Archive for Maj, 2011

Spór cywilizacyjny

Właściwie nie powinienem już żyć. Wczoraj usłyszałem od jednego z dziennikarzy, że do bandytów powinno się strzelać ostrą amunicją. Dziś czytałem tego typu komentarze w internecie. Oto mój coming out. W rozumieniu wielu osób jestem bowiem stadionowym bandytą. Przyznaję się – w 1995 roku, jako siedemnastolatek, wybiegłem na płytę stadionu warszawskiej Legii po wygranym finale Pucharu Polski z GKS Katowice. Wszyscy biegli, to i ja. Wspaniałe przeżycie. A że dostałem armatką wodną? Cóż, dodatkowe emocje. Ktoś niewinny został pobity. Cóż, policja…
Ja nie poszedłem w tę stronę, może dlatego, że nie zniósłbym dyktatu jakiegoś przygłupiego dresiarza, ale gdyby spełniono postulaty oszołomów, mógłbym nie mieć takiego wyboru (zakładając, że stosowano by wówczas broń gładkolufową).
Wczoraj doszło do rozłamu w salonie (zapożyczyłem to z Ziemkiewicza – choć ostatni jego występ w URz wyraźnie nieudany). TVN stało się ofiarą własnej wojny z kibicami. Wajchowy dostał w głowę wajchą. Bogdan Rymanowski zakończył swój program z politykami (z Niesiołowskim i Hofmanen) konkluzją sprowadzającą się do tego, że wielu normalnych kibiców nie będzie mogło wejść na mecz. A więc istnieją porządni kibice! Czyżby? Od kiedy to przestajemy stosować zasadę odpowiedzialności zbiorowej? Czyżby od momentu gdy godzi ona w nasz własny interes?
To jest właśnie największy problem – odpowiedzialność zbiorowa. Stosowanie jej jest zawsze wyrazem bezsilności rządzących. Bandyta miał czarną czapkę, ale nie możemy go znaleźć, więc zakażmy noszenia czarnych czapek. Biały kot w plamy pogryzł dziecko w Toruniu i uciekł. Zaleca się oddanie na obserwację na okres miesiąca wszystkich białych kotów w plamy.
Dlaczego w ogóle zajmujemy się dziś tym problemem? Czy on naprawdę istnieje czy też jak sugerują kibice jest tylko tematem zastępczym? O co chodzi w wojnie kibicowsko-medialnej? Skąd bierze się eskalacja konfliktu?
Problem jest, jak najbardziej. Jest to nasza mała wojna cywilizacyjna. Najlepiej ujął to chyba socjolog Rafał Chweroduk w tekście w „Uważam Rze”, gdy odpowiadał na pytanie dotyczące konfliktu kibiców ze środowiskiem „GW”: – Kibice są z natury antyelitarni, a „Gazeta Wyborcza” opowiada się raczej za drogimi biletami i bogatą publicznością zajadającą popcorn. Dlatego piętnuję wszystko inne i zagrzewa do walki, przedstawiając stadionową wizję horroru i zbrodni.
I to chyba istotna rzeczy. Rafał Stec, dziennikarski guru czytelników „GW” w swojej książce-manifeście napisał, że „trybuny powinny zapełnić się kibicami w białych kołnierzykach”.
Mimo szacunku, jakim darzę autora „GW”, czytając to zastanawiałem się, czy ja mam prawo pójść na stadion? Czy jestem wystarczająco wysoko w strukturach koncernu? Czy nie będzie przeszkodą, że ubieram się czasem jak robotnik wracający z nocnej zmiany w amerykańskim Columbus?
Podstawą do takiego myślenia (promowanego przez tzw. mainstream) są wzorce angielskie, gdzie na każdy stadion w Londynie przychodzi po kilkadziesiąt tysięcy ludzi na każdy stadion. Kupują popcorn, biją brawo.
Różnica jest ogromna, bo po pierwsze Anglia to tradycja piłkarska, w po drugie Premier League jest gigantyczną maszyną medialną, która wspomagana największymi gwiazdami futbolu przyciąga tłumy na stadiony. W Anglii Jimmy spod budki z piwem wie więcej o piłce, niż znaczna większość polskich dziennikarzy zajmujących się futbolem profesjonalnie. Tu daję dwuletnią gwarancję.
Stadion Legii nie jest zapełniony i zazwyczaj nie będzie, choćby ze względu na poziom, brak gwiazd. A gdyby wyjąć z tego ludzi, którzy na co dzień nie chodzą w białych kołnierzykach i nie wracają na weekend do domu, sądzę, że liczba widzów nie przekroczyłaby tysiąca. Ale to czysta spekulacja, nie mam konkretnych danych sporządzonych przez profesjonalny instytut.
Jestem jednak zdania, że należy wypracować kompromis. Obie racje stosowane oddzielnie prowadzą do zguby.
Znaleźliśmy się w momencie, który wiele krajów już przechodziło – mamy spór o istotę kibicowania. Jest model wielkomiejski elitarny i ten nasz tradycyjny, z którym mainstream chce zerwać. Nie krytykuję tego. Pytanie gdzie jest złoty środek. Zabawne, że Anglicy, którzy są wzorem do naśladowania byli tak zauroczeni klasycznym dopingiem na Lechu, że zrobili OFICJALNE koszulki klubowe zachwalające poznańskie trybuny. Co za cios jedną z racji.
Tak czy inaczej, mamy tu klasyczny konflikt interesów, który podjudzany przez media prowadzi do wytworzenia się trwałego konfliktu, a jak jest konflikt, to muszą być też akcje „terrorystyczne”. Zmierzam więc do tego, że eskalacja przemocy nastąpiła w znacznym stopniu z powodu wpływu mediów. Chyba zbyt dużo osób przypadkowych chciałoby zabierać głos na ważne tematy i tym samym zaistnieć. A że trickami próbują zastąpić kompetencje, to dochodzi do wynaturzenia dyskusji. Jednym zdaniem – wytworzyło się za dużo Wildsteinów, Żakowskich i Niesiołowskich, którzy starają się wyprzeć Zarembów, Smolarów i Gowinów.
To oznaka słabości, ale takie sytuacje jak wczorajsza pewnie doprowadzą do zmiany tendencji. Mam nadzieję.
A to dlatego, że dziś chłopcy i dziewczyny z firmy ITI zrozumieją, że nie chodzi tylko o prymitywne ataki (szok! skandal! nie chcemy takich jak wy!) na tzw. kiboli, że jest tu jakaś głębsza dyskusja, że nie chodzi o strzelanie do zwierząt, ale o szukanie źródła i możliwości zwalczania go. Torquemada zorientował się, że się zagalopował i dziś przybierze pozę Sokratesa. I dobrze, niech tak się stanie, skoro poprawi mu to samopoczucie i doprowadzi do zamiany standardów zachowań stadionowych.
I gdyby wziąć pod uwagę tylko ten aspekt – dobrze się stało, że Tusk zamknął stadiony. Wielki rozjemca wymierzył cios w obie strony. Straty spowodują, że zastanowimy się do czego tak naprawdę dążymy, jaki jest cel, jak można wprowadzić kulturę na stadionach.
Bo należy się zastanowić – co chcemy osiągnąć? Czy chodzi o to, żeby wytrzebić ze stadionu burdy i chamstwo czy kibiców i w ogóle ludzi myślących w inny sposób niż my?
Tu warto przedstawić kilka możliwych rozwiązań i jednocześnie zastanowić się nad możliwością ich wprowadzenia. Większość z nich pochodzi z Anglii, gdyż na angielskim kodeksie wzorowała się większość krajów, są to tak zwane modelowe rozwiązania. Zasięgnąłem języka również w innych krajach – Holandii, USA, Hiszpanii.
Adam Dawidziuk, mój kolega z redakcji, sugeruje że należy karać kibiców surowo (np. 50 tysięcy złotych za wtargnięcie na boisko). Sądzę, że jest to słuszny kierunek ale i gruba przesada. Kara musi być adekwatna do czynu, musi działać na wyobraźnię. Czy 50 tysięcy działa na waszą wyobraźnię? Na moją nie, bo w życiu takiej kwoty nie widziałem i pewnie spłacałbym ją na raty przez kilka lat. Po jakimś czasie bym się przyzwyczaił. Oczywiście, że byłaby to kara dotkliwa, ale kto byłby winien tego, że ją płacę? Oczywiście system, gdyż ja sam nie sądzę, żebym za wtargnięcie na boisku zasłużył na taką długotrwałą dolegliwość. Nakładanie takich kar nie wywołuje poczucia sprawiedliwości, podobnie jak i strzelanie z ostrej amunicji.
Jednorazowy cios w pensję jest większą (choć pozornie nie) nauczką. Poniżej tłumaczę do czego zmierzam i skąd wzięło się takie moje myślenie.
Otóż ciekawe rozwiązanie spotkałem w USA na jakiś rozgrywkach baseballu, połączyłem je z klasycznym angielskim. Pierwsza kara jest dotkliwa, ale wykonalna. W przeliczeniu na polskie warunki – tysiąc złotych, lub dwa, za wtargnięcie na boisko. Zapewniam, że jest to kara dotkliwa dla młodego człowieka, który nie jest białym kołnierzykiem. Druga kara to ok. 10 tysięcy, trzecia kilkakrotnie większa. Nie sądzę, by złodzieja jabłek należało karać obcięciem ręki, jesteśmy jednak na dalszym etapie rozwoju cywilizacji (choć nie aż tak dalekim). Kary płacą za swoich kibiców też kluby – są wielokrotnie większe niż kary indywidualne. Jest to spowodowane odpowiedzialnością klubu za kibiców. Każdy fan ma kartę na nazwisko, każdy jest identyfikowalny w związku z tym, że mamy monitoring i odpowiednią technologię. Proces jest często czasochłonny, ale warto go zastosować. Klub powinien mieć prawo odmówić wejścia na stadion kibicowi, który został wcześniej przyłapany na zakrywaniu twarzy w celu uniknięcia identyfikacji.
Jeśli klub chce zrzucić odpowiedzialność finansową za wtargnięcie kibica na boisko na sprawcę, swoich praw powinien dochodzić w sądzie.
Kibic ma prawo kupić bilet dla siebie i drugiej osoby, wtedy jest za nią odpowiedzialny. Na mecze podwyższonego ryzyka (jak choćby Lecha z Legią) każdy kupuje bilet sam.
Sądy ekspresowe na stadionach to wynaturzenie, ale do tego dojdziemy wkrótce po ich wprowadzeniu i pierwszych niesłusznych wyrokach wydanych przez pośpiech i naciski medialne.
Interesującym rozwiązaniem w Wielkiej Brytanii było publikowanie zdjęć skazanych w lokalnej prasie: imię, nazwisko, adres. Ciekawy kierunek, tu mogłaby się przydać Gazeta Wyborcza, która ma oddziały lokalne, ale takie dodatki w Przeglądzie Sportowym albo w oddziałach Polska The Times mógłby też sponsorować rząd (chodzi o druk, a nie możliwość zarobku dla gazet), co byłoby bardziej przemyślane niż zamykanie stadionów.
Z tym trzeba oczywiście uważać, pamiętam że idąc tropem brytyjskim Dziennik (za rządów Roberta Krasowskiego) opublikował listę przypadkowych twarzy z trybun. Cóż, tanie tricki nie zastąpią kompetencji i inteligencji.
Jest to kolejny przykład polskiego myślenia – zabić a potem zrehabilitować. Przydałyby się nam angielskie umysły, zimne jak wiatr na północ od Blackburn.
Teraz obrazek z Holandii: To kraj, który jest na innym etapie rozwoju niż Polska. Problemem są tu przyśpiewki chamskie i antysemickie. Poza ustawkami które mnie nie interesują, kibice lżą się nawzajem, zaś w meczach z Ajaksem cieszą się, że nie są Żydami. Oczywiście jest to opozycja do grupy kibiców Ajaksu, ale władze sądzą, że jest tu powód do interwencji. I słusznie, trudno się z tym spierać.
Organizator (przedstawiciel związku) ma więc prawo przerwać spotkanie dwukrotnie, a jeśli to nie poskutkuje, to po prostu je zakończyć. Wtedy sprawa rozstrzygana jest przy zielonym stoliku – kończymy czy walkower?
Dyskusyjne? Jak wszystko, ale to melodia przyszłości, tym problemem będziemy zajmować się za 20-30 lat.
Holenderska policja ma również możliwość zatrzymanie zorganizowanej grupy, jeśli uzna, że grupa ta zagraża bezpieczeństwu publicznemu. Jest to rozwiązanie następującego problemu: „Grupa pozornie niezorganizowana jedzie na mecz i organizuje się na miejscu, doprowadza do zamieszek itd.” (w Holandii stadiony są zazwyczaj umiejscowione przy stacjach kolejowych, zaś do biletu na mecz zazwyczaj dołączany jest ten kolejowy, przy meczach wysokiego ryzyka, obowiązkowy). A więc jeśli podejrzewa, że grupa może coś zrobić, interweniuje czasowo.
U nas na takie rozwiązanie za wcześnie, nasza policja na coś takiego nie jest gotowa, dopóki jest narzędziem używanym do zaspokajaniu mediów.
Przykład to ukaranie policjanta, który poprosił o wpuszczenie na stadion dresiarza z Legii. Czy zrobił źle? Być może z punktu widzenia przeciętnego przechodnia. Czy zrobił to zgodnie z prawem? Tak. I to jest jedyny wyznacznik pracy policjanta – czy postąpił zgodnie z prawem. Gdyby postąpił według własnego widzimisię, wtedy mielibyśmy prawo oskarżyć go o działanie niezgodne z przepisami.
Media podniosły krzyk, a szef policjanta, za stosowanie się do prawa, zawiesił go w prawach.
Tak więc wracam do punktu wyjścia – ten punkt eliminuje się sam – policja nie jest gotowa na to, by dać jej więcej władzy, gdyż nie jest niezawisła. Jeszcze nie. Jest to jednak temat do dyskusji, jak zmieniać, jak się dostosować.
W Holandii policja ma wysokie uprawnienia, ale ponosi też wysokie koszta. Takie życie. Oczywiście od czasu do czasu słychać bunt – dlaczego podatnicy muszą płacić na policję, niech płacą kluby, to prywatna rozrywka. Kluby odpowiadają – a dlaczego my mamy płacić na Queens Day? Niech płaci Królowa, to jej prywatna rozrywka. Wysuwa się też argumenty o koncertach, house party i tak dalej.
Tych przepisów możemy wymyślać w nieskończoność, pewnie nawet gdzieś tam one są, wystarczyłoby je stosować. I pewnie są też w prawodawstwie bliżej nieokreślonych krajów wschodnich. To dlatego, że takie dyskusje przetaczają się prze cały świat, wiele krajów z szeroko rozumianego pogranicza Europy i Azji, pewnie jest jeszcze gdzieś za nami w tym rozwoju cywilizacyjnym. Aby odróżnić się od niższych cywilizacji, należy po prostu zacząć stosować zasadę – najpierw myślimy i rozmawiamy, potem wprowadzamy i egzekwujemy. To wprowadzi kulturę, ale jednocześnie pozwoli utrzymać tradycyjne sposoby kibicowania, które są solą naszego futbolu.
O żadnej z tych czterech czynności nigdy nie wolno jednak zapomnieć. Jeśli zapomnisz o jednej z czterech, wielki głaz się stoczy i trzeba będzie znowu pchać go na górę.

Comments (12)

Zwolnić Lenczyka zanim będzie za późno

Dziś football fiction

Niedaleka przyszłość. Miesiąc do EURO 2012. Przedstawiciele WroSportu, Stacji Telewizyjnej z miasta Wrocławia domagają się odejścia ze stanowiska selekcjonera reprezentacji narodowej Oresta Lenczyka. Zanim będzie za późno!
Trochę ponad rok temu przypuścili szturm na Smudę i wsadzili na stanowisko leciwego trenera, który teraz okazuje się niewygodny.
Sygnał do ataku na Smudę nastąpił około marca 2011 roku. Sytuacja była idealna, bo znakomicie w Śląsku Wrocław radził sobie Orest Lenczyk, znakomity trener i nowy idol polski kibicowskiej.
Teraz nikomu jednak nie dało do myślenia, że wcześniej ci prezenterzy wciskali do kadry piłkarzy Adamskiego czy Wichniarka, że posługują się szantażem („Będziesz współpracował, to będziemy cię promować”), że dość często byli mało wiarygodni, czasem nawet znajdowali się zbyt blisko biznesów menedżerów piłkarskich. To na razie wiadomo wśród dziennikarzy sportowych, ale nikt zajmujący ważne stanowisko nie ma interesu, żeby mówić o tym głośno. Ale dlaczego idzie na ten układ Lenczyk? No a dlaczego nie? Jest to jego życiowa szansa. Od miesięcy był „na telefonie”, każdy skorzysta. Nawet niezależny człowiek ten jeden raz, gdy wymaga tego racja stanu, może stać się Cesare Borgią, tylko ten jeden raz.
Dlatego też specjalnie nie protestowali porządni ludzie, bo trener Lenczyk jest ulubionym trenerem kilku znających się na rzeczy dziennikarzy z poważnej prasy. Zresztą już po Beenhakkerze chcieli zrobić z niego selekcjonera. Tak, byli tacy.
Po sygnałach wstępnych, na łamach prasy zaatakował Smudę nawet szef stacji, który do tej pory zajmował się zupełnie innym sportem (choć w Polsce na piłce znają się wszyscy) – obraził więc Smudę, nazwał go wasalem i dodał, że nie widać żadnych nadziei, na to że praca Smudy przyniesie efekt.
Rozpoczął się frontalny atak. Około czerwca wyciągnięto argument, że w 1974 roku Rinus Michels wskoczył na stanowisko selekcjonera Holendrów, za Frantiska Fadrhonca w ostatniej chwili i stworzył najlepszy zespół świata. Szef WroSportu na początku zastanawiał się kim są Fadrhonc i Michels, ale po wyjaśnieniach uznał to za dobry argument.
Około września biedny Franio nie jest w stanie się bronić. Właściwie sam jest sobie winien. Dostarczył argumentów, okazał się intelektualnie za mało dojrzały. Nikt nie czyta wywiadów z nim i jego gorzkich żali o tym, jak to został skrzywdzony. Piłkarze odkrywają tajemnice poliszynela – czyli mówią, że to prosty wieśniaczek. Lud wyniósł Frania, więc teraz ma prawo opluć go, zwyzywać, powlec ulicami Warszawy, a zwłoki wrzucić do Wisły. Lud zabawił się kosztem prostego wieśniaczka.
Niech żyje trener Orest. On mądry jest, to syn skrzypka, to człowiek światły.
Ale trener Orest gra tak, żeby nie przegrać.
Pierwszy mecz z Rumunią. Trener Orest zaparkował autobus. Wiwat trener Orest. 0:0. No, pierwsze koty za płoty, było blisko.
Drugi mecz z Bułgarią. Trener Orest zaparkował przegubowiec. Wiwat trener Orest. 0:1. Ale była szansa. No, taki wiwat troszkę słabszy.
Trzeci mecz z Wyspami Owczymi. Trener Orest przystąpił do ataku. 2:0. Kurcze, mało, nie potrafimy atakować. Ze Smudą to przynajmniej graliśmy ofensywnie, przynajmniej próbowaliśmy, nawiązaliśmy walkę z USA, z Australią, z poważnymi zespołami.
– Poczekajcie na mecze o punkty. Nikt nie rozlicza Joshuy Bella, z tego jak gra na stacji metra w Waszyngtonie! – mówi trener Orest usprawiedliwiając defensywną grę.
Wyciąga mu się jednak fakt, że prowadzona przez niego Cracovia strzelał średnio około 1 bramki na mecz, zaś Śląsk ok. 1,5.
– Zobaczcie na Greków, wygrali w 2004 i to się liczy – broni się trener Orest.
– A Szwajcaria tylko się broniła i nie wyszła z grupy w 2010 – odpowiada znany prezenter.
– My nie możemy tylko się bronić jako gospodarze, to jest EURO 2012, to nie zajezdnia autobusowa – dodaje inny znany prezenter.
Szefowie WroSportu, który od dwóch tygodni prowadzą już zaawansowane rozmowy z trenerem Piotrem z USA, naradzają się w swoich gabinetach. Nikt w mediach nie będzie żałował Oresta, bo Orest nigdy nie pozwolił podejść za blisko i sobie Orestować.
– Wyciągnijmy argument z Michelsem – mówi jeden ze znanych prezenterów.
– To już było, ludzie będą to wiedzieć – mówi szef.
– To ciemnota, nie skojarzą – zaznacza prezenter.
– Nie możemy ryzykować – asekuruje się szef.
Konsternacja.
Ale oto jest i Eureka!
– Przecież w 1970 roku kadrę Brazylijczyków przygotowywał Joao Saldanha a prowadził Mario Zagallo i była to drużyna doskonała – ktoś krzyczy.
– Kto to Saldanha? – pyta zaskoczony szef, specjalista od innego sportu.
– Taki trener piłkarski – odpowiada szczęśliwy prezenter. Następuje dwuminutowe wyjaśnienie.
– Jesteś genialny! – wykrzykuje w uniesieniu, a więc głośno i triumfalnie, szef stacji.
Następnego dnia w gazetach pisze artykuł pod tytułem: „Żegnaj polski Saldanho! Czas na amerykański sen polskiego Zagallo!”.

Wniosek: Każde środowisko ma takiego Wajchowego na jakiego zasługuje.

Dodaj komentarz