby zostać selekcjonerem reprezentacji Polski? Stefan Majewski, który nigdy nie zaliczał się do czołówki polskich trenerów nim był. A więc to żaden argument.
Z Philadelphia Union Nowak generalnie poniósł porażkę.  Najpierw przedostatnie miejsce w konferencji wschodniej (2010), potem po dobrych zmianach mały sukces awans z trzeciego miejsca i pożegnanie w pierwszej rundzie play-off (2011), wreszcie klęska w obecnym sezonie. W tej chwili Union jest daleko od awansu, choć ma kilka spotkań zaległych. Nowak został zwolniony.
Gdyby porównać go z Robertem Warzychą, który prowadzi Columbus Crew, to ten drugi nie mając takiego wsparcia ze strony mediów amerykańskich i polskich ma jednak ostatnio lepsze wyniki (play-off w sezonach 2010 i 2011, mimo konieczności kompletnej przebudowy zespołu w drugim sezonie, teraz realna szansa na wejście do II rundy).

Możemy zawsze wracać do tytułu mistrzowskiego Nowaka, ale sądzę że dobrego trenera charakteryzuje to, że potrafi wykonywać dobrą robotę niemal zawsze, a przy tym regularnie osiąga sukcesy. I nie zawsze są to tytuły. Czasem sukcesem jest utrzymanie, czasem trzecie albo i piąte miejsce ze słabym zespołem. Przecież przez lata  za najlepszego polskiego trenera klubowego uważano Leszka Jezierskiego, który na koncie ma zaledwie jeden tytuł mistrzowski.

Rozumiem, że chcemy Nowaka, bo jest ze Stanów Zjednoczonych więc zapewne myśli nowocześnie, ma nowatorskie podejście. W końcu to USA są forpocztą zmian w przemyśle sportowym. Ale czy w piłce? To wciąż druga czy nawet trzecia liga światowa, o ogólnym poziomie porównywalnym z naszym. Tyle, że wszystko to ładniej sprzedane, do tego z kilkoma podstarzałymi gwiazdami z Europy.
Na pewno nic złego się nie stanie jeśli wyścig do posady wygra Nowak, ale też nie łudźmy się, że będzie to jakaś odmiana stulecia. Nowak nie zbawi kadry i polskiej piłki. Być może nawet jest jednym z dziesięciu najlepszych polskich trenerów, ale na pewno nie stoi wyraźnie ponad innymi.
To na pewno nie Louis Van Gaal – mój wymarzony selekcjoner, który odkrywa dla świata piłkarzy, o których istnieniu wcześniej nie słyszeliśmy, choćby Thomasa Müllera czy grupę z Alkmaar albo dopasowuje im idealnie pozycję jak to było w przypadku Bastiana Schweinsteigera. To u nas oczywiście nigdy nie stanie, nie łudźmy się.

Ciekawa jest opcja Avrama Granta, którą proponuje Piotr Świerczewski. To dobry pomysł – człowiek z ogromnym doświadczeniem, mający na koncie finał Ligi Mistrzów i ogromną wiedzę o piłce – to wiem z własnego doświadczenia rozmów z nim.
Może jest to jedyny poważny kandydat z zagranicy, na którego zgodziliby się w PZPN. W związku generalnie są przeciwni zatrudnianiu zagranicznych trenerów, nauczeni konfliktem z Leo Beenhakkerem.

Choć w artykule Pawła Grabowskiego na onecie padają też interesujące propozycje Didiera Deschampsa (ponoć kandydatura nierealna) i Svena Gorana Erikssona, z którym wg. Michała Listkiewicza PZPN już kiedyś rozmawiał.

Jeśli chodzi o Szwedów, to podobała mi się też wysuwana 2 lata temu przez Rafała Steca z Gazety Wyborczej kandydatura Larsa Lagerbacka, który ze Szwecją od 2000 do 2008 roku zawsze był w turniejach. Może nigdy nic niezwykle spektakularnego nie zdziałał, jednak trzykrotnie wyszedł z grupy, w tym raz, w 2002 roku z grupy śmierci razem z Anglią a kosztem Argentyny i Nigerii i w 2004 roku kosztem Włoch Giovanniego Trapattoniego. To jednak jest to spore osiągnięcie. Teraz jest selekcjonerem Islandii.
Z naszych ligowych szkoleniowców wymienia się głównie Macieja Skorżę. Tyle, że mówimy o człowieku, który nie wygrał ligi mając warunki lepsze niż większość ludzi przed nim. I mając na dwie kolejki przed końcem wszystkie atuty w ręku.
Nie potrafił poradzić sobie z drużyną gwiazd, a Polska w porównaniu z Legią będzie dla Skorży drużyną megagwiazd.
Trenerem, który w naszej piłce radził sobie w ostatnich latach najlepiej, jest Waldemar Fornalik. W ciągu trzech i pół sezonu trzecie miejsce i wicemistrzostwo Polski, dwa finały (w pierwszym przypadku nie przeszedł całej drogi, przejął zespół przed półfinałami z Legią), półfinał i ćwierćfinał Pucharu Polski przy takich możliwościach kadrowych jakie ma, czynią z niego najskuteczniejszego polskiego szkoleniowca ostatnich lat. Oczywiście obok równie interesującego kandydata Oresta Lenczyka, który pewnie miałby rzeszę wyznawców i zagorzałych wrogów. Wracając do Fornalika, to niestety jest to kandydat niezbyt medialny, co sprawia że nie ma takiego wsparcia jak „Mister of America”, Piotr Nowak.

Zresztą myślę, że po pierwszym dobrym wrażeniu ludzie szybko by się zdziwili. Nowak potrafi zaczarować amerykańską fasadą, ale myślę, że w dłuższej perspektywie byśmy się znudzili. Na znacznie wyższym poziomie intelektualnym jest, moim zdaniem, wspomniany Warzycha. Choć jest też na pewno mniej efektowny w pierwszym kontakcie.

Ale wracając znowu do Fornalika, to na pewno wadą jest to, że nie pracował jeszcze w klubie z górnej półki, z gwiazdami największego na nasze warunki formatu. Nie wiadomo jak zareagowaliby na niego piłkarze mający doświadczenia z trenerami dużego formatu z zagranicy. Ale dziś nie ma kandydata bez wad. Ani kandydata, jeśli mówimy o Polakach, lepszego.

 

PS. Inne medialne kandydatury

Michał Probierz – bądźmy poważni, facet zdobył jeden puchar Polski, utrzymał prowincjonalną jakby nie patrzeć Jagiellonię a potem zajął z nią czwarte miejsce w lidze. I jeszcze zdobył więcej punktów niż inni z ŁKS-em. Trenerów z takimi osiągnięciami jest sporo. To kolejny szkoleniowiec, który już został ogłoszony wielkim trenerem. To porażka polskich mediów, które ciągną go za uszy. W skrócie – nie twierdzę, że to zły trener, ale lista jego osiągnięć nijak się ma do jego pozycji na rynku.

Henryk Kasperczak – nie jest trenerem, od kiedy dał wejść na trening Górnika Zabrze bandziorom w dresach. Ci zaatakowali piłkarzy, a jak się później okazało, Kasperczak nie miał nic przeciwko temu.  Co więcej, o akcji był uprzedzony. Jego ostatnim dziełem było zbudowanie Wisły za gigantyczne pieniądze Bogusława Cupiała. Startował z pozycji 10 piętra. Porównywalna sytuacja byłaby, gdyby miał objąć reprezentację Hiszpanii.

Ottmar Hitzfeld (wg. Cafe Futbol) – fantastyczny kandydat, ale kiedyś z nim robiłem wywiad (z mówiącym po niemiecku człowiekiem ode mnie z pracy)…

Hitzfeld: Ze Szwajcarią jestem bardzo związany. Dlatego oferty w Austrii bym nie przyjął.

My: A z Polski?

Hitzfeld: Też nie. Uważam, że jeśli chce się pracować w innym kraju, to trzeba być z nim w jakiś sposób związany.

Całość TU

Kto wie, Może zmienił zdanie?

8 komentarzy

Czas na rewolucję

Grzegorz Lato powiedział, że „musi jeszcze porozmawiać z Franiem”. Niby o czym? Odejście selekcjonera musi nastąpić. Chyba, że Lato chce odejść razem z nim i o tym pragną rozmawiać.
Nie ma wątpliwości, że Lato nie jest rewolucjonistą ani myślicielem, a z pewnością nie wizjonerem. Jest byłą legendą futbolu. Facetem, który wykorzystał stanowisko do tego, żeby dać saobie podwyżkę (w białych rękawiczkach – ja daję zarządowi, a zarząd mi).
Liczę na to, że Lato zrezygnuje w najbliższym czasie.

Na wszelki wypadek przypomnę fragment wywiadu pana prezesa z Przegladem Sportowym (rozmowę robił Rafał Romaniuk)
Nie wychodzimy z grupy, to Lato nie kandyduje w nowych wyborach?
– Tak jest
Nie ma wyników, odchodzą i Lato i Smuda?
– Tak trzeba to powiedzieć. Nie jestem przyspawany do stołka.

Nie chodzi tu o rzucanie się na ofiary. Nie chcę być hieną, jakimś krwiopijcą. Chodzi o realne podejście, o to, że pozostanie Laty gwarantuje brak zmian, stagnację. O to, że bycie prezesem PZPN nie może ograniczać się do prowadzenia ekskluzywnego biura wycieczek dla działaczy.
Oczywiście jestem przeciwny wszystkim pomysłom typu „Listkiewicz wróć”. To nieporozumienie. Oczywiście pan Michał to przesympatyczny facet, ale nam potrzebny jest ktś z wizją. A Listkiewicz i Lato mieli podobną wizję – maksimum przywilejów, minimum odpowiedzialności.
Listkiewicz robił to z klasą bo jest inteligentny, zaś Lato robił to bez klasy.
To czego potrzebujemy dziś, po tej jednej z najbardziej spektakularnych klęsk w historii polskiej piłki (tak, tak, nie odnosząc jednego zwycięstwa, zajęliśmy ostatnie miejsce w najłatwiejszej grupie w historii, w turineju organizowanym na własnym boisku) to wielka zmiana.
Potrzebujemy czegoś na kształ długoterminowej inwestycji.
Oczywiście musimy dbać o wyniki tu i teraz, ale musimy też realizować długotrwały plan, który da nam silną drużynę w przyszłości, taką z pierwszej dwudziestki FIFA.
Dziś w piłce nie można iść na skróty – ktoś powie – zatrudnijcie Nowaka albo Lenczyka albo Fornalika a może Skorżę z Probierzem.
Ale zmiana na stanowisku selekcjonera, do której oczywiście musi dojść, to rozwiązanie krótkotrwałe. Nam potrzebne jest rozwiązanie systemowe.
Czy dziś Barcelona byłaby Barceloną gdyby w 1978 roku nie stworzono najlepszej szkółki piłkarskiej świata?
Czy Manchester United byłby tym Manchesterem United, gdyby nie prowadzono tam fantastycznej długoterminowej polityki, tej która dała niedawny najlepszy okres w historii klubu. Zebrano najlpszych chłopców i inwestowano w nich, powtórzono w udoskonalonej wersji politykę z lat 50-tych. Czy Niemcy byliby dziś rewolucjonistami futbolu, gdyby po klęskach z 1998 i 2000 roku nie wprowadzono tego fantastycznego programu akademii i centrów treningowych dla młodzieży?
Trzeba zmieniać od góry i od dołu. Trzeba jednocześnie myśleć tu i teraz oraz na przyszłość.
Przyszłość dzieje się teraz. Kto pierwszy na to wpadnie, wygra. W Polsce wpadła Legia i za 3-4 lata będzie nie do pobicia w Polsce. Forpocztą są Żyro i Wolski, ale na pewno w kolejce czekają kolejni. Każdy z nich da wynik, ale też realny zysk dla klubu.

Propozycja
– Potrzebujemy systemu akademii młodzieżowych przy klubach Ekstraklasy i I ligi – na wzór niemiecki. Bez tego klub nie powinien dostawać licencji. Powinny być minimalne standardy, które miałaby spełniać taka akademia, dostosowane do rynku polskiego i polskich możliwości finansowych. Skończmy z dziadostwem typu umowa klubu z jakimś podmiotem zewnętrznym (Śląsk czy ŁKS). Jeśli nie stać cię, to nie grasz w żadnej z dwóch najwyższych lig. Tego wymaga interes narodowy. Nikt nie mówi jak masz prowadzić treningi czy akademie, to oczywiste. Jeden chce zgrupować wszystkich w internacie, drugi wybiera system rodzin opiekujących się młodym piłkarzem, co jest ponoć lepsze (bo jak twierdzą Niemcy, internaty hodują imprezowiczów). To twoja sprawa, ale przepis mówi, jakie minimalne warunki musisz spełniać. Dziś wiemy, że ten warunek zostanie spełniony za dwa lata. Oby obyło się bez prowizorki i obchodzenia przepisów.
– Potrzebujemy systemu małych powiatowych szkółek (prosty budynek i dobre boisko treningowe) na wzór niemieckich. W jeden dzień tygodnia taka szkółka, powiedzmy jedna w powiecie, finansowana ze środków głównie PZPN i dużych klubów mających akademie prowadziłaby treningi indywidualne dla najzdolniejszych młodych piłkarzy. Poprawia to jego umiejętności i pozwala monitorować stale najbardziej utalentowaną młodzież. Duże kluby prowadzące akademie mają też przegląd największych okolicznych talentów. W zamian trenerzy i piłkarze z dużych klubów prowadzą w określonych terminach treningi z młodzieżą w małych okolicznych klubach.
– Potrzebujemy systemu skautingu. Luźna propozycja: Największe kluby powiatowe organizują regularne rozgrywki drużyn podwórkowych na własnych obiektach. Dzięki temu mają przegląd najlepszych młodych piłkarzy z powiatu i nie przegapią talentów. W moim rodzinnym Otwocku jest coś takiego jak liga szóstek. Grają stare chłopy. Obserwując ich zapewniam was, że znacznie więcej niż 50 procent największy talentów nigdy nie trafia do klubów. Czasem w klubie trafi się pasjonat, który chodzi po podwórkach i zbiera młodzież a czasem nie. W Polsce częściej nie, dlatego trzeba wyeliminować przypadek.
To takie podstawowe założeniaz innych krajów, które mogłyby znacznie podnieść poziom piłki w perspektywie 10-20 lat.
Może ktoś ma lepsze pomysły, a może inne, może bardziej realne, może alternatywne.
Nie mówcie mi, że PZPN-u nie stać na zmiany pod względem finansowym, to najbogatszy związek sportowy w Polsce. Może go nie być stać na zatrudnianie kolejnych nieudaczników, ale musi być stać na pompowanie środków w piłkę młodzieżową. Stworzenie solidnych podstaw to jest podstawa.
Dawno temu zostaliśmy z naszą piłkę w tylke za innymi. Może czas powstać? Ale na pewno nie z Grzegorzem Lato i jego ludźmi.

8 komentarzy

Nie mówcie, że nic się nie stało. To jest klęska

Najpierw jakieś plusy po meczu – czyli dlaczego powinniśmy być zadowoleni.
Co by było gdy Polska wygrała a Smuda wyszedł z grupy? Za dwadzieścia lat byłby wielkim autorytetem w polskiej piłce, a jak by się to skończyło, pewnie wiecie – znaleźlibyśmy się w głębokiej otchłani, bo to nie jest facet, który ma jakąś wizję. Sytuacja porównywalna z tą z 82 roku. Zaryzykuję twierdzenie, że największym nieszczęściem polskiej piłki jest trzecie miejsce sprzed 30 lat. To właśnie przez to trzecie miejsce Antoni Piechniczek stał się ważną figura w naszym futbolu i teraz z tylnego siedzenie niszczy go, hamuje jego rozwój. Dlatego ta porażka była potrzebna. Szkoda, że nie została odniesiona w bardziej wstydliwym stylu. Wtedy może opinia społeczna wywarłaby na starych dziadkach z PZPN presję zmian. Tak jak stało się w Niemczech po wstydliwych klęskach z 1998 i 2000 roku.
Dlatego początkowo nawet życzyłem nam albo wielkiego triumfu albo wielkiej klęski. Ale nie takiej przeciętnej porażki, tylko katastrofy. To nie nastąpiło, przynajmniej nie w tym meczu. Dziś myślę, że to i dobrze, bo u nas nawet katastrofa wszystkich katastrof do niczego by nie doprowadziła. Przede wszystkim nie mamy niczego co nazywa się opinią publiczną. Polski kibic jest mało istotny, bo w Polsce świat piłki jest światem alternatywnym. O ile w Anglii futbol jest częścią społeczeństwa, w Polsce futbol jest jakimś bytem równoległym. Dobry świadomy kibic to dziś rzadkość a siła oddziaływania prasy sportowej jest żadna.
Ale kto wie, może ten turniej to zmieni? Może więcej ludzi zacznie interesować się futbolem?

Teraz o piłce
Jeśli ktoś po meczu z Rosją uwierzył, że oto mamy drużynę, oto mamy kapitana, mamy coś tam jeszcze (bo różne rzeczy czytałem w prasie i w komentarzach internetowych) to musi swoje poglądy zweryfikować. Nie mamy za wiele. Ale za to czasem mamy szczęście.
Szpakowski właśnie powiedział, że kończymy z podniesioną głową. Otóż nie kończymy. Kończymy z bardzo nisko opuszczoną głową.
Pierwszy raz w życiu mieliśmy tak łatwą grupę. Czechów słabych jak nigdy (porażka), Grecję której piłkarzy niemal nikt nie wymieni (remis) i starzejących się Rosjan (remis), którzy oszukali wszystkich meczem z Czechami.
Nigdy wcześniej i nigdy później nie mieliśmy tak łatwej drogi. I nie przeszliśmy jej. Zajęliśmy ostatnie miejsce w najłatwiejszej grupie jaką można sobie wyobrazić. Na własnych boiskach, przy własnych kibicach.
Nie mówcie mi, że nic się nie stało.
Pojawiło się nawet takie sformułowanie, że mamy największy potencjał w XXI wieku (wymyślił to chyba Robert Błoński w wyborczej). I z tym wielkim potencjałem nawaliliśmy.
Kompromitacja to dobre słowo, choć u nas wyświechtane.
Rozczarowali niemal wszyscy. Na początek rozczarował Błaszczykowski, który brał sam piłkę, woził się z nią, kręcił kółka, nie zwrócił uwagi na to, że inni zawodnicy są na boisku (widział dwóch trzech najbliższych, najczęściej Piszczka). On sam pewnie myśli, że skoro okiwał czterech, to znaczy że zagrał dobry mecz. To nie jest prawda. Nie ma nic bardziej działającego destruktywnie na drużynę, niż facet który chce uchodzić za lidera, jest nim według prasy, biorący całą grę na siebie. Szczególnie jeśli gra w dobrej drużynie, takiej jak Borussia Dortmund i ma podstawy do tego.
Doceniam jego bramkę z Rosją, ale to tyle.
Niestety Kuba jako piłkarz okazał się zbyt mało inteligentny. Phil Jackson na początku swojej przygody z Chicago Bulls poprosił Michaela Jordana by ten rzucał nieco mniej, by grał bardziej z ludźmi. Argumentował, że ostatnim zawodnikiem, który wygrał tytuł mistrzowski i tytuł najlepszego strzelca był niejaki Lew Alcindor (Kareem Abdul Jabbar) w 1971. A potem kilkanaście lat posuchy. Jeśli jeden zawodnik chce zdominować grę a inni się przyglądają, stają się widzami. Nie twierdzę, że to tylko problem Kuby – to problem całej grupy trzymającej władzę w kadrze. Przykładem jest sytuacja z Obraniakiem, który SŁUSZNIE miał pretensje do Błaszczykowskiego, że ten nie daje mu piłki (w meczu z Rosją) a ten arogancko nakazał mu się zamknąć. W domyśle – bo on tu rządzi. I te rządy to było nieszczęście. Te nieuzasadnione charakterem rządy Kuby wynikają z tego, że w drużynie brakuje ludzi z charyzmą. Umówmy się – Johan Cruyff nie był koniem pociągowym. Konie pociągowe nie bywają dobrymi liderami. Kuba, którego cenię jako piłkarza z dobrą mentalnością, jest jednak koniem pociągowym.

Nie chcę być źle zrozumianym – nie jest to krytyka Kuby jako piłkarza tylko systemu.
Poświęciłem Kubie więcej miejsca, bo sytuacja pokazuje, że nie mamy drużyny tylko kilka indywidualności. A we współczesnej piłce indywidualności nie grają. Pokazały to ostatnie mistrzostwa świata w RPA i przykłady Portugalii z Ronaldo i Argentyny z Messim.
Zawiódł Lewandowski, który w trzech meczach strzelił jedną bramkę i generalnie nie istniał. Eksperci nam wmawiają, że wykonał świetną robotę w meczu z Rosją a jeśli ktoś uważa inaczej, to według np. Zbigniewa Bońka nie zna się na piłce. Ja się nie znam, bo uważam, że napastnik który nie strzela bramek i co więcej nie ma do tego sytuacji, to nie jest wybitny napastnik. Lubię Lewandowskiego, cieszą mnie jego sukcesy, oglądam każdą bramkę po kilka razy, ale mistrzostwa pokazały, że nie jest piłkarzem, który umie zrobić coś w pojedynkę. Większość starć jeden na jeden z obrońcami przegrywał. Poza jedną świetną bramką z Grecją nie istniał. Nie jest Kopernikiem, odkrywcą. Jest zakładnikiem systemu. W dobrej drużynie zagra dobrze, w słabej słabo. W naszej zagrał przeciętnie.
Reszty nie krytykuję indywidualnie, bo na resztę nie liczyłem. Większość piłkarzy w tej drużynie tylko statystowała. Jedni statystowali lepiej, inni gorzej. Ale prawdziwa drużyna to taka, w której wszyscy odgrywają ważne role, nawet jeśli są to role drugoplanowe. Słaba to taka, w której zbyt wiele osób statystuje.
Wszystko zawiodło – tchórzliwy system z trzema defensywnymi pomocnikami, gra na przypadek, brak wypracowanych schematów.
Co dalej? Nie ma wątpliwości, że musi odejść Franciszek Smuda, który poniósł gigantyczną klęskę. Nie będę się nad nim pastwił, bo przecież wszyscy go wybraliśmy jako naród. Ale nie ma sensu tego ciągnąć. Zasada jest prosta – zawaliłeś, odejdź. Zresztą on już chyba sam to powiedział w TVP, albo się przesłyszałem.
Kto za niego? Skorża? Oby nie (uzasadnię w tygodniu). Nowak? Nie wiem. Mówią, że w USA świetnie się spisuje, ale Robert Warzycha, który spisuje się tam znacznie lepiej niż Nowak, mówi że amerykańska liga jest słabsza od polskiej.
To może Lenczyk albo Fornalik? Na pewno znacznie lepszy wybór niż Skorża.
Ale tak naprawdę nie chodzi o zmianę trenera tylko o cały system. O to, żeby wprowadzić akademie młodzieżowe przy klubach, na początek, żeby te kluby miały obowiązek współpracy z małymi klubami, a kluby z powiatami (tworzenie małych lig). Trzeba stworzyć taki system, żeby za 20 lat nie odpaść bez wygranej z grupy śmiechu.

19 komentarzy

Smuda nie popełnił błędów w meczu otwarcia. Popełnił je znacznie wcześniej

Na początku w sprawie braku zmian ofensywnych Smudy. Z selekcjonerem tym razem się zgadzam. wiele osób chciało, żeby wpuścił Grosickiego za któregoś z defensywnych pomocników i powalczył o wygraną. Ewentualnie Kubę Błaszczykowskiego, który szybko opadł z sił, ale też trzeba pamiętać, że to zawodnik, który znacznie ciężej pracuje z tyłu niż Grosicki. W tej kwestii rozumiem, że selekcjoner wolał bezpieczny remis niż ryzyko. Miał do tego prawo i moim zdaniem miał rację. Remis oznacza, że pozostajemy w grze. Przegrana i strata trzech punktów do dwóch drużyn, sprawiłaby że całkowicie tracimy kontrolę, remis daje nam jeszcze nadzieje, i to spore. Gdyby w grupie było 5 spotkań, zgodziłbym się, że Smuda popełnił błąd. Do końca zostają tylko dwa i ważne jest, żeby nie wypaść z gry. Inna kwestia to możliwe zmiany Adriana Mierzejewskiego za Obraniaka czy wcześniej wspomnianego Grosickiego za słabego, niemal bezproduktywnego Macieja Rybusa. Mierzejewski to mój ulubiony piłkarz, ale po transferze do Trabzonsporu spuścił z tonu. Na zgrupowaniu kadry też nie prezentował się dobrze (wg obecnych tam kolegów), ale faktycznie jest to zawodnik kreatywny, którego stać na dwa, trzy zagrania, mogące przesądzić o losach spotkania. Na pewno obok Łukasza Piszczka, według mnie jednego z najlepszych a może najlepszego w naszej drużynie w meczu z Grecją, najbardziej nowocześnie grający polski piłkarz. Szkoda, ale generalnie problem zmian wydaje się mocno naciągany. Smuda miał prawo podjąć takie decyzje, jakie podjął.
To jedna kwestia. Inna to przygotowanie mentalne i sprawy personalne.
Najpierw personalne.
Wielokrotnie pisałem i sprawdza się – Szczęsny nie jest jeszcze bramkarzem na poziomie Artura Boruca. Wybór Smudy był błędny. Z drugiej strony całościowa krytyka Szczęsnego za to, że popełnił błąd przy bramce i zrobił karnego jest niepoważna. Faktycznie w obu sytuacjach zabrakło doświadczenia – zamiast wyczekać poszedł do piłki na „raz kozie śmierć” i dwukrotnie w kluczowych momentach tracił kontrolę nad akcją. Ale wciąż jest to bardzo dobry bramkarz, godny występu na dużym turnieju. Tyle, że wpadki i wypadki się zdarzają. Szkoda, że w takim momencie.
Wybił się Tytoń, na temat którego kiedyś robiłem wywiad z Harmem Van Veldhovenem, trenerem Rody. Powiedział, że to bramkarz, który ma szansę grać w klubie ze szczytu europejskiej piłki.
Obrona – na tak dużym turnieju nie da się przykryć braków, które mamy. Od dawna wszyscy wiedzieli, że jest poważny problem ze środkowym i lewym obrońcą. Nic nie zostało w tej kwestii zrobione. Smuda liczył na to, że Sebastian Boenisch się wykuruje i zagra na swoim poziomie. Może to się uda, ale pewnie za kilka miesięcy. Rozumiem, że spośród dwójki lewych obrońców Smuda stawia na Boenischa, bo Wawrzyniak nie jest, nie był i nigdy nie będzie „international level”. Potrafi dośrodkować, ma asysty i jest przydatny, gdy gra w klubie formatu warszawskiej Legii – czyli dominującym. W drużynie gdzie trzeba bronić, jest nieprzydatny. Daje gwarancję koszmarnego błędu w obronie, spóźnia się, nie ma wyczucia, robi błędy w kryciu, sprawia wrażenie jakby miał problem z koncentracją. Takie braki można przykryć w słabej polskiej lidze, albo od czasu do czasu na poziomie europejskich pucharów. Ale tylko od czasu do czasu. Dlatego sytuacja była zła, bo na kogo Smuda by nie postawił, zrobiłby błąd. Bo w rzeczywistości został on popełniony przy selekcji. Nie przerobiono żadnego obrońcy na lewego, np. Piotra Celebana, a może kogoś innego, nie przygotowano go do roli. Dziś mamy to co mamy i o czym wiedzieliśmy. Możemy sobie popłakać nad rozlanym mlekiem.
Ten sam błąd w środku obrony. Nie powiem teraz – trzeba było postawić na Sebastiana Maderę, na Jarosława Fojuta (dziś to i tak nieaktualne ze względu na kontuzję), na Jodłowca, na kogoś innego. Wiadomo, że tych obrońców wielu dziś w kraju nie ma. Dlatego trzeba powoli ich wdrażać. Trzeba było dać więcej szans kilku z nich. Na jednym zgrupowaniu ligowym zawodnik ma prawo się spalić. Czasem człowiek musi poczuć trochę zaufania, złapać pewności siebie. Również na poziomie reprezentacyjnym. Nie jest powiedziane, że profesjonalny piłkarz musi być od razu gotowy do gry. Czasem wymaga to wejścia do zespołu, zdobycia akceptacji i wtedy można się rozwinąć. Smuda nie wynalazł żadnego obrońcy. Zresztą, nie wynalazł żadnego nowego zawodnika. Oczywiście kilku piłkarzy za jego kadencji weszło do drużyny, ale nie ma tam nikogo, kogo można określić mianem jego autorskiego wynalazku. Jak choćby Młynarczyk był wynalazkiem Piechniczka a Żmuda i Szarmach wynalazkami Górskiego (ok, Żmuda był z młodzieżówki Andrzeja Strejlaua, ale dla dużej piłki odkrył go Górski, ryzykując zresztą reputację). Smuda co najwyżej kilku zawodników naturalizował.
Pomoc to problem, bo teoretycznie wystąpiliśmy w najmocniejszym zestawieniu.
Pozycja Błaszczykowskiego jest niepodważalna, ale wyglądało, jakby Grecy dali mu się wyszaleć i go zablokowali po dwudziestu kilku minutach. Szkoda, kilka akcji bi wymian było na bardzo dobrym poziomie. Obraniak miał kilka niezłych zagrań, fajnie wymieniał się piłką z Błaszczykowskim, ale brakowało w jego grze pasji, błysku, zrywu, czegoś niezwykłego, jakiejś ponadprzeciętnej kreatywności. Znacznie bardziej przydatny mógłby być wspomniany Mierzejewski, ale to Smuda teoretycznie wie w jakiej formie są obaj gracze.
W końcu Rybus, który był sporym rozczarowaniem. Jego entuzjaści próbowali się doszukać jego sporego udziału przy bramce dla Lewandowskiego, ale nawet gdyby tak było, to poza tym jest to zawodnik zbyt wolny, zarówno w sensie szybkości biegu jak i szybkości zagrywania piłki. Tu znowu występuje błąd w selekcji. Smuda myślał, że ma wysokiej klasy pomocnika i ewentualnie jego następcę – Grosickiego, dlatego może od tak sobie skreślić Sławomira Peszkę. Za to, że ten narobił bardachy w taksówce i trafił na wytrzeźwiałkę. Był to wyjątkowo poważny błąd. Peszko obu zawodników, Rybusa i Grosickiego, przerasta o klasę, w ostatnim sparingowym meczu z Niemcami pokazał, że potrafi w chwilę stworzyć sobie okazję, wykorzystać bezwzględnie błąd obrońcy, wyjść na pozycję, tak by środkowy pomocnik był zmuszony podać mu piłkę (inna sprawa z wykorzystaniem tych sytuacji). Świetnie współpracuje z Lewandowskim, bardzo dobrze gra na jeden kontakt, ma niezwykły ciąg na bramkę. Incydent w taksówce nie sprawia, że nagle nie ma tych wszystkich cech.
To niestety kolejny błąd, którego nie da się naprawić. No cóż, wiadomo, że Smuda ma konflikt z menedżerem Peszki, Andrzejem Grajewskim i prawdopodobnie miał to wpływ na decyzję selekcjonera. Szkoda, że takie prymitywne personalne rozgrywki są ważniejsze od interesu drużyny.
Problemem naszej kadry jest dziś też to, że poza trzema – czterema zawodnikami na bardzo dobrym albo dobrym europejskim poziomie (Błaszczykowski, Lewandowski, Piszczek, Szczęsny mimo wszystko i na szczęście Tytoń), mamy większość takich, którzy pewnej granicy nie przeskoczą, stać ich jedynie na zrywy. Zawodnicy wyszli na spotkanie spięci, Kuby Błaszczykowskiego nie było stać na kilka słów rozmowy z sędzią. Ktoś powie o wielkiej koncentracji, ja widziałem tam nerwy. Ale zostawmy to dla psychologa. Faktem jest, że jeśli grasz w jedenastu na dziesięciu, prowadzisz 1:0 i nie potrafisz stworzyć sobie kilku okazji do zdobycia bramki, to znaczy, że występuje problem z głową. Wtedy sprawdza się wartość drużyny, czy w grze występuje jakiś pomysł, czy trenowane wcześniej elementy (były trenowane?) są przekładane na sytuacje meczowe i tak dalej. Polacy stracili kontrolę nad grą i mimo korzystnej sytuacji nie potrafili jej utrzymać. Czy zespół oparty na popisach kilku indywidualności jest gotowy by grać o jakieś trofea czy choćby walczyć na przyzwoitym poziomie w ćwierćfinale Mistrzostw Europy? Nie. Wygląda na to, że tej drużyny nie ma. Takiej przez duże D.
Mam nadzieję, że ten zryw nastąpi teraz, z Rosją, choć siła ofensywna zespołu rosyjskiego w meczu z Czechami wyglądała na porażającą. Kwartet Szirokow – Dzagojew, Arszawin – Kierżakow jest fenomenalny. I co ważne, Rosjanie mają zespół złożony z największych gwiazd silnej ligi rosyjskiej. Nawet jeśli Lewandowski czy Piszczek a teraz też Tytoń są na wyższym poziomie niż ich rosyjscy odpowiednicy, to zawodnicy rywali na wszystkich pozostałych pozycjach są lepsi, zazwyczaj znacznie, w drużynie Dicka Advocaata.
A trzeba pamiętać, że remis w tym meczu to minimum, które musimy osiągnąć, jeśli chcemy zachować kontrolę nad sytuacją.

2 komentarze

Niewłaściwi ludzie na niewłaściwych miejscach

Co po sobie zostawi Józef Wojciechowski?
Nic.Może prawie nic.
I właściwie tu ten wpis mógłby się kończyć. Właściciel warszawskiej Polonii wycofuje się z powoli polskiego futbolu (choć ostatnio media donosiły, że chcę zostawić sobie mniejszościowe udziały) i bardzo dobrze. szkoda mi Polonii, ale wierzę że za jakiś czas może być przyzwoitym klubem ligowym zarządzanym w normalny profesjonalny sposób. Z Wojciechowskim było to nierealne.

Nie będę odnosił się do wygranej kadry nad Andorą. Po pierwsze nie jest to poważny przeciwnik i wygrana nie daje kompletnie nic nowego – jest to jakby kolejny trening. Po drugie wygrana nie jest zbyt okazała. Po trzecie – nawet jeśli były jakieś fajne udane akcje w starciu z przeciwnikiem z dwudziestej ligi światowej, to nie da się ich powtórzyć w starciu z ligą drugą.

Wróćmy więc do poważniejszego tematu – Polonia i Wojciechowski.

Jeśli doszukiwać się jakiś plusów to może takich, że Polonia jakoś tam funkcjonowała, momentami wydawało się, że ma szansę walczyć o tytuł. Poza tym stała się klubem medialnym. Czy to jednak pozytywne? To sprawa kontrowersyjna. Faktycznie wg. różnych badań ludzie czytali chętnie informacje o Polonii, ale mam wrażenie, że było to na tej samej zasadzie, jak czyta się wiadomości z jakiegoś kraju trzeciego świata, w którym potężny dyktator zarządza swoim ludem w sposób i straszny i groteskowy i prymitywny zarazem.
Jeśli chodzi o sport, to Wojciechowski, właściciel potężnej firmy deweloperskiej, nie pozostawił po sobie kompletnie nic. Nawet złudzeń. Może zespół, który gdzieś tam mógł powalczyć o puchary, ale nie powalczył. Za 10 lat nikt nie będzie pamiętał, że ktoś taki w ogóle w Polonii był. Nie będzie po nim nic trwałego.
A przecież za ciężkie pieniądze, które włożył w klub, mógł jednak odcisnąć na działalności klubu jakieś trwałe piętno. Ktoś powie – to jego pieniądze i robi z nimi co chce.
Zgadzam się z tym. Niech robi co chce. Jednocześnie w takich sytuacjach przypomina mi się moja rozmowa z Andrzejem Iwanem, którą już tu zresztą przytaczałem. Po naszym wywiadzie do książki o historii Wielkiego Widzewa (już niedługo, obiecuję) powiedział: „Żałuję tylko jednej rzeczy. Że nie kupiłem domku na wsi. Mogłem go kupić w dowolnym momencie ale nie zrobiłem tego, a dziś mnie na to nie stać”.
Wojciechowski bawi się jak jakiś nowobogacki w prowincjonalnej restauracji. Za podrzędną kiełbasę – stówka. Za kawałek ogórka – dwie stówki. Za kieliszek wódki – trzy stówki. Napiwek – pięć stówek. I stówka dla szatniarza. W sumie 12 stówek jedzenie w podrzędnej budzie. Oczywiście za to kupił sobie prawo do obrażania kelnera, wspomnianego szatniarza i kilku gości. Rano budzi się na potężnym kacu z uszczuplonym portfelem i ma pretensje do wszystkich dookoła, ale nie do siebie. Trzeba było nie pić.
Dziś pan JW mówi, że został oszukany. Przez wszystkich. A prawda jest taka, że jest po prostu naiwny, niekonsekwentny i wszedł w działkę, o której nie ma pojęcia. Ci, którzy myślą, że piłka to prosta gra – mylą się. Małe rybki wykorzystały, że stary rekin jest ślepy. Każdy kolejny podpowiadacz wygryzał poprzedniego, nadawał, donosił, wyciągał kasę.
Za ciężkie pieniądze, które wydał pan JW, mógł zbudować siatkę skautów, zorganizować turnieje dla młodzieży w różnych kategoriach wiekowych i dzięki temu przeprowadzić nabór najzdolniejszych piłkarzy w okolicy, zbudować podstawy akademii piłkarskiej, która za kilka lat przyniosłaby przyzwoite zyski albo przynajmniej kilku piłkarzy do pierwszego składu. Stworzyłby jakąś ciągłość.
I mówię tu tylko o pieniądzach zmarnowanych. Bo tego było pełno. Niemal wszyscy zawodnicy w Polonii są przepłaceni. I oni doskonale wiedzieli co robią idąc tu. Oni też są tymi obrażanymi kelnerami. Podobnie trenerzy, dyrektorzy sportowi itd. Chyba nikt idąc do Polonii nie oszukiwał się, że ma do czynienia z angielskim dżentelmenem na wysokim poziomie? Od początku do końca chodziło tylko o kasę.
Ok, był folklor, jeszcze raz zaznaczę – za kilka lat nikt nie będzie o nim pamiętał. Był i go nie ma, jak wielu innych ignorantów z wypchanymi portfelami, którzy zmarnowali swoją szansę. Nigdy nie zgodzię się ze stwierdzeniem, że na piłce w Polsce nie można zarobić. Można, trzeba się tylko na niej znać. Albo mieć pomysł. W Legii stworzyli szkółkę i już za 3-4 lata będą dominować w polskiej piłce, o czym jestem przekonany.
Dlatego Wojciechowskiego żegnam bez żalu.

PS. Na swoim blogu popularny publicysta Gazety Wyborczej Rafał Stec pisze, że po raz kolejny już odmówiono mu akredytacji na mecz reprezentacji Polski. Ze swojej strony zaznaczę, że jest to skrajnie nieprofesjonalne podejście pracowników związku. Prywatne sympatie i antypatie nie mogą być podstawą do tego, żeby przyznać komuś akredytację lub nie. Rafał Stec oskarża o złą wolę Agnieszkę Olejkowską, rzeczniczkę związku. Tak się składa, że Stec jest dziennikarzem wiarygodnym, a pani Agnieszce już zdarzało się nie przyznawać akredytacji na mecze i to poważnej gazecie o czym pisałem TU
Zaznaczyłem tam, że różni dziennikarze z dużych gazet nie potrafili się solidaryzować z Faktem w trudnej chwili i to się na nich odbije. Dziś odbiło się na Stecu, jutro na kimś innym. Brak nam solidarności zawodowej w tak prostej sprawie jak pilnowanie wolności wypowiadania opinii. Może jako środowisko nie zasługujemy na szacunek.
Inna sprawa jest taka, że od kiedy Agnieszka Olejkowska jest rzeczniczką, standardy bardzo spadły. Jej postawa jest potwierdzeniem tezy, że zaledwie odrobina władzy może doprowadzić do wytworzenia nadmiaru wody sodowej.

Dodaj komentarz