Archive for Rafał Boguski

Tak hartowała się stal

Drugi tekst w naszym cyklu „Oni wstrząsną ekstraklasą” był o Rafale Boguskim. Połaziłem tu i tam i okazało się, ze facet ma ciekawą historię. Oto efekty mojego jeżdżenia…

Tak hartowała się stal

Czasem, gdy mam na plecach obrońcę i dostaję mocne podanie, piłka mi odskakuje na kilka metrów. Wtedy widzę, że mam braki techniczne – zdradza Rafał Boguski. – Czasem zastanawiam się: co by było, gdybym wcześniej zaczął grać w piłkę?

Człowiek-tester
Do klubu zapisał się, gdy miał 15 lat! Jakieś 7 lat później niż jego koledzy w zachodnich krajach. Przyszedł na trening ŁKS Łomża i został poddany sprawdzianowi. – Trener dał mnie do pary z najsłabszym zawodnikiem, można powiedzieć, że to był taki człowiek-tester. Jeśli było się od niego chociaż odrobinę lepszym, to przyjmowali cię do zespołu – opowiada. Przetrwał test.
Rocznik 1984 zapowiadał się doskonale. O niektórych zawodnikach mówiono jako przyszłych pierwszoligowcach, kilku zostało wyłowionych przez Szkoły Mistrzostwa Sportowego, głównie tą z podwarszawskiego Piaseczna. Konkurencja wydawała się nie do przeskoczenia. – Gdy przychodziłem do juniorów, bardzo odstawałem, wcześniej nie miałem treningów technicznych. To było zresztą doskonale widać. Zagryzałem zęby i zasuwałem. Po półtora tygodnia trener wziął mnie na mecz i grałem w pierwszym składzie – opowiada zawodnik Wisły.
Szybko nadrabiał braki. – Ćwiczyłem na podwórku z kolegami, na każdy trening do klubu przychodziłem pierwszy. Nie irytowałem się, gdy widziałem, że ktoś robił coś, czego ja nie potrafiłem. Po prostu patrzyłem na lepszych kolegów i starałem się im dorównać. Sama świadomość tego, że nie umiem pewnych rzeczy, mobilizowała mnie do pracy – dodaje.
– Gdzieś po roku treningów w sparingu z drużyną seniorów strzeliłem gola i wypadłem naprawdę dobrze. Wtedy poczułem, że treningi przekładają się na umiejętności. Miał wtedy nieco ponad 16 lat i od roku uczył się w liceum ekonomicznym w Łomży. Wcześniej nie widział prawdziwego klubu piłkarskiego. Jego futbol to były mecze między wsiami, kopanie na skrzyżowaniu w Leopoldowie i treningi ze starszym o 15 lat wujkiem Jarkiem, napastnikiem okolicznych wiejskich klubów.

Mały był za ciężki

W Leopoldowie oficjalnie jest zameldowanych 120 osób. W rzeczywistości jest ich około 80, z czego większość stanowi bliższa lub dalsza rodzina Rafała. Właściwie zaledwie dwie, może trzy rodziny to obcy. Od kiedy Rafał jest w Wiśle Kraków, wszyscy tu zamontowali sobie „talerze” na dachach i oglądają mecze. Wolny czas dzieci spędzają tu na tzw. żwirowni, czyli żwirowych górkach za wsią. W zimie są idealne do zjeżdżania na sankach.
Jakieś 200 metrów za mostkiem, zaraz obok skrzyżowania, dziadek Boguski miał pokaźną posiadłość. Podzielił ją między swoje dzieci. Dzisiaj w tym miejscu mieszka wujek Jarek. Przez lata sąsiadowali z nim rodzice Rafała – Kazimierz i Hanna, oraz dwójka rodzeństwa: Karol i Emilia. Dziś dom zajmują babcia i wujek Tadeusz.
Wieś powoli się wyludnia. Ludzie wyjeżdżają do miast w poszukiwaniu przyszłości. Najbliższa szkoła, ta do której chodził Rafał, znajduje się w Chojnach Naruszczkach, kilometr na piechotę. Właściwie znajdowała się, bo kilka lat temu ją zamknięto.- Było coraz mniej dzieci, w końcu gdy któregoś roku zgłosiło się tylko pięcioro, władze gminy postanowiły przenieść szkołę do Miastkowa – opowiada Marcin Chojnowski, prezes, trener i zawodnik KS Miastkowo, radny gminy i kolega z ławki szkolnej Boguskiego.
Wujek Rafała, Jarosław Boguski również gra w klubie z Miastkowa. Sam po cichu marzył o karierze piłkarskiej, ale to były inne czasy. Na wsi są poważniejsze zmartwienia niż futbol. Gdyby rodzice Rafała nie przeprowadzili się do Łomży, pewnie też grywałby w klubie z Miastkowa i byłby lokalną gwiazdą, jak wielu jemu podobnych utalentowanych piłkarzy w całej Polsce.
A mogło się skończyć nawet gorzej. Swego czasu 13-letni kuzyn podniósł 3-letniego Rafała do góry. „Mały” okazał się za ciężki, spadł z wysokości metra na ziemię i pękła mu kość w nodze. Lekarze założyli gips. Przez jakiś czas Rafał nie mógł chodzić, więc biegał za piłką na czworaka.
To był pierwszy znak. – Rafała pamiętam jako ubłoconego chłopaka, który wraca z piłką pod pachą przez nasze podwórko – wspomina Ewa Boguska, żona wujka Jarka, pierwszego „trenera” Rafała. Rafał: – Trener to byłoby zbyt duże słowo. Nigdy nie mówił, jak się ustawiać, jak grać w piłkę, to było po prostu zwykłe kopanie. Dzieliliśmy podwórko na dwie połowy i strzelaliśmy na bramki.- Graliśmy na podwórku, głównie się kiwaliśmy – pokazuje Jarosław Boguski przez okno. Za jedną bramkę służyła brama wjazdowa, za drugą kamienie. Tak dzień w dzień, po dwie, trzy godziny. Z czasem zaczęli grać przez płot, w siatkonogę. Rafał poprawiał technikę. – Właściwie jak tylko zaczął chodzić, to zaczęliśmy kopać – opowiada Jarosław Boguski.
Gdy Rafał Boguski miał 14 lat, grywał w meczach „wieś na wieś” przeciwko dorosłym, nawet ponad 30-letnim mężczyznom. Grali z Łubami-Kiertanami, z Sułkami, Młynikiem, a czasem nawet z Tarnowem, który leży już 5 kilometrów dalej. Poważniejsze mecze rozgrywano w Szczepankowie, również 5 kilometrów od Leopoldowa, bo tam było pełnowymiarowe boisko i grał tu czołowy klub w rozgrywkach Ludowych Zespołów Sportowych a w nim wszyscy najlepsi lokalni piłkarze, między innymi wujek Jarek. Rafał był za młody na rozgrywki LZS-ów, ale w meczach między wsiami w pewnym momencie zaczął brylować.- Zdarzało się, że brał piłkę, mijał kilku rywali i strzelał bramkę – mówi Jarosław Boguski. – Trochę bał się starć z dorosłymi chłopami, dlatego nadrabiał szybkością, zwrotnością. W wieku 14 lat był już szybszy niż starsi faceci.
Zaczęły się szepty
Wujek Jarek: – Ludzie zaczęli pytać: „Co to za chłopak, skąd go wzięliście?”. Nie mieli pojęcia, że Rafał na co dzień gra tylko na podwórku i skrzyżowaniu przed domem. Z czasem Rafał z kolegami zorganizowali sobie boisko. Na łące należącej do gminy. Było trochę za małe, więc Waldek – jeden z rolników, który też lubił pobiegać za piłką, dorzucił kawałek swojego pola. Boisko nazwali „Państwowym” albo „Ogólnym”. Dzisiaj już nie istnieje, ale wtedy było jednym z ważniejszych miejsc wiejskiego życia. Bramki chłopcy zrobili z konarów, siatki ze sznurków rolniczych używanych do wiązania snopków. Boisko miało 40 metrów długości, 20 szerokości. Na codzienne kopanie wystarczyło. Ale to dopiero późnym popołudniem, po pracy na roli. – Lubiłem swoje dzieciństwo, sianokosy, czy nawet żniwa i wykopki, chociaż to była ciężka robota – mówi Rafał Boguski, jakby praca na roli była czymś zupełnie normalnym. Wujkowie wspominają, że gdy szedł z na pole z krowami, bez przerwy żonglował piłką.
Praca na roli dziś wydaje się prosta, Ewa Boguska śmieje się, że „tak się czasy zmieniły, że dzisiaj dzieci na wsi nie wiedzą nawet jak siano wygląda”. Jesienią ziemniaki wykopuje kombajn. Rafał jest jeszcze z pokolenia, które zbierało je kopaczką, traktorem jeździł brat Karol. Ich pole miało powierzchnię kilkunastu boisk piłkarskich. Hanna Boguska, mama piłkarza: – Dla dzieci na wsi to codzienność, ale na pewno nie jest to lekkie zajęcie. Mnie było moich dzieci szkoda, dla nich wyprowadziliśmy się do miasta, żeby miały lżej. Rafał Boguski: – Jestem przyzwyczajony do ciężkiej pracy i myślę, że zwłaszcza w okresie przygotowawczym daje mi to pewną przewagę.

Czyścił kontenery w USA

Rodzice zdecydowali w końcu, że pracą na wsi nie zapewnią przyszłości dzieciom. – Przeprowadziliśmy się do Łomży. Na roli trzeba się napracować, a efekt często nie jest taki, jakbyś się spodziewał. Tylko niektórzy rolnicy się wzbogacają. Jedzenia nam nie brakowało, sami wszystko produkowaliśmy, ale rodzice postanowili, że mieszkać będziemy w Łomży a zarabiać za granicą – opowiada Rafał.
Spora część rodziny Rafała już wcześniej wyemigrowała do USA, konkretnie do Lindenhurst na Long Island w stanie Nowy Jork. Rodzice zaczęli więc pracę w Stanach Zjednoczonych, a do domu wracali na święta i wakacje. Wkrótce także i dzieci państwa Boguskich zaczęły jeździć za ocean. Rafał był już wystarczająco duży, żeby pracować. – Tata zapytał swojego szefa czy ja i Karol możemy popracować na frezarkach i tokarkach – opowiada napastnik Wisły. Pierwszy raz na saksy wyjechał, gdy miał 17 lat. Później jeszcze dwukrotnie w czasie wakacji. – Raz miałem cięższą robotę: musiałem malować kontenery na śmieci i czyścić je z odprysków. Chemikalia to jedno, ale największym problemem było czyszczenie odprysków po spawaniu. Miałem taką elektryczną szczotkę, szlifierkę i wyrównywałem powierzchnie. To był ciężki sprzęt. Wracał do domu i padał wykończony. Czasem krzyczał przez sen po angielsku. Lżej było w pracy na farmach, bo do tego przyzwyczaił się w Leopoldowie.
Dwaj bracia cioteczni Rafała – Adam i Kamil Parzychowie z powodzeniem grają w miejscowych drużynach koszykarskich. Jeden w uniwersyteckiej, drugi szkolnej. Zresztą rodzina napastnika Wisły to niemal sami sportowcy. Siostra grała w tenisa stołowego, brat rzucał oszczepem, brat stryjeczny Adrian jest świetnie zapowiadającym się chodziarzem.
W USA Rafał od razu dostał oferty z lokalnych drużyn. Grał w polonijnym klubie ze Stanford, w turnieju z okazji rocznicy śmierci Kazimierza Deyny. Oczywiście został królem strzelców. Kariera w Stanach stanęła otworem. Lekka praca, szkoła za darmo. Działacze ze Stanford byli tak zdesperowani, że raz ściągnęli Rafała na tydzień z Łomży, specjalnie by tylko zagrał w kilku meczach. Poleciał. Gdyby zdecydował się zostać, mógł zarabiać nawet 50 tysięcy dolarów rocznie. Jak na amatorskie rozgrywki to ogromna kwota. Rodzice chcieli, żeby został w USA, cała rodzina namawiała, ale Rafał wraz z rodzeństwem wolał wrócić do Polski. Coraz lepiej szło mu w ŁKS Łomża.

Jagiellonia mówi „nie”

Koledzy zaczęli wołać na niego „Dziki”. – Graliśmy w juniorach gierkę treningową, przegrywaliśmy, więc robiłem, co się tylko dało, żeby odrobić straty. Biegałem we wszystkie strony, walczyłem, próbowałem strzelać. Po treningu jeden z kolegów powiedział: „Co ty taki dziki jesteś?”. I tak zostało – wspomina.
Boguski był maniakiem treningów. – Jeśli szkołę mieliśmy po południu, to trener urządzał dla nas treningi rano. Przychodziliśmy na 10, później do szkoły, ale zdarzało się, że Rafał zrywał się z lekcji, żeby przyjść jeszcze na popołudniowy trening i ćwiczyć z resztą chłopaków – opowiada kolega z ławki, Marcin Chojnowski.
Choć w podstawówce co roku otrzymywał świadectwo z czerwonym paskiem, w szkole średniej nie miał już wątpliwości, że to futbol będzie jego przyszłością. Na pierwszej godzinie wychowawczej nauczycielka kazała napisać „moje największe marzenie”. Każdy przygotował je w tajemnicy, złożył kartkę i schował. Rafał pisał: „grać w reprezentacji”. Mama: – Mówiłam mu: „Bierz się za naukę, z piłki nic nie będziesz miał, tylko brudne ubrania”. Mówił: „Mamo, spokojnie, jak będę zarabiał, to kupię ci pralkę”. W końcu pralkę kupiliśmy sami, Rafał kupił zmywarkę.
– Był coraz lepszy, w pewnym momencie strzelał dla nas po kilka goli w każdym meczu. Różnica między nim, a resztą była tak duża, że odszedł do seniorów – mówi Chojnowski, który przez jakiś czas grał z Rafałem w juniorach.
Zawodnikiem zainteresowała się Jagiellonia, która myślała o awansie do ekstraklasy. Pojechał, ale wrócił na tarczy. Uznano, że się nie nadaje. Wtedy w klubie postawiono na duet Dzidosław Żuberek – Wojciech Kobeszko. Z Łomży wyciągnął go do Wisły dopiero Jerzy Engel junior. Kibice skandowali „zostań z nami”, ale Wiśle odmówić nie mógł.
Gdyby prześledzić jego karierę, każdy sezon to spory postęp. Wciąż idzie do przodu, gra częściej, wyżej, strzela więcej goli. Dopiero w tej rundzie przystopował z powodu kontuzji. Obserwując jednak zimowe sparingi, widać, że wraca do wielkiej formy. Jeśli nie będą prześladowały go urazy, nie ma właściwie siły, która mogłaby go zatrzymać.
Historia Boguskiego to tak naprawdę kolejna z opowieści o triumfie woli, o tym, że jeśli chcesz czegoś naprawdę, możesz to osiągnąć. Jarosław Boguski: – Przez te sześć lat nie opuścił żadnego treningu w Łomży. Marcin Chojnowski: – Nie przyszedł nawet na półmetek klasowy. Któregoś dnia przejeżdżałem koło stadionu w Łomży, lał spory deszcz, wszyscy rozeszli się do domu. Zobaczyłem tylko zupełnie przemoczonego chłopaka, który wchodził na boisko z workiem piłek, nie zwracał uwagi na ulewę. To był Rafał.

Reklamy

2 Komentarze